31.12.2013

Zmierzch czasu, jutrzenka nadziei


Z okazji śmierci Starego Roku oraz narodzin Nowego życzę wszystkim szlachetnym i mądrym ludziom, aby w nadchodzącym roku mieli:

  • końskie zdrowie – gdyż od ciała nie sposób się uwolnić ;)
  • dobrze płatną, ciekawą pracę – która będzie dla nich bardziej przyjemnością niż obowiązkiem
  • szczerych przyjaciół wokół siebie – a nie powierzchownych znajomych z Facebooka
  • odwagę – by być sobą, sprzeciwiać się złu, olewać opinię większości oraz głupie przepisy
  • siłę potrzebną do walki z otaczającym ich okrucieństwem i głupotą
  • szacunek dla samych siebie – który pomoże im wytrwać przy obranych wcześniej zasadach
  • dystans – do próbujących wpieprzać się w ich życie idiotów

Czego i sobie samej życzę, chociaż daleko mi do prawdziwej mądrości czy szlachetności.

28.12.2013

Dziecię i bestia


Kolejny obraz z listy „Koniecznie zobaczyć” odhaczony: obejrzeliśmy w końcu z Lubym „Życie Pi”.




No i cóż mogę powiedzieć... Widoki urzekające, lecz fabuła nie powala. Ocean, dryfująca szalupa, ocean, egzaltowany małolat, ocean, animowany tygrys, ocean... Owszem, niektóre momenty zachwycają (spotkanie z wielorybem, pobyt na przepięknej, „mięsożernej” wyspie), wzruszają (rozpacz chłopca po stracie rodziny, jego czułość dla umierającego tygrysa) czy nawet przerażają (walka z żywiołem), jednak większość wydała mi się dość mdła, bez nomen omen pazura. Powstała miła dla oka, acz niespecjalnie wciągająca bajeczka dla młodzieży.

I oto pod koniec filmu – kompletna wywrotka. Cała historia zostaje przenicowana na drugą stronę, gdy Pi przedstawia alternatywną wersję wydarzeń. Tygrysa już nie ma. Nie było wcale. Podobnie jak zebry, orangutana, hieny, a nawet urzekającej, pełnej surykatek wyspy. Cała magia i piękno znikają. Potencjalna prawda poraża brzydotą niczym starsza siostra Kopciuszka.

Gdyby tylko reżyser zechciał rozwinąć ten wątek, film byłby o wiele lepszy. A przy odpowiednio prowadzonej narracji mógłby się otrzeć o genialność. Poczulibyśmy wówczas cały tragizm sytuacji dryfującego chłopca, pojęli siłę instynktu przetrwania. Czasami symboliczny tygrys jest lepszy od prawdziwego...

Z drugiej strony, potęga FIKCJI polega na tym, że prawda jest umowna. W wielu wypadkach nie tylko możemy, ale wręcz powinniśmy wybrać, w co chcemy wierzyć. Jeżeli (jak twierdzą dyskutanci) film jest dość dokładną ekranizacją książki, to należałoby się zastanowić nie nad intencjami reżysera, lecz pisarza. Czy chciałby, by dopadły nas wątpliwości? Byśmy starali się dociec, co naprawdę musiał zrobić Pi, by przeżyć? Czy może wolałby, byśmy zaakceptowali pierwotną historię?

25.12.2013

Tęsknota


Pomykając wczoraj do mojej babci jako forpoczta rodziców ucięliśmy sobie z Lubym pogawędkę na temat utraconej magii Świąt Bożego Narodzenia. Mój Największy Przyjaciel stwierdził, że w ogóle nie czuje, jakby szedł na święta. Już prędzej na imieniny. I że z sentymentem wspomina dzieciństwo, kiedy w domu była choinka, światełka, ozdoby, prezenty oraz ta niezwykła „świąteczna atmosfera”.

Przytaknęłam mu. Strasznie przykre te święta: smutne, samotne, wyzute z radosnego oczekiwania. Patrząc na domy na moim osiedlu nie mogę się oprzeć wrażeniu, że w zeszłym roku było o wiele więcej lampionów, girland i dekoracji. Tak jakby mój marazm udzielił się reszcie Sławinka. Ulice przedstawiają żałosny widok: zamiast białego puchu – brud i błoto. Prawie nic wokół mnie (czy to w domu, czy na mieście) nie wskazuje na to, by te dni różniły się czymś szczególnym od zwykłego urlopu. Nasza rodzina też nie wykazuje szczególnego entuzjazmu w „świętowaniu”. Nawet nie wysłaliśmy kartek. Jak zwykle zresztą...

Przygnieciony rozdźwiękiem pomiędzy miłymi wspomnieniami a przykrą teraźniejszością, Luby stanowczo oznajmił, iż następne święta robimy MY. „U nas”. Będzie sianko pod obrusem, tradycyjne potrawy, kolędy, no i obowiązkowo – żywe drzewko obwieszone bombkami. Jak za dawnych, dobrych dni...

Gdybym była w swoim normalnym nastroju, czyli podchodziła do – tak obcych mi duchowo – Świąt ze swoim zwyczajnym sceptycyzmem, moja reakcja na tę propozycję nie byłaby pozytywna. Tym bardziej, że nie mamy własnego mieszkania, a użyczone nam przez rodziców lokum będzie... no właśnie – użyczone. Nie będę się tam czuła jak u siebie.

Dochodzi jeszcze kwestia poglądów. My, niewierzący, nie idziemy na Pasterkę, nie wyczekujemy narodzin Boga (tym bardziej, że Chrystus urodził się podobno kiedy indziej), nie darzymy również estymą polskich tradycji, zwłaszcza tych związanych z gargantuicznym wysiłkiem czy chlaniem na umór – a takie elementy pojawiają się przy okazji niemal każdej uroczystości w większym gronie. Dlaczegóż zatem mielibyśmy obchodzić te Święta? Czy jakiekolwiek? Czy ma to jakikolwiek sens?


Dziwne są święta ateusza.
Nic do refleksji go nie zmusza,
modłów nie wznosi, bowiem dusza
śmiertelną pewnie jest.

Po świętach wzrasta jeno tusza,
w sercu zaś pustka, nicość, susza.
Bo i cóż ateistę wzrusza?
Znak krzyża? Próżny gest.

Plączą się biedni ateiści
na podobieństwo wiru z liści
wśród mas wierzących jak wśród kiści
dojrzałych winnych gron.

Choć uśmiechnięci, ładni, czyści,
myślą z przekąsem: „Czy się ziści
to, o czym marzą syjoniści:
by w końcu przyszedł On?”

Tacy już są ci niewierzący:
mina wzgardliwa, uśmiech drwiący,
gdy wymijają gorejący
na środku drogi krzew.

Nie dla nich wiary żar palący,
opłatek głodu nie sycący,
wspólnota wiernych. Wciąż wątpiący,
krzywią się, marszczą brew.

Czy tajemnicy drzwi odmyka
kapłan, podnosząc znad stolika
krążek? Zagadka dla sceptyka.
Narasta ból i chłód.

Cóż uratuje bezbożnika,
którego święty czas dotyka,
lecz dotykając – wciąż umyka?
Może się zdarzy cud?


Ale nie byłam w swoim normalnym nastroju. Patrząc na otaczającą mnie szarzyznę i brzydotę czułam, jak uciekają ze mnie siły, tymczasem mój Luby przywrócił mi nadzieję na radość i piękno. Jakżeż podobni jesteśmy! – pomyślałam. Spokojni domatorzy, zagubieni w wymagającym przebojowości i twardych łokci świecie, chwytamy się wszystkiego, co może dodać naszemu życiu powabu, ubarwić go szczyptą szaleństwa, okrasić pozytywną energią. Jeśli tym czymś miałyby być tradycyjne Święta Bożego Narodzenia, to... to czemu nie? :)

22.12.2013

Appendix


Przyznaję: ciekawią mnie ludzie. Może to dziwne w przypadku tak nietowarzyskiej osoby jak ja, ale tak właśnie jest. Lubię patrzeć, jak żyją moi pobratymcy, słuchać ich opowieści, wejść (za ich zgodą) w ich życie. Każdy człowiek jest księgą, w której zapisane są nie tylko jego losy, ale i myśli, pragnienia, dążenia, ambicje, fantazje, lęki. Niektóre księgi mogłabym czytać godzinami, inne wertuję pobieżnie, jeszcze inne – omijam.

Jestem nie tylko odbiorcą, lecz i przekazicielem. Wchłaniam w siebie ludzkie historie, wiele z nich przesyłając dalej. Muszę się przy tym pilnować, by w swojej ciekawości nie naruszyć pewnej – jakże delikatnej! – granicy. Jest nią cudza intymność. W poprzednim wpisie padło zdanie: „Cudze preferencje (polityczne, muzyczne, seksualne), religia, zamożność, relacje z bliskimi – to wszystko błahostki, którym nie poświęcam zbyt wiele uwagi.” Co oznacza, iż nie należę do grona osób perorujących długo, namiętnie i nierzadko złośliwie na temat cudzych upodobań, sukcesów zawodowych, praktyk religijnych czy stopnia zaangażowania w popierane przez siebie idee. Co innego zresztą wyrazić niepochlebną, acz bardzo ogólnikową opinię (o zarzynaniu się w imię robienia kariery, zażywaniu zmieniających świadomość substancji, etc), a co innego bezczelnie wpychać nos w cudze sprawy. Staram się zatem nie pouczać, nie zawstydzać, nie dogryzać, a co najwyżej omijać osoby, których poglądy czy postępki mi nie odpowiadają.

Od tej zasady istnieją wszakże dwa wyjątki:
  • Ktoś obnaża się przede mną do tego stopnia, iż nie sposób uniknąć zajęcia konkretnego stanowiska.
  • Ktoś zaczyna węszyć wokół mojej własnej pupy, kiesy, wiary czy skłonności. Albo i cudzych, wszystko jedno.

Do tej pierwszej grupy zaliczam każdego, kto grzeszy nazbyt wyzywającym zachowaniem, np. świecących gołą dupą lub złotym krzyżykiem na szyi celebrytów czy męczących zarozumialców, jakimi okazują się być koledzy z pracy, znajomi, krewni. Druga grupa to – między innymi – samozwańcze autorytety moralne, wycierający sobie gębę szczytnymi hasłami hipokryci czy upierdliwi idioci krytykujący mój/czyjś styl życia.

Natykając się na takie indywidua tracę hamulce i pozwalam sobie na złośliwe omówienie prywatnego życia danej osoby. Albowiem zarówno obleśni ekshibicjoniści, jak wulgarni fundamentaliści sami się proszą o gruntowną analizę swych poczynań, także – a może zwłaszcza? – tych ze sfery prywatnej. Nie pchaj się na afisz ze swoim życiem intymnym, nie węsz wokół cudzego tyłka – czy to naprawdę za duże wymagania?

18.12.2013

Refleksja nad obłędem


Napisałam u Dibeliusa:
[...] zarówno fanatyczna lewica, jak i prawica; zarówno konserwatyści, jak i liberałowie; zarówno socjaliści, jak i kapitaliści - oni wszyscy są krzykliwymi, ale MNIEJSZOŚCIAMI. Większość ludzi ma głęboko gdzieś te wszystkie -izmy, walki, budowę nowego świata czy odzyskiwanie starego. Jeśli ktoś się obraca w silnie zideologizowanym środowisku, pewnie się ze mną nie zgodzi, lecz frekwencja na wyborach mówi sama za siebie. Spieranie się o gender to tylko zasłona dymna; igrzyska dla gawiedzi, które zresztą już się owej gawiedzi znudziły. O ile kiedykolwiek ją interesowały.
Co jest naprawdę ważne? Równość płci? Myślę, że wywalczyliśmy sporo, jeśli chodzi o prawo, ale obyczajów się prawem nie zmieni. Obyczaje się zmienia PRZYKŁADEM. Chrześcijańskie wartości? O to każdy musi zadbać SAM, we własnym zakresie. Czy jest więc czego się bać? O co spierać?

No właśnie – o co te spory??? Tradycjonaliści czy wyznawcy gender, homo czy hetero, karierowiczki czy kury domowe, „wyzwolone” czy „pruderyjne”, patrioci czy kosmopolici – niech wszyscy ci ludzie żyją, jak chcą. Żydzi, muzułmanie, chrześcijanie, ateiści – niech się trzymają swoich zasad, a cudze zostawią w świętym spokoju. Niech każdy promuje, co mu się żywnie podoba, niech zbiera zwolenników, próbuje zmieniać świat – ale nie na siłę!

Pewnych tarć nie unikniemy. Aborcja, ubój rytualny, rejestracja związków takich czy śmakich – to wszystko wymaga prawnych regulacji. Ale nie idźmy w stronę ideologicznego totalitaryzmu! Moją odrazę budzą zwłaszcza próby wychowywania cudzych dzieci. Chodzi mi, rzecz jasna, o te malutkie ludziki poniżej dziesiątego roku życia. Później mamy już do czynienia z tzw. młodzieżą, która – całkiem naturalnie – wychodzi spod duchowej kurateli rodziców. Niech więc rodzice kształtują pociechy wedle własnego uznania. W końcu i tak mają na to bardzo mało czasu...

Czego nam potrzeba, to powrotu do prawdziwej TOLERANCJI. Oznaczającej tylko i wyłącznie brak agresji, również werbalnej. Czy musimy się wpieprzać w cudze życie? Nawracać na siłę, a jeśli się nie da – dręczyć, opluwać, niszczyć? Nie, nie musimy! Możemy zostawić drugiego człowieka w spokoju. Tak, to właśnie jest tolerancja. :)

Oczywiście nie może ona oznaczać przyzwolenia na zło. Nieuzasadniona przemoc wobec bliźniego czy zwierzęcia, pedofilia, zachęcanie do ćpania, rażąca nieuczciwość – takie przypadki wołają o osądzenie czynem. Wiedząc, iż ten czy ów zdradza żonę, podkłada kolegom z pracy świnię czy oszukuje w grze w karty, możemy osądzić słowem. Zaś myślą osądzamy zawsze i każdego; ale z myśli nie musimy się przecież nikomu tłumaczyć.

Czy jestem tolerancyjna? Wydaje mi się, że raczej tak. Cudze preferencje (polityczne, muzyczne, seksualne), religia, zamożność, relacje z bliskimi – to wszystko błahostki, którym nie poświęcam zbyt wiele uwagi. Nie patrzę na rasę, narodowość, przynależność do klasy społecznej czy rodzinne koneksje. Nie dostaję epilepsji na widok krzyża ani rozwolnienia, gdy widzę dwóch całujących się kolesi. Jestem za wolnością wypowiedzi dla każdego człowieka, pomijając wulgarne i kłamliwe przytyki w stosunku do konkretnej osoby. Nie przerażają mnie pochody patriotów, katolików, transów, liberałów, marihuanistów.

Co mnie przeraża? Tępa agresja. Kurwy atakujące katedry i kurwy palące tęczę. Bydło z jednej i drugiej strony. Brrr.

Odrzucam takich ludzi. A ponieważ nie mam złudzeń, że kiedykolwiek dojdzie do względnego choćby opamiętania (gdyż nie pozwolą na to zakompleksieni fundamentaliści z jednej i drugiej strony), zachęcam wszystkich rozsądnych ludzi do tego samego. Tak jak należy stosować bierny opór wobec coraz bardziej zachłannego państwa, tak też należy definitywnie potępić bezsensowną przemoc i pogrążanie się w ideologicznej paranoi.

17.12.2013

Ballada o niewinnej ladacznicy


Co sprawia, że jedne dzieła zostają uznane za kultowe, zaś inne giną w mrokach niepamięci? Odpowiedź jest banalnie prosta: reklama. Rozgłos, lans, marketing. Bo i cóż innego? Jeśli usłyszysz sto razy, że coś jest zajebiste, to w końcu sam/a zaczynasz w to wierzyć. Dlatego właśnie śp. Heath Ledger – skądinąd niezły aktor – po prostu musiał dostać Oskara za rolę w „Mrocznym Rycerzu”. O tym, że tak będzie, wiedziano na rok przed wejściem filmu do kin! Oto potęga mediów i ich żarliwych wyznawców! :) Z tym się nie da walczyć, to trzeba tolerować, zaakceptować, pokochać... No dobra, zostańmy przy tolerancji. ;)

Ten schemat (dzieło–ostra promocja–szaleństwo mas) powtarza się bardzo często. Weźmy chociażby cykl o niejakim panu Grey’u. Cóż za furorę zrobiła ta książka! Zamożny przystojniak o „perwersyjnych” skłonnościach rozbudził wyobraźnię dziesiątek tysięcy kobiet. Dlaczego??? Czy jest aż tak dobra? A gust niewieści – aż tak homogeniczny? A swoją drogą, czy to nie zabawne, że sto lat feminizmu nie zdołało wyrugować z kobiet naturalnej potrzeby podporządkowania się samcowi? Zwłaszcza, jeśli jest to samiec alfa. ;)




Przyznaję: nie czytałam. Ale dam mały palec u nogi, że mamy do czynienia ze zwykłą bajeczką dla dorosłych. Budzącą skrajne emocje (od zachwytu, poprzez zdziwienie, aż po – czy szczere? – oburzenie), prowokującą do dyskusji, niemniej jednak – czystą fantastyką. Ale czyż nie kochamy baśni? ;) A im mroczniejsze i bardziej nasycone erosem, tym lepiej. Można by powiedzieć, że E. L. James to dojrzalsza wersja Joanne Rowling. ;)

Dziwi mnie tylko jedno: dlaczego na fali popularności „wszystkich buziek pana G.” nie wypłynęła inna, zapewne nie mniej wyuzdana, za to swego czasu bardzo głośna powieść, a mianowicie – „Historia O”. Czemu, do diabła, nikt o tej książce nie mówi?! Wszak pikanterii odmówić jej nie sposób. Autorka nie skąpi nam miłych opisów cielesnego zespolenia, maltretowania, bicia, poniżania. Protagonistka (której „imię” ma rzekomo nawiązywać do kształtu waginy) charakteryzuje się patologicznym wręcz posłuszeństwem. Powiedzcie sami, czegóż może chcieć więcej spragniona męskiej dominacji niewiasta???




Trochę szkoda jednak, że autorka (płynąc na fali popularności swego dzieła) zdecydowała się popełnić sequel, w którym niejako „poprawia” pierwotną historię. Niezbyt to uczciwe w stosunku do czytelnika.

Tak czy siak, o tym, czy warto zapoznać się z fantazjami pani Reage, musicie zadecydować sami. Zapraszam do lektury:


Pauline Reage
HISTORIA O

KOCHANKOWIE Z ROISSY
Pewnego dnia kochanek zabiera O na przechadzkę do dzielnicy, gdzie nigdy dotąd razem nie byli - do parku Montsouris, a może Morceau. W zakątku parku, tuż przy narożniku alejki, gdzie nie spotyka się nigdy taksówek, gdy zmęczeni spacerem przysiedli na ławce opodal trawnika, dostrzegają samochód z licznikiem, wyglądający na taksówkę.
- Wsiądź - mówi kochanek.
O wsiada. Pora jest przedwieczorna, a rzecz dzieje się jesienią. Ubrana jest jak zwykle: pantofle na wysokich obcasach, kostium z plisowaną spódnicą, jedwabna bluzka, nie ma kapelusza. Ma za to długie rękawiczki zachodzące na rękawy kostiumu, a także skórzaną torebkę, w której nosi puder i róż. Taksówka rusza wolno, choć nikt nie powiedział słowa kierowcy. Kochanek natomiast opuszcza rolety w oknach i na tylnej szybie. O zdejmuje rękawiczki przekonana, że chce ją objąć i pocałować lub może oczekuje tego od niej. Słyszy jednak jego słowa:
- Torebka ci przeszkadza, daj mi ją.
Oddaje, on zaś odstawia ją gdzieś i mówi dalej:
 - Masz na sobie zbyt wiele rzeczy. Odepnij pończochy i spuść je prawie do kolan: tu masz podwiązki.
Nie jest to dla niej łatwe, gdyż taksówka jedzie zbyt szybko, poza tym boi się, żeby kierowca się nie odwrócił. W końcu udaje się jej opuścić pończochy, czuje się trochę dziwnie dotykając gołymi nogami jedwabiu spódnicy. Luźne zapinki od pończoch ślizgają się na udach.
- Odepnij pas i zdejmij majtki.
To jest na szczęście łatwe, wystarczy tylko nieco się pochylić i zrobić niewielki ruch rękoma poniżej pleców. On odbiera od niej pas i majtki i chowa je do jej torebki, potem zaś mówi:
- Nie powinnaś siedzieć na spódnicy, unieś ją i usiądź wprost na siedzeniu.
Siedzenia auta obite są moleskinem, który jest gładki i zimny, a przy tym klei się do ciała.
- A teraz włóż z powrotem rękawiczki - słyszy.
Taksówka mknie bez przerwy, ona zaś nie ma śmiałości zapytać dlaczego René nie rusza się i nic nie mówi, ani jakie może mieć to dla niego znaczenie, żeby siedziała tak bez ruchu i w milczeniu, półrozebrana i gotowa, za to w starannie wciągniętych rękawiczkach, w tym ciemnym samochodzie mknącym nie wiadomo dokąd. Nie żądał tego od niej ani nie zabronił, nie śmiała jednak również skrzyżować nóg, ani nawet złączyć kolan. Siedziała, opierając się z dwóch stron rękoma o fotel auta.
- Jesteśmy na miejscu - mówi naraz René.
Taksówka zatrzymuje się oto w pięknej alei, pod drzewem - rosną tam platany - przed wejściem do niewielkiego pałacyku, za którym znajduje się pewnie dziedziniec i ogród - takie domy spotyka się na starych przedmieściach Saint-Germain. Latarnie są dość daleko, w dodatku w samochodzie panuje ciemność, a na zewnątrz pada.
- Nie ruszaj się - mówi René. - Nie ruszaj się zupełnie.
Wyciąga rękę w stronę kołnierzyka jej bluzki, rozwiązuje kokardę u szyi, a potem rozpina guzik po guziku. O pochyla się odrobinę, sądzi, że René chce pieścić jej piersi. Bynajmniej. René wkłada rękę pod bluzkę tylko po to, by odszukać ramiączka jej biustonosza, które przecina nożykiem, potem zaś zdejmuje biustonosz i chowa. Teraz jej piersi pod bluzką, którą na powrót zapiął, są swobodne i obnażone, tak samo swobodne i obnażone jak jej pośladki i brzuch - jest naga od pasa do kolan.
- Posłuchaj - mówi. - Teraz już jesteś gotowa. Zostawiam cię samą. Wejdziesz teraz po tych schodkach i zadzwonisz do drzwi. Pójdziesz za osobą, która ci je otworzy i zrobisz wszystko, co rozkaże. Jeśli nie wejdziesz od razu, zostaniesz tam zaprowadzona siłą. Twoja torebka? Nie, nie, torebka nie będzie ci już potrzebna. Ja jedynie dostarczam dziewczynę. Tak, tak, ja też tam będę. Idź już.

Według innej wersji, tenże sam początek miał znacznie brutalniejszy i prostszy przebieg: młoda kobieta w podobnym do opisanego stroju została uprowadzona samochodem przez swego kochanka i jego przyjaciela, którego wcześniej nie znała. Nieznajomy prowadził, a kochanek usiadł obok owej kobiety i to właśnie jego przyjaciel, ów nieznajomy, wyjaśnił kobiecie, że jej kochanek ma za zadanie odpowiednio ją przygotować, i że zaraz zwiąże jej ręce na plecach, w miejscu gdzie kończą się rękawiczki, następnie ściągnie jej pas od pończoch, majtki i biustonosz, i zawiąże oczy. Potem odstawiona zostanie do pałacu, gdzie dowie się, co ma robić.
Po prawie półgodzinnej jeździe, związaną i rozebraną wyprowadzono z samochodu, kazano wejść po schodkach, następnie przejść przez jedne, drugie drzwi - cały czas w przepasce na oczach aż wreszcie zostawili ją samą, już bez przepaski, w jakimś ciemnym pokoju, gdzie musiała czekać pół godziny, a może nawet godzinę lub dwie, tak, czy tak, trwało to wieki.
Później, gdy otworzyły się drzwi, okazało się, że był to całkiem zwykły, jakkolwiek komfortowy pokój, którego osobliwością był brak jakichkolwiek mebli, jeśli nie liczyć ściennych szaf dokoła. Podłogę wyścielał gruby, miękki dywan. Drzwi otworzyły dwie kobiety: dwie młode i śliczne kobiety wyglądające jak urocze pokojóweczki z dziewiętnastego stulecia: w długich do kostek lekkich i marszczonych spódnicach, obcisłych gorsetach uwydatniających piersi, zapinanych na haftki i sznurowanych na przedzie, ozdobionych przy szyi koronką, z rękawami do łokci. Oczy i usta miały mocno umalowane. Na szyi nosiły ciasne obroże, a na nadgarstkach coś, co przypominało bransolety. No więc wiem jeszcze, że rozwiązały ręce O, które do tej pory miała cały czas związane z tyłu na plecach i powiedziały jej, że musi się rozebrać, gdyż za chwilę ją wykąpią i zrobią makijaż.
Kiedy już była naga, schowały jej ubranie do jednej ze ściennych szaf. Nie pozwoliły, żeby wykąpała się sama, a potem zajęły się jej włosami niczym w prawdziwym salonie fryzjerskim, usadziwszy ją uprzednio w pochylonym fotelu, który opuszcza się do mycia głowy i podnosi przy układaniu i suszeniu włosów. Trwa to zwykle co najmniej godzinę. Tutaj trwało to jeszcze dłużej, O zaś siedziała na fotelu zupełnie naga i nie wolno jej było skrzyżować ani nawet złączyć nóg. Ponieważ naprzeciw niej znajdowało się wielkie na całą ścianę lustro, którego nie przesłaniał żaden stolik, O widziała siebie rozwartą w ten sposób, ilekroć jej wzrok natrafiał na taflę zwierciadła. Kiedy wreszcie skończyły, oczy miała lekko podcienione, usta jaskrawoczerwone, koniuszki i otoczki piersi różowe, wargi łonowe pociągnięte czerwoną szminką, obficie wyperfumowane futerko pod pachami i na podbrzuszu, jak również wnętrze ud, dołek pomiędzy piersiami i wnętrze obu dłoni - wtedy kazano jej przejść do innego pomieszczenia, gdzie naprzeciwko siebie znajdowały się dwa lustra - jedno przymocowane było do ściany, drugie, potrójnie łamane stało na wprost pierwszego, dzięki czemu ktoś stojący pomiędzy nimi mógł oglądać się z każdej możliwej strony. Usadzono ją na pufie pomiędzy lustrami i kazano czekać. Puf pokryty był czarnym futrem, które trochę ją kłuło, czarny był też dywan, ściany zaś czerwone. Na nogach miała czerwone pantofelki. W jednej ze ścian tego niewielkiego buduaru znajdowało się duże okno wychodzące na wspaniały cienisty park. Przestało już padać, wiatr poruszał drzewami, wysoko, pomiędzy chmurami, mknął księżyc.
Nie wiem jak długo siedziała sama w tym czerwonym buduarze, ani czy była naprawdę sama, tak jak sądziła, czy też może ktoś obserwował ją przez otwór ukryty w ścianie. Wiem natomiast, że kiedy powróciły dwie kobiety, jedna z nich niosła centymetr krawiecki, a druga koszyk. Towarzyszył im mężczyzna ubrany w długą, fioletową szatę z szerokimi rękawami zwężającymi się ku nadgarstkom, która rozchylała się poniżej pasa przy każdym jego kroku. Można było wówczas dostrzec, że pod spodem nosi on coś w rodzaju obcisłych pludrów zakrywających wprawdzie nogi i pośladki, wyciętych za to w miejscu, gdzie znajduje się męskość. To była pierwsza rzecz, którą spostrzegła O, kiedy mężczyzna wszedł, drugą był rzemienny bicz zatknięty za pasem, potem zaś zobaczyła, że twarz mężczyzny ukryta jest pod czarnym kapturem, z otworem na oczy zasłoniętym czarnym tiulem, wreszcie na koniec to, że na rękach ma rękawiczki również z czarnego szewra.
Zwracając się do niej przez "ty", powiedział, żeby się nie ruszała, kobietom zaś kazał się pospieszyć. Ta, która miała ze sobą centymetr zmierzyła najpierw szyję, a potem nadgarstki O. Rozmiary te, jakkolwiek małe, nie odbiegały od normy. Nietrudno było odszukać w koszyku przyniesionym przez drugą z kobiet odpowiedniej obroży i bransolet. Wykonane były z wielu warstw skóry (każda warstwa była dość cienka, lecz razem osiągały grubość palca), zamykały się na zamki zatrzaskowe, i, tak jak niektóre kłódki, dawały się otworzyć jedynie za pomocą kluczyka. Po przeciwnej niż zamek stronie, pomiędzy warstwami skóry przymocowane było metalowe kółko, do którego można było przypinać bransolety, przy czym zarówno obroża jak bransolety przylegały bardzo ściśle, na tyle, że chociaż nie raniły zupełnie skóry, nie sposób byłoby przeciągnąć pod nimi cienkiego sznurka. Kiedy założono jej już obrożę i bransolety, mężczyzna kazał jej wstać. Sam zajął miejsce na pufie, gdzie siedziała wcześniej, rozkazał jej przybliżyć się do swych kolan, dłonią ubraną w rękawiczkę prześlizgnął się pomiędzy jej udami, obmacał jej piersi, a następnie powiedział, że jeszcze tego wieczoru zostanie przedstawiona, stanie się to jednak dopiero po obiedzie, który zresztą zje w samotności. I rzeczywiście jadła go samotnie, naga, w maleńkiej celce, do której czyjaś niewidoczna ręka wstawiła talerze przez otwór w ścianie.
Kiedy skończyła, ponownie zjawiły się po nią dwie kobiety. W buduarze, dokąd wróciła, znów zapięły kółka bransolet, wysoko na łopatkach krępując ręce O. Do obroży przypięły czerwony płaszcz otulający ją wprawdzie całkowicie, lecz jednocześnie rozchylający się od dołu przy każdym kroku, na co nic nie mogła poradzić, mając ręce skrępowane na plecach. Jedna z pokojówek szła przodem otwierając przed nią drzwi, druga postępowała z tyłu i zamykała je za nimi. Minąwszy westybul i dwa kolejne salony weszły do biblioteki, gdzie czterech mężczyzn piło właśnie kawę. Wszyscy przyodziani byli w takie same szaty jak ów pierwszy, twarze ich jednak nie były zamaskowane. O nie zdążyła jednakże ich rozpoznać i nie umiała stwierdzić czy znajduje się pośród nich jej kochanek, gdyż jeden z czwórki skierował w jej stronę silną jak reflektor lampę, która zupełnie ją oślepiła. Wszyscy stali nieruchomo: kobiety po obu jej bokach i mężczyźni naprzeciw niej.
Potem światło zgasło, kobiety zniknęły gdzieś. Za to oczy zawiązano jej przepaską. Rozkazano jej się zbliżyć, co zrobiła nieco niepewnym krokiem i poczuła, że stoi przed rozpalonym kominkiem, gdzie zasiadło czterech mężczyzn: czuła żar i słyszała syk płonących polan. Stała naprzeciw ognia. Czyjeś ręce podniosły jej okrycie, dwie inne przesunęły się w dół, wzdłuż jej lędźwi, sprawdziwszy uprzednio czy bransolety trzymają się mocno: te dłonie nie były odziane w rękawiczki, a jedna z nich zagłębiła się naraz w obydwa jej otwory tak gwałtownie, że krzyknęła. Ktoś zaśmiał się. Ktoś inny powiedział:
- Odwróćcie ją, żeby można było zobaczyć piersi i brzuch.
Odwrócono ją i teraz żar kominka ogrzewał jej pośladki. Jakaś ręka ujęła jedną jej pierś, czyjeś usta chwyciły koniuszek drugiej. I wtedy nagle straciła równowagę, przechyliła się niebezpiecznie do tyłu... prosto w czyjeś ramiona, podczas gdy ktoś inny rozwarł jej nogi i rozchylił delikatne wargi otoczone wianuszkiem włosów. Usłyszała, że trzeba ją sprowadzić na klęczki. Zaraz też to zrobiono. Na kolanach było jej bardzo niewygodnie, tym bardziej, że zabroniono jej złączyć nogi, a z powodu skrępowanych na plecach rąk jej ciało pochylało się mocno do przodu. Pozwolono jej odchylić się nieco w tył, tak, że znajdowała się w półprzysiadzie, opierając się na własnych obcasach, niczym niektórzy modlący się.
- Nigdy jej pan nie wiązał?
- Nie, nigdy jeszcze.
- Ani nie chłostał?
- Nie, również nie, lecz właśnie...
Tym, który odpowiadał, był jej kochanek.
- Właśnie - odezwał się kolejny głos. - Niech ją pan parę razy zwiąże, trochę wychłoszcze, a ona niech czerpie z tego przyjemność. Nie, nie. Należy właśnie przekroczyć ten moment, kiedy zacznie odczuwać przyjemność i wycisnąć z niej łzy.
Wówczas podniesiono O z klęczek i zaczęto prowadzić zapewne po to, by ją przywiązać do jakiegoś słupa czy też do ściany, gdy jeden z mężczyzn sprzeciwił się, mówiąc, że najpierw chciałby ją wziąć i zaraz też sprowadzono ją na powrót na kolana, lecz tym razem biust miała oparty o puf, ręce w dalszym ciągu związane, a jej pośladki znajdowały się teraz wyżej niż reszta ciała, natomiast któryś z nich przytrzymał ją oburącz za biodra i wszedł w nią. Za chwilę ustąpił miejsca innemu. Trzeci postanowił skorzystać z innej, ciaśniejszej drogi, a wdarłszy się tam gwałtownie sprawił, że O krzyknęła. Kiedy ją zostawił, jęczącą i mokrą od łez pod przepaską na oczach, osunęła się na ziemię po to, by poczuć przy swojej twarzy czyjeś nogi i żeby również jej usta nie zostały oszczędzone.
Na koniec zostawiono ją związaną, leżącą na wznak na sponiewieranym czerwonym płaszczu niedaleko kominka. Słyszała jak napełniają kieliszki, piją, przesuwają jakieś siedzenia. Ktoś dorzucił drzewa do ognia. Nagle zdjęto jej przepaskę. Duży pokój ze ścianami pełnymi książek oświetlony był słabym światłem lampy stojącej na konsoli i blaskiem kominka, który teraz ożywił się trochę. Dwóch mężczyzn stało i paliło papierosy. Inny siedział trzymając szpicrutę na kolanach, tym zaś, który pochylał się właśnie nad nią i pieścił jej pierś, był jej kochanek. Posiedli ją jednak wszyscy czterej, ona zaś nie zdołała go odróżnić od pozostałych. Wyjaśniono jej, że jak długo pozostawać będzie w tym pałacyku, będzie mogła oglądać twarze tych, którzy będą ją gwałcić lub zadawać ból, lecz nigdy nocą nie będzie wiedzieć, kto jest odpowiedzialny za najgorsze.


Na życzenie mogę przesłać ebooka.

15.12.2013

Wydmuszki


Powtórzę to, co wielu mądrzejszych ode mnie pisze od dawien dawna: Proszę państwa, nie jest dobrze! Świat ogarnęła epidemia pustoty, bylejakości i trywialności. I to piszę ja, osoba o niespecjalnie wyrafinowanym guście! Entuzjastka horrorów, erotyki i niespecjalnie wybrednego humoru. :)

Jednym z objawów powszechnej banalizacji jest – ot, chociażby – spadek wartości Słowa.

Bóg-honor-ojczyzna. Wiara. Tradycja. Polska.

Miłość. Kocham cię. I nie opuszczę cię aż do...

Szacunek. Tolerancja. Prawa człowieka.

Tak, to wszystko tylko słowa. Słowa, słowa, słowa. Bez jakiegokolwiek pokrycia. Spłycone, wyświechtane, zeszmacone. Odmieniane przez wszystkie przypadki, wpychane w każdy kontekst, klepane równie żarliwie, co bezmyślnie. Czego dowodem jest choćby blogosfera: czcze deklaracje, śmieszne powarkiwania, puste obietnice, głupawe czułostki. Nie lubię tego. Nie lubię i już! Słowo powinno mieć znaczenie. Dlatego rzadko składam przyrzeczenia, oświadczenia czy życzenia. Wystarczy, że inni pieprzą, ile wlezie, wycierając sobie buzie wielkimi wyrazami, rzucając groźby bez pokrycia czy zapewniając o swojej dozgonnej miłości, przyjaźni, wierności... Pewnie nawet w to wierzą. Szkoda jednak, że na słowach najczęściej się kończy.

Szukając winnego tego stanu rzeczy, kieruję oczy ku popkulturze. Przesiąknięta prostactwem i niedorzecznością, może być zarówno przyczyną, jak i skutkiem wszechobecnego zidiocenia. Na co stawiacie? A może jest to już błędne koło, którego nie sposób rozerwać? Kiedyś to się zaczęło – ale kiedy, jak, dlaczego? Kto zapoczątkował to szaleństwo pustactwa, tę orgię banalności? Jezu, a może wszyscy jesteśmy już zainfekowani?!

Spójrzmy na ofertę kin i telewizji. To, co serwuje widzowi współczesny przemysł filmowy, woła o... nie, nie o pomstę do nieba – co najwyżej o rolkę papieru toaletowego. Mam na myśli tzw. blockbustery. Przebolałabym jeszcze, że w każdym z nich fabuła jest bardziej schematyczna niż w bajce dla trzylatka, dobrzy bohaterowie są zawsze biali i hetero, lecz przyjaźnią się z homo i czarnymi, a ci źli mają pryszcze, popsute zęby oraz ultrakonserwatywne poglądy; przymknęłabym oko na banalność treści tudzież śmieszność formy (widziałam chyba za dużo cyfrowych potworów, wybuchów, kataklizmów); przełknęłabym nawet ten słynny – jak to go określa z przekąsem mój Luby – „amerykański patos”. Ale tego, że te wszystkie wychwalane pod niebiosa hiciory są podobne do siebie niczym jedna psia kupa do drugiej, zdzierżyć nie mogę!

Ach, jakżeż się zachwycano „Prometeuszem”, „Atlasem chmur”, „Władcą pierścieni”! To miały wszak być arcydzieła! Doszukiwano się drugiego dna, zachwycano rzekomą głębią ukrytych podtekstów. Tymczasem są to po prostu urocze bajeczki dla dorosłych, podlane tanią egzaltacją i pseudofilozoficznym bełkotem. (Jeśli obejrzycie ten zwiastun, to w zasadzie obejrzeliście cały film.)

O takich obrazach jak „Iron man”, „Spiderman”, „Batman”, „Avengers”, „Sherlock Holmes” nie ma nawet co wspominać. Różnią się od siebie tylko zaawansowaniem efektów specjalnych tudzież poziomem brutalności. Ostatnio byłam na „Thorze 2”. Wychodząc z sali kinowej zachodziłam w głowę, o czym toto właściwie było. Ktoś kogoś goni, ktoś kogoś zdradza, zabija nawet – a mnie to wisi i powiewa. W pamięci ostała mi się jeno całkiem udana kreacja Toma Hiddlestona (cudowne przeciwieństwo głównego bohatera – poczciwego blondwłosego mięśniaka), ratująca film przed osunięciem się w kompletną sztampę.

Ale czyja to wina? Czy nie tych przypadkiem, którzy na takie filmy chodzą i tym samym przynoszą zysk ich twórcom? W takim razie i ja powinnam się wstydzić. Przede mną – a raczej przed nami, bo z pewnością wybierze się i Luby, i mama – najnowsza część „Hobbita”. Czemu? Bo to klasyka. Przemiłe wspomnienie emocji z dzieciństwa, tyle, że skrystalizowane w wizji Petera Jacksona. Przyznam, iż nie takiej znowu najgorszej. Ba, wizualnie wręcz cudownej.




No właśnie – wizualnie...

Ech! Czegóż ja właściwie chcę? – zapytuję samą siebie.

I zaraz sobie odpowiadam: Ducha! Film musi mieć duszę!

A o to ostatnimi czasy bardzo ciężko...

11.12.2013

Chcesz wiedzieć więcej?


Już kiedyś polecałam ten film, ale nie mogłam wówczas znaleźć doń linku. Obecnie można go obejrzeć na YouTube (pytanie: jak długo?). Nie warto zamykać oczu na fakty, nawet jeśli burzą utrwalony w naszych umysłach porządek. A może zwłaszcza wtedy?

Wszystkich, którzy pragną wiedzieć więcej o otaczającym nas świecie, zachęcam do kilknięcia na poniższy link:




Dla pasjonatów historii alternatywnej – pozycja obowiązkowa! :)

07.12.2013

Apage, Satanas!


Tyle się czyta o potrzebie patrzenia dalej niż „własna chata z kraja”; o wartości zainteresowania sprawami publicznymi; o słuszności angażowania się w walkę z najrozmaitszymi problemami dręczącymi społeczeństwo. I w sumie racja, bo jak nie my, to ktoś inny urządzi ten świat po swojemu. Pytanie tylko, czy każdy nadaje się na aktywistę?

Ja – na pewno nie. Jestem z natury bierna, leniwa, niezbyt odważna i całkowicie pozbawiona zdolności przywódczych. Polityka, problemy społeczne, gospodarka, ideologia – to wszystko obchodzi mnie mniej niż konsystencja kupy mojego psa. Owszem, mam swoje poglądy, ale na poglądach się kończy. Nie, nie wszystko, co się wokół mnie dzieje, jest mi idealnie obojętne! Przeciwnie – nie podobają mi się wysokie podatki czy koszty pracy, niepokoi zdziebko permisywizm, jaki wykazują nasi zachodni sąsiedzi w stosunku do muzułmańskich fanatyków, wkurwia niemożebnie pycha kościelnych hierarchów, wyjących ze zgrozy, że ktoś ośmiela się „opluwać Kościół”, drażnią przepychanki między prawicą a lewicą, brzydzi rozrastająca się niczym hydra biurokracja, a nade wszystko – przerażają kolejne doniesienia o szalenie pochopnym odbieraniu dzieci rodzicom. Ale to są poglądy. A od poglądów do czynów droga daleka. Być może wszelki aktywizm jest po prostu wbrew mojej naturze.

Przede wszystkim jednak – gdzie miałabym szukać sojuszników? Wśród tych, którzy chcąc jakoś wyżej wymienionym problemom zaradzić, często sięgają po metody niegodne cywilizowanego człowieka? Uchowaj Boże! Wszak nie dołączę do zbydlęconych narodowców podpalających własność publiczną czy do rzygających jadem karykatur feministek, które domagają się przywilejów, parytetów i Budda wie, czego jeszcze. Te doszczętnie już skompromitowane środowiska omijam z daleka, bo i po co miałabym się narażać na atak? Wystarczy, że zaanektowały sporą część blogosfery, zakażając umysły coraz większej części społeczeństwa. (Oczywiście jak najbardziej można dyskutować z pojedynczymi osobnikami, o ile ci wykazują się jaką taką kulturą.) Poza tym zarówno fanatyczni prawacy, jak i fanatyczni lewacy wyznają chory pogląd, iż jednostka powinna dopasować swoje osobiste cele i dążenia do potrzeb ogółu. Co oznacza de facto wyrzeczenie się własnych zasad, gustu, pragnień...

Cóż może zatem zrobić człowiek, który na wojnę polsko-polską patrzy nie tylko z niepokojem, ale wręcz – z głębokim niesmakiem? I który najchętniej kopnąłby w dupę zarówno „prawdziwych Polaków”, jak i bezkrytycznych „euroentuzjastów”, gdyż jedni i drudzy wydają mu się bandą tępych gówniarzy? Apelowanie do rodaków o czysty zdrowy rozsądek – czyli zarówno o poszanowanie strony przeciwnej (zero obelg, przemocy, gnojenia drugiego człowieka), jak i o definitywne odpieprzenie się od tych z obywateli, którzy nie chcą zajmować żadnego stanowiska – oznaczałoby szarpanie sobie nerwów po próżnicy. Zresztą, kim ja jestem, by pouczać bliźniego swego? Nikim!

Ale z kolei dla mnie takim „nikim” jest każdy z wrzeszczących i lezących na barykady fanatyków, nie wahających się pouczać, ganić, nawracać, tych zaś, co nie chcą się do nich przyłączyć – lżyć najgorszymi słowy. Bo kto nie z nami, ten przeciwko nam. Ten dureń, hedonista, tępy materialista. I przede wszystkim – najgorsza z możliwych inwektyw – leming! Gdyż tylko lemingi „nie chcą podejmować naprawdę ważnych narodowych spraw, są bezmyślnymi konsumentami, zajętymi tylko pracą, karierą, rozrywkami, może dziećmi. Chcą stabilizacji złego stanu spraw, chociaż sytuacja wymaga rewolucji.” 

Tyle, że lemingi to urocze zwierzątka, których rzekomo autodestrukcyjne skłonności okazały się być kłamliwą propagandą Disney’a. A już na pewno wywołują we mnie znacznie cieplejsze uczucia niż wulgarne oszołomy z prawa i lewa, wyjące o konieczności dokonania krwawego przewrotu, słusznym ograniczeniu wolności słowa czy wieszaniu politycznych oponentów na najwyższych gałęziach drzew.




Cóż więc pozostaje? Wyniosła obojętność? Pasywne czekanie, aż rząd opodatkuje powietrze, każdą sferę życia obejmą unijne regulacje, a za dowcip o którejś ze „świętych krów” będzie można trafić do paki? Też niedobrze. Kto wie, może jedyną sensowną opcją jest proponowany przez pana Kobusa z Boskiej Woli sabotaż każdej propaństwowej inicjatywy, niezależnie od tego, z której by strony nie pochodziła?


* * *

No to ładnie. To miał być przecież blog traktujący o konkrecie! O literaturze, muzyce, filmie, zwierzętach, ciekawych ludziach, fascynujących zjawiskach, minimalizmie i moim życiu. Tymczasem znowu „zeszło mi się” na politykę. A przecież w tym bagnie powinni się taplać wyłącznie ci, którzy mogą coś zrobić. Czyli co najwyżej jeden promil społeczeństwa.

Najmocniej zatem przepraszam wszystkich moich czytelników (w liczbie kilkunastu wyrozumiałych osób, które raczą tutaj zaglądać i czytać moje rozwlekłe wynurzenia), że piszę o takich pierdołach. Jak to ja innym doradzałam? „Uporządkuj swój umysł.” Nie zajmuj się tym, na co nie masz wpływu. A sama co robię? :)

06.12.2013

Korekta rzeczywistości


Zastanawiając się nad stosunkiem moich rodziców do mnie samej (oraz niemal każdego, kto żyje/myśli/wypowiada się inaczej, niżby – w ich mniemaniu – należało), doszłam do wniosku, iż cechuje ich nader powszechna przywara: przekonanie, że jeśli ktoś kompromituje się w ich oczach, to kompromituje się również w oczach całego świata. Piszę „powszechna”, gdyż bardzo często natykam się na tego rodzaju przekonania, zwłaszcza w Sieci. Być może stanowią rodzaj psychologicznego mechanizmu obronnego, chroniącego człowieka przed koniecznością zmierzenia się z bliźnim na argumenty. Nic tak nie dowartościowuje pewnych ludzi, jak świadomość zbieżności ich własnych zapatrywań z opinią innych ludzi.

I możecie mi wierzyć lub nie, ale tak naprawdę nie ma żadnego znaczenia, czy jesteśmy w większości czy w mniejszości. Żadnego! Ileż to razy słyszałam lub czytałam teksty, że ktoś się kompletnie ośmiesza, kompromituje, poniża, że wszyscy się z niego śmieją, uważają za durnia, obmawiają za plecami – pomimo iż szyderca nie miał w gruncie rzeczy bladego pojęcia, jak opluwana przezeń osoba wypada w oczach innych.

Skutki takiego postępowania? Zajebiście dobre samopoczucie. Trwające tym dłużej, im bardziej jesteśmy ograniczeni. Albowiem to właśnie od naszych predyspozycji intelektualnych zależy, jak szybko się zorientujemy, że o nas również mówi się bardzo, bardzo źle. Że i my jesteśmy osądzani, wyśmiewani, odrzucani. Że nasza inteligencja, a raczej jej brak, jest obiektem czyichś kpin, a dzięki poglądom zyskaliśmy łatkę oszołoma, debila czy ostatniego ćwoka.

A jak już się dowiemy? Nic się zmienia. Czujemy się tylko urażeni, skrzywdzeni. I szybko włącza się kolejny mechanizm obronny: głębokie przeświadczenie, iż nasi krytykanci to zaledwie garstka kretynów, zaś tych, którzy nas szanują, jest o wiele więcej. Wszak każdy mający choć trochę oleju w głowie pobratymiec prędzej czy później zachwyci się naszą inteligencją, bystrością umysłu, dowcipem i wyznawaną filozofią życiową. I tak oto domyka się odwieczny schemat myślenia: mądrzy ludzie są szanowani; szanowani ludzie muszą być mądrzy.

A że jest to wierutne kłamstwo? Tym gorzej dla prawdy.

04.12.2013

My i oni


Liczba głosów w ankiecie „Czy wierzysz w istnienie inteligentnych form życia pozaziemskiego?”:

Oczywiście! Z pewnością nie jesteśmy sami w Kosmosie – 17 głosów

Raczej tak – 6 głosów

Sam/a nie wiem – 3 głosy

Raczej nie – 1 głosów

Nie, w coś tak idiotycznego nie uwierzę nigdy – 0 głosów

Nigdy mnie to nie interesowało – 5 głosów


Nie do wiary – tylko jeden sceptyczny głos! Fox Moulder byłby wniebowzięty. :) A mnie po prostu serce rośnie. :) Lubemu zresztą też. ;) Zwłaszcza jemu, gdyż drąży ten temat od ponad dwudziestu lat. Powiedzieć, że wierzy w istnienie kosmitów, to mało. On jest o tym święcie przekonany. :)

W ogóle niezły egzemplarz z tego mojego faceta. Posiada chłonny, otwarty umysł i niczego a priori nie wyklucza. Udziela kredytu zaufania niemal każdej fantastycznej teorii, nie zapominając wszakże o jej późniejszym – bardzo solidnym – zgłębieniu. Potrafi poświęcić masę czasu na zapoznanie się z interesującym go tematem. Szuka informacji, analizuje, docieka, pyta i podważa. Często hamuję jego rozbuchaną wyobraźnię, podcinam wiarę w pseudonaukowe wywody, podrzucam alternatywne wytłumaczenia niezwykłych zjawisk. Kiedy jednak Marek zaczyna sypać dowodami jak z rękawa i przytaczać dziesiątki świadectw, relacji, artykułów, etc, mój wrodzony sceptycyzm topnieje. Zaraziłam się jego pasją i... nie żałuję. ;)

Poniżej zamieszczam jeden z odcinków serialu „Starożytni kosmici”, który to serial zbiera ze strony widzów zarówno pochwały, jak i cięgi. Jedne i drugie w pełni, moim zdaniem, zasłużone, gdyż nadzwyczajną staranność realizacji psuje dziecinna egzaltacja niektórych komentatorów. Niemniej zachęcam do obejrzenia – najlepiej bezpośrednio na Youtube (kliknij na ikonkę w prawym dolnym rogu filmu).


02.12.2013

Inna


Zawsze złościły mnie sugestie, że powinnam być taka, jak inni. Czyli wierzyć w Boga, dobrze się uczyć, koniecznie znaleźć sobie chłopaka, zrobić karierę, nauczyć się paru języków, wyjść za mąż, urodzić dziecko. Różnie reagowałam na tego typu pouczenia. Czasami kazałam się odczepić, czasami ostentacyjnie obwieszczałam, że zamierzam „żyć po swojemu”, a czasami zbywałam owo pieprzenie jakimś uprzejmym wykrętem. Nie jestem kobietą sukcesu; gdybym mogła cofnąć się w czasie, zmieniłabym wiele rzeczy, dokonała innych wyborów. Ale z niektórych moich poczynań i postaw jestem naprawdę dumna. I to właśnie tych, które czasami mocno odbiegały od normy. ;)

Za przykład podam kontakty z płcią męską. Instynktownie czułam, że ta sfera ludzkiego życia jest zbyt ważna, by zdać się na cudze „mądrości”. Kroczyłam własnymi ścieżkami, starając się zgłębić – wcale nie tak prosty, jak by się mogło wydawać – świat mężczyzn własnym sumptem, bez oglądania się na bełkot czy to rówieśnic, czy osób ze starszego pokolenia. Wierzcie lub nie, ale wyszło mi to tylko na dobre. :)

I tak oto:
  • Wolałam towarzystwo chłopców niż dziewcząt. Chodzi mi, rzecz jasna, o czysto platoniczne znajomości.
Prawdziwa przyjaźń damsko-męska jest nie do przecenienia. Zauważyłam, że w czysto damskim gronie temat rozmowy schodzi – prędzej czy później – na małżeństwo, dzieci, facetów. A nie o tym lubiłam rozmawiać z ludźmi. :)
Niestety, posiadanie wielu znajomych płci odmiennej ma też wadę: ściąga na kobietę uwagę otoczenia. Zwłaszcza starszemu pokoleniu trudno jest wytłumaczyć, że nie ma niczego złego w takich (absolutnie aseksualnych!) przyjaźniach. (Pamiętam, jak kiedyś, będąc bardzo młodą osobą, oznajmiłam babci, że po znalezieniu chłopaka nadal zamierzam utrzymywać bliskie kontakty z kolegami. Ta wówczas pokiwała z politowaniem głową i doradziła mi, żebym w końcu dorosła. No tak, po co kobiecie w związku koledzy... :))
  • Wierzyłam – i wierzę! – w równość płci. Nie byłam bierna, wyczekująca, powolna.
Niejedna z moich koleżanek wyznawała pogląd, że szanująca się kobieta jest księżniczką, którą musi zdobyć rycerz na białym koniu. Ona leży i pachnie, czeka na telefon od niego, wymaga atencji, schlebiania, etc, zaś facet jej nadskakuje, wozi po mieście, płaci wszelkie rachunki i w żadnym wypadku nie prosi, by pomogła mu pchać samochód. ;) Ja natomiast nigdy siebie w roli pasywnej królewny nie widziałam. Wręcz brzydziła mnie taka wizja. Zawsze chciałam być dla chłopaka przede wszystkim przyjaciółką. A przyjaciele są sobie równi. Zawsze.
  • Nie podążałam za stadem. Relacje z mężczyznami kształtowałam w oparciu o własne widzimisię, nie o „przyjęte” reguły.
Unikałam jak ognia zarówno świętojebliwych cnotek postulujących czekanie z seksem do ślubu, jak i płytkich niczym brudna kałuża gówniar zmieniających chłopaków co parę miesięcy. Nie po drodze było mi również z zafiksowanymi na robieniu kariery singielkami czy z opętanymi myślą o zamążpójściu i rodzeniu dzieci kwoczkami. A już do prawdziwie szewskiej pasji doprowadzały mnie słowa typu: „Szanuj się” lub: „Kobieta musi się szanować”, wygłaszane przez „starszych i mądrzejszych”. Tak jakbym nie wiedziała, co mam robić, by móc szanować samą siebie. :) Wszyscy, którzy usiłowali – w jakikolwiek sposób – wpłynąć na moje życie intymne, zostali przeze mnie definitywnie odrzuceni.
Każdy jednak musi się choć trochę dopasować do oczekiwań społeczeństwa. Zaś jedną z ulubionych rozrywek pospólstwa było, jest i na wieki wieków pozostanie węszenie wokół cudzej dupy. Obydwa spostrzeżenia przywiodły mnie do wniosku, iż najlepszymi przyjaciółmi kobiety wcale nie są diamenty, lecz dyskrecja, powściągliwość i czujność. Nie trzeba bowiem być ladacznicą, by dać plotkarzom powód do rozpuszczenia języków.

Gdybym była inna, nie mogłabym być z Markiem. To właśnie moralny wymóg wzajemności, ofiarności i zaufania scala nasz – niekiedy burzliwy ;) – związek. Jesteśmy swoimi największymi przyjaciółmi; parą cichych, mocno introwertycznych, podobnych do siebie niczym dwa fusy z tej samej herbaty „odmieńców”. Nie ma mowy o scenach zazdrości (oboje mamy znajomych przeciwnej płci), trzymaniu drugiej osoby na smyczy czy jakimkolwiek szantażu emocjonalnym. Zero parcia na bycie typowym „duetem”, czyli założenia sobie obrączek i dorobienia się potomstwa. Mamy dziwaczne zainteresowania, nietypowe marzenia, zwariowane plany na przyszłość.

A jeśli – odpukać! – nasz związek nie przetrwa, nie będę go rozpamiętywać jako porażki. Przeciwnie – zachowam te lata w pamięci jako najpiękniejsze w moim życiu. Nie dołączę do grona rozgoryczonych singielek czy desperatek szukających na gwałt faceta. Marek pozostanie moim przyjacielem, a ja jego przyjaciółką. A przynajmniej taką mam nadzieję.

01.12.2013

Jak to dobrze, że grzecznie płacicie podatki


Zawsze uważałam, że więźniów należy traktować humanitarnie. Czyli dawać jeść co najmniej dwa razy dziennie, zapewnić możliwość zachowania higieny osobistej, chronić przed przemocą ze strony współwięźniów czy sadystycznych strażników, etc. Okazuje się jednak, że w dzisiejszych czasach to nie wystarcza...


Proszę państwa, Lem by tego (chyba) nie wymyślił! Nic, tylko dać po mordzie jakiemuś szczególnie skundlonemu politykowi i iść do więzienia na zasłużone wakacje. :)

28.11.2013

"Wsi spokojna, wsi wesoła!"


Przedstawiam wyniki kolejnej ankiety. Oto liczba głosów, które padły w odpowiedzi na pytanie: „Gdybyś mógł swobodnie decydować o swoim miejscu zamieszkania, to którą z poniższych opcji byś wybrał?”:

Mieszkanie w wielkim mieście – 1 głos

Dom w wielkim mieście – 6 głosów

Mieszkanie w małym mieście – 2 głosy

Dom w małym mieście – 4 głosy

Dom na wsi, przy czym wieś byłaby położona blisko miasta – 10 głosów

Dom na wsi, przy czym wieś byłaby sporo oddalona od miasta – 3 głosy

Dom na odludziu – 12 głosów


Jak widać, zdecydowanie przeważa dom i natura. Z kolei nie ma specjalnej różnicy pomiędzy większym a mniejszym miastem – obydwa warianty zyskały podobną liczbę zwolenników. Zdziwiła mnie mała ilość głosów dla wsi oddalonej od miasta, podczas gdy dwie okalające ją opcje (wieś położona blisko miasta oraz dom na odludziu) okazałyby się być najbardziej popularne. Widocznie wahacie się pomiędzy utrzymaniem kontaktu z cywilizacją a pragnieniem całkowitego jej porzucenia. ;)

Oczywiście nie biorę udziału w swoich ankietach, swój wybór prezentując dopiero w ich podsumowaniach. Na dzień dzisiejszy najlepszym miejscem do życia wydaje mi się „wieś położona blisko miasta”. Hołubię w głowie szaloną fantazję o niewielkim domku na duuuużej działce, pracy przez Internet i/lub w gospodarstwie (hodowla roślin), gromadzie przygarniętych zwierzaków i... świętym spokoju. (Jeszcze bardziej szalonym marzeniem jest stworzenie wspierającej się społeczności wyznającej określone zasady moralne, która byłaby alternatywą dla rodziny, ale tak odrealnionej wizji chyba nigdy nie uda mi się zrealizować. ;))

Mój zapał do neowieśniaczego stylu życia nie znajduje zrozumienia u rodziców. Czasami kpią ze mnie (acz dobrotliwie), a czasami tłumaczą jak dziecku, jak straszliwie nieodpowiedzialną decyzję bym podjęła, przeprowadzając się na wieś. Bo wszędzie daleko. Bo niebezpiecznie. Bo w zimie jest bardzo ciężko. Bo nie dam sobie rady. Ten ostatni argument padał z ich ust przez całe moje życie, torpedując wszelkie moje przejawy samodzielności. Zawsze wiedzieli lepiej, co powinnam robić, jaki kurs obrać, w czym się realizować. Przyznaję, często mieli rację, niemniej wolałabym popełniać błędy niż nie robić niczego. W trosce o swoje zdrowie psychiczne nauczyłam się puszczać część ich dobrych rad mimo ucha, zwłaszcza, jeśli dotyczą kwestii niezmiernie dla mnie istotnych. A myśl o życiu na łonie natury towarzyszy mi niczym wierny pies od ładnych paru lat.

Rodzice chyba czują, że nie wybiją mi tego pomysłu z głowy, gdyż zdarza im się napomknąć, że jeśli już mam uciekać z miasta, to tylko do Trzcińca. Ponad 20 lat temu nabyli tam ładny kawałek gruntu, którym przecież – jak to tłumaczą – ktoś będzie się musiał kiedyś zaopiekować. Tym „ktosiem” zaś może być tylko mój brat lub ja, a najlepiej – oboje.

Ich propozycja wydaje mi się rozsądna. Co prawda wolelibyśmy z Markiem zamieszkać na nieco ładniej ukształtowanym terenie, pokrytym gęstym borem oraz poprzecinanym wstęgami czystych jak łza strumieni, lecz perspektywa nabycia własnej ziemi jest dla nas równie odległa, jak wyjazd do Ameryki. Tak więc marzenie o domku w Bieszczadach, który to region Luby wspomina z niezwykłym rozrzewnieniem, zostaje z przyczyn czysto ekonomicznych włożone do przegródki z napisem „Total fiction”.

Zostaje poczciwy, płaski, suchy Trzciniec...




Czy ktoś z Was ma doświadczenie w przenoszeniu się z miasta na wieś? Jeśli tak, to zachęcam do podzielenia się swoimi przeżyciami. :)

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...