14.10.2013

Książki mojego dzieciństwa



Padły najróżniejsze odpowiedzi. Prawidłowa tylko raz. Chodziło mi o „Kajtusia czarodzieja” Janusza Korczaka. Byłam naprawdę zdziwiona, że tylko jedna osoba podała ten tytuł. Czyżby poza Wnuczkiem i mną nikt nie znał tej chwytającej za serce baśni? Zasępiłam się nieco. Szkoda. To naprawdę wartościowa lektura, którą mogłabym polecić z czystym sumieniem każdemu dorastającemu pacholęciu.

Ale nie tylko tę książkę wspominam z wyjątkowym sentymentem. Było mi dane przeczytać wiele cudownych dzieł, bez znajomości których nie byłabym tym, kim jestem dzisiaj. Albowiem podwaliny mojej moralności zostały ukształtowane nie przez rodziców, szkołę czy Kościół, tylko właśnie przez książki. A wiadomo, jakie książki czyta się w wieku od 10-ciu do 20-tu lat. ;) To właśnie literatura przeznaczona dla bardzo młodego czytelnika wpoiła mi pewne przekonania na resztę życia. Autorzy czytanych przeze mnie pozycji nie propagowali tępego posłuszeństwa wobec dorosłych, bezmyślnej lojalności wobec grupy czy uległości wobec władzy. Przeciwnie – afirmowali samodzielne myślenie i nonkonformizm, zachęcali do spełniania swoich (nawet bardzo dziwacznych) marzeń. Ich dziecięcy protagoniści buntowali się przeciwko starszym, jeśli ci zgrzeszyli okrucieństwem lub niesprawiedliwością, instynktownie czując, że moralność jest ważniejsza od dobrych manier. Takie właśnie zasady powinny być tłoczone do głowy każdego młodego człowieka.

Jakie książki zapadły mi w pamięć najbardziej? Przede wszystkim baśnie. Rodzice latami gromadzili najróżniejsze zbiory podań, legend, klechd i mitów. Z całego świata, ze wszystkich kultur. I słusznie robili, baśnie bowiem są skarbnicą ludzkiej mądrości. Szczególnie ukochałam zbiór bajek pt. „Bajarka opowiada”. Gdybym musiała raz na zawsze opuścić dom i mogła zabrać ze sobą tylko jedną książkę, to poważnie bym się zastanowiła właśnie nad poczciwą "Bajarką". ;)




Skoro już naszło mnie na wspomnienia, pozwolę sobie wspomnieć o paru moich ukochanych powieściach, które do dzisiaj darzę ogromnym szacunkiem i które z czystym sumieniem poleciłabym każdemu nastolatkowi lub rodzicowi nastolatka (dorośli powinni zachęcać młodych do czytania ;)). Oto kilka książek, które naprawdę warto przeczytać:
  • Cudowna podróż” Selmy Lagerlöf. No i cóż ja mogę napisać o tej wspaniałej książce? To po prostu kamień milowy dziecięcej literatury. Absolutny must read dla każdego młodego (i wrażliwego) człowieka. I nie tylko młodego. Zachwycająca opowieść o podróży splatającej się z duchową przemianą spodoba się każdemu czytelnikowi o choćby przeciętnej wrażliwości, zaś tego o wrażliwości ponadprzeciętnej wzruszy do łez.
  • „Niekończąca się historia” Michaela Ende. Są takie lektury, które powinno się przeczytać za młodu, kiedy jeszcze umysł pozostaje czysty i niewinny. Później też można (a nawet warto), lecz nie mają już takiej siły oddziaływania. Ta pozycja jest inna. Jeśli lubisz czytać, a tej książki nie znasz, to leć w try miga do pierwszej lepszej biblioteki i natychmiast ją wypożycz, nawet jeśli masz 50+ lat. To jedna z najcudowniejszych historii, jakie poznasz. Wstyd nie znać.
  • „Król Maciuś Pierwszy” oraz „Król Maciuś na wyspie bezludnej” Janusza Korczaka. Kilka razy wracałam do tych – nie waham się tego napisać – genialnych powieści, szczególne upodobanie znajdując w części drugiej. Krótkie zdania, proste słowa – jak to u Korczaka. Ponoć były próby przeniesienia tej historii na ekran i scenę. Wątpię, żeby to się udało. Czy jakiekolwiek dziecko byłoby zdolne oddać złożoność charakteru Maciusia? Pokazać targające nim wątpliwości, wiarygodnie zagrać straszliwe osamotnienie młodziutkiego króla? Nie, to chyba niemożliwe.
  • „Przygody Hucka” Marka Twaina. Pozwolę sobie tutaj zacytować Ernesta Hemingway’a z „Zielonych wzgórz w Afryce”: Cała współczesna literatura amerykańska wywodzi się z jednej jedynej książki Marka Twaina, która nazywa się „Przygody Hucka". Jeżeli się ją czyta, trzeba zatrzymać się w miejscu, gdzie zabierają chłopcom Murzyna Jima. To jest właściwe zakończenie. Reszta to tylko oszukaństwo. Ale to jest najlepsza książka, jaką mieliśmy. Całe amerykańskie pisarstwo stąd pochodzi. Przed tym nie było nic. Od tej pory nie było nic równie dobrego.” I niech te słowa starczą za reklamę tego tytułu. (Co prawda mnie najbardziej podobały się właśnie perypetie chłopców usiłujących „uwolnić” Jima, ale przecież nie będę się spierać z Hemingway’em ;)).
  • „Księga dżungli” i „druga księga dżungli” Rudyarda Kiplinga. Kto nie czytał, ten niech przeczyta jak najszybciej. I poleci swojej rodzinie i znajomym. Dwa razy podczas lektury polały się z mych ócz rzęsiste ślozy – dwa razy bowiem musiał Mowgli odejść z dżungli. Nie ma tu miejsca na tani sentymentalizm, autor nie uwzniośla zwierzęcego świata. I przypomina, że człowiek musi żyć z ludźmi.
  • „Przyjaciel wesołego diabła” Kornela Makuszyńskiego. Szalenie wzruszająca, nierzadko smutna i straszna, ale chyba częściej zabawna i pełna nadziei historia pewnej podróży. Cechuje się (jak wszystkie dzieła Makuszyńskiego) niezwykle bogatym językiem: wspaniale rozbudowanymi zdaniami, kunsztownie wplecionymi i niesamowicie działającymi na wyobraźnię porównaniami tudzież tak misternie skonstruowanymi opisami, że czytelnik czuje się, jakby trafił na ucztę do Odyna.
  • „Bracia Lwie Serce” Astrid Lindgren. Tej autorki nie trzeba chyba przedstawiać. To nie jest słodka, landrynkowa historia w stylu „Dzieci z Bullerbyn”, poleciłabym ją więc starszemu dziecku. Cześć Pani pamięci, Pani Lindgren!
  • „Pszczółka Maja i jej przygody” Waldemara Bonselsa. Jest to dosyć osobliwa książka. Bonsels ma skłonności do wpadania w czasami irytującą, ale najczęściej przyjemną (przynajmniej dla mnie) egzaltację, nadając prozaicznym – zdawałoby się – momentom z życia małej pszczółki niemal rangę sacrum. Bardziej dla dziewcząt niż dla chłopców.
  • „Akademia Pana Kleksa”, „Podróże Pana Kleksa” oraz „Tryumf Pana Kleksa” Jana Brzechwy. Nie ma chyba w polskiej literaturze (i to nie tylko dziecięcej) drugiego takiego bohatera. Przygoda goni przygodę, cudowność przeplata się z osobliwością, a nad wszystkim króluje On – niesamowity, potężny, wszechwiedzący Pan Kleks. Pół-bóg w przebraniu zdziwaczałego profesorka o kolorowej brodzie, dziecię chaosu i uosobienie porządku zarazem. Do gustu przypadły mi szczególnie „Podróże” ze względu na rozmaitość przewijających się w tej historii stworzeń.
  • „Porwanie Baltazara Gąbki” oraz „Gąbka i latające talerze” Stanisława Pagaczewskiego. Któż mógłby się oprzeć urokowi Smoka Wawelskiego? ;) Dodajmy to tego wszechobecny humor, ciekawą fabułę z dobrze skrojoną intrygą, paradę ciekawych postaci – i voilà! Otrzymujemy fajną, lekką lekturę dla młodzieży.
  • Seria o Muminkach Tove Jansson. Wejście w świat „małych trolli” jest doskonałą odtrutką na nudę i udrękę świata rzeczywistego. Muminki są słodkie, a zarazem niepokorne; rodzinne, a zarazem niezależne. Najbardziej sobie lubiłam introwertycznego Włóczykija, podróżującego samotnie w te i we wte. I bardzo żałuję, że nie przeczytałam wszystkich książek z cyklu, zanim dorosłam (czyli przed trzydziestką ;)).
  • Seria o doktorze Dolittle Hugh Loftinga. Uwielbiałam tę całą czeredę pełzających, biegających i fruwających stworzeń, które dałyby się pokroić za swoich ludzkich towarzyszy i siebie nawzajem. Z miejsca polecę ją każdemu dziecku, które przejawia choćby cień sympatii dla naszych braci mniejszych.
  • Powieści Edmunda Niziurskiego. Prześmieszny język, niesamowite jaja, a do tego historie nie z tej ziemi, których zakończenia nie sposób przewidzieć. Życie młodzieży sprzed dekady, dwóch, trzech, czterech – ale przepuszczone przez filtr genialnego poczucia humoru pisarza. Najbardziej lubię „Osobliwe przypadki Cymeona Maksymalnego”.

Do nieco mniej cenionych, choć i tak bardzo mile wspominanych, zaliczam takie tytuły, jak:
  • „Hobbit” J. R. R. Tolkiena. O ile "Władca Pierścieni" porządnie mnie znudził (może 15 lat to za mało, żeby docenić to monumentalne dzieło?), o tyle "Hobbita" czyta się łatwo i przyjemnie.
  • „Baśnie” Hansa Christiana Andersena. Niektóre genialne, inne takie sobie.
  • „Opowieści dla najmłodszych” Beatrix Potter. Raczej dla młodszego czytelnika.
  • „Bardzo dziwne opowieści” Ewy Szelburg-Zarembiny. Cudne powiastki.
  • „Boży ludek” Waldemara Bonselsa. W większej nawet mierze niż „Pszczółka Maja” przepojony pompatycznymi opisami i kaznodziejstwem, ale warto przeczytać.
  • Dziewczę ze Słonecznego Wzgórza Björnstjerne'a Björnsona. Dla starszego czytelnika.
  • „Przygody Tomka Sawyera” Marka Twaina. Przezabawne.
  • „Opowiadania” Jana Grabowskiego. Dla kochających zwierzęta.
  • „Przygody Nieumiałka” Mikołaja Nosowa. Chłopcy, szanujcie dziewczynki! Dziewczynki, szanujcie chłopców! ;))
  • „Ronja, córka zbójnika” Astrid Lindgren. Wzruszająca.
  • „Rozalka Olaboga” Anny Kamieńskiej. Poważna, momentami wręcz ponura opowieść o zbuntowanym, a przy tym bardzo wrażliwym dziecku.
  • „Sierotka Marysia i krasnoludki” Marii Konopnickiej. Urocza ramotka, której grzech nie zaliczyć.
  • „Wstęga pawilonu” Zofii Chądzyńskiej. Utożsamiałam się z główną bohaterką.
  • „Historia żółtej ciżemki” Antoniny Domańskiej. Stare, ale jare.
  • seria o misiu Paddingtonie Michaela Bonda. Z perspektywy kilkunastu lat Misio wydaje mi się teraz nieco zbyt grzeczny, zbyt milusi, ale może to ja się zmieniłam? ;)
  • Pozostałe powieści Kornela Makuszyńskiego.
  •  
* * *

Książki nieklasyfikowalne: 
  • „Alicja w Krainie Czarów” i „Alicja po drugiej stronie lustra” Lewisa Carrolla. Genialna książka. Lubiłam zwłaszcza część drugą, która wydawała mi się ciekawsza i nieco bardziej mroczna. Nie można jej jednak uznać za typową książkę dla dzieci.
  • „Przygody Guliwera” Jonathana Swifta. Przeczytałam tę powieść bardzo wiele razy. A zarazem – nie przeczytałam jej nigdy. Wszystko dlatego, że książka została wykastrowana na potrzeby młodego czytelnika. Ta pozornie niewinna praktyka zniszczyła dzieło Swifta. Dlatego też, pomna na własne doświadczenie, usilnie Was proszę: nie polecajcie dzieciom „Przygód Guliwera”. Za to kiedy osiągną już wiek dojrzały, podsuńcie im „Podróże do wielu odległych narodów świata”.
  • „Przypadki Robinsona Crusoe” Daniela Defoe. Jak wyżej. Nie upupiajmy wielkiej literatury.

* * *

Zadziwiające, w jak niezwykły sposób ludzki umysł potrafi zniekształcić wspomnienia; jak się czepia pewnych momentów, inne usuwając w cień lub poddając poważnej modyfikacji. Oto bowiem mam do czynienia z niewytłumaczalnym dla mnie zjawiskiem: niektóre z książek dla dzieci, choć czytane po wielokroć i z dużą przyjemnością, dzisiaj wywołują we mnie... jakby to ująć... mieszane uczucia. Nie mam pojęcia, dlaczego.

Przykładowo:
  • „Opowieści z Narni” C. S. Lewisa. Do tej pory mam u siebie dwa piękne, grube tomiszcza, które rodzice wystali dla nas (brata i mnie) w bardzo długiej podobno kolejce. Wszystkie historie przeczytałam parę razy i to z ogromnym upodobaniem. Tylko ostatnia wydała mi się paskudna. Czy to dlatego, że bohaterem był durny osioł o duszy niewolnika, czy dlatego, że wszyscy poza Zuzanną poszli po śmierci do Narnii – nie wiem. Coś mnie odrzuca od tych opowiadań.
  • Cykl o Ani „z Zielonego Wzgórza” Lucy Maud Montgomery. Przeczytałam, bo... czytałam kiedyś wszystko. Ale nie poleciłabym tego swojej córce. Takie jakieś... bezpłciowe.
  • „Mały książę” Antoine’a de Saint-Exupéry. Urocza, lecz zdecydowanie przereklamowana bajeczka. Sama użyłam parę razy (i pewnie jeszcze nieraz użyję) najbanalniejszego cytatu z książki („Dobrze widzi się tylko sercem, najważniejsze jest niewidoczne dla oczu”), ale daleko mi do zachwytu.

Na tym kończę odyseję po meandrach swojej – mocno już szwankującej – pamięci. Wiem, że wymienione tytuły szalenie się różnią od siebie przynależnością wiekową” (postawienie obok siebie Beatrix Potter i Marka Twaina zakrawa na bluźnierstwo ;)), niemniej mają jeden wspólny mianownik: wszystkie warto przeczytać, zanim naszą dziecięcą naiwność i beztroskę zdławi gorycz dorosłego życia, zabijająca wiarę w dobrą naturę człowieka. 

Jeśli przypomnę sobie o jeszcze jakiejś godnej wzmianki lekturze, z pewnością dopiszę ją do listy. :)

28 komentarzy:

  1. no cóż, z tworczości Korczka poznałem tylko "Bankructwo małego Dżeka" i dwie ekranizacje "Króla Maciusia"... niestety z fajnymi książkami jest jak z fajną muzą, tyle jest tego, że nie sposób wszystkicgo ogarnąć... korzystając z wolnej chwili spróbuję zobaczyć, co znam z Twojej listy:
    1. "Bajarki" nie znam, pierwsze słyszę...
    2. nie znam...
    3. czy to chodzi o ten film, czy zbieżność tytułów?...
    4. Korczaka już omówiłem...
    5. no toć baaa... Huck rządzi... ale "Przygody Tomka Sawyera" też jest super, zwłaszcza moment, gdy wkręca chłopaków w malowanie płotu... aha, jest jeszcze trzecia część, chłopcy są już nieco starsi, ale w Polsce znana tylko z adaptacji w Teatrze Telewizji /wiele lat temu/...
    6. tak, a także kilka adaptacji filmowych...
    7. tak, ale tylko film... zresztą jedno z moich ulubionych powiedzonek diabełka Piszczałki jest: "nie smutkować, nie smutkować!"...
    8.nie znam...
    9. tylko serial z dobranocki... niedawno widziałem coś z nowej edycji w animacji 3D, ale nie podobało mi się...
    10. tak, czytałem chyba prawie cały cykl /plus adaptację teatralną, o filmie już nie wspomnę/...
    11. tylko serial kreskówkowy, książka mnie jakoś ominęła, choć była okazja...
    12. tak, ale chyba nie wszystko...
    13. oczywiście, że tak...
    14. to już omówiliśmy u mnie...
    15. tak...
    16. tak...
    17. nie...
    18. nie, ale nieco innych pozycji tej autorki tak...
    19, 20, 21, 22, 23, 24. nie...
    25. tak...
    26. nie...
    27. tylko film...
    28. tylko kreskówka, kilka odcinków...
    29. tak, ale chyba nie wszystko...
    30, 31, 32. - tak...
    33. nie...
    34. nie wszystko /plus sztuka teatralna/...
    35. wiele razy i chyba zbyt wiele razy, bo aż do porzygania... z moim ulubionym motywem liska, który nie chce się przywiązywać...
    pozdrawiać jzns :D...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. jeszcze dodam zabawną wspominkę... gdy miałem jakieś 6, 7 lat, kiedyś bawiliśmy się z chłopakami w składnicy makulatury i tam znalazłem niedużą książeczkę popularnonaukową o tematyce kosmologicznej Herman Bondi "Wszechświat nieznany"... ni cholery nie rozumiałem ponad połowy, do tego ojciec się wściekał, bo uważał, że sporo za wcześnie na taką lekturę... wciskał mi za to namiętnie "W pustyni i w puszczy", którą w ramach buntu przeczytałem bardzo późno, już tak dla świętego spokoju w okolicach 7 - 8 klasy......

      Usuń
    2. Trzeba było podać tytuły ocenianych utworów, nie numery. Poza tym wepchnęłam na listę "Przygody Tomka Sawyera", więc ewidentnie popsułam Ci porządek. ;)

      "Niekończąca się historia" miała trzy ekranizacje, z czego tylko pierwsza mi się podobała, druga była taka sobie, a w trzeciej zrobiono z Dziecięcej Cesarzowej idiotkę, czego im nie daruję. Część pierwszą przywiózł mój tata z Londynu (oczywiście bez żadnych napisów) razem z "Bambi", kiedy miałam kilka lat. Oglądałam z zapartym tchem, starając się zrozumieć, co mówią bohaterowie (tata raz zabawił się w lektora, potem musiałam radzić sobie sama).

      Usuń
    3. jechałem według kolejności kropek, nie tytułów... w sumie nie chodziło o ocenianie, ale raczej o sprawdzenie tak kontrolnie, dla sportu, co się pokrywa, co nie...

      Usuń
  2. Oj,nie będę się do wszystkiego odnosić,nieeee...Korczak-nie,za smutny ,zaniechałam po Królu Maciusiu.Andersen-tak jak Ty.Dzieci z Bullerbyn-do dzisiaj.Muminki tak samo.Nienacki,Niziurski,doktro Dollitle.Tomek -ten amerykański i ten nasz,Szklarskiego,Makuszyński oczywiście.cały Verne,Karol May,Ania jak najbardziej,Kubuś Puchatek
    ,baśnie właściwie wszystko,co mi w ręce wpadło a wpadalo dużo,też Arkady Fidler.Hobbit wtedy nie,teraz-tak a Władcę przeczytałam dopiero w te wakacje i niewątpiwie jeszcze przeczytam:))









    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No, Fiedlera trudno zaliczyć do literatury dziecięcej. ;) Mnie również zdarzało się czytać książki dla dorosłych, nie będąc dorosłą (np. Iris Murdoch). Zupełnie inaczej smakują w wieku dojrzałym.

      Usuń
    2. nie zawsze jest jasne, kto ma być targetem książki, dzieci, młodzież czy dorośli... mój pierwszy Fiedler to było "Rio de Oro" przeczytane w wieku lat 8-miu...

      Usuń
    3. Nie,no Fiedler to moim zdaniem jak najbardziej dla dzieci,może nie maluchow,ale dzieci.Ja wyrosłam z niego po podstawówce :) .Dla dorosłych to była "Maria i Magdalena " Samozwaniec ,którą przeczytałam w wieku 10 -u lat,tak samo zresztą jak i "Nad Niemnem" :)

      Usuń
    4. Ciekawe. Może Fiedler pisał i dla dzieci, i dla dorosłych?

      Usuń
    5. Nie wiem,nie znam żadnej książki Fiedlera,którą mogłabym zakwalifikować jako "dla dorosłych".Zartuję trochę oczywiście,ale książki przyrodnicze dla mnie sa takie trochę poza klasyfikacją tego rodzaju,w nich jest miejsce na rejestrację faktów,przygodę,opis rzeczywistości,ale nie za bardzo na refleksję czy przemyślenia własne .Jasne,że dorosły może się nimi interesować,ale ciekawa jestem ,dlaczego uważasz,że to nie są książki dla dzieci ?

      Usuń
    6. Dzieci mogą czytać takie książki, ale nie zostały one dla nich przeznaczone. W dzieciństwie - no dobra, będąc nastolatką ;) - przeczytałam sporo pozycji, których nie napisano z myślą o młodych.

      Usuń
    7. Np "Mały bizon nie dla dzieci " ??????? Kiro,sądzę,że nie można o pozostałych książkach Fiedlera (czy jakichkolwiek podróżniczych) powiedzieć,że nie są przeznaczone dla dzieci.Co najwyżej-nie mają sprecyzowanego adresata.A z myślą o kim kto pisał to tego już się chyba nie dowiemy:).Ale nadal mi nie odpowiedziałaś na pytanie,dlaczego uważasz ,że to nie są książki (też) dla dzieci ? Przecież nie ma w nich niczego,co mogloby dzieci zdeprawować:)) ani niczego,czego nie będa w stanie zrozumieć...a przybliżą im ciekawy ,szeroki świat

      Usuń
    8. Mój Markus ma parę książek Fiedlera, ja go znam jedynie z tego oto fragmentu: http://podroze.onet.pl/vazaha-ktoremu-madagaskar-dal-dwie-zony/yk4dr

      Usuń
    9. No,tak,to tłumaczy wszystko:)).Ten fragment jakoś mi albo umknął,albo zatarł się w pamięci jako bez znaczenia,przeczytałam chyba wszystko Fiedlera,kończąc naszą znajomość :) w szkole podstawowej

      Usuń
    10. Hmmm... Cenzura? Naprawdę nie pisał o seksualności spotykanych ludów? ;)

      Usuń
    11. pisał,ale dlaczego miałoby to być przeszkodą ? Kiro,przecież to naturalne.Nienaturalnym jest ukrywanie tej strony przed dziećmi ,moim zdaniem ,a niedopuszczalną (dla dzieci)pornografia a nie sama seksualność

      Usuń
    12. Niech będzie. Chodziło mi jednak głównie o to, że nie napisał swoich książek z myślą o dzieciach, prawda? A przynajmniej nie wszystkie. Mylę się? :)

      Usuń
    13. Nie wiem,może tak,moze nie,nie mam najmniejszego pojęcia,skoro Ty wiesz-przyjmę to jako aksjomat:).to zresztą chyba bez znaczenia dla kogo pisał,wązne kto czytał:)

      Usuń
    14. Nie wiem, wydawało mi się. Zakładałam, że są to zwykle książki podróżnicze.

      Usuń
  3. Z książek Korczaka czytałam "Króla Maciusia" ale już prawie tego nie pamiętam, więc trudno mi coś powiedzieć. "Anię" uwielbiałam, teraz mniej ale ma w sobie ten klimat. "Dzieci z Bullerbyn" to na pewno wartościowa lektura. "Muminki" po prostu kochałam i uwielbiałam!

    OdpowiedzUsuń
  4. Ania z Zielonego Wzgórza bezpłciowa???? Nigdy w życiu.
    Marta

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No właśnie, czy to pamięć płata mi figle? Może dobre wspomnienia zostały zniszczone przez... złe skojarzenia? Ania była - o ile pamiętam - psotną, ale także dość dobrze wychowaną panną. A ja wolę zbuntowane dzieciaki. ;)

      Usuń
    2. Oj,chyba nie określałabym jej przez pryzmat wychowania,nawet zdecydowanie nie.Psotna ? też chyba nie,natomiast kilkakrotnie pięknie się buntowała:)- w końcu nawymyślała pani Linde,trzepnęła Gilberta w łeb,odmówiła chodzenia do szkoły w proteście przeciw niesprawiedliwemu a durnemu nauczycielowi itd.

      Usuń
    3. PS.ale z książkami,szczególnie w dzieciństwie ,to jest tak(moim zdaniem)-trzeba się "wstrzelić" w moment swojego rozwoju,czasem za wcześnie zniechęca tak samo jak za późno.

      Usuń
    4. No właśnie, pamięć płata mi figle. ;)

      Usuń
  5. Gdy łapie mnie np. straszne przeziębieni i jestem uziemiona psychicznie i fizycznie, zawsze sięgam do książek dzieciństwa i wczesnej młodości (Znam doskonale wszystkie książki z Twojej listy:). Jednak bywa, że teraz, gdy dźwigam już brzemię doświadczenia życiowego, znane opowieści odbieram zupełnie inaczej. Tak to już jest, że ta sama książka jest czym innym w zależności od tego, kto ją czyta. A przecież w pewnym sensie nie jestem już Marzeną dziesięciolatką, czy szesnastolatką - ukochane powieści zmieniają się ze mną, jednak najważniejsze jest to, co dzięki nim zyskałam w przeszłości.
    Teraz, gdy jestem już naprawdę dorosła (przynajmniej metryką :), bardzo rzadko zakochuję się na całe życie w jakiejś powieści. Dlaczego? Nie wiem. Może to wina całej tej "dorosłości" ?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Masz ulubioną książkę z dzieciństwa?

      Usuń
  6. Hhhmm!! "Kajtusia Czarodzieja" nie czytalem :( Ale nic straconego - moge czytac razem z Meska Latorosla (a raczej sluchac jak bedzie czytal ;)

    Za to tuz po "Sierotce Marysi" przeczytalem samodzielnie i z wyboru pierwsza z moich ksiazek tolkienowskich "Rudy Dżil i jego pies" a potem byl Karol May, Longin Okon, Homer...

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...