13.10.2013

Snobizm czy uzależnienie?


Za młodu byłam strasznym molem książkowym. Pochłaniałam książki jak leci, bez zbytniego wybredzania; mogłam czytać zawsze i wszędzie, nawet będąc u kogoś w gościnie. Ta namiętność nie wzięła się znikąd. Odziedziczyłam ją po rodzicach, zwłaszcza po tacie. Lubiłam słuchać opowieści, jak to wystawali godzinami pod księgarniami, zaprzyjaźniali się z antykwariuszami, polowali na okazje. Pęczniałam z dumy, że moi rodzice oddawali się takiej szlachetnej i godnej podziwu pasji. Było to coś, co ich w moich oczach nobilitowało, uwznioślało, przydawało swoistej szlachetności.

Gdy dorosłam, zaczęłam tak jak oni kolekcjonować książki. Moja młodość przypadła na okres, kiedy księgarnie były już dobrze zaopatrzone, niemniej chętnie zaglądałam także do antykwariatów. Kontynuowałam rodzinną tradycję maniakalnego czytelnictwa, wydając najpierw swoje kieszonkowe, a potem pensję na kolejne pozycje, które z osobliwym poczuciem sytości odkładałam na półkę. Mój kochany papierowy skarb. ;)

Kiedy nastała w moim życiu „era Internetu”, przerzuciłam się na czytanie artykułów, blogów i maili, książki odkładając na bok. Szczerze powiedziawszy, coraz trudniej mi było skupić się na lekturze. Mimo to wciąż kupowałam książki, ślęcząc po nocach na Allegro i – wstyd się przyznać – poświęcając na to ostatnie pieniądze. Moja kolekcja urosła do pokaźnych (jak na bibliotekę przeciętnego Polaka) rozmiarów, a ja wciąż byłam nienasycona, wciąż kupowałam, kupowałam i kupowałam, a potem... odkładałam na półkę. Gdzieś w głębi umysłu tłukła mi się myśl: „Kiedy ja to wszystko, do cholery przeczytam???” Ale co tam, po co się tym przejmować, myślałam. Zbieranie książek to przecież takie wspaniałe hobby, prawda?

I pewnie bym nadal realizowała swój chory popęd, gdybym nie natrafiła na filozofię minimalizmu. A i tak dopiero niedawno postanowiłam działać i ozdrowieć z tego szaleństwa chomikowania niepotrzebnych rzeczy – tu: książek (swoją droga, jest to jedna z najpaskudniejszych, a zarazem najbardziej lekceważonych przywar współczesnego społeczeństwa). Wyjęłam wszystkie swoje papierowe „skarby” i podzieliłam je na te, które mają szansę zostać przeczytane oraz na te, które raczej się na to nie załapią (wyblakły druk, rozlatująca się okładka, nieszczególnie ciekawa treść). Uzbierały się dwa wielkie pudła. Mając dość niefajne doświadczenie w sprzedaży książek online, uznałam, że... lepiej będzie oddać je za darmo. ;) Wszystkie zabrała jedna pani, mama użytkowniczki serwisu Podaj.net z Lublina.

Tak naprawdę to owa pani dostałaby pewnie ze trzy pudła książek, gdyby nie to, że po tym, jak ogłosiłam chęć przerzedzenia swojej biblioteki, część odrzuconych pozycji została natychmiast zaanektowana przez rodzinę. Mój Ukochany jęczał ze zgrozą, „ratując” co ładniejsze egzemplarze; tata z pasją wybierał polskojęzyczne odpowiedniki książek, które miał w oryginale (jest anglistą); nawet mama, ku mojemu zdziwieniu, dołączyła do tego szaleństwa. Stałam nad nimi i powtarzałam uporczywie, że przecież i tak tego wszystkiego nigdy nie przeczytają. Jedynie tata przyznał mi rację, lecz i tak buszował w – już nie moich – zbiorach, które rozłożyłam tymczasowo na podłodze.

Po zakończeniu całej operacji ułożyłam pozostałe książki z powrotem na regale. I złapałam się za głowę. Została ich cała masa! Kiedy ja to zdołam „przerobić”?! Czy nie byłam nazbyt łaskawa dla niektórych „skarbów”?




A potem solennie sobie przyrzekłam, że od teraz dwa... nie! Trzy, cztery... dziesięć razy pomyślę, zanim wydam pieniądze na nową książkę. (No chyba, że trafię na niezwykle korzystną promocję nowego wydania „Dagome Iudex” Nienackiego czy „Mistrza Twardowskiego” Kraszewskiego. Wówczas niemal na pewno się nie oprę. ;))

A swoją drogą, zauważyliście, jak często pisarze popisują się przepysznymi kolekcjami książek? Nierzadko gromadzą je w tak niebotycznych ilościach, że na pierwszy rzut oka widać, iż lwia część zbiorów z pewnością się zmarnuje. Dlatego nie zazdroszczę panu Gaimanowi jego wspaniałej biblioteki. Jak mówi znane przysłowie: „Są gorsze przestępstwa niż palenie książek. Na przykład nie czytanie ich”.

41 komentarzy:

  1. Nie ma jednoznacznej odpowiedzi,bo motywacje są różne.Snobizm tez bywa,ale raczej wtedy są to książki głośne,uznane iładnie oprawione:))kiedy przeczytam ? kiedyś.staram się jednak przeczytać wszystko ,co kupiłam(raczej nie mam żadnej książki dołożonej na odległe kiedyś).Ale kiedyś-na emeryturze-przeczytam po raz drugi,czasem trzeci,czasem jeszcze kolejny.bo ja wracam do książek,do jednych częściej,do innych rzadziej,czasem nigdy.Rzadko nigdy.A jeżeli nigdy-idzie w świat,do biblioteki publicznej,ale nie bez zawahania,bo a nuż,kiedyś....

    OdpowiedzUsuń
  2. Też uwielbiam czytać i kupuję (jeśli już nazbieram potrzebną na to kwotę pieniędzy) tylko te, które od razu pójdą do czytania. Owszem, mam teraz niewiele czasu na czytanie, ale to się ładnie łączy z tym, że nie mam też kasy na nowe książki. Nawet takie z antykwariatu :(
    Jednakowoż ani jednej książki ze swojej kolekcji bym nie oddała. Uwielbiam po latach wracać do swoich ulubionych pozycji. A na bibliotekę się wypięłam, bo nie podoba mi się obsługa :P

    OdpowiedzUsuń
  3. Witaj Kira.
    Fakt,internet zastąpił książki.Ale z tego co piszesz,Tobie za bardzo nie zaszkodził.Dalej czytasz,może tylko mniej.
    Obserwuję to na moich wnukach.Jeżeli coś przeczytają,to ewentualnie instrukcję do nowego telefonu albo tabletu.Bo nawet lektury czytają opracowane w internecie.
    Nie wiem co z "tego" wyrośnie,bo moim zdaniem książki,niezależnie od innych wartości wyrabiają wyobraźnię.A ci mają gotowce,czyli opracowania,filmy,gry,itp.
    Klawiaturą posługują się perfekcyjnie,ale na piechotę dwóch zdań złożonych poprawnie nie potrafią napisać.Wyłączą prąd-katastrofa.
    Jedno pewne-to inne pokolenie.A jakie,zobaczymy.
    Obym się mylił,co do wniosków....
    Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
  4. Ktoś kiedyś przy mnie stwierdził: "Oceniam człowieka po rozmiarze jego biblioteczki". Ja mu na to, że od czasu zakupu czytnika nie mam wersji papierowych - to co miałam, zostało w Polsce u mamy/teściów/oddane do biblioteki. Ów Ktoś stwierdził, unosząc nos bardzo wysoko: "Jak przeczytam e-booka to i tak kupuję wersję papierową!".
    Owszem, mam papierową "Sztukę prostoty" i anatomię człowieka (biologia, moja miłość:]), planuję nabycie jakiegoś kompendium o szyciu na maszynie, ale tylko dlatego, że wracam i będę wracała do tych książek! Po co kurzący się i zajmujący miejsce duplikat?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No właśnie, nie sądźmy... książki po okładce. ;) Czyli człowieka po ilości papierowych wydań, które ustawił sobie w gablotce.

      Usuń
    2. ale czy Ty nie stosujesz z kolei czegoś podobnego co ten ów Ktoś ,tyle ,że w odrzuconej wersji ? Moje miejsce,moje kurze:)) ,na razie po prostu wole opcję papierową,lubię dotyk papieru,zapach itd.Nie zarzekam się,może ulegnę modzie,trendom,wygodzie,praktycznosci ,ale na razie po prostu wole .i mam w nosie,co kto ma na ten temat do powiedzenia.Wersji owego Ktosia nie akceptuje,bo mieć to niekoniecznie to samo co przeczytać a przeczytać to niekoniecznie zas mieć :)

      Usuń
    3. odwróconej oczywiście miało być :)

      Usuń
    4. no cóż, treść treścią, ale rzeczywiście coś jest w przekładaniu kartek, wąchaniu zapachu druku etc... sam nieraz obcowałem z książkami, których treści ze względu na język lub pismo ni wała nie rozumiałem... czyli trzeba przyznać, że słowo "książka" oznacza kategorię bardziej złożoną, niż to co w niej zawarto...

      Usuń
  5. powtórzę za Mędrkiem: "książki /.../ wyrabiają wyobraźnię"... dodam jeszcze, że są czynnikiem twórczym dla różnorodności, która sama w sobie jest wartością /dobrą ilustracją tej różnorodności są różnice zdań na temat adaptacji filmowych, gdy jeden mówi "to tak ma być", zaś drugi że "wcale nie tak"/...
    dlaczego mniej czytamy książek?... pojęcia nie mam, bo nie lubię takiego stawiania sprawy, wiem tylko dlaczego JA mniej czytam...
    przede wszystkim czas, którego niby jest dużo /brak czasu to lenistwo/, ale poszarpanego na wszelkie sposoby... do tego fizjologiczne zmiany w organizmie, czyli "wzrok mam świetny, tylko ręce za krótkie"... bronię się przed tym wszystkim lekturą w podróżach, albo via komputer, gdzie mając do wyboru /np./ "gołe baby", "giery" lub blogowe dysputy wybieram plik tekstowy... mam taką "skarbonkę", której do tej pory jeszcze całej nie doczytałem...
    natomiast nie jestem przywiązany do książek jako papierowych nośników informacji... co prawda nieco bolało kiedyś pozbycie się /prawie/ całej biblioteki w pewnej bardzo kryzysowej sytuacji, ale wyszło mi na to, że nie nośnik ważny, lecz treść... niemniej jednak kilka książek hołubię i trzeba porządnie zaskarbić sobie moje zaufanie, bym komuś którą pożyczył...
    a co do snobizmu, to jest mi obcy i śmieszą mnie do rozpuku ludzie z wypasionymi bibliotekami pełnymi atrap...
    pozdrawiać jzns :D...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No właśnie, jednak czytamy mniej... Ja też biję się w piersi. ;)

      Z tym atrapami to chyba sobie jaja robisz... :)

      Usuń
    2. jeszcze raz, bo nader idiotyczna literówka była...
      ...
      na temat Twoich piersi to może innym razem /bardzo chętnie zresztą/, ale myślałem, że masz świadomość, że jedne snoby kupują wypasione książki, których wcale nie czytają, inni zabudowują biblioteczkę atrapami, bo to im taniej wychodzi... miewałem do czynienia z oboma gatunkami, więc jaj sobie nie robię, po prostu tak bywa...

      Usuń
    3. Kupić dla samego/samej siebie "wypasioną" książkę to jeszcze nic złego. Nie przeczytać jej nigdy - grzech! :)

      Usuń
    4. przyznam, że kiedyś kupiłem Koran /czyli zbiór chaotycznych porad "cioci Kloci", jak przeżyć na pustyni/ w wypasionym wydaniu... nie przeczytałem, bo połowa była zapisana "robakami", druga zaś była tłumaczeniem na niestrawny staroangielski... miała to być inwestycja, ale wyszło na to, że gdzieś się jeszcze pałęta po chałupie... chcesz?... drogo nie policzę...

      Usuń
    5. Nie, dzięki. Po co mi? :)

      Usuń
    6. po co Tobie?... nie wiem... mnie po to, bym miał jakieś pieniądze z tego, a nie że jakiś grzmot mi się w domu poniewiera :D...

      Usuń
    7. No tak, książki jak najbardziej mogą być inwestycją. Ważne, by wiedzieć, które będą w przyszłości więcej warte, niż w chwili zakupu. :)

      Usuń
  6. Był czas że moja biblioteka liczyła kilkaset pozycji i nie było tam książki której nie przeczytałem (przynajmniej jeden raz). Obecnie to kilkadziesiąt pozycji. Tam gdzie mieszkam mówią o mnie "ten co czyta książki" i zapewniam że dla mojego otoczenia nie jest to pozytywne określenie :). Od urodzenia nie potrafię funkcjonować w świecie "inwestycji" i "czcicieli pieniądza" więc od dłuższego czasu nie kupuję, bo nie mam za co. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Doskonale Cię rozumiem, określenie "mól książkowy", jakie do mnie przylgnęło na długie lata, było nadziane pobłażliwością ocierającą się o rozbawienie. Czytasz książki, zamiast żyć - tak mogłabym streścić dobroduszne kpiny brata.

      Usuń
  7. Zdecydowanie NIE czytam mniej.Owszem,był taki okres-małe dziecko,intensywna praca zawodowa,nacisk na dokształcanie-to oczywiste,że wtedy mniej

    OdpowiedzUsuń
  8. Ten cały nieszczęsny minimalizm to pomieszanie socjalizmu z utylitaryzmem. Socjalizmu - dobrze jest mieć mało, utylitaryzm - wszystko ma mieć swoje praktyczne zastosowanie. To jest myślenie ludu, który jest do bólu praktyczny. I bardzo dobrze! Taki ma być, bo takie jest zadanie ludu! Gdyby chłop nie myślał praktycznie umarlibyśmy z głodu...
    Ja jednak nie czuję się częścią ludu, dlatego nie uważam żeby wszystko musiało mieć jakieś praktyczne zastosowanie. Lud nie ma uczuć wyższych, jest prosty, natomiast elita powinna wznosić się nad praktyczność. Jasne że można mieszkać sobie w małym mieszkanku gdzie jest wszystko czego potrzeba. Ale to jest poziom ludu. Elita buduje wielkie nikomu nie potrzebne pałace, ozdabia je, kupuje również książki których nie czyta i filmy których nie ogląda. Ma pokoje dla gości do których nigdy nie zagląda. TAK! Nie po to żeby było przydatne. Elita nie jest praktyczna! Ma to, żeby pokazać że ją na to stać, żeby pokazać swoją wielkość, żeby pokazać swoją wyższość nad ludem, to że jest elitą! Żeby pokazać swoją potęgę i bogactwo!
    Niestety elita współczesna raczej jest przesiąknięta minimalizmem (mówię o elicie inetelektualnej). To skutek demizmu, zafascynowania ludem, prostotą. Stąd słynna "sztuka" użytkowa czy jakieś "pop-arty", które ze spinacza robią dzieło sztuki. A dzieło sztuki wymaga wysiłjku, musi wymagać wysiłku, musi być oderwane od codzienności. Powtarzam raz jeszcze: praktyczny jest lud! Elita to teoretycy.
    Ja osobiście marzę żeby mieć gugolplex (googolplex) złotych i móc sobie kupować wszystkie książki, ba!, całe księgarnie, całe serie tak ładnie wyglądające na półkach, marzę żeby mieć olbrzymi pałac, zbudować kościół który ma 100 km kwadratowych powierzchni etc. etc. Oczywiście to są tylko marzenia, ale marzenia też dużo mówią o człowieku. Minimalistą z pewnością nie jestem. Minimalizm to teoria dobra dla ludu.
    P.S. Zapraszam Cię, Droga Kiro, do dokończenia dyskusji nt. kar na moim blogu.
    Zapraszam też - już wszystkich - do lektury moich wierszy na http://milkblog.cba.pl

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. "Elita nie jest praktyczna! Ma to, żeby pokazać że ją na to stać, żeby pokazać swoją wielkość, żeby pokazać swoją wyższość nad ludem, to że jest elitą! Żeby pokazać swoją potęgę i bogactwo!"

      No i widzisz, tu jest pies pogrzebany. Taka elita to elita wyłącznie MATERIALISTYCZNA, nie intelektualna! Nie czytasz książek, nie oglądasz filmów, nie korzystasz z posiadanych dóbr - czym się zatem różnisz od tego, który ma tylko tyle, ile potrzebuje? Wyłącznie tym, że Ty chcesz się POKAZAĆ. To najgorszy rodzaj zniewolenia umysłowego, jaki można sobie wymyślić. Już nie coś z zewnątrz Cię ogranicza, ale Ty sam stworzyłeś sobie więzienie. A że mające pozór Sezamu? Ot, ułuda. Baran z pozłacanymi rogami i w pięknym czapraku to wciąż tylko baran. ;)

      Dzisiejsi minimaliści nie są odpowiedniami biednych chłopów z przeszłości, dla których pełna micha i możliwość porządnego odespania przepracowanego dnia były szczytem marzeń. Minimalizm materialny to coś zupełnie innego niż minimalizm intelektualny. Ludzie, którym z taką łatwością przypiąłeś łatkę tępego pospólstwa, robią to, co kiedyś robiła wyłącznie elita: czytają, oglądają, bywają, dyskutują. Są jednak zarówno od dawnej, jak i dzisiejszej elity społecznej (czyli ludzi zarabiających krocie) lepsi w jednym, a za to bardzo ważnym aspekcie: są wewnętrznie wolni. Nie muszą się "pokazywać". Ty natomiast wolny nie jesteś. Nie chcesz być. Pysznisz się tym, że nałożyłeś sobie złote kajdany.

      Nie życzę Ci źle, drogi Milku. Kup sobie ten wymarzony pałac, wyłóż ściany wielowiekowymi gobelinami, ozdób przepysznymi kobiercami, stwórz kolosalną bibliotekę, w której poczesne miejsce zajmą inkrustowane złotem woluminy. A potem zapytaj siebie samego: W czym jestem lepszy od człowieka, który czyta książki, ogląda filmy i ma ciekawe hobby? Czy tylko tym, że ja POSIADAM? Bo jeśli to ma być owa "elitarna wyższość", to jest to dom budowany na piasku...

      Usuń
    2. No tak, użyłem skrótu myślowego...
      W normalnym państwie żeby być bogatym trzeba być wykształconym. I na odwrót - bogaty się kształci. W dodatku dobrze mu idzie, bo ma geny i warunki do nauki.
      Bogactwo powinno być tylko oznaką, zewnętrznym symbolem odrębności na poziomie czy to intelektualnym (elita, zw. inteligencją) czy jakimś innym (np. większa odwaga przodków - szlachta). Natomiast dzisiejsza "elyta" to prosty lud, któremu bogactwo uderzyło do głowy, który wzbogacił się w czasach PRL-u albo wyrósł na skandalach tudzież w wyniku machlojek. Takiej pseudoelicie stanowczo mówię nie, podejrzewam że Ty też. I oni owszem - są puści w środku. Ale ja nie o tym mówię. Nie mówię, że bogactwo czy popisywanie się nim jest cechą samą w sobie dobrą i pożądaną. Ale załóżmy że jesteśmy mlionerami czy miliarderami. I co robić z tymi pieniędzmi??? Jasne, można pomagać biednym ale nie wiem czy akurat Ty jesteś skłonna rozdawać pieniądze na prawo i lewo i być wielce dobroduszną (nie mówię że byś nie pomagała w ogóle - tzw. "odruchy serca" ma każdy normalny człowiek). Może. Ale wszystkim się nie pomoże. A co z resztą???
      Po prostu - człowiek pełni jakąś rolę w społeczeństwie. Jeżeli żyje w normalnym świecie i należy do elity to jest bogaty i wykształcony, kieruje ludem, może zajmuje się po trosze polityką, może współrządzi, może doradza Królowi. I musi swoją przynależność do elity, swoją wyjątkowość jakoś pokazać. Tak samo jak Król czy Papież - oni już OBOWIĄZKOWO muszą pokazywać swoją władzę poprzez dostojność i przepych. Czy tego chcą czy nie. Bo to pokazuje ich Autorytet ludowi. Jasne - to nie jest źródłem ich Autorytetu, a przynajmniej być nie powinno. Źródłem jest wykształcenie i/lub mądrość i inne cechy. Ale lud potrzebuje widzieć tego wyrazy zewnętrzne, bo lud jest prosty. Zachwyci się jak usłyszy skomplikowane wyrazy, ale zachwyci się jeszcze bardziej jeśli usłyszy je z ust p[ięknie ubranego człowieka w wielkim bogatym pałacu, którego pilnuje wielotysięczna armia w złotych zbrojach. Forma musi pasować do treści. To tak jak z literaturą - jeżeli mamy patos pomieszany z poważną treścią jest epos, jeżeli mamy patos bez poważnej treści jest parodia, jeżeli mamy poważną treść bez patosu... mamy nie wiadomo co. Bubel literacki. Tego się nie da oddzielić. Jeżeli to się oddziela mamy patologię, jak dzisiaj, gdy Papież najchętniej chyba zamieszkałby w fawelach, za to motłoch rozbija się w swoich pałacach, waląc słomą z butów po oczach przy każdej okazji. To nie jest normalny świat.
      Elita intelektualna i materialna musi być tym samym. Inaczej jest źle...

      Usuń
    3. Nie sądzę, żeby w "normalnym" państwie wykształcenie było gwarancją osiągnięcia dobrego statusu materialnego, a dobry status materialny wiązał się z wykształceniem. Iluż to dawnych uczonych i artystów przymierało głodem, szukało sobie mecenasa, etc. Zresztą, mniejsza o to.

      Ciekawe, jak odmiennie można postrzegać tzw. elitę i tzw. plebs. Dla Ciebie – o ile Cię dobrze zrozumiałam – liczy się prestiż, miejsce na drabinie społecznej, wizerunek w oczach innych. Dla mnie takie rzeczy nie mają najmniejszego znaczenia. Przeciwnie – są oznaką mentalnego zniewolenia. Nigdy się nie zachwycałam klasą wyższą. Nie podziwiam osób, które są w posiadaniu pięknego pałacu, wielkiej posiadłości czy kolosalnej biblioteki. Najbardziej cenię u ludzi silny kręgosłup moralny, zdolność do empatii, silnie rozwinięty intelekt i otwarty umysł. Wartościowe są również: umiejętność cieszenia się życiem (nie znoszę cierpiętników z wyboru), spokój ducha, opanowanie, ciekawość świata, asertywność i nonkonformizm. Przynależność klasowa czy ilość zer na koncie to dla mnie tylko ciekawostka. Może inaczej patrzą na to osoby urodzone w biednych rodzinach, marzące o lepszym życiu. Może dla nich Oprah Winfrey, brytyjska królowa, arabski szejk, ten czy tamten papież, król czy szlachcic są ludźmi godnymi podziwu. Ale nie dla mnie.

      Roję sobie czasami, co bym zrobiła, gdyby wygrała w Totka (typowe marzenie przedstawicielki biedoty ;)). Nachodzą mnie wówczas zarówno myśli przyjemne, jak i... zdecydowanie mniej przyjemne. Te pierwsze dotyczą spełnienia moich marzeń i pomagania innym. Te drugie – świadomości, iż zdobycie nazbyt wielkich funduszy mogłoby mnie uszczęśliwić zaledwie na parę tygodni, na dłuższą zaś metę doprowadziłoby do mojego zepsucia. Zechciałoby mi się – niczym owym bardzo bogatym Ukrainkom, o którym kręcą teraz programy – złoconych torebeczek z osiemnastego wieku, tysięcznej pary ekskluzywnych butów, srebrnej zastawy stołowej (służącej, rzecz jasna, tylko do ozdoby), piwnicy zapełnionej tysiącami butelek wina ze wszystkich stron świata (no, to było akurat hobby mężczyzny ;)) i Bóg wie jakich jeszcze pierdół. Pewnie zaczęłabym gromadzić masę niepotrzebnych rzeczy, żeby tylko zaprezentować swoją zamożność w oczach równie zepsutych ludzi, co ja. Brrr. Jeśli Bóg istnieje, niech mnie strzeże przed takim upadkiem.

      Cieszę się, że żyję w czasach, kiedy blichtr, przepych i stroszenie piórek wywołuje raczej politowanie (i to w najlepszym przypadku) niż podziw. „Prosty lud” przestał już rozdziawiać tępo gębę, kiedy widzi kapiące złotem stroje i spasioną świnię w upudrowanej peruce. W cywilizowanym kraju największy prostaczek umie czytać; część umie o przeczytanych sprawach dyskutować; a część dyskutantów pragnie zmieniać świat. I to jest dobre! Oby nigdy nie wróciły czasy, kiedy to autorytetem była zamożna i wykształcona, ale moralnie kompletnie zepsuta persona; kiedy to „prosty lud” musiał giąć się w ukłonach przed wspaniale ubranym, wyperfumowanym i odkarmionym na cudzym chlebie bydlęciem; kiedy to krytyka Kościoła czy głowy państwa mogła skutkować karą śmierci lub przynajmniej naruszenia nietykalności cielesnej (przypominam, że owa – tak pogardzana przez tradycjonalistów – wolność słowa przyczyniła się do tego, że dumny Kościół Rzymskokatolicki musiał podwinąć ogon i przeprosić, że ukrywał molestowanie seksualne dzieci).

      Tak więc widzisz, drogi Milku – Ty i ja żyjemy w dwóch różnych światach. To, co dla Ciebie jest piękne, mnie cuchnie zgnilizną. Co ja wielbię, Ty ze wstrętem odrzucasz. Myślę, że możemy darzyć się, hmm, poszanowaniem, ale nigdy nie znajdziemy wspólnego języka, jeśli chodzi o wizję lepszego świata.

      Usuń
    4. Znowu nieporozumienie.
      Nie liczy się dla mnie miejsce na drabinie społecznej. Nie podziwiam bogatych, tych którzy mają pałace, nie - PODZIWIAM SAME PAŁACE. Ale zawsze gdy zobaczę przepych, złoto, granit, ogromny pałac, cokolwiek co jest wielkie, ZAWSZE zaczynam sobie wyobrażać, że ja bym zrobił lepsze, większe, bogatsze, może w innym stylu, a nawet z większym przepychem. Natomiast u ludzi ważne jest to co u nich STAŁE - poglądy, wiedza, zainteresowania, Zasady Moralne. Nie chodzi o to, że one się nie zmieniają - chodzi o to, że są czymś bardziej stałym niż odczucia i uczucia i że rządzą człowiekiem.
      Zresztą w ogóle nie chodzi o to, co ja podziwiam. Nie podziwiam tego zdemoralizowanego szlachcica, którego raczyłaś opisać, gdyż nie jestem z ludu. I w ludzie i w szlachcie są dobrzy i źll, mądrzy i głupi etc. Co innego jest ocenianie poszczególnych ludzi, co innego mówienie o Autorytecie grupy czy urzędu.
      Poza tym: Twoja naiwność w stosunku do ludu mnie zadziwia. To socjaliści próbują wykształcić lud i wmawiają mu, że się na wszystkim zna. Próbują zrobić z niego szlachtę. Ale to NIEMOŻLIWE. To są mrzonki. To jest jak to walenie głową w mur - trochę muru się ukruszy, ale głowę się pokrwawi jak nie wiem co. Lud to lud. Lud MA być prosty, ma się zajmować prostymi czynnościami, podtrzymując piramidę społeczną. I ma czuć respekt przez szlachtą, przed Królem, najlepiej też przed duchowieństwem, ale to zależy od wyznania.
      Natomiast to nie znaczy, że szlachta nie może być różnorodna i się spierać, prowadzić spory światopoglądowe etc. Może i powinna. Natomiast ludu w ogóle to nie powinno interesować i generalnie nie interesuje. To tylko socjaliści wmawiają ludowi, że się zna na wszystkim. Tymczasem członek ludu ma się znać na jednej konkretnej rzeczy - hydraulik ma się znać na naprawianiu rur itp. - na tym, co stanowi jego zawód. Ma prowadzić proste, poukładane życie. I do jasnej cholery zawsze prowadził dopóki jakieś debile nie zacżęły mu wmawiać, że sam jest mądry i o wszystkim zadecyduje, że sam wszystko wie i na wszystkim się zna, że jest filozofem, moralistą, politykiem, ekonomem, teologiem i w ogóle wszystkim w jednym. To tak jakby zacząć wmawiać szlachcicowi, że się zna na uprawie pola. NIE! Nie zna się. Nie zna się na mechanice, na hydraulice, na elektryce.Każdy zajmuje się jedną dziedziną - na tym polega specjalizacja i cywilizacja!
      Szlachta zaczęła się demoralizować, gdy odebrała władzę Królowi, gdy zamiast monarchii nastała arystokracja. Stało się to na początku Renesansu/ pod koniec Średniowiecza.
      "Oby nigdy nie wróciły czasy, kiedy to autorytetem była zamożna i wykształcona, ale moralnie kompletnie zepsuta persona; kiedy to „prosty lud” musiał giąć się w ukłonach przed wspaniale ubranym, wyperfumowanym i odkarmionym na cudzym chlebie bydlęciem"
      A teraz jak jest? Teraz autorytetem jest lud przekonany o swojej wrzechwiedzy i genialności, zdemoralizowany jeszcze bardziej niż szlachta, a przynajmniej tak samo. Albo jeszcze lepiej - próbuje się zrobić świat bez autorytetów, tak jakby gdy idę do lekarza nie uznawał jego autorytetu! Bez Autorytetu długo nie pożyjemy. Lekarz jest dla pacjenta Autorytetem w dziedzinie medycyny, tak samo Król powinien być dla poddanych w dziedzinie polityki, a Kościół (dla ludu - kiedyś był...) w dziedzinie moralności i teologii. A nie że każdy się uważa za mądrego w każdej dzedzinie.
      I jeszcze raz - chodzi głównie i przede wszystkim o to, że bogactwo, przepych jest ZNAKIEM Autorytetu, znakiem wyższości jednej klasy nad drugą. I nie łódź się, że lud nie rozdziawia gęby. Jak nie przed taką szlachtą to przed inną.
      Człowiek bowiem to istota autorytarna, która Autorytetu potrzebuje, choćby sobie wmawiała, że tak nie jest.

      Usuń
    5. Mam gdzieś piramidę społeczną, interesują mnie określone zasady moralne. MOJE zasady moralne. ;) Jeśli już miałabym kogoś słuchać, to fachowca od rzeczy MIERZALNYCH. A i to nie każdego, bo wielu okazuje się być nieudacznikami. A już autorytety moralne, duchowe czy inne tego typu w najmniejszym stopniu mnie nie obchodzą. Chcę być wewnętrznie wolna. I to właśnie zalecam każdemu. :)

      Tak, masz rację, ludzie ciągle „rozdziawiają gęby”, ale teraz przynajmniej potrafią szybko je zamknąć, gdy zobaczą, jaką miernotą okazuje się być dany „autorytet”. I to jest właśnie dobre w tych nie za dobrych czasach. Wiele osób z tzw. świecznika to tak naprawdę wilki w owczej skórze, oszuści lub przynajmniej durnie – i ludzie ich za to punktują.

      Owszem, wpadliśmy w pewną skrajność: każdy udaje (przed samym sobą najczęściej), że się na wszystkim zna; ale czy lepiej byłoby, gdyby „prostaczek” kulił ogon pod siebie i słuchał pierwszego lepszego chłystka w todze, kitlu czy sutannie, nawet gdyby ten pieprzył głupoty? Moim zdaniem należy znaleźć złoty środek pomiędzy durnotą demokracji a (przepraszam, że to piszę) absurdem monarchii.

      Usuń
    6. No tak, ale Ty jesteś jakąś elitą. Nie mierz ludu swoją miarą. Myślisz, że ludzie potrafią zamknąć te rozdziawione gęby? Buahahahahaha! Chyba żyjemy w dwóch różnych światach. To utopia. Radzę się obudzić.
      Jakie to są rzeczy mierzalne? Wierzysz, że w 1410 roku była Bitwa pod Grunwaldem? Skąd to niby wiesz? Z jakichś źródeł, tak? A skąd wiesz, że nie jest tak, jak to mówił nśp. Napoleon, że "historia to ustalony zbiór kłamstw"? A skąd wiesz, że lekarz do którego idziesz dobrze Cię diagnozuje? Skąd wiesz, że istnieją bakterie? Skąd wiesz, że nie jesteś nafaszerowana jakimiś narkotykami? Że nie żyjesz w Matrixie? NO SKĄD???
      Nie wiesz. To nieszczęśni "oświeceni" wmówili ludziom, że są jakieś "kategorie szczególne", że o ile fizykę, medycynę, matematykę, mechanikę lepiej faktycznie zostawić fachowcom, to już w polityce, teologii, etyce każdy jest takim samym fachowcem. A teraz jest jeszcze lepiej. Teraz nawet w sprawie katastrof lotniczych każdy ma swoje zdanie, nawet ws. Madzi z Sosnowca każdy czuje się władny wydawać sądy i opinie. Za chwilę dojdziemy do ostatniego szczebla d***kracji, którym, zgodnie ze słowami JKM, będzie "głosowanie w sprawie: czy funkcja tg x jest całkowalna na odcinku [0, 2]". Do tego dojdziemy.
      Nikt nigdy nie był, nie jest i nie będzie "wolny wewnętrznie", gdyż człowiek jest tylko zbiorem schematów, światopoglądów i opinii, które spotkał w swoim życiu. Może co najwyżej zrobić z nich własną, oryginalną mieszankę. Nic więcej. Z tego wynika jasno, że każdy ma swoje Autorytety, tylko nie każdy o tym wie.
      Owszem, lekarz może Cię błędnie zdiagnozować albo zalecić złe leczenie, ale to się okazuje dopiero po jakimś okresie kuracji. Gdy więc idziesz do lekarza to nie z założeniem że jest nieudacznikiem, tylko z założeniem że jest dobry. Tak samo w przypadku Króla czy innego Autorytetu, choćby moralnego. Mówisz, że nie warto ryzykować? Że Autorytet może się mylić? Że nie warto zmarnować życia? A lekarz to co? Przecież zła diagnoza i/lub kuracja może kosztować życie! A jednak cały czas do lekarzy chodzimy...
      Zauważ jeszcze jedną rzecz. Skąd pochodzi wiedza, choćby tego lekarza? Ze studiów, konkretnie od profesorów. Skąd ci ją mają? Od swoich profesorów. A ci? Od swoich. I tak dalej. Wszystko opiera się na przekazie czyli na TRADYCJI. Jakiś człowiek może co najwyżej udowodnić coś nowego, wykazać błędy, ale I TAK OPIERA SIĘ NA DAWNEJ WIEDZY. Odkryć medycznych dokonują medycy, czyli ludzie, którzy też mają wiedzę od profesorów, którzy mają wiedzę od profesorów, którzy...
      I jeszcze jedno, co do ostatniego akapitu: lud nie wie, że "chłystek" pieprzy głupoty. A gdy to wie to wie to... od innego chłystka:) Bo niby skąd innąd?

      Usuń
    7. Lud ma swój rozum, zapewniam. I czasem nawet go używa. ;) A po użyciu – rzadko, bo rzadko, ale czasami – buntuje się. Np. przeciwko ACTA, szczepionkom, posyłaniu dzieci do szkoły od szóstego roku życia.

      Nie zgadzam się na stawianie wszystkich dziedzin wiedzy w jednym rzędzie. Historię, biologię i fizykę cały czas się odkłamuje, odkrywa coś nowego, dodaje kolejne informacje. Poruszamy się czasem po omacku, ale często trafiamy na dobry trop. Owszem, istnieją badacze/naukowcy, którzy nowe odkrycia przyjmują z niechęcią, torpedują je ze względu na poprawność polityczną czy też z czystej zawiści kopią pod uczciwszymi kolegami przysłowiowe dołki. Widzę to i ubolewam nad tym, lecz mam świadomość, że zajmowanie się wspomnianymi gałęziami nauki daje przynajmniej cień szansy na znalezienie właściwej drogi.

      Inaczej jest w przypadku teologii, etyki, filozofii. Jak można omawiać coś, czego nie da się zbadać zmysłami? Nie wiemy nawet, czy świat jest moralny czy amoralny. Nie mamy pojęcia, czy istnieje Bóg; a jeśli istnieje, to czego od nas chce. W tych zatem dziedzinach naturalnym jest spieranie się z autorytetami. Stąd się biorą schizmy, rozgałęzienia, sekty – we wszystkich religiach i ideologiach.

      Usuń
  9. A skąd wiemy, że zmysły nas nie oszukują? Skąd wiemy, że nie żyjemy w Matrixie? Poza tym chodzi o co innego - że TY całą wiedzę jaką posiadasz otrzymałaś od innych, którym uwierzyłaś i uznałaś za Autorytety w danej dziedzinie. Nie sprawdzałaś osobiście każdego prawa chemicznego czy fizycznego, nie badałaś prawdziwości źródeł historycznych, nie robiłaś obserwacji. Oczywiście - mogłabyś to zrobić i wyciągnąć odpowiednie wnioski (ale i tak musiałabyś mieć wiedzę, którą otrzymałaś od innych). Ale tego nie robisz. Dlaczego? Bo wierzysz naukowcom, uznajesz ich Autorytet, uznajesz że znają się na tym co robią i że nie oszukują, że doświadczenia nie są tylko sprytnymi trikami, że nie podają Ci w jedzeniu narkotyków, że nie żyjesz tak naprawdę na suchej, wymarłej Ziemi. Uznajesz AUTORYTETY.
    Poza tym - każdy zajmuje się czymś innym. Każdy ma swoją specjalność. Historyk bada historię i ma TYLKO badać historię - a w pozostałych dziedzinach uznaje Autorytet innych.
    I teraz - lud może i ma swój rozum, ale na pewno nie ma rozumu dostosowanego do rozważań filozoficznych, etycznych, teologicznych i politycznych. Nie ma zdolności logicznego myślenia na takim poziomie, nie ma takich talentów, poza tym - NIE INTERESUJE GO TO. Stąd, tak jak fizyk przyjmuje na wiarę zapewnienia historyka, że w 1410 była Bitwa pod Grunwaldem, tak lud przyjmuje pewne założenia filozoficzne, polityczne, etyczne - uznając, słusznie, że się na tym nie zna. Natomiast ma prawo słusznie wyśmiać szlachcica, który by mu mówił jak ziemię uprawiać i doić krowy. Bo tu szlachcic uznaje jego Autorytet! Na tym polega Cywilizacja.
    Oczywiście, powtarzam - Autorytety nie są, nie były i nigdy nie będą jednomyślne! Tak jak kłócą się historycy, fizycy i matematycy, bo wiele rzeczy nie jest jasnych, tak samo kłócą się politycy, teologowie, filozofowie i etycy! Ale lud nie powinien się do tego sporu wtrącać, Oni się kłócą wewnątrz swojego kręgu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Co mi szkodzi przyjąć założenie, że jakiś fizyk, chemik czy geolog mówi prawdę? Absolutnie nic. Ale potem mogę to zweryfikować. Mogę też olać badania z nieciekawej dla mnie dziedziny wiedzy. Natomiast etyka i teologia same się pchają do życia „prostaczka”. Ksiądz poucza z ambony, nauczyciel wykłada w szkole. Indoktrynacja od najmłodszych lat. Chyba mam prawo to kwestionować?

      Można dać kredyt zaufania, jednak ufać bezwarunkowo nie należy nikomu. Podważanie autorytetów, także moralnych (a może nawet – zwłaszcza nich), jest zjawiskiem pozytywnym. To nie człowiek powinien być najważniejszy; nie porządek i ład społeczny, a tym bardziej nie ich (jakże marny) pozór. Najważniejsza jest PRAWDA. Za nią zaś – moralność. Dlatego cieszę się, że ludzie mogą teraz swobodnie oceniać, krytykować, potępiać. Dzisiaj – jak nigdy wcześniej – popełniane przez „możnych” (i nie tylko) podłości mają szansę zostać wydobyte na światło dzienne; sami zaś „możni” muszą się liczyć z surowym osądem „prostego ludu”. Uważam to za słuszne.

      Nie jest prawdą, że władcy nigdy się nie wtrącali w sprawy ludu. Katarzyna Wielka tak oto zachęciła chłopów do uprawy ziemniaków: „Caryca Katarzyna przez lata się głowiła, jak zachęcić chłopów z zaboru rosyjskiego do uprawy ziemniaków. W końcu dokonała tego za pomocą fortelu: ogrodziła wszystkie należące do carskiego dworu pola ziemniaczane, a na straży postawiła wartowników, którym jednak zakazała strzelania do złodziei. Wtedy rolnicy pokochali zakazany owoc, w mgnieniu oka rozkradli bulwy i posadzili je na własnych poletkach.”

      http://www.newsweek.pl/kwestia-smaku--czyli-dlaczego-jemy-ziemniaki,61753,1,1.html

      Usuń
    2. No faktycznie, znalazłaś przykład:) Gratuluję normalnie. Nie wiem co to zmienia, bo wyjątek potwierdza regułę. Jasne, że są w historii różni królowie i królowe i różni ludzie. Ja mówię o tym jak być powinno, Ty zresztą też.
      Nie łączysz komentarzy. Właśnie na to odpowiedziałem już wcześniej, że np. jak idziesz do lekarza to też przyjmujesz, że mówi prawdę, choć jego pomyłka grozi Ci utratą życia.
      Poza tym nadal nie pojmujesz, że lud się nie zna na etyce, filozofii, teologii, polityce dokładnie tak samo jak na fizyce, chemii, biologii i całej reszcie, oprócz tego na czym się zna oczywiście - każdy na jednej dziedzinie.
      Indoktrynacja to podstawa wychowania. Przecież dziecko nie rodzi się z jakimiś poglądami, tylko jako "pusta tablica" przybita do ściany genów, które określają to że jest człowiekiem i budowę jego ciała (również płeć, co oczywiście podważają genderowcy). Ale co do poglądów jest pustą tablicą! Potem ta tablica zapełnia się znakami, schematami, światopoglądami, choćby księdza z ambony. I człowiek generalnie działa tak jak został wychowany.
      I chodzi o to, że chłop nie powinien siedzieć i dumać jak powstał świat, czy istnieje Bóg, co to jest cnota, jak dobrze żyć, czy istnieją rzeczy same w sobie, czy walczyć z Rosją czy zawrzeć pokój itp., bo go to guzik obchodzi, nie ma na to czasu, poza tym nie ma przystosowanego do tego umysłu i odpowiedniej wiedzy. Więc powinien mieć te problemy JAKOŚ rozwiązane - w każdej Cywilizacji inaczej. Powinien mieć podane gotowe rozwiązanie, podane przez elitę właśnie, która nie ma co robić tylko właśnie nad tym myśleć, bo robią na nią chłopi.
      Bo to rozwiązanie jest mu oczywiście potrzebne, żeby wiedział "jak żyć".
      I o to tylko mi od początku chodzi, tylko mówiłem to bardziej ogólnikowo. Mam nadzieję, że teraz już będzie to jasne i oczywiste.

      Usuń
    3. Właśnie temu się sprzeciwiam. Nie życzę sobie powrotu do czasów, kiedy to nauczyciel, ksiądz, szlachcic czy król mówił prostym ludziom, jak mają żyć, co myśleć, co jest słuszne, a co nie. Nawet najprostszy człowiek nie powinien być traktowany jak bezmyślne bydlę, któremu poglądy ma kształtować jakiejś wątpliwej konduity „autorytet”. Nie dojdziemy zatem w tej kwestii do porozumienia.

      Co do tego, czy człowiek rodzi się „tabula rasa”, mam spore wątpliwości. Nie ma jednak sensu zaczynać nowego wątku, więc tylko tyle napiszę, że wychowywaniem nowego pokolenia powinni zajmować się rodzice i/lub wybrani przez nich ludzie.

      Usuń
    4. Co do drugiego akapitu - pełna zgoda.
      Co do pierwszego - żyj sobie dalej w iluzji...
      Nie rozumiesz, że praca w polu nie jest wcale gorsza ani lepsza od pracy umysłowej. Nie rozumiesz, że lud zwyczajnie nie nadaje się do rozważań filozoficznych, etycznych, religijnych i politycznych. Nie rozumiesz, że Autorytet filozofa, księdza, etyka, Króla jest taki sam jak lekarza, mechanika i architekta. Nie rozumiesz, że chłop wcale nie chce i nie potrafi myśleć nad problemem "arche", nad cnotą, czytać Kanta, Berkeleya, Sokratesa, św.Tomasza z Akwinu, Hay'ka, Wielomskiego - i właśnie dlatego jest chłopem. Nie rozumiesz, że specjalizacja na tee zawodowym jest podstawą Cywilizacji - a etyk, filozof, ksiądz, polityk, Król - to też w pewnym sensie zawody, choć nie tylko. Nie rozumiesz, że pomoc - tak bo to jest pomoc! - chłopowi (chłopu??) w rozwiązaniu dręczących go problemów, sprowadzających się do pytania "jak żyć?", nie jest traktowaniem go jak bydlę tylko wyciągnięciem do niego pomocnej dłoni, którą z chęcią przyjmie - o ile nie pojawi się na horyzoncie jakiś mąciciel, wmawiający mu, że jest filozofem.
      Cóż - nie rozumiesz podstaw. Chyba żyjesz w innym świecie.
      Pozdrawiam z Ziemi.

      Usuń
    5. Jakiej Ziemi? Chyba tej sprzed pięciuset lat. :) Ale do tego nie ma powrotu.

      Czy ja kogoś zmuszam, żeby filozofował? Nie! Jeśli ktoś pragnie żyć bezrefleksyjnie – proszę bardzo. Mam jednak pełne prawo (nie moralne, bo takowe nie istnieje, tylko wynikające z WOLNEJ WOLI) starać się zmienić ludzi: pokazać im, że można (lub wręcz należy) buntować się przeciwko złu; że życie to nie tylko praca i modlitwa; i tak dalej. I nie zamierzam robić tego poprzez wprowadzanie jakichś ustaw, nakazów, zakazów, etc, tylko w najbardziej naturalny sposób na świecie: głosząc swoje poglądy. Tak jak to robią księża, filozofowie czy etycy.

      Możesz teraz napisać po raz wtóry, że przedstawiciele tych trzech zawodów są fachowcami, z którymi nie może się spierać byle laik. Pozwól jednak, że pozostanę przy przekonaniu, iż najważniejsze są FAKTY. Moralność, sens życia czy wola Boga nie są przedmiotem poznania, w przeciwieństwie do medycyny, geografii czy biologii. Te drugie są zbiorem mozolnie zbieranych wiadomości, setek tysięcy prób i błędów, porażek i sukcesów; te pierwsze zaś przynależą do sfery IDEI. Owszem, muszą być w pewnym stopniu umocowane w rzeczywistości, czyli np. przystawać do natury człowieka, ale nie są rzeczywistością! Z tego właśnie powodu każdy może swobodnie wejść do ideologicznego dyskursu i przedstawić własne zdanie. Tyle, że nie każdemu się chce.

      Usuń
    6. Jasne, że może. Chodzi o to czy chce. Albo czy ma czelność. Kiedyś niektórzy chłopi też sobie filozofowali, ale najważniejszy był Autorytet proboszcza, starca etc. Nikt nie miał czelności się wynosić ponad nich. I o to chodzi. Przecież nie zamierzam nikomu dekretem zakazywać filozofowania. Chodzi o system społeczny - czy jest tfu! d***kratyczny - czyli pozbawiony Autorytetów, zaspakajający pychę motłochu i ludu, czy autorytarny - uporządkowany, logiczny, oparty właśnie o rzeczywistość i naturę ludzką.
      Teraz żyjemy w tym pierwszym. Ale długo nie pożyjemy - co jest konieczne, jest możliwe. Muzułmanie już czekają. Oni mają w swoim społeczeństwie Autorytety. I dlatego zwyciężą.

      Usuń
    7. Zwyciężą, bo biali to ciotowate dupy, które ZA BARDZO słuchają „autorytetów” zamiast własnego sumienia i rozumu. Polityczna poprawność, uleganie żądaniom fanatyków (np. zgoda na wprowadzenie prawa szarii) tudzież hojny socjal dla wielodzietnych rodzin (a takie są często rodziny muzułmańskie) zbiorą pewnie niedługo gorzkie żniwo.

      To właśnie bunt – wobec KAŻDEGO, kogo uważamy za bydlę lub choćby „tylko” szkodliwego idiotę – jest prawidłowym odruchem nie tylko zdrowej jednostki, ale i zdrowego społeczeństwa. Ślepe posłuszeństwo jest ZAWSZE złe (choć nie zawsze prowadzi do poważnych szkód). Ale ponieważ jest też nadzwyczaj pomocne w utrzymaniu tak upragnionego przez Ciebie „porządku społecznego”, to i nie dziwota, że marzy Ci się powrót do „starych, dobrych czasów”, kiedy to dzieci całowały ojca w rękę, ojciec – plebana, a król – papieża (tyle, że w trzewik). ;)

      Usuń
  10. Słuchają "autorytetów" - opętanych błędnymi ideami. Elita uległa demoralizacji, zresztą w ogóle dzisiaj "autorytety" są głównie z ludu, tworzącego "dynastie" komunistyczne.
    Marzy mi się, marzy:) Ale obawiam się że już nie wrócą...No chyba że w wersji muzułmańskiej.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Muzułmanie z pewnością doszlusują do zachodniego świata. Kobiety, zachęcone przykładem Europejek, zaczynają walczyć o swoje prawa. Pytanie tylko, czy te pozytywne przemiany prześcigną zapędy fundamentalistów.

      Kto ma osądzać, czyje idee są poprawne, a czyje błędne? Wprowadza się zawsze pomysły zwycięzców. Po jakimś czasie ludzie (z którejkolwiek z warstw społecznych) buntują się przeciwko skostniałemu – w ich przekonaniu – systemowi i obierają nowy kurs. I tak to się kręci. Jak to mówił mój pan od filozofii: Jedyną stałą rzeczą na świecie jest... zmiana. ;) (Nie wiem, czy był to cytat, czy jego autorska myśl.)

      Usuń
    2. No, jak i muzułmanie zamienią się w socjalistów i postępowców to...zostaje koniec świata. Zawsze fajna perspektywa. Oczywiście - nie dla ateistki:)
      No i to by było na tyle. Nie chcę mi się za bardzo dalej dyskutować, więc dziękuję za dotychczasową wymianę opinii. Może tego bloga będę czytał częściej niż poprzedniego i częściej na nim komentował. Zobaczymy.

      Usuń
    3. Jak to będzie w przyszłości, tego nie wie nikt. :)

      Zapraszam. :)

      Usuń
  11. Czytać trzeba! Nie ma co jednak zwracać uwagi, co kto ma w biblioteczce, a co ma w głowie jest o wiele ważniejsze.

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...