31.10.2013

Nie jest fajnie


Mieszkam tutaj:




Od paru miesięcy przy Al. Solidarności prowadzone są nader poważne roboty. Poszerzają całą dwupasmówkę i budują wiadukt przy skrzyżowaniu z Al. Warszawską. Kto wie, może nawet będą coś robić na naszej (zaznaczonej na zielono) „psiej łączce”? Luby twierdzi, że mają tam wylać asfaltową uliczkę, co mi się zdecydowanie nie podoba. Ale to jeszcze nic pewnego.

A co jest pewne? Zamknięcie ul. Botanicznej (czerwony znak). Od tej decyzji nie ma (podobno) odwołania. Powstaje problem: którędy mają wyjeżdżać jej mieszkańców na Al. Solidarności? Padło kilka pomysłów, jak choćby ten, żeby przebić się przez pas nieużytków oddzielający domki od dwupasmówki (odcinek zaznaczony na niebiesko). Wymagałoby to jednak zbyt poważnej – a tym samym kosztownej – ingerencji w istniejące już plany przebudowy drogi.

Jedyna propozycja, którą potraktowano poważnie, mnie osobiście przeraża. Otóż mieszkańcy Botanicznej zażądali, żeby „udrożnić” ul. Potok. Nasz Potok, cholera jasna! Później, czyli z ul. Jagiellońskiej, będzie można dojechać do Al. Solidarności ubitą drożyną (zaznaczona na brązowo), której nie ma nawet na mapie, a która ma teraz zyskać status „drogi serwisowej”. Drżę na samą myśl o tym, co nas czeka, jeśli miasto przychyli się do tej koncepcji. Decydując się 11 lat temu na zakup naszego domu, moi rodzice brali pod uwagę między innymi fakt, iż Potok jest ulicą „ślepą” i że nikt – poza właścicielami sąsiednich posesji – nie będzie nią przejeżdżać. I teraz oto wszystko może się zmienić na gorsze, rzecz jasna. :/

Co można z tym zrobić? Protestować? A jakie mamy argumenty? Że nie życzymy sobie „przebitki” do Jagiellońskiej, bo chcemy mieć spokój i (względną) ciszę?

Czarno to widzę...

29.10.2013

Dziękuję!


Ile razy zdarzyło Wam się, że dostaliście coś:
  • naprawdę fajnego
  • za friko
  • i to od zupełnie obcej osoby?
Mnie się coś takiego przydarzyło właśnie dzisiaj. Otrzymałam bowiem – za pośrednictwem Poczty Polskiej – książkę, o nabyciu której marzyłam od dawna, lecz ze względu na wygórowaną cenę owej znamienitej pozycji kończyło się na marzeniach.

Oto ona opus magnum śp. Zbigniewa Nienackiego:




Chciałabym złożyć najserdeczniejsze podziękowania Szacownemu Jongleurowi za ten wspaniały podarek. Sprawiłeś mi ogromną przyjemność, zacny Jongleurze. Bardzo dziękuję. :)

A Wam polecam zarówno tę książkę (opis tutaj), jak i blog Jongleura: "Nie zawsze wina".

24.10.2013

Pusto. Cicho. Pięknie. Groźnie.


Miejsce: Cinema City, Plaza, Lublin.

Czas: Środa, 23.10.2013, godz. 19:30 (formalnie; w rzeczywistości: ok. 20 minut później).

Wydarzenie: seans filmu „Grawitacja”.

Uczestnicy (oprócz rzeszy anonimowych widzów): mama, Luby i ja.

Wrażenia: Mamie podobało się bardzo; zaryzykowałabym nawet stwierdzenie, że była zachwycona. Luby uznał film za bardzo dobry, choć miał zastrzeżenia do muzyki – że nazbyt głośna i natarczywa; na moją indagację odnośnie wrażeń powiedział: „Nie obyło się bez typowego amerykańskiego patosu”. ;) Jeśli zaś chodzi o mnie, to... jestem lekko rozczarowana.

Być może mój zawód jest efektem uprzedniego napasienia się przesadnie pochlebnymi recenzjami, które obiecywały mi widowisko przekraczające moje najśmielsze wyobrażenia. Napaliłam się na niezwykłe zdjęcia Kosmosu, wyżerające gałki oczne efekty specjalne oraz przyprawiającą o palpitację serca akcję. Oczekiwałam zbyt wiele. Otrzymany produkt można określić krótko: naprawdę przyzwoity, dobrze nakręcony film. W żadnym wypadku przełomowy. Widzieliśmy już wiele oszałamiających obrazów kosmicznej pustki i kibicowaliśmy całej masie astronautów, których od zabójczej próżni oddzielał jedynie skafander.

Co jest zatem mocną stroną „Grawitacji”?

ZALETY:
  • Widoki. Najpiękniejsze zdjęcia Ziemi, jakie do tej pory widziałam.
  • Montaż. To jest coś, co może położyć film lub go uratować. W tym wypadku powala na kolana.
  • Realizm. Dla mnie, jako laika, przedstawiona sytuacja wyglądała całkiem wiarygodnie. ;)

WADY:
  • Fabuła. Przypomina mi się nieszczęsny „Prometeusz”. On również zaczynał się zajebiście, a skończył wyjątkowo banalnie (przy czym uważam film Cuaróna za lepszy). Całą akcję można by opisać jednym zdaniem (chociaż solidnie rozbudowanym ;)). Nie jest to wadą w przypadku kina klasy C, za to w przypadku ambitniejszych obrazów – owszem.
  • Brak głównego bohatera. Protagoniści są niczym wycięte z papieru sylwety – niemal idealnie nijacy. Kosmosu prawie nie ma. Tzn. sensu stricte jest, w końcu akcja rozgrywa się na okołoziemskiej orbicie. Niemniej spodziewałam się czegoś więcej niż kilku – choćby i najwspanialszych – ujęć naszej planety. Na czym więc, do cholery, ogniskuje się tematyka filmu? Wydaje mi się, że jedyną sensowną odpowiedzią jest: na doświadczeniu. Oto mamy wydarzenie. Epizod, zajście, wypadek. I zostaje ono nadzwyczaj skrupulatnie, wręcz z pietyzmem opisane. Miotające się w stanie nieważkości ludziki oraz bezdenna czerń Wszechświata są jedynie tłem dla rozgrywającej się na naszych oczach tragedii. Tłem nadzwyczaj efektownym, przyznaję, momentami porywającym i wzruszającym – ale niczym więcej.

Na Filmwebie można ocenić film w skali od jednego do dziesięciu. Postawiłam szóstkę, co oznacza, że jest w mojej ocenie „niezły”. Ot, miło spędzone półtorej godziny.

Uwaga! Powyższa recenzja jest subiektywną, nie roszczącą sobie pretensji do profesjonalizmu opinią kompletnie się nie znającej na filmie blogerki. :) Zachęcam do obejrzenia, ale kasy za bilety zwracać nie zamierzam. ;)



22.10.2013

Kwestia wcale niebłaha


Każdy chyba ma jakieś – mniej lub bardziej wyraźne – wyobrażenie idealnej pracy. Albo nawet nie tyle idealnej, ile takiej, którą wykonywałby bez poczucia, że życie przecieka mu między palcami. Założę się, że przynajmniej część pracujących myśli o swojej posadzie nie z przyjemnością, a z rozpaczą, nienawiścią lub przynajmniej głęboką niechęcią. I że snują niekiedy marzenia o plunięciu szefowi w twarz, pokazaniu kolegom obscenicznego gestu, obróceniu się na pięcie i opuszczeniu znienawidzonego miejsca pracy raz na zawsze.

No dobrze, ale co w zamian? Jakie cechy powinna spełniać wymarzona profesja? Nie jest to bynajmniej zagadnienie na miarę zagadki Sfinksa. Większość z nas, choćby wybudzona o drugiej w nocy z najgłębszej fazy snu, gładko wyrecytuje banalną formułkę: praca powinna być ciekawa i dobrze płatna. Nie będę oryginalna – też bym tego chciała. ;) A co z ewentualnym prestiżem czy hojnym pakietem socjalnym? Tutaj mogę się wypowiadać wyłącznie za siebie: nie miałyby one dla mnie prawie żadnego znaczenia. Nie jestem szczególnie ambitna, a od bezpłatnych świadczeń wolę gotówkę. ;)

Jednak najważniejsze są dla mnie takie czynniki, jak:
  • zgodność powierzonych mi obowiązków z moimi możliwościami – czyli robię to, co jestem w stanie zrobić dobrze (nie nadaję się do ciężkiej fizycznej pracy, nie jestem w stanie wciskać ludziom trefnego towaru, nie umiem pracować z dziećmi, itp.)
  • dobra atmosfera w pracy – czyli przynajmniej poprawne stosunki z szefem i współpracownikami (choć nie ukrywam, że wolę pracować sama)
  • konkretny zakres obowiązków – czyli robię to i to, odtąd-dotąd – i do domu! (żadnych wyjazdów szkoleniowych, „imprez integracyjnych”, dodatkowych zajęć, etc)
Istnieje jednak czynnik, o którym czasami zapominam. Dobra praca powinna być również...

No, kto powie? :)




Dobra praca powinna być także – SENSOWNA! :)

I tutaj kończę osobiste wynurzenia, gdyż problem sensu – lub bezsensu – pracy jest kwestią na tyle istotną, że warto spojrzeć nań z szerszej perspektywy. Zacytuję fragment bardzo ciekawego artykułu (podziękowania dla blogerki Futrzak, która go zalinkowała) opisującego problem tzw. gównianych prac. Autor skupił się na kontekście społecznym, mnie natomiast (jak niemal zawsze) interesuje przede wszystkim, jak ten problem odbija się na jednostce. A raczej – na setkach tysięcy jednostek z osobna.

Warto przeczytać całość.

19.10.2013

Słodkie mruczenie mordercy


Nigdy nie ciągnęło mnie do kryminałów. Ktoś kogoś zabił? Chcę wiedzieć od razu: kto, kogo i dlaczego. Cała reszta (mozolne dochodzenie do prawdy, badanie tropów, wścibskie węszenie tudzież inne perypetie detektywa) jest dla mnie zazwyczaj nudna niczym przysłowiowe flaki z olejem.

Ale ten kryminał po prostu muszę Wam polecić. Nawet jeśli (podobnie jak ja) szerokim łukiem omijacie książki tego typu, tej jednej przynajmniej powinniście dać szansę. Oto bowiem – chyba po raz pierwszy w historii literatury – w rolę detektywa wciela się przedstawiciel gatunku Felis domesticus. :)




Streszczenie:

Główny powód, dla którego polecam tę książkę, to styl, w jakim została napisana. Powieść skrzy się – niekiedy mocno zgryźliwym – dowcipem. Elegancko rozpisana i przyzwoicie rozwikłana intryga spodoba się każdemu amatorowi zagadek, niemniej podstawową zaletą tej książki jest cięty język, pieprzne słownictwo tudzież pouczające refleksje kota-detektywa, który od czasu do czasu smaga nasz gatunek zjadliwą kpiną, wypominając mu pazerność, głupotę i okrucieństwo. Nie przepadam za moralizatorstwem czy uczłowieczaniem zwierząt, lecz w tym wypadku jedno i drugie łykam gładko i... czuję niedosyt. ;)




Jeśli spodobają Wam się przygody cynicznego kociego intelektualisty mającego tendencję do pakowania się w kłopoty, możecie zabrać się za część drugą, czyli „Francisa”. Uprzedzam jednak mocno rozczarowuje, jeśli chodzi o fabułę. Ale i tak warto przeczytać, choćby dla kilku przezabawnych momentów. Oraz znacznie mniej zabawnych, ale za to dających sporo do myślenia tyrad głównego bohatera. O ile dobrze pamiętam, to nasz nikczemny gatunek dostaje w tej książce jeszcze większe cięgi niż w części pierwszej. ;)

17.10.2013

Cierpki smak iluzji


Dwa dni temu, wracając z miasta, kupiłam sobie „Anonse” (jak zawsze w złudnej nadziei, że znajdę jakąś sensowną ofertę pracy). Już na przystanku moją uwagę przykuło jedno ogłoszenie. Dział: „Edukacja”, poddział: „usługi”. Jeden z nagłówków głosi: „Pisanie prac dyplom.” Czytam i oczom nie wierzę:
PISANIE, opracowanie kompletne tekstów. Pisanie prac od podstaw: magisterskie, licencjackie, inżynierskie. Szybko i solidnie. Mamy wieloletnie doświadczenie uniwersyteckie na UJ. Realizujemy całościowe zamówienie tematu ze zbiorem potrzebnych materiałów naukowych do pracy. LUBLIN (telefon, mail)

Takich anonsów jest co najmniej ze dwadzieścia. Prosto z mostu, bez jakichkolwiek eufemizmów typu „pomoc przy...” Po prostu piszą za ciebie. Na dowolny temat. Wystarczy zapłacić.

Zachodzę w głowę, jak to możliwe, że takie usługi są legalne. A może nikogo to już nie obchodzi?

Staram się przypomnieć sobie, jak to było osiem lat temu, kiedy sama kończyłam studia. Nie jest to łatwe; natychmiast po obronie pracy magisterskiej mój umysł zaczął usilnie pracować nad wymazaniem tych lat z pamięci. I chyba się udało, gdyż okres ten jawi mi się niczym zły sen, z którego wybudziłam się po pięciu latach śpiączki. Nie oszukujmy się, anglistyka nie była dobrym wyborem. A może nie było dobrego wyboru? Może należało się wyuczyć konkretnego fachu, zaś przygodę z uczelnią zacząć kilka, kilkanaście lat później?

Tylko że wówczas stałabym się pariasem. Córka profesora, całkiem niezła z języków – i tylko średnie wykształcenie. Zgroza. A że po studiach musiałam dobijać się o pracę, że pierwsze posady w szkole rozwaliły mnie psychicznie, a pieniędzmi można było podetrzeć sobie dupę – to już nieważne. Miałam dyplom, umiejscawiający mnie na wyższym szczeblu hierarchii społecznej.

Tak samo myśli pewnie większość młodych – i bardzo wiele starszych – osób. Bez wyższego wykształcenia jesteś nikim.

Stąd te ogłoszenia.

16.10.2013

Kukunamunizm


Zanim zaczęłam czytać blogi, nie miałam pojęcia, jak bardzo ludzie są – że tak to ujmę niezręcznie – pokręceni psychicznie. Jak wiele w nich nienawiści, uprzedzeń, agresji, kompleksów. Czy są to oznaki jakichś poważniejszych zaburzeń czy „tylko” efekt przedawkowania wirtuala – nie wiem. W każdym razie pewne „sieciowe” zachowania uważam za nienormalne.

Przykładowo: oto osoby posiadające rzekomo ciekawe i udane życie (dobra praca, rodzina, pasje), robią coś, co byłoby zrozumiałe wyłącznie u sfrustrowanego, wiecznie bezrobotnego i pozbawionego wszelkich zainteresowań idioty: żyją cudzym życiem. I to bynajmniej nie życiem swojej rodziny czy znajomych, ale kompletnie nieznanych im osób. Jako ilustrację tego przykładu podam pewnego blogera, który dostaje szału, bo Europejki... nie chcą rodzić dzieci. Zapluwa się, wyzywa od durnych egoistek, życzy samotnej śmierci we własnych odchodach; z kolei o pannach robiących sobie dzieci z pierwszym lepszym pisze z ogromnym podziwem. Zero-jedynkowa wizja rzeczywistości, w którym wartość kobiety sprowadza się do tego, jaki użytek czyni ze swojej macicy. Wszystko okraszone rzeką jadu, złości i rozżalenia na każdego, kto ośmiela się wyrazić odmienny pogląd.

Pytanie brzmi: Po co temu człowiekowi rodzina, ciekawa praca, podróże? Przecież on gnije od wewnątrz. Dla niego świat jest piekłem. Być może po odejściu od komputera nakłada maskę i udaje spokojnego, pogodnego i zadowolonego z życia. Właśnie – udaje...

Ku mojemu niebotycznemu zdumieniu niektórzy internauci tłumaczą się przed tym człowiekiem. Usprawiedliwiają się biedą, kiepskimi warunkami, piszą elaboraty o braku perspektyw na godziwe życie. I gorąco się zarzekają, że kto jak kto, ale oni to żadnymi wstrętnymi hedonistami nie są – co to, to nie. I że jak tylko poprawi się ich sytuacja materialna, to na pewno zdecydują się na dziecko. Może nawet dwoje. :)

Nie rozumiem ani tego blogera, ani kajających się przed nim ludzi. To, co sobą reprezentują, to coś gorszego niż totalne wieśniactwo to kwintesencja głupoty i kompletnego braku szacunku do siebie.

I znowu nachodzi mnie pytanie: Czy jest to wynikiem jakichś odchyłów w psychice? A może fatalnego wychowania? Cierpiętnicze mamusie poświęcające się dla rodziny, zgorzkniali i nieudaczni tatusiowie tacy ludzie nie zaszczepią młodemu człowiekowi umiejętności cieszenia się życiem. Ba, jeszcze natłuką do głowy, że szukanie w życiu przyjemności i podążanie za głosem własnych pragnień to... hedonizm. ;)

14.10.2013

Książki mojego dzieciństwa



Padły najróżniejsze odpowiedzi. Prawidłowa tylko raz. Chodziło mi o „Kajtusia czarodzieja” Janusza Korczaka. Byłam naprawdę zdziwiona, że tylko jedna osoba podała ten tytuł. Czyżby poza Wnuczkiem i mną nikt nie znał tej chwytającej za serce baśni? Zasępiłam się nieco. Szkoda. To naprawdę wartościowa lektura, którą mogłabym polecić z czystym sumieniem każdemu dorastającemu pacholęciu.

Ale nie tylko tę książkę wspominam z wyjątkowym sentymentem. Było mi dane przeczytać wiele cudownych dzieł, bez znajomości których nie byłabym tym, kim jestem dzisiaj. Albowiem podwaliny mojej moralności zostały ukształtowane nie przez rodziców, szkołę czy Kościół, tylko właśnie przez książki. A wiadomo, jakie książki czyta się w wieku od 10-ciu do 20-tu lat. ;) To właśnie literatura przeznaczona dla bardzo młodego czytelnika wpoiła mi pewne przekonania na resztę życia. Autorzy czytanych przeze mnie pozycji nie propagowali tępego posłuszeństwa wobec dorosłych, bezmyślnej lojalności wobec grupy czy uległości wobec władzy. Przeciwnie – afirmowali samodzielne myślenie i nonkonformizm, zachęcali do spełniania swoich (nawet bardzo dziwacznych) marzeń. Ich dziecięcy protagoniści buntowali się przeciwko starszym, jeśli ci zgrzeszyli okrucieństwem lub niesprawiedliwością, instynktownie czując, że moralność jest ważniejsza od dobrych manier. Takie właśnie zasady powinny być tłoczone do głowy każdego młodego człowieka.

Jakie książki zapadły mi w pamięć najbardziej? Przede wszystkim baśnie. Rodzice latami gromadzili najróżniejsze zbiory podań, legend, klechd i mitów. Z całego świata, ze wszystkich kultur. I słusznie robili, baśnie bowiem są skarbnicą ludzkiej mądrości. Szczególnie ukochałam zbiór bajek pt. „Bajarka opowiada”. Gdybym musiała raz na zawsze opuścić dom i mogła zabrać ze sobą tylko jedną książkę, to poważnie bym się zastanowiła właśnie nad poczciwą "Bajarką". ;)




Skoro już naszło mnie na wspomnienia, pozwolę sobie wspomnieć o paru moich ukochanych powieściach, które do dzisiaj darzę ogromnym szacunkiem i które z czystym sumieniem poleciłabym każdemu nastolatkowi lub rodzicowi nastolatka (dorośli powinni zachęcać młodych do czytania ;)). Oto kilka książek, które naprawdę warto przeczytać:
  • Cudowna podróż” Selmy Lagerlöf. No i cóż ja mogę napisać o tej wspaniałej książce? To po prostu kamień milowy dziecięcej literatury. Absolutny must read dla każdego młodego (i wrażliwego) człowieka. I nie tylko młodego. Zachwycająca opowieść o podróży splatającej się z duchową przemianą spodoba się każdemu czytelnikowi o choćby przeciętnej wrażliwości, zaś tego o wrażliwości ponadprzeciętnej wzruszy do łez.
  • „Niekończąca się historia” Michaela Ende. Są takie lektury, które powinno się przeczytać za młodu, kiedy jeszcze umysł pozostaje czysty i niewinny. Później też można (a nawet warto), lecz nie mają już takiej siły oddziaływania. Ta pozycja jest inna. Jeśli lubisz czytać, a tej książki nie znasz, to leć w try miga do pierwszej lepszej biblioteki i natychmiast ją wypożycz, nawet jeśli masz 50+ lat. To jedna z najcudowniejszych historii, jakie poznasz. Wstyd nie znać.
  • „Król Maciuś Pierwszy” oraz „Król Maciuś na wyspie bezludnej” Janusza Korczaka. Kilka razy wracałam do tych – nie waham się tego napisać – genialnych powieści, szczególne upodobanie znajdując w części drugiej. Krótkie zdania, proste słowa – jak to u Korczaka. Ponoć były próby przeniesienia tej historii na ekran i scenę. Wątpię, żeby to się udało. Czy jakiekolwiek dziecko byłoby zdolne oddać złożoność charakteru Maciusia? Pokazać targające nim wątpliwości, wiarygodnie zagrać straszliwe osamotnienie młodziutkiego króla? Nie, to chyba niemożliwe.
  • „Przygody Hucka” Marka Twaina. Pozwolę sobie tutaj zacytować Ernesta Hemingway’a z „Zielonych wzgórz w Afryce”: Cała współczesna literatura amerykańska wywodzi się z jednej jedynej książki Marka Twaina, która nazywa się „Przygody Hucka". Jeżeli się ją czyta, trzeba zatrzymać się w miejscu, gdzie zabierają chłopcom Murzyna Jima. To jest właściwe zakończenie. Reszta to tylko oszukaństwo. Ale to jest najlepsza książka, jaką mieliśmy. Całe amerykańskie pisarstwo stąd pochodzi. Przed tym nie było nic. Od tej pory nie było nic równie dobrego.” I niech te słowa starczą za reklamę tego tytułu. (Co prawda mnie najbardziej podobały się właśnie perypetie chłopców usiłujących „uwolnić” Jima, ale przecież nie będę się spierać z Hemingway’em ;)).
  • „Księga dżungli” i „druga księga dżungli” Rudyarda Kiplinga. Kto nie czytał, ten niech przeczyta jak najszybciej. I poleci swojej rodzinie i znajomym. Dwa razy podczas lektury polały się z mych ócz rzęsiste ślozy – dwa razy bowiem musiał Mowgli odejść z dżungli. Nie ma tu miejsca na tani sentymentalizm, autor nie uwzniośla zwierzęcego świata. I przypomina, że człowiek musi żyć z ludźmi.
  • „Przyjaciel wesołego diabła” Kornela Makuszyńskiego. Szalenie wzruszająca, nierzadko smutna i straszna, ale chyba częściej zabawna i pełna nadziei historia pewnej podróży. Cechuje się (jak wszystkie dzieła Makuszyńskiego) niezwykle bogatym językiem: wspaniale rozbudowanymi zdaniami, kunsztownie wplecionymi i niesamowicie działającymi na wyobraźnię porównaniami tudzież tak misternie skonstruowanymi opisami, że czytelnik czuje się, jakby trafił na ucztę do Odyna.
  • „Bracia Lwie Serce” Astrid Lindgren. Tej autorki nie trzeba chyba przedstawiać. To nie jest słodka, landrynkowa historia w stylu „Dzieci z Bullerbyn”, poleciłabym ją więc starszemu dziecku. Cześć Pani pamięci, Pani Lindgren!
  • „Pszczółka Maja i jej przygody” Waldemara Bonselsa. Jest to dosyć osobliwa książka. Bonsels ma skłonności do wpadania w czasami irytującą, ale najczęściej przyjemną (przynajmniej dla mnie) egzaltację, nadając prozaicznym – zdawałoby się – momentom z życia małej pszczółki niemal rangę sacrum. Bardziej dla dziewcząt niż dla chłopców.
  • „Akademia Pana Kleksa”, „Podróże Pana Kleksa” oraz „Tryumf Pana Kleksa” Jana Brzechwy. Nie ma chyba w polskiej literaturze (i to nie tylko dziecięcej) drugiego takiego bohatera. Przygoda goni przygodę, cudowność przeplata się z osobliwością, a nad wszystkim króluje On – niesamowity, potężny, wszechwiedzący Pan Kleks. Pół-bóg w przebraniu zdziwaczałego profesorka o kolorowej brodzie, dziecię chaosu i uosobienie porządku zarazem. Do gustu przypadły mi szczególnie „Podróże” ze względu na rozmaitość przewijających się w tej historii stworzeń.
  • „Porwanie Baltazara Gąbki” oraz „Gąbka i latające talerze” Stanisława Pagaczewskiego. Któż mógłby się oprzeć urokowi Smoka Wawelskiego? ;) Dodajmy to tego wszechobecny humor, ciekawą fabułę z dobrze skrojoną intrygą, paradę ciekawych postaci – i voilà! Otrzymujemy fajną, lekką lekturę dla młodzieży.
  • Seria o Muminkach Tove Jansson. Wejście w świat „małych trolli” jest doskonałą odtrutką na nudę i udrękę świata rzeczywistego. Muminki są słodkie, a zarazem niepokorne; rodzinne, a zarazem niezależne. Najbardziej sobie lubiłam introwertycznego Włóczykija, podróżującego samotnie w te i we wte. I bardzo żałuję, że nie przeczytałam wszystkich książek z cyklu, zanim dorosłam (czyli przed trzydziestką ;)).
  • Seria o doktorze Dolittle Hugh Loftinga. Uwielbiałam tę całą czeredę pełzających, biegających i fruwających stworzeń, które dałyby się pokroić za swoich ludzkich towarzyszy i siebie nawzajem. Z miejsca polecę ją każdemu dziecku, które przejawia choćby cień sympatii dla naszych braci mniejszych.
  • Powieści Edmunda Niziurskiego. Prześmieszny język, niesamowite jaja, a do tego historie nie z tej ziemi, których zakończenia nie sposób przewidzieć. Życie młodzieży sprzed dekady, dwóch, trzech, czterech – ale przepuszczone przez filtr genialnego poczucia humoru pisarza. Najbardziej lubię „Osobliwe przypadki Cymeona Maksymalnego”.

Do nieco mniej cenionych, choć i tak bardzo mile wspominanych, zaliczam takie tytuły, jak:
  • „Hobbit” J. R. R. Tolkiena. O ile "Władca Pierścieni" porządnie mnie znudził (może 15 lat to za mało, żeby docenić to monumentalne dzieło?), o tyle "Hobbita" czyta się łatwo i przyjemnie.
  • „Baśnie” Hansa Christiana Andersena. Niektóre genialne, inne takie sobie.
  • „Opowieści dla najmłodszych” Beatrix Potter. Raczej dla młodszego czytelnika.
  • „Bardzo dziwne opowieści” Ewy Szelburg-Zarembiny. Cudne powiastki.
  • „Boży ludek” Waldemara Bonselsa. W większej nawet mierze niż „Pszczółka Maja” przepojony pompatycznymi opisami i kaznodziejstwem, ale warto przeczytać.
  • Dziewczę ze Słonecznego Wzgórza Björnstjerne'a Björnsona. Dla starszego czytelnika.
  • „Przygody Tomka Sawyera” Marka Twaina. Przezabawne.
  • „Opowiadania” Jana Grabowskiego. Dla kochających zwierzęta.
  • „Przygody Nieumiałka” Mikołaja Nosowa. Chłopcy, szanujcie dziewczynki! Dziewczynki, szanujcie chłopców! ;))
  • „Ronja, córka zbójnika” Astrid Lindgren. Wzruszająca.
  • „Rozalka Olaboga” Anny Kamieńskiej. Poważna, momentami wręcz ponura opowieść o zbuntowanym, a przy tym bardzo wrażliwym dziecku.
  • „Sierotka Marysia i krasnoludki” Marii Konopnickiej. Urocza ramotka, której grzech nie zaliczyć.
  • „Wstęga pawilonu” Zofii Chądzyńskiej. Utożsamiałam się z główną bohaterką.
  • „Historia żółtej ciżemki” Antoniny Domańskiej. Stare, ale jare.
  • seria o misiu Paddingtonie Michaela Bonda. Z perspektywy kilkunastu lat Misio wydaje mi się teraz nieco zbyt grzeczny, zbyt milusi, ale może to ja się zmieniłam? ;)
  • Pozostałe powieści Kornela Makuszyńskiego.
  •  
* * *

Książki nieklasyfikowalne: 
  • „Alicja w Krainie Czarów” i „Alicja po drugiej stronie lustra” Lewisa Carrolla. Genialna książka. Lubiłam zwłaszcza część drugą, która wydawała mi się ciekawsza i nieco bardziej mroczna. Nie można jej jednak uznać za typową książkę dla dzieci.
  • „Przygody Guliwera” Jonathana Swifta. Przeczytałam tę powieść bardzo wiele razy. A zarazem – nie przeczytałam jej nigdy. Wszystko dlatego, że książka została wykastrowana na potrzeby młodego czytelnika. Ta pozornie niewinna praktyka zniszczyła dzieło Swifta. Dlatego też, pomna na własne doświadczenie, usilnie Was proszę: nie polecajcie dzieciom „Przygód Guliwera”. Za to kiedy osiągną już wiek dojrzały, podsuńcie im „Podróże do wielu odległych narodów świata”.
  • „Przypadki Robinsona Crusoe” Daniela Defoe. Jak wyżej. Nie upupiajmy wielkiej literatury.

* * *

Zadziwiające, w jak niezwykły sposób ludzki umysł potrafi zniekształcić wspomnienia; jak się czepia pewnych momentów, inne usuwając w cień lub poddając poważnej modyfikacji. Oto bowiem mam do czynienia z niewytłumaczalnym dla mnie zjawiskiem: niektóre z książek dla dzieci, choć czytane po wielokroć i z dużą przyjemnością, dzisiaj wywołują we mnie... jakby to ująć... mieszane uczucia. Nie mam pojęcia, dlaczego.

Przykładowo:
  • „Opowieści z Narni” C. S. Lewisa. Do tej pory mam u siebie dwa piękne, grube tomiszcza, które rodzice wystali dla nas (brata i mnie) w bardzo długiej podobno kolejce. Wszystkie historie przeczytałam parę razy i to z ogromnym upodobaniem. Tylko ostatnia wydała mi się paskudna. Czy to dlatego, że bohaterem był durny osioł o duszy niewolnika, czy dlatego, że wszyscy poza Zuzanną poszli po śmierci do Narnii – nie wiem. Coś mnie odrzuca od tych opowiadań.
  • Cykl o Ani „z Zielonego Wzgórza” Lucy Maud Montgomery. Przeczytałam, bo... czytałam kiedyś wszystko. Ale nie poleciłabym tego swojej córce. Takie jakieś... bezpłciowe.
  • „Mały książę” Antoine’a de Saint-Exupéry. Urocza, lecz zdecydowanie przereklamowana bajeczka. Sama użyłam parę razy (i pewnie jeszcze nieraz użyję) najbanalniejszego cytatu z książki („Dobrze widzi się tylko sercem, najważniejsze jest niewidoczne dla oczu”), ale daleko mi do zachwytu.

Na tym kończę odyseję po meandrach swojej – mocno już szwankującej – pamięci. Wiem, że wymienione tytuły szalenie się różnią od siebie przynależnością wiekową” (postawienie obok siebie Beatrix Potter i Marka Twaina zakrawa na bluźnierstwo ;)), niemniej mają jeden wspólny mianownik: wszystkie warto przeczytać, zanim naszą dziecięcą naiwność i beztroskę zdławi gorycz dorosłego życia, zabijająca wiarę w dobrą naturę człowieka. 

Jeśli przypomnę sobie o jeszcze jakiejś godnej wzmianki lekturze, z pewnością dopiszę ją do listy. :)

13.10.2013

Snobizm czy uzależnienie?


Za młodu byłam strasznym molem książkowym. Pochłaniałam książki jak leci, bez zbytniego wybredzania; mogłam czytać zawsze i wszędzie, nawet będąc u kogoś w gościnie. Ta namiętność nie wzięła się znikąd. Odziedziczyłam ją po rodzicach, zwłaszcza po tacie. Lubiłam słuchać opowieści, jak to wystawali godzinami pod księgarniami, zaprzyjaźniali się z antykwariuszami, polowali na okazje. Pęczniałam z dumy, że moi rodzice oddawali się takiej szlachetnej i godnej podziwu pasji. Było to coś, co ich w moich oczach nobilitowało, uwznioślało, przydawało swoistej szlachetności.

Gdy dorosłam, zaczęłam tak jak oni kolekcjonować książki. Moja młodość przypadła na okres, kiedy księgarnie były już dobrze zaopatrzone, niemniej chętnie zaglądałam także do antykwariatów. Kontynuowałam rodzinną tradycję maniakalnego czytelnictwa, wydając najpierw swoje kieszonkowe, a potem pensję na kolejne pozycje, które z osobliwym poczuciem sytości odkładałam na półkę. Mój kochany papierowy skarb. ;)

Kiedy nastała w moim życiu „era Internetu”, przerzuciłam się na czytanie artykułów, blogów i maili, książki odkładając na bok. Szczerze powiedziawszy, coraz trudniej mi było skupić się na lekturze. Mimo to wciąż kupowałam książki, ślęcząc po nocach na Allegro i – wstyd się przyznać – poświęcając na to ostatnie pieniądze. Moja kolekcja urosła do pokaźnych (jak na bibliotekę przeciętnego Polaka) rozmiarów, a ja wciąż byłam nienasycona, wciąż kupowałam, kupowałam i kupowałam, a potem... odkładałam na półkę. Gdzieś w głębi umysłu tłukła mi się myśl: „Kiedy ja to wszystko, do cholery przeczytam???” Ale co tam, po co się tym przejmować, myślałam. Zbieranie książek to przecież takie wspaniałe hobby, prawda?

I pewnie bym nadal realizowała swój chory popęd, gdybym nie natrafiła na filozofię minimalizmu. A i tak dopiero niedawno postanowiłam działać i ozdrowieć z tego szaleństwa chomikowania niepotrzebnych rzeczy – tu: książek (swoją droga, jest to jedna z najpaskudniejszych, a zarazem najbardziej lekceważonych przywar współczesnego społeczeństwa). Wyjęłam wszystkie swoje papierowe „skarby” i podzieliłam je na te, które mają szansę zostać przeczytane oraz na te, które raczej się na to nie załapią (wyblakły druk, rozlatująca się okładka, nieszczególnie ciekawa treść). Uzbierały się dwa wielkie pudła. Mając dość niefajne doświadczenie w sprzedaży książek online, uznałam, że... lepiej będzie oddać je za darmo. ;) Wszystkie zabrała jedna pani, mama użytkowniczki serwisu Podaj.net z Lublina.

Tak naprawdę to owa pani dostałaby pewnie ze trzy pudła książek, gdyby nie to, że po tym, jak ogłosiłam chęć przerzedzenia swojej biblioteki, część odrzuconych pozycji została natychmiast zaanektowana przez rodzinę. Mój Ukochany jęczał ze zgrozą, „ratując” co ładniejsze egzemplarze; tata z pasją wybierał polskojęzyczne odpowiedniki książek, które miał w oryginale (jest anglistą); nawet mama, ku mojemu zdziwieniu, dołączyła do tego szaleństwa. Stałam nad nimi i powtarzałam uporczywie, że przecież i tak tego wszystkiego nigdy nie przeczytają. Jedynie tata przyznał mi rację, lecz i tak buszował w – już nie moich – zbiorach, które rozłożyłam tymczasowo na podłodze.

Po zakończeniu całej operacji ułożyłam pozostałe książki z powrotem na regale. I złapałam się za głowę. Została ich cała masa! Kiedy ja to zdołam „przerobić”?! Czy nie byłam nazbyt łaskawa dla niektórych „skarbów”?




A potem solennie sobie przyrzekłam, że od teraz dwa... nie! Trzy, cztery... dziesięć razy pomyślę, zanim wydam pieniądze na nową książkę. (No chyba, że trafię na niezwykle korzystną promocję nowego wydania „Dagome Iudex” Nienackiego czy „Mistrza Twardowskiego” Kraszewskiego. Wówczas niemal na pewno się nie oprę. ;))

A swoją drogą, zauważyliście, jak często pisarze popisują się przepysznymi kolekcjami książek? Nierzadko gromadzą je w tak niebotycznych ilościach, że na pierwszy rzut oka widać, iż lwia część zbiorów z pewnością się zmarnuje. Dlatego nie zazdroszczę panu Gaimanowi jego wspaniałej biblioteki. Jak mówi znane przysłowie: „Są gorsze przestępstwa niż palenie książek. Na przykład nie czytanie ich”.

10.10.2013

Koniec z grzecznością dla naciągaczy


Podobno żadna praca nie hańbi, poza pracą prostytutki. Mam co do tego wątpliwości. Bo czy sposób zarabiania na życie, jaki wybrali telemarketerzy czy akwizytorzy, można nazwać godziwym? Tak, wiem, szaleje bezrobocie, a żreć trzeba. Takie myślenie nakazywało mi kiedyś wyrażanie się o tych ludziach z... hmm... powściągliwością. A podczas rozmowy z nimi byłam zawsze uprzejma i cierpliwa. Wysłuchiwałam ich kretyńskich wywodów i często zgadzałam się na wysłanie zaproszenia, które potem i tak lądowało w koszu na śmieci.

(Tu czynię wyznanie: dwa razy w życiu poszłam na zachwalaną prezentację. Za pierwszym razem kupiłam nawet komplet garnków, którego matka nie pozwala mi sprzedać, bo „może kiedyś się przyda”; za drugim razem „tylko” śmiertelnie się wynudziłam, a upominek, na jaki się połasiłam, okazał się być dziadowską ściereczką. Cóż mogę rzec? Jak to mówią małolaty: ŻAL.)

Teraz jednak stawiam na zdrowy egoizm i kończę z tolerancją dla telemarketerów oferujących „bezpłatne badanie medyczne” czy inne cuda-niewidy. W dużej mierze przyczyniła się do tego częstotliwość, z jaką nas nagabywali (mniej więcej raz na dwa, trzy dni). Przestaję się litować nad tymi ludźmi, przestaje mnie obchodzić, czy od tego, czy przecierpię te parę minut bezsensownej paplaniny, zarobią odrobinę więcej. Jeśli już ktoś musi marnować mój czas, to niech to będę ja sama. ;)

Ale nie tylko dlatego zdecydowałam się porzucić swoje aż nazbyt dobre maniery. Najgorsze jest to, że te pozornie niewinne panie siedzące "na słuchawkach" są częścią wielkiej machiny kłamstwa, oszustwa i wyzysku. A tego wspierać nie wolno! Pamiętam, jak kiedyś zadzwoniła do mnie facetka z Playa, żeby mnie nakłonić do zawarcia zdecydowanie niekorzystnej dla mnie umowy (wabikiem miał być nowy telefon); bezbłędnie wyczułam, w jakiego wała chce mnie zrobić i odrzuciłam ofertę, ale później przez pół dnia przeżywałam tę rozmowę. Dlaczego? Bo nienawidzę oszustów, złodziei i manipulatorów. Boli mnie, naprawdę mnie boli, że można legalnie nabierać ludzi, stosując najperfidniejsze sztuczki (ukrywające się pod niewinnym zwrotem: "techniki sprzedaży bezpośredniej"), byle tylko ich nakłonić do podpisania cyrografu. Ot, takie złodziejstwo w białych rękawiczkach. Kiedy sobie pomyślę, jak wiele naiwnych, niezdolnych do prawidłowego rozeznania się w świecie staruszek zostało naciągniętych przez takie kurwy, to mnie szlag trafia. Może i są to tylko marne „pionki” z trudem wiążące koniec z końcem, ale to nie usprawiedliwia takich praktyk.

Dlatego od jakiego czasu przerywam słowotok sprzedawców i sprzedawczyń z call center krótkim i dosadnym: „Nie, dziękuję”, a potem natychmiast odkładam słuchawkę. Zastanawiam się, czy nie powinnam jej odkładać od razu, jak tylko zacznie się idiotyczna nawijka. Może pora zacząć traktować telefonicznych krętaczy tak, jak się traktuje natrętnych żebraków, wróżące Cyganki czy toksycznych znajomych, czyli omijać z daleka.

09.10.2013

Nie pożeraj!



Zastanawiam się, czy zainteresowałabym się filozofią minimalizmu, gdybym była zamożną businesswoman z Warszawy, a nie ubogą ex-nauczycielką z prowincji, u której zwroty takie jak „glamour”, „trendy” czy „high life” wywołują w najlepszym wypadku wesołość, a w najgorszym – głęboką niechęć. No cóż, jako przebojowa, ambitna i bliska zawału z przepracowania kobieta sukcesu nie miałabym z pewnością ani czasu, ani ochoty siedzieć tyle w Internecie i zapewne nigdy bym nie poznała tego najrozsądniejszego ze stylów życia. A jeśli bym poznała, to pewnie prychnęłabym z pogardą, uznając go za opcję dobrą wyłącznie dla leniwych singli, zatwardziałych abnegatów lub złaknionych podziwu snobów, którzy pragną szpanować przed motłochem.

Tymczasem minimalizm to coś dla każdego z nas. Także dla osób zamożnych. A może zwłaszcza dla nich? Przecież to właśnie ci lepiej sytuowani zatracają się w praco- i zakupoholizmie. Może czas przystopować? Rozejrzeć się wokół siebie? Zrewidować swoje plany, marzenia, cele, potrzeby? Nie, nie namawiam nikogo do rozdania swoich dóbr. Ani nawet do ich katalogowania, jak to robią nadgorliwi minimaliści, usilnie dążący do zredukowania liczby posiadanych przedmiotów do najwyżej setki. Po prostu przestańcie bezmyślnie pożerać, pochłaniać, zasysać.

Naturalnie powyższe słowa nie są skierowane do ludzi, którzy się szarpią, męczą i wypruwają z siebie żyły, żeby zarobić na wizytę u prywatnego lekarza czy terminową spłatę kolejnej raty za mieszkanie, a w kinie czy knajpie na mieście nie byli od ładnych paru lat. Piszę to do tych, którzy wydali w ciągu ostatniego roku więcej niż tysiąc złotych na rzeczy, które przestały ich cieszyć po drugim czy trzecim użyciu; do kolekcjonerów najrozmaitszych błyskotek, bibelotów i pamiątek, o których zapominają w parę dni po zakupie, a przypominają sobie dopiero w momencie, gdy warstwa kurzu pokrywająca ich zbiory zamienia się w lepki brud; do tych wszystkich nowoczesnych i spieszących się ludzi, którzy wzdrygają się na samą myśl, że mieliby naprawić (lub oddać do naprawy) zepsuty czajnik, zszyć rozprutą koszulę, podkleić okleinę biurka lub... zawalczyć o walący się związek. I jeśli choć jedną osobę zarażę ideą minimalizmu, to uznam, że warto się było tutaj produkować. :)

Pal licho z gospodarką, którą pewnie szlag trafi, jeśli ta filozofia zyska zbyt wielu sympatyków. Niech się właśnie rozprzestrzenia jak najdalej i jak najszybciej. Im prędzej się ludzie zorientują, że chory konsumpcjonizm, niekończący się wyścig szczurów i zaciąganie kolejnych kredytów, żeby kupić sobie nowy (i bardzo często niepotrzebny) gadżet prowadzą nie do szczęścia, a do nerwicy, wrzodów żołądka i obezwładniającego poczucia, że przesrali życie, tym lepiej. Opamiętanie może przyjść w każdym wieku. Ale chyba lepiej, żeby stało się to przed 70-tką, nie? ;)

07.10.2013

Kompozycja szczęścia


Obiecałam pisać o konkretach. Ale coś mi się zdaje, że od czasu do czasu walnę jakąś ogólnikową refleksję na frapujący mnie temat. Dzisiaj napiszę o szczęściu.

Któż z nas nie pragnie być szczęśliwy? Chyba każdy, prawda? Ale czy nie mylimy szczęścia z płytkim zadowoleniem sytego kota? Czy nie utożsamiamy go błędnie z zamożnością, prestiżem, szacunkiem bliźnich?

Tymczasem prawdziwe szczęście to EUDAJMONIA.




Dla każdego ten termin może mieć nieco inne znaczenie. Wiem, że ani sukces zawodowy, ani awans społeczny, ani szacunek innych ludzi nie zapewnią mi szczęścia. Są to bowiem tak naprawdę błahostki, którymi można się cieszyć przez pewien czas, w określonych okolicznościach, jednak na dłuższą metę nie poprawią jakości naszego życia. Albowiem, jak napisał pewien człowiek, „w życiu nie trzeba niczego osiągać, tylko je przeżyć". I ja się z nim całkowicie zgadzam.

Dla mnie eudajmonią byłoby osiągnięcie doskonałości ciała, umysłu i ducha; pogodzenie pragnień, namiętności i marzeń z nakazami mojego sumienia; symfonia pozytywnych emocji (radość z życia, poczucia spełnienia, zachwyt nad światem), okraszona świadomością wewnętrznej siły, która pomoże mi przejść przez wszystkie napotkane trudności bez szwanku dla psychiki.

Oczywiście nie mam pewności, czy kiedykolwiek to osiągnę. Lecz wydaje mi się, że wiem, co powinnam uczynić, żeby przynajmniej wkroczyć na drogę wiodącą ku szczęściu. Przedstawiam poniżej kilkanaście rad, które możecie zaakceptować, wyśmiać lub przejść obok nich obojętnie. Pod każdą z nich odniosę się do własnego życia.

A zatem:

1. Uporządkuj swój umysł. Przestań go zaśmiecać głupstwami. Nie bądź niczym trzy małpki, które nie chcą widzieć ani słyszeć zła, ani też o nim mówić, lecz i nie zadręczaj się tym, czego nie możesz zmienić. Zmieniaj to, co możesz i co uważasz za słuszne. Jeśli zmiany są niemożliwe, pogódź się z tym.

[Czy muszę zajmować się jałowym roztrząsaniem każdego zła, jakiego opis znajdę w Sieci? Czy muszę ubolewać nad każdą ohydą, jaka się dzieje w kraju i za granicą? Otóż – nie muszę i nie powinnam. Nie ma sensu zatruwanie się beznadzieją tego świata. Trzeba w nim szukać Piękna, nie Brzydoty. Naprawianiem świata zajmę się wtedy, kiedy będę w stanie tego fizycznie – i psychicznie! – dokonać.]

2. Zaakceptuj swoje cechy. Jeśli któraś Ci się nie podoba, możesz próbować ją wyrugować. Nie rób tego jednak na siłę. Nie próbuj za wszelką cenę upodobnić się do innych, przyniesie Ci to tylko cierpienie. Nie wierz tym, którzy Ci wmawiają, że musisz być taki/taka jak inni. Nie musisz!

[Zaakceptowałam, że nie jestem kreatywna, przebojowa, zaradna ani ambitna. Że nigdy nie zrobię kariery i do śmierci będę tkwić na niższym szczeblu drabiny społecznej.
Pracuję nad asertywnością, staram się wyzbyć nadmiernej grzeczności w stosunku do każdego napotkanego człowieka, gdyż do wielu trafia jedynie grubsze słowo.
Tego, że jestem pod wieloma względami odmieńcem nie musiałam akceptować. Ja to w sobie kocham! :)]

3. Szanuj swoje marzenia, plany i zasady. Niech nikt Ci ich nie obrzydzi. Możesz je ukrywać przed światem, ale nie przed sobą. Czegokolwiek byś nie uczynił/uczyniła w przeszłości, masz pełne prawo podążać własną ścieżką, a nie tą, którą wyznaczyli Ci inni.

[Nie chciałam się nigdy dopasować do innych. Nie chciałam chodzić na imprezy, koniecznie mieć chłopaka, potem męża, dzieci. O robieniu kariery nie wspomnę. ;) Moi rodzice musieli się z tym pogodzić. :)]

4. Doskonal ducha. Twoja moralność, sumienie i empatia to najcenniejsze, co posiadasz. Od tego, czy pielęgnujesz w sobie Dobro czy Zło, zależy nie tylko Twoje zbawienie, ale i stan Twojej psychiki, a tym samym – poziom satysfakcji z życia. Nikt nie ma prawa wymagać od Ciebie miłości wszystkich ludzi ani wyciągania ręki do wroga, strzeż się jednak, by nadmierna złość, frustracje czy – nie daj Boże  zawiść nie zamieniły Twojego życia w piekło.

[Od jakiegoś czasu coś się ze mną dzieje. Albo przechodzę przemianę duchową albo... wczesną menopauzę. ;) Możecie się śmiać, ale czasami płyną mi łzy po policzkach. I to nie jest rozpacz, to nie jest depresja, to jest... sama nie wiem, co. Ale chyba coś dobrego, skoro coraz silniej odczuwam potrzebę karmienia się dobrymi emocjami niż złymi.]

5. Ciesz się dobrymi chwilami. Szczęśliwy ten, kto z radością wita każdy nowy dzień. Niech Twoje zainteresowania wykroczą poza odżywianie, wydalanie, rozmnażanie i sen. Znajdź sobie jakieś hobby. Uprzyjemniaj sobie życie. Kolekcjonuj wrażenia, nie rzeczy.

[Czytam, piszę (choć znacznie rzadziej, niż kilkanaście lat temu), hoduję sobie kilka roślinek, chodzę na wycieczki z Ukochanym. Mam w sobie sporo ciekawości świata, potrafię się cieszyć drobnostkami i staram się żyć „po swojemu” (co nie zawsze wychodzi mi na dobre, ale przynajmniej mam poczucie, że to ja kształtuję swoje życie, a nie inni).]

6. W niczym się nie zatracaj. Nie myl krótkotrwałej euforii z prawdziwym szczęściem. Jeśli któraś z Twoich namiętności zabiera Ci za dużo czasu, energii czy pieniędzy, jeśli przyczynia się tak naprawdę do pogorszenia samopoczucia, a nie jego poprawy, to znaczy, że nie warto tego ciągnąć.

[Zawsze miałam z tym kłopot. Łatwo się uzależniam psychicznie, wpadam w nowe hobby, rzucam w wir nowej, ciekawej czynności. Endorfiny napływały do mózgu, ale po jakimś czasie następowało znudzenie, zniechęcenie, rozczarowanie.]

7. Nie rozpamiętuj złych chwil. Porażki, upokorzenia, dołki psychiczne – to wszystko jest wpisane w życie każdego z nas. Często mamy tendencję do przemyśliwania setki razy czyichś złych słów, wyrządzonych celowo podłości, etc, zapominamy jednak, jak często doświadczaliśmy dobra, pomocy i życzliwości innych ludzi.

[Mam z tym spory problem. Zdarza mi się ciążyć ku negatywnym emocjom, przez co czynię swoje życie jeszcze bardziej beznadziejnym niż w istocie jest. To się musi zmienić.]

8. Pogódź się z porażkami. Z pewnością jeszcze nieraz upadniesz. Czeka Cię słabość, gorycz i łzy, czasami nawet rozpacz. To zupełnie normalne. Ważne, byś się w tym nie zatracił. Nie rezygnuj z żałoby po kimś bliskim, nie maskuj smutku głupkowatą wesołością. Jest czas na śmiech i jest czas na łzy.

[Chyba nie mam z tym problemów. Akceptuję wszystkie swoje uczucia.]

9. Nie bój się ludzi. Pamiętaj: nie są oni lepsi ani gorsi od Ciebie. Niewielu z nich zasługuje na bezgraniczny szacunek czy bezdenną pogardę. Nie traktuj żadnego z nich jak złotego cielca czy kompletnego śmiecia. Wszyscy jesteśmy słabi i podatni na zranienie, pełni lęków, kompleksów i zahamowań – i z tego rodzi się zło; jesteśmy też pełni nadziei i radości życia, łakniemy miłości, przyjaźni i szczęścia – i z tego może powstać dobro. Nie kórz się zatem ani nie wywyższaj, bo nie jesteś ani pod-, ani nadczłowiekiem. Nie przejmuj się cudzą opinią, ale i nie krzycz, że ktoś nie ma prawa się wypowiadać. Ten drugi człowiek obok Ciebie – czy to będzie starsza pani w sklepie, czy papież w telewizji, czy alfons na ulicy, czy nauczyciel w klasie, czy podpity menel na ławce, czy Twój ojciec siedzący przy stole – jest takim samym nieszczęsnym zwierzęciem jak Ty. Pamiętaj o tym, kiedy będziesz myśleć o kimś z nabożną czcią lub bezgraniczną nienawiścią.

[Kiedy pomyślę, że każdemu z nas zostało dane – w najlepszym razie – tylko kilkadziesiąt lat życia w zdrowym i w miarę sprawnym ciele, ogarnia mnie litość. Wszyscy jesteśmy śmiertelni, a w ciągu nie tak znów długiego życia szarpiemy się ze swoimi demonami. Czy warto dokładać do tego negatywne emocje, bazujące często na mylnym postrzeganiu bliźnich?]

10. Odrzuć ludzi, którzy zatruwają Ci życie. Jeśli ich kochasz, staraj się ich wspierać z daleka. Jeśli już musisz z nimi pracować, unikaj ich towarzystwa. Nie pozwól, by ktokolwiek zabił w Tobie radość życia, choćby była to najbliższa Ci osoba. Pamiętaj: masz prawo bronić się przed każdym, kto Cię niszczy.

[Czasami moi najbliżsi mnie ranią. A ja ranię ich. Potrzebny jest nam dystans – dosłownie i w przenośni.]

11. Odrzuć ludzi, którzy zatruwają życie innym. Nie daj się wciągnąć w idiotyczne gierki, intrygi, podchody, zwłaszcza jeśli mają one na celu zniszczenie niewinnego człowieka. Nieszczęsny ten, kto syci się negatywną energią – on już przegrał życie.

[Co prawda nie rzuciłam pracy w szkole z powodu „zakulisowych rozgrywek”, ale kiedy się o takowych – już po złożeniu rezygnacji – dowiedziałam, poczułam przypływ pogardy i odrazy dla moich dawnych koleżanek. Unikam ludzi zatracających się w knuciu, bezinteresownej zawiści czy nieuzasadnionej złośliwości.]

12. Szukaj towarzystwa wartościowych ludzi. Jeśli będą to osoby cieszące się życiem, to wspaniale. Ale nie odrzucaj z założenia ludzi smutnych i nieszczęśliwych – może będziesz w stanie im pomóc? Bacz jednak, by nie zarazili Cię czarnowidztwem, marazmem czy niechęcią do świata. To Ty masz ich ciągnąć w górę, a nie oni Ciebie w dół.

[Staram się...]

13. Przestań dbać o swój wizerunek – zwłaszcza ten, który pielęgnujesz w swoich własnych oczach. Nieważne, kim jesteś. Ważne, co robisz.

[Jakie to ma znaczenie, czy jestem indywidualistką czy konformistką? Czy jestem patriotką czy antypatriotką? Czyniłam w życiu dobro i zło. I tylko z tego będzie mnie rozliczać moje sumienie.]


Jeśli zgadzasz się z powyższymi radami, to znaczy, że... już wcześniej je znałeś. ;) A możesz masz coś do dodania?

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...