28.11.2013

"Wsi spokojna, wsi wesoła!"


Przedstawiam wyniki kolejnej ankiety. Oto liczba głosów, które padły w odpowiedzi na pytanie: „Gdybyś mógł swobodnie decydować o swoim miejscu zamieszkania, to którą z poniższych opcji byś wybrał?”:

Mieszkanie w wielkim mieście – 1 głos

Dom w wielkim mieście – 6 głosów

Mieszkanie w małym mieście – 2 głosy

Dom w małym mieście – 4 głosy

Dom na wsi, przy czym wieś byłaby położona blisko miasta – 10 głosów

Dom na wsi, przy czym wieś byłaby sporo oddalona od miasta – 3 głosy

Dom na odludziu – 12 głosów


Jak widać, zdecydowanie przeważa dom i natura. Z kolei nie ma specjalnej różnicy pomiędzy większym a mniejszym miastem – obydwa warianty zyskały podobną liczbę zwolenników. Zdziwiła mnie mała ilość głosów dla wsi oddalonej od miasta, podczas gdy dwie okalające ją opcje (wieś położona blisko miasta oraz dom na odludziu) okazałyby się być najbardziej popularne. Widocznie wahacie się pomiędzy utrzymaniem kontaktu z cywilizacją a pragnieniem całkowitego jej porzucenia. ;)

Oczywiście nie biorę udziału w swoich ankietach, swój wybór prezentując dopiero w ich podsumowaniach. Na dzień dzisiejszy najlepszym miejscem do życia wydaje mi się „wieś położona blisko miasta”. Hołubię w głowie szaloną fantazję o niewielkim domku na duuuużej działce, pracy przez Internet i/lub w gospodarstwie (hodowla roślin), gromadzie przygarniętych zwierzaków i... świętym spokoju. (Jeszcze bardziej szalonym marzeniem jest stworzenie wspierającej się społeczności wyznającej określone zasady moralne, która byłaby alternatywą dla rodziny, ale tak odrealnionej wizji chyba nigdy nie uda mi się zrealizować. ;))

Mój zapał do neowieśniaczego stylu życia nie znajduje zrozumienia u rodziców. Czasami kpią ze mnie (acz dobrotliwie), a czasami tłumaczą jak dziecku, jak straszliwie nieodpowiedzialną decyzję bym podjęła, przeprowadzając się na wieś. Bo wszędzie daleko. Bo niebezpiecznie. Bo w zimie jest bardzo ciężko. Bo nie dam sobie rady. Ten ostatni argument padał z ich ust przez całe moje życie, torpedując wszelkie moje przejawy samodzielności. Zawsze wiedzieli lepiej, co powinnam robić, jaki kurs obrać, w czym się realizować. Przyznaję, często mieli rację, niemniej wolałabym popełniać błędy niż nie robić niczego. W trosce o swoje zdrowie psychiczne nauczyłam się puszczać część ich dobrych rad mimo ucha, zwłaszcza, jeśli dotyczą kwestii niezmiernie dla mnie istotnych. A myśl o życiu na łonie natury towarzyszy mi niczym wierny pies od ładnych paru lat.

Rodzice chyba czują, że nie wybiją mi tego pomysłu z głowy, gdyż zdarza im się napomknąć, że jeśli już mam uciekać z miasta, to tylko do Trzcińca. Ponad 20 lat temu nabyli tam ładny kawałek gruntu, którym przecież – jak to tłumaczą – ktoś będzie się musiał kiedyś zaopiekować. Tym „ktosiem” zaś może być tylko mój brat lub ja, a najlepiej – oboje.

Ich propozycja wydaje mi się rozsądna. Co prawda wolelibyśmy z Markiem zamieszkać na nieco ładniej ukształtowanym terenie, pokrytym gęstym borem oraz poprzecinanym wstęgami czystych jak łza strumieni, lecz perspektywa nabycia własnej ziemi jest dla nas równie odległa, jak wyjazd do Ameryki. Tak więc marzenie o domku w Bieszczadach, który to region Luby wspomina z niezwykłym rozrzewnieniem, zostaje z przyczyn czysto ekonomicznych włożone do przegródki z napisem „Total fiction”.

Zostaje poczciwy, płaski, suchy Trzciniec...




Czy ktoś z Was ma doświadczenie w przenoszeniu się z miasta na wieś? Jeśli tak, to zachęcam do podzielenia się swoimi przeżyciami. :)

27.11.2013

Nie ma czasu na myślenie


Przyznaję: bywam nieuważna, roztrzepana i bezmyślna. Wstydzę się tego i na ogół bez szemrania przyjmuję słowa krytyki. Oczywiście tylko tej zasłużonej. ;)

Okazuje się jednak, iż dalece posunięta niefrasobliwość nie jest wyłącznie moją przywarą. Oto dwa przykłady ujmująco beztroskiego podejścia do życia połączonego z godną podziwu pewnością siebie:

Sytuacja nr 1: Rodzice kupili niedawno mieszkanie w świeżo wybudowanym bloku. Właśnie wykańczamy łazienkę. Pracownik Leroy Merlin przywozi zamówioną glazurę i całe 900 (słownie: dziewięćset) kilogramów ładuje do windy, która ma udźwig 630 kg. Najwidoczniej uznał, że jeden kurs jest lepszy niż kilka. Nieważne, że lokal znajduje się na parterze, a płytki mogłyby spokojnie poczekać na swoją kolej. Marek (Luby) przybywa na miejsce w momencie, gdy kabina jest już pełna i... ani drgnie; wypełnia ją za to popiskiwanie alarmu, a na wyświetlaczu widnieje informacja o przeciążeniu. Czym prędzej każe „pomysłowemu” człeczynie opróżnić windę. Tamtemu się widocznie spieszy, bo zamiast wynosić paczki po kolei, prosi Lubego, by pomógł mu podnieść całą paletę naraz. Wszak to tylko jakieś 450 kg na łebka...

Sytuacja nr 2: Jakiś czas później podziwiamy oklejoną kaflami łazienkę. Mnie się podoba, lecz bardziej spostrzegawczy Marek zauważa kilka małych „niedoróbek”, które należałoby poprawić. Raportuje o tym do matki, ta z kolei strofuje glazurnika. Fachowiec pokornie przyjmuje reprymendę, ale jednocześnie mówi Lubemu, że skoro ten „nie pracuje” (no tak, praca na czarno się nie liczy :)), to powinien przyjeżdżać każdego ranka i nadzorować postępy w układaniu płytek. Bo on sam „szybko leci z robotą i nie przejmuje się drobiazgami”.

I weź tu się z takimi użeraj, człowieku...

25.11.2013

Pieśń śmiertelnika


Zdecydowanie wolę prozę od poezji. Znalazłoby się jednak kilka wierszy, które wywarły na mnie ogromne wrażenie, zapadając w pamięć na długie lata. Poniższy utwór jest chyba najwspanialszą apoteozą życia, z jaką się spotkałam w literaturze lirycznej.


Leopold Staff
PRZEDŚPIEW

Czciciel gwiazd i mądrości, miłośnik ogrodów,
Wyznawca snów i piękna i uczestnik godów,
Na które swych wybrańców sprasza sztuka boska:
Znam gorycz i zawody, wiem, co ból i troska,
Złuda miłości, zwątpień mrok, tęsknot rozbicia,
A jednak śpiewać będę wam pochwałę życia -
Bo żyłem długo w górach i mieszkałem w lasach.
Pamięcią swe dni chmurne i dni w słońca krasach
Przechodzę, jakby jakieś wielkie, dziwne miasta,
Z myślą ciężką, jak z dzbanem na głowie niewiasta,
A dzban wino ukrywa i łzy w swojej cieśni.
Kochałem i wiem teraz, skąd się rodzą pieśni;
Widziałem konających w nadziejnej otusze
I kobiety przy studniach brzemienne, jak grusze;
Szedłem przez pola żniwne i mogilne kopce,
Żyłem i z rzeczy ludzkich nic nie jest mi obce.
Przeto myśli me, które stoją przy mnie w radzie,
Choć smutne, są pogodne jako starcy w sadzie.
I uczę miłowania, radości w uśmiechu,
W łzach widzieć słodycz smutną, dobroć chorą w grzechu,
I pochwalam tajń życia w pieśni i w milczeniu,
Pogodny mądrym smutkiem i wprawny w cierpieniu.

23.11.2013

Myślenie nazbyt abstrakcyjne


Zdarzyło mi się kiedyś dać bezdomnemu 2 zł. Ot, maleńki datek, o którym bym pewnie szybko zapomniała, gdyby nie szyderstwa mojego brata, sugerującego, że chciałam po prostu „uspokoić swoje sumienie”. Poczułam się wówczas bardzo urażona, czemu dałam wyraz w paru niewybrednych epitetach rzuconych pod jego adresem. Brzydzę się wpieprzaniem w cudze myśli i uczucia. Jakie ma znaczenie, czy ofiarowałam monetę ze względu na żebraka czy na siebie samą? Liczy się konkret.

Mój brat nie jest, niestety, wyjątkiem. Żyjemy w czasach powszechnego przeintelektualizowania i przeideologizowania, prowadzących do przedkładania refleksji nad życiem ponad samo życie. Dołóżmy do tego chorobliwe mieszanie świata idei ze światem rzeczywistym i mamy przepis na ogólnoświatowe zidiocenie. Jednym z jego przejawów jest niepokojąca zmiana w podejściu do czynienia dobra. Nie wystarczy już być szlachetnym w czynach, o nie! Trzeba być jeszcze kryształowo czystym w myślach. Dopiero wtedy nasza filantropia jest uczciwa. Taki właśnie pogląd wyznaje wielu ludzi. Może nawet większość społeczeństwa. 

Co jest istotne w czynieniu dobra? Trzy rzeczy:
1. Szczera wola niesienia pomocy.
Czy naprawdę zamierzasz poświęcić swój czas, siły, pieniądze, a niekiedy nawet i nerwy, by poprawić jakość czyjegoś życia? Jeśli tak, to możesz ze spokojnym sumieniem przystąpić do działania.
2. Mądre rozeznanie, czego potrzebuje podmiot naszej troski.
Dobro powinno iść w parze z Mądrością. Nie bądź bezmyślny/bezmyślna, nie próbuj uszczęśliwiać ani chronić na siłę. Pytaj, dociekaj, umiej słuchać. Staraj się zaspokoić prawdziwe potrzeby, a nie chwilowe zachcianki.
    3. Efekty naszego działania.
    Podobno dobre drzewo rodzi tylko dobre owoce. Nie jest to prawdą. Czasami pomimo najlepszych chęci nie jesteśmy w stanie pomóc danej osobie. Warto się wówczas zastanowić nad sensem dalszego działania.
    Co nie jest istotne w czynieniu dobra? Pobudki naszego postępowania. Gdybyśmy wszyscy musieli się rozliczać z kierujących nami motywów, cały świat zastygłby w okrutnej – ale za to jakże uczciwej! – obojętności. Ja wybieram czynienie dobra, nawet z lekką domieszką hipokryzji. Interesowna szlachetność jest sto razy lepsza od bezinteresownej znieczulicy.



    22.11.2013

    Sprawdzian z empatii


    Co jakiś czas wspominam Lubemu, że chciałabym, by grono naszych zwierzęcych podopiecznych powiększyło się kiedyś o zwierzęta spoza rodzin Felidae i Canidae. Na początek świnki morskie, króle, może papuga. Docelowo – większe zwierzęta. Ot, naiwne marzenia mieszczucha, w którym pragnienie kontaktu z naturą walczy ze zdrowym rozsądkiem. ;) Na razie ten drugi zwycięża, pozostaje mi zatem oglądanie gryzoni i ptaków w sklepach zoologicznych.

    Czasami zachodzę do tego typu przybytków, gdy bawię w Tesco lub Realu. I nieodmiennie doświadczam dwóch jakże różnych emocji: przyjemności z oglądania zwierzątek oraz smutku z powodu warunków, w jakich bytują. Cała ssacza i gadzia drobnica – chomiki, szczury, szynszyle, węże, żółwie rozlokowana jest po kilkunastu maleńkich szklanych pojemnikach. Papużki zaś i kanarki – upchane po ciasnych klatkach. Wszystkie zwierzęta są niemrawe, wiecznie ospałe. Niektóre próbują normalnie funkcjonować: chodzić, jeść, czyścić futerko. Robią to jednak bez zapału, jakby wiedzione siłą przyzwyczajenia.




    Powyższe zdjęcie cyknęłam kilka lat temu w Realu. Gryzonie albo odkrywały dopiero wymiary swojego plastikowego więzienia, albo rozpaczliwie chciały się zeń wydostać. W każdym razie śmiem przypuszczać, że szczęśliwe to one raczej nie były. Ale kto by się tym przejmował. To przecież tylko małe, bezrozumne zwierzątka; śmieszne kulki futra przeznaczone do zabawy dla istot wyższego rzędu. Urodziło się toto w niewoli i w niewoli umrze. Jedyne, co się będzie zmieniać, to wielkość klatki.

    Czy ja mogłabym im zaoferować coś lepszego?

    19.11.2013

    Kwiaty na pustyni


    Niewiele filmów uzyskuje u mnie najwyższą notę. Nie tyle z powodu mojej wybredności (choć z pewnością nie jestem łatwym widzem), ile z racji subiektywności moich sądów. Liczy się ogólne wrażenie, a ono jest zdeterminowane przez nawiedzające mnie podczas seansu – oraz bezpośrednio po nim – emocje. To właśnie one, a nie ilość poszczególnych plusów i minusów danego dzieła, decydują o mojej ocenie.

    Wśród garstki filmów, za którymi przepadam i które mogłabym oglądać raz po raz, aż do przesytu, znajdują się dwa skrajnie odmienne tytuły: „Diabeł” oraz „Jesus Christ Superstar”. Pierwszy wychwalałam w dawnym blogu, drugi zamierzam opisać teraz.

    No więc – szaleję za tym musicalem. Jest jedyny w swoim rodzaju, cudowny, niepowtarzalny, porywający! Każdą z piosenek znam niemal na pamięć (parę lat temu kupiłam sobie soundtrack – oczywiście w wersji filmowej, nie Brodwayowskiej). To właśnie genialne melodie i chwytające za serce teksty są siłą tego prościutkiego (niezwykle surowa sceneria, umowne dekoracje), mało dynamicznego i nakręconego według znanej wszystkim historii filmu.

    Założę się, że niektórzy mogliby mieć pretensje o przepuszczenie kilku najważniejszych wydarzeń z życia Jezusa przez pryzmat ideologii dzieci-kwiatów. A także o uczynienie drugim głównym bohaterem Judasza. Ale to pierwsze było nieuniknione (film kręcono u schyłku epoki hippisów), a to drugie jest zaletą, nie wadą. Skonfrontowanie prostodusznego, niewinnego, nie czyniącego różnic pomiędzy ludźmi Mesjasza z pragmatycznym, trzymającym się całym sercem i duszą ziemskich spraw Judaszem sprawia, że obraz staje się czymś więcej niż umuzykalnioną wersją Ewangelii. Judasz jest w tym filmie dobrym, choć mocno zagubionym człowiekiem; przemiana jego podejścia do Jezusa (z oddanego apostoła w krytyka) dokonuje się w nim na skutek obserwacji poczynań swego mistrza, który nie zamierza ani stanąć na czele buntu przeciwko Rzymowi, ani stonować swojej „kontrowersyjnej” nauki.

    Znalazłam pełną wersję na YouTube, lecz bez polskiego lektora (za to z hiszpańskimi napisami). Oczywiście zachęcam do nabycia DVD. ;)



    18.11.2013

    Gorzkie miłosierdzie


    Ten tekst przysłała mi znajoma blogerka. Osądźcie sami, czy warto mu zaufać.
    Dlaczego żebracy trzymają śpiące dziecko? Czy kiedykolwiek się zastanawiałeś…?
    Przeczytałem ten artykuł kilka miesięcy temu. Nie wiem, kto jest jego autorem. Proszę, przeczytaj go...
    Obok stacji metra siedzi kobieta w nieokreślonym wieku. Jej włosy są poplątane i brudne, jej głowa pochylona w smutku.
    Kobieta siedzi na brudnej podłodze, obok niej leży torba. Do torby ludzie wrzucają pieniądze. W rękach kobiety śpi dwuletnie dziecko. Jest w brudnej czapce i brudnych ubraniach. „Madonna z dzieckiem” – jakaś liczba przechodniów podaruje pieniądze. Ludzie naszego pokroju – zawsze czujemy współczucie dla tych, którym gorzej się powodzi. Jesteśmy gotowi oddać im ostatnią koszulkę, ostatniego grosza z własnej kieszeni i nigdy nie myślimy o innej stronie medalu. Pomaganie jest jak „wykonałeś dobrą robotę”.
    Mijałem żebraków miesiącami. Nie dawałem im pieniędzy wiedząc, że to sprawka gangu i pieniądze zebrane przez żebraków zostaną przekazane osobie kontrolującej ich w tej okolicy. Ci ludzie posiadają po kilka luksusowych nieruchomości i samochodów. Och, żebracy też coś oczywiście dostaną, butelkę wódki wieczorem i doner kebab. Miesiąc później, minąwszy żebraczkę, nagle mnie to uderzyło. Stoję na ruchliwym skrzyżowaniu gapiąc się na dziecko ubrane jak zwykle – brudne ubrania. Uświadomiłem sobie, że coś jest nie tak z dzieckiem przebywającym na brudnej stacji metra od rana do wieczora... To dziecko spało. Nigdy nie łkało ani nie krzyczało, zawsze spało chowając swoją twarzyczkę w kolanach kobiety, która była jego MATKĄ.
    Czy ktoś z Was, drodzy czytelnicy, posiada dzieci? Przypomnijcie sobie jak często one śpią w wieku 1-2-3 lat? Godzinę, dwie, maximum trzy (rzadko bez przerwy) popołudniowej drzemki i ponownie – poruszenie. Przez cały miesiąc, każdego dnia, kiedy przechodziłem metrem, nigdy nie widziałem tego dziecka nie śpiącego! Spojrzałem na tego maleńkiego chłopca z buzią schowaną między kolanami matki, później na żebraczkę i moja podejrzliwość przybrała na sile.
    – Dlaczego on ciągle śpi? – zapytałem jej, gapiąc się na dziecko.
    Żebraczka udała, że mnie nie słyszy. Spuściła oczy i ukryła twarz w kołnierzu nędznego płaszcza. Powtórzyłem pytanie. Kobieta spojrzała ponownie. Spojrzała gdzieś za moimi plecami, zmęczona i zupełnie zirytowana. Wyglądała jak kreatura z innej planety.
    – Odpieprz się... – wymamrotała.
    – Dlaczego on śpi?! – prawie krzyknąłem (lub: prawie się rozpłakałem).
    Ktoś za mną położył mi rękę na ramieniu. Spojrzałem do tyłu. Jakiś starszy mężczyzna patrzył na mnie z dezaprobatą:
    – Czego od niej chcesz? Nie widzisz jak ciężko ma w życiu? Ech…
    Wyciągnął z kieszeni kilka monet i wrzucił je do torby żebraczki.
    Żebraczka wykonała ręką znak krzyża w powietrzu, przybierając twarz upokorzenia i przejmującego smutku. Mężczyzna zabrał rękę z mojego ramienia i oddalił się ze stacji metra. Założę się, że w domu będzie opowiadał, jak obronił biedną, zrozpaczoną kobietę od bezdusznego mężczyzny na stacji metra.
    Następnego dnia zadzwoniłem do przyjaciela. To zabawny facet z oczami jak oliwki, Rumun. Udało mu się ukończyć zaledwie 3,5 roku edukacji. Kompletny brak edukacji nie sprawił, że nie przemieszcza się on ulicami miasta bardzo drogimi zagranicznymi autami oraz że nie mieszka w wielkim domu z niepoliczalną ilością okien i balkonów. Od mojego przyjaciela dowiedziałem się, że ten biznes, pozornie „spontaniczny”, jest dobrze zorganizowany. Jest nadzorowany przez zorganizowane gangi żebraków. Dzieci są wypożyczane z rodzin alkoholików lub zwyczajnie porwane.
    Potrzebowałem odpowiedzi na pytanie, dlaczego dziecko śpi? I otrzymałem ją. Mój przyjaciel Cygan wypowiedział zdanie zupełnie zwyczajnym, spokojnym głosem, które wprawiło mnie w zdumienie, tak jakby opowiadał o pogodzie:
    – Są na heroinie albo wódce.
    Zgłupiałem. „Kto jest na heroinie? Kto na wódce?!”
    Odpowiedział:
    – Dziecko, żeby nie krzyczało. Kobieta będzie siedziała z nim tam cały dzień, wyobrażasz sobie, jak mogłoby się nudzić?
    Aby dziecko spało cały dzień, faszerowane jest wódką lub narkotykami. Oczywiście ciałko małego dziecka nie jest w stanie znieść takiego szoku. Dzieci często umierają. Najbardziej przerażające jest to, że dzieci czasami umierają w czasie „dnia pracy”. A kobieta udająca matkę musi trzymać martwe dziecko na rękach do samego wieczora. Takie są zasady. A przechodnie będą wrzucać pieniądze do torby i wierzyć, że ich zachowanie jest moralne. Pomagają samotnej matce.
    Następnego dnia przechodziłem obok tej samej stacji metra. Przybrałem maskę dziennikarza i byłem gotowy na poważną rozmowę. Ale rozmowa nie wypaliła, stało się to, co następuje:
    Kobieta siedziała na podłodze, a w rękach trzymała dziecko. Zapytałem jej o dokumenty dziecka i, co najważniejsze, gdzie jest dziecko z wczoraj, co ona po prostu zignorowała.
    Moje pytanie nie zostało jednak zignorowane przez przechodniów. Powiedziano mi, że zwariowałem, bo krzyczę na biedną żebraczkę z dzieckiem. Koniec końców, zostałem odeskortowany ze stacji metra w poniżeniu. Jedyna rzecz, która mi pozostała, to zadzwonić na policję. Kiedy policja przybyła, kobieta z dzieckiem zniknęła. Zostałem z poczuciem „walczę z wiatrakami”.
    Jeśli zobaczysz w metrze, na ulicy lub gdziekolwiek kobietę z dzieckiem, żebrujących, pomyśl, zanim twoja ręka sięgnie po pieniądze. Pomyśl o tym, gdyby tysiące ludzi nie wyciągało do nich rąk, ten biznes by nie istniał. Umarłby biznes, a nie dzieci napompowane wódką lub narkotykami. Nie patrz na śpiące dziecko ze współczuciem. Zobacz horror... Jeśli czytasz ten artykuł, to wiesz już, dlaczego dziecko w rękach żebraka śpi.

    17.11.2013

    Ecce Polonia


    Obiecałam sobie nie zapychać umysłu bzdurami. Zero polityki, gospodarki, ideologii tudzież innych pierdół, które dzielą Polaków. Ale że od każdej zasady są wyjątki... ;)

    Proszę Państwa, warto poświęcić 2-3 minuty i przeczytać tę uroczą kompilację banałów. Oto Polska w całej swojej krasie. Pracodawcy wykorzystują młodziaków do (pół)darmowej pracy, a na pytanie o podwyżkę czy umowę na etat pieprzą coś o kryzysie. Z kolei młodzi uważają, iż wyższe wykształcenie gwarantuje otrzymanie dobrej posady; lezą na byle jakie studia, a potem latami rozsyłają listy motywacyjne.

    Mamy jeszcze trzecią grupę: to ci, którzy winą za szalejące bezrobocie obarczają rząd. I nawet mają trochę racji, gdyż koszty zatrudnienia pracownika powinny być zdecydowanie niższe (a ZUS i KRUS – zlikwidowane lub przynajmniej poważnie zmodyfikowane). Gorzej, że dochodzi do tego bełkot, jakoby to rząd miał obowiązek „dawać pracę”. Pewnie zagłosowaliby rękami i nogami za powrotem komuny.

    I to właśnie tabuny pazernych przedsiębiorców, niezaradnych magistrów tudzież roszczeniowych frustratów zadecydują o przyszłości naszego kraju. Bo takich jest najwięcej.

    13.11.2013

    Najwspanialsza ze sztuk


    Lubię układać ankiety. Co jakiś czas dodaję nową, licząc na to, że ją zauważycie. ;) Niedawno jedna z nich się skończyła, pora zatem dokonać pierwszego podsumowania.

    Liczba głosów w ankiecie „Najwspanialsza ze sztuk to”:

    Literatura – 9 głosów

    Muzyka – 6 głosów

    Film – 5 głosów

    Taniec – 1 głos

    Malarstwo, rzeźba, teatr – 0 głosów


    [Miałam nadzieję, że sztuki pokrewne zostaną bez problemu przypisane do tych, które wymieniłam w ankiecie: opera i performance do teatru, śpiew do muzyki, rysunek i fotografia do malarstwa, balet... no właśnie – raczej do tańca (niż do teatru, jak to sugeruje Wiki). Ale mniejsza o to. Jeśli uznacie, że wymieniłam za mało gatunków, może się teraz śmiało na ten temat wypowiedzieć.]

    Wyniki nie zaskakują. W końcu książki, muzyka i film są w dzisiejszych czasach powszechnie dostępne; ich wpływ na masy jest niezaprzeczalny, gdyż praktycznie każdy może sobie pozwolić na czytanie, słuchanie i oglądanie.

    O czym jednak świadczy pustka przy czterech pozostałych sztukach? Mogę zrozumieć zepchnięcie rzeźby na dalszy plan, podobnie jak tańca. Dziwi mnie jednak, że nikt nie postawił na teatr czy malarstwo. Czyżby były one aż tak mało popularne? To nikt już nie chodzi do galerii sztuki? Nikt nie lubuje się w spektaklach teatralnych? Kiepsko...

    Chciałam – podobnie jak większość – postawić na literaturę. Pismo jest bodajże najwspanialszym wynalazkiem ludzkości. Nie tylko dlatego, że dzięki niemu ludzie mogli komunikować się ze sobą na odległość, prowadzić kroniki królewskich rządów czy zachowywać dla potomnych najważniejsze wydarzenia swojego życia. Swój prawdziwy potencjał pismo ujawniło (moim skromnym zdaniem) dopiero w literaturze pięknej. To właśnie ona – od tragedii starożytnej Grecji, poprzez powieść Murasaki Shikibu, aż po wspaniały bełkot Lewisa Carrolla pt. „Jabberwocky” – zaczęła naprawdę zmieniać ludzi.

    Tak, zdecydowanie powinnam przyznać pierwsze miejsce literaturze. Bezdyskusyjnie, bezapelacyjnie. Nie powinien mnie nachodzić nawet cień wątpliwości.

    Ale... nie zrobię tego. Albowiem pomimo, iż rozum krzyczy: „Powieść! Sztuka! Poezja!”, to serce rwie się do czego innego. ;)

    Najwspanialszą ze sztuk jest dla mnie...




    Czym jest muzyka? Uniwersalnym językiem wszystkich ludzi. Manifestacją piękna ludzkiego ducha. Jedna z nielicznych rzeczy, dla których warto żyć. Była – na równi z malarstwem jaskiniowym – jedną z najpierwotniejszych form ekspresji. Wyróżnia ją to, iż (w przeciwieństwie do sztuk plastycznych) nie jest wynalazkiem, lecz odkryciem. Dźwięki od zawsze towarzyszyły człowiekowi. Uporządkowanie ich w harmonijną całość było jedynie kwestią czasu. Jest czymś, co po prostu musieliśmy wydobyć z naszych trzewi. Dlatego cieszy się nią każda – nawet najbardziej prymitywna – kultura. A także niemal każda jednostka, niezależnie od charakteru, poglądów czy statusu majątkowego.

    Bez muzyki nawet film nie byłby tym, czym jest. Zabierzmy podkład dźwiękowy (zostawiając dialogi oraz wszelkie odgłosy „tła”!), a od razu horror stanie się o połowę mniej straszny, film sensacyjny – mniej emocjonujący, a film familijny – mniej wzruszający. Muzyka dopowiada to, czego nie mogą powiedzieć ruchome obrazy czy narrator. Oglądaliście „Wstyd” Steve’a McQueena? Pamiętacie chyba, że już w pierwszych scenach bohater paraduje przed kamerą na golasa, zaliczając kolejne przygodnie poznane panienki. A jednak ani przez moment nie przeszło mi na myśl, że może to być komedia czy film erotyczny. Od razu wiedziałam, że oglądam przejmujący dramat. Wszystko przez muzykę. To właśnie ona „mówi” widzowi, iż główny bohater nie jest zadowolonym z życia seksualnym drapieżnikiem, tylko straszliwie samotnym, odizolowanym od reszty świata nieszczęśnikiem, zżeranym przez wewnętrzną pustkę.

    Oczywiście wyobrażenie kina pozbawionego muzyki jest czystą abstrakcją. Od początku swego istnienia młodsza z muz była ściśle zespolona ze swoją starszą siostrą. Wprowadzenie dźwięku zrewolucjonizowało przemysł filmowy; nie tylko dlatego, że w końcu bohaterowie mogli porzucić przesadną gestykulację na rzecz werbalnej komunikacji, ale także dlatego, że do sporej części obrazów powstawała całkowicie oryginalna muzyka filmowa. Czy moglibyście sobie wyobrazić „spaghetti westerny” Sergio Leone z inną muzyką, niż ta napisana przez Ennio Morricone? Albo filmy Ridley’a Scotta – a konkretnie: „Łowca androidów” oraz „1492: Wyprawa do raju” – bez urzekających utworów Vangelisa? Zresztą, o czym ja piszę! Bez muzyki w ogóle nie byłoby kina. Bo i cała nasza kultura byłaby zupełnie inna.

    W dzisiejszych czasach możemy się cieszyć mnogością gatunków muzycznych. Niestety, parę z nich przechodzi, moim zdaniem, poważny kryzys. Mam tu na myśli głównie pop, za którym nigdy nie przepadałam, lecz który – jak mi się wydaje – mniej więcej do połowy lat dziewięćdziesiątych trzymał fason. A może po prostu się starzeję i dlatego narzekam? ;) Myślę jednak, że degeneracja tej muzyki jest faktem. I nie chodzi mi nawet o durne teksty czy teledyski kręcone przez osoby upośledzone estetycznie, lecz o walącą po uszach wtórność, płyciznę i bylejakość samych brzmień.

    Na szczęście dobrej muzyki jest tyle, że ta zła może zostać spokojnie odsunięta na dalszy plan i okryta wzgardliwym milczeniem. Ten, kto chce, znajdzie (czy to w sklepie stacjonarnym, czy w Internecie) całą masę perełek, tyle że skrzętnie zagrzebanych pod stertą muzycznego – hmmm – próchna. Na zakończenie tego postu prezentuję kilka z nich:












    Więcej moich ulubionych utworów znajdziecie tutaj, tutaj i tutaj.

    10.11.2013

    Rozkopki



    Wierzcie mi, robienie zdjęć zwykłym Canonem tak długiej (i szerokiej) ulicy, jaką jest Aleja Solidarności, to naprawdę niewdzięczne zadanie. Niestety, nasz skromny aparacik nie ma obiektywu szerokokątnego. Dlatego fotki są, jakie są – takie sobie. Coś tam na nich widać. I to coś musi wystarczyć Anonimowemu, który prosił mnie o uwiecznienie postępu w pracach drogowych na Sławinku.


    Zapraszam na wycieczkę:


































































    Pewnie trudno w to uwierzyć, ale cały wypad trwał jakieś 50 minut (od ok. 14:50 do ok. 15:40). Wybacz, Anonimowy, że nie poszłam na wiadukt, ale nie chciało mi się przedzierać na górę przez całe to błoto.

    Gumofilce czekają na umycie. ;)

    * * *

    Jeśli ciekawi Was, jakie się owe „rozkopki” zakończyły, zajrzyjcie tutaj.

    09.11.2013

    Każdemu wedle zasług


    Ten babsztyl mógłby obrzydzić życie nawet jakiemuś świętemu! Dobre trzy godziny trajkotała mi nad głową. […] Ile to jednak kosztuje nerwów, gdy człowiek nie może wyprosić czy wyrzucić za drzwi i powiedzieć ciotuchnie:

    – Nastąp się, stara jędzo, idź do swego pokoju i w ogóle odczep się od porządnej dziewczyny, która pracuje, przynosi pieniądze do domu, i tak dalej.

    Kiedy skończy się moja męczarnia? Chyba nawet w małżeństwie nie byłoby gorzej. Tam byłyby przynajmniej równe prawa. […] A tu nic, bo ciocia, a wiadomo, że ciocia to... jakieś wymyślone tabu. Nietykalna rzecz. W dodatku gdy się jej coś powie, to zaraz obraza i na poczekaniu słowa:

    – Jaka ta dzisiejsza młodzież jest zepsuta! Nie uszanują siwych włosów. Przecież ty, dziewczyno, mogłabyś być moją wnuczką.

    Całe moje szczęście, że tak nie jest! Tak jak bym właśnie ja była temu winna, że ona – stara, a ja – młoda?

    „Stenogramy Anny Jambor” („Lata uniwersyteckie”)


    Już raz pisałam, co sądzę o bełkocie typu „Szanuj starszych!” Nigdy jednak za wiele przypominania, że na szacunek każdy musi sobie zasłużyć. To samo tyczy się rodziców, nauczycieli, polityków, księży czy innych „nietykalnych”. Najmłodsze pokolenie doskonale to rozumie. A przynajmniej taką mam nadzieję. Jeśli coś mi się podoba w smarkaterii, to to, że konsekwentnie buntuje się przeciwko „autorytetom. Lubię ten brak pokory, który cechuje głównie ludzi młodych, tę przemożną chęć życia po swojemu”, ten upór w zadawaniu niewygodnych pytań. Większość z nich prędzej czy później zostanie wzięta za pysk, wkopana w ziemię, ociosana do jednego słusznego formatu ale część zachowa indywidualizm oraz zdolność samodzielnego myślenia (czyli bez wspomagaczy pod postacią opinii swojego guru).
     
    Tymczasem blogerka Marzena znowu opisała sytuację, w której rolę negatywnego bohatera odgrywa osoba w podeszłym wieku. Polecam ten wpis pod rozwagę wszystkim „dobrze wychowanym”, którzy uważają, że w każdej sytuacji trzeba „szanować siwe włosy”.

    07.11.2013

    Hej ho, hej ho, na przemiał by się szło!


    Większość z Was wie, że nie przepadam – delikatnie mówiąc – za dziećmi. Ku ubolewaniu mojej mamy i babci zresztą. ;) Nie oznacza to jednak całkowitej obojętności na to, co się obecnie wyprawia z najmłodszym pokoleniem. Czuję, że powinnam wyrazić swoją opinię na pewien drażliwy temat, który rozpala obecnie polskie społeczeństwo – i to nie tyle jako była nauczycielka, ile jako obdarzony jaką taką wrażliwością człowiek.

    Chodzi mi o EDUKACJĘ.

    Co w niej złego? Ależ nic! Zdobywanie wiedzy, wszechstronne wykształcenie, poszerzanie horyzontów – wszystko to brzmi wspaniale, prawda? Czy to nie o dostęp do tych właśnie cudowności walczyły całe pokolenia kobiet? Czy nie tego właśnie brakuje biegającym na golasa dzieciakom z tzw. rozwijających się krajów? Każdy chyba powie, iż edukacja jest jedną z najcenniejszych rzeczy, jaką rodzice mogą zaoferować swojemu potomstwu. Celowe zaniedbywanie rozwoju intelektualnego własnego dziecka spotyka się na ogół z solidną krytyką, a nawet reakcją władz.

    No więc mamy tę wspaniałą edukację. Jest nie tylko powszechna, ale i obowiązkowa. Oraz – jak to bywa w przypadku silnie scentralizowanej władzy – zunifikowana. Wasze dzieci i wnuki poznają tajniki wszystkich dziedzin nauki: fizyka, chemii, geografii, biologii, matematyki. Zgłębiają filozofię i literaturę, wchłaniają po kilka języków obcych naraz. Ach, gdybyśmy tylko mogli zaprezentować tę cudowną zdobycz postępu, jaką jest nowoczesne szkolnictwo, starożytnym myślicielom! Czyż nie zapialiby z zachwytu, widząc, że 100% obywateli umie pisać, czytać i rachować? Czy nie padliby na kolana przed tym idealnym porządkiem społecznym i prawnym?

    A teraz rozejrzyjcie się wokół siebie. Przypatrzcie się i młodym, i starym. Gdzie te zastępy Leonardów da Vinci, pałających żądzą ciągłego doskonalenia swego umysłu? Gdzie to wyczekiwane z dawien dawna oświecone społeczeństwo, kierujące się rozumem i wartościami wyższego rzędu? Gdzie ci wytworni, doskonale wykształceni dżentelmeni, gdzie te wykwintne damy po wyśmienitej edukacji? Ja ich, kurczę pieczone, nie widzę. Przeciwnie. Pomimo kilkunastu lat nauki młodzież porozumiewa się między sobą prymitywnym narzeczem, z ledwością imitującym prawdziwy język. Czytelnictwo upada w każdej grupie wiekowej. Poziom wiedzy obecnych studentów przyprawia mojego ojca o rozpacz. Najjaskrawszym chyba przykładem na marność polskiej edukacji są dorośli biorący udział w teleturnieju „Czy jesteś mądrzejszy od piątoklasisty?”. Ciekawi mnie, czy choć trochę się wstydzą swojej – momentami rażącej – niewiedzy. A może uważają, że ich już te wszystkie prawa, twierdzenia, daty, cytaty i tytuły nie dotyczą? Skończyli szkołę, zaczęli pracować. Po cholerę im wiedza, że nożyce działają na zasadzie dźwigni lub jak brzmi brakująca fraza wiersza z XIX-tego wieku?

    Nie zamierzam się z nikogo wyśmiewać. Po prostu zachodzę w głowę, jak to się mogło stać, że wiedza tak bardzo straciła na znaczeniu. Czy to wina telewizji, Internetu, głupich rodziców, leniwych i mało ambitnych kolegów z podwórka? A może trzeba się przyjrzeć samej szkole?

    Oddam teraz głos pani Sarze May – piosenkarce, której nierzadko bardzo dojrzałe przemyślenia (nie tylko na temat kolegów po fachu) mają zdecydowanie większą wartość niż mizerna twórczość muzyczna. Jeden z mądrzejszych tekstów o szkole, jaki ostatnio czytałam, wyszedł właśnie spod jej palców.

    Zapraszam do lektury:
    Szkoła otumania, produkuje masowych idiotów i bezmyślne tabuny klepiących na pamięć regułki kujonów. Źle wykształceni nauczyciele, którzy wybierają ten zawód z przypadku, bo zwyczajnie nigdzie indziej nie zostali przyjęci na studia. […] Dziecko powinno jak najdłużej pozostawać w domu pod opieką rodziców, lub jeśli kogoś stać fachowej guwernantki (jak dawniej bywało). Powinno móc jak najdłużej indywidualnie się rozwijać i mieć pasje. Szkoła zabija naturalną cechę każdego dziecka jaką jest ciekawość świata. 

    Tekst jest długi, ale naprawdę warto go przeczytać. Jedyne, z czym się nie zgadzam, to krytyka prac domowych. A tak poza tym – sama prawda!

    Jaka jest przyczyna obecnego stanu rzeczy? Dlaczego polska szkoła bardziej szkodzi niż pomaga? Oto moja próba odpowiedzi na to pytanie:

    1. Informacyjny chaos.

    Sześć lat podstawówki, trzy lata gimnazjum – tyle trzeba odbębnić według prawa. Najczęściej dochodzi do tego liceum, czyli kolejne trzy lata. Dwanaście lat katorgi, 5 dni w tygodniu, po 6-7 godzin. Otępiały ze zmęczenia i/lub śmiertelnie znudzony uczeń idzie do szkoły, żeby przyswajać sobie setki niepotrzebnych informacji; po szkole czekają go jeszcze korepetycje i dodatkowe kursy. Tego nawet najbardziej chłonny umysł nie wytrzyma, nie mówiąc już o przeciętnym dzieciaku, który szybko się orientuje, że część zdobywanej wiedzy jest mu całkowicie zbyteczna. Czy można się dziwić popularności metody 3Z – zakuć, zdać, zapomnieć?

    Studia? Koniecznie! W dzisiejszych czasach zakończenie edukacji na maturze automatycznie przydziela człowieka do klasy pariasów. Tymczasem bardzo często jest to marnowanie czasu i pieniędzy. I nie chodzi o to, że część studentów powinna pasać krowy (co zresztą nie jest niczym uwłaczającym); ani nawet o to, że na rynku pracy liczy się bardziej praktyka niż teoria. Myślę teraz o tych wszystkich inteligentnych, autentycznie spragnionych wiedzy młodych ludziach, którzy wybrali kierunek zgodnie ze swoimi zainteresowaniami, a potem przeżyli straszliwe rozczarowanie. Kolokwium goni kolokwium, egzamin popędza egzaminem. W końcu obrona – dobrze, jeśli samodzielnie napisanej – pracy magisterskiej. A potem wrażenie, że się spieprzyło kilka lat życia. I nie piszę teraz wyłącznie o sobie. Studia już dawno przestały służyć windowaniu ludzi na wyższy poziom. Programy są przeładowane kompletnie niepotrzebnymi przedmiotami, żeby tylko zapewnić wykładowcom pracę. Ci z kolei często odwalają fuszerkę, zmęczeni nadmiarem obowiązków (dziś ta uczelnia, jutro tamta, pojutrze jeszcze inna), a zanadto dociekliwi studenci po prostu ich drażnią.

    2. Kiepska jakość nauczania.

    Praca z dziećmi i młodzieżą wymaga odpowiedniej konstrukcji psychicznej. To coś zupełnie innego niż uczenie dorosłych w szkole policealnej czy językowej. Nie wiedziałam o tym jednak (dwutygodniowe praktyki nijak się mają do prawdziwej pracy) i beztrosko składałam aplikacje do rozmaitych szkół. W pierwszej placówce uczyłam miesiąc, po czym... nie przedłużono mi umowy. Pewnie był to swoisty okres próbny, którego nie zdałam. ;) W drugiej wytrzymałam dwa i pół miesiąca, w trzeciej – trzy; odeszłam sama, nie wytrzymawszy presji. Główną przyczyną była świadomość, że nigdy nie wyjdę w sztuce pedagogicznej poza jaką taką poprawność. (Rozbuchana biurokracja, niezbyt pomocna dyrekcja tudzież niemożność zdyscyplinowania rozwydrzonych dzieciaków tylko dopełniły czary goryczy.)

    Spotkałam na swojej drodze zarówno lepszych, jak i gorszych niż ja nauczycieli. Jedni przejmowali się swoją pracą, martwili o powierzone im dzieci, inni robili niemal wszystko „na odwal”, słusznie skądinąd rozumując, że „jaka płaca, taka praca”. Niewielu jest pedagogów z prawdziwego powołania. Bo i jakież to musi być powołanie, żeby pozwalało przez kilkadziesiąt lat cierpliwie znosić fochy nieprzyjaznej dyrekcji, durnych rodziców czy wulgarnych gówniarzy. I jeszcze nie dać się pognębić intrygantom, których w tym środowisku nie brakuje.

    Co się tyczy wykładowców na studiach, to słyszałam mrożące krew w żyłach historie o świrach, chamach, obleśnych molestatorach czy zwykłych cwaniaczkach, u których zaliczenie zdobywało się w nieco inny sposób niż ten oficjalny, polegający na wykazaniu się wiedzą. Nie mogłam uwierzyć, że wariat uciekający przed studentami taksówką po całym mieście czy bydlę wgapiające się w odkryte nogi studentek (w wersji light), nie zostało wywalone na zbity pysk po pierwszej skardze. Ale może nie było żadnych skarg? Może tylko na tym zgniłym Zachodzie obowiązują pewne standardy, a w bogobojnej, porządnej Polsce nie uchodzi szarganie profesorskich autorytetów?

    3. Zły cel edukacji.

    Zadajcie sobie pytanie, za co w ogóle się płaci nauczycielowi. Otóż na pewno nie za samo przekazywanie wiedzy, które jest, de facto, zaledwie skutkiem ubocznym powierzonego mu zadania. Oczywiście to bardzo dobrze, jeśli pedagog jest w stanie wtłoczyć dzieciakom choćby odrobinę wiedzy do krnąbrnych główek. Niemniej jego praca polega przede wszystkim na przerobieniu programu nauczania opartego na podstawie programowej. I nie ma tu nic do rzeczy, że jest to zaledwie ułamek jego pracy (większość czasu pochłania nauczycielowi tzw. papierologia stosowana). Psor ma się trzymać sztywno wyznaczonego mu rozkładu zajęć, przerobić wszystkie obowiązujące tematy i wytresować uczniaka, żeby ten odpowiadał na zadane mu pytania zgodnie z obowiązującym kluczem.

    Polska szkoła nie wykształca w uczniu ciekawości świata, nie rozwija jego pasji, nie stymuluje intelektu ani wyobraźni, o uczynieniu go erudytą nie mówiąc. Polska szkoła ma tylko jedno zadanie: przygotować ucznia do... no, kto powie? Do zdawania egzaminów! :) Jeden test, drugi, trzeci  bez możliwości odejścia od z góry ustalonego schematu. Dziecko ma opanować konkretny zakres materiału w określonym przedziale czasowym. Czy będzie go rozumiało, to już nieco mniej istotne. Czy przyswojona wiedza zostanie w nim na dłużej  daleko mniej.

    4. Łamanie kręgosłupa.

    Czego niemal na pewno nauczy się dziecko w typowej polskiej szkole? Konformizmu, lizania dupy, uległości, wyrachowania. Oczywiście czepiam się – w końcu to same zalety, nieprawdaż? ;) Postawa cwanego, a zarazem tchórzliwego oportunisty jest w mniemaniu wielu dorosłych oznaką dojrzałości. Bunt, opór, wątpliwości czy – nie daj Boże – samodzielne myślenie są szybko tłamszone przez „starszych i mądrzejszych”. Myślicie, że któreś z rodziców przyzna się do tego? Akurat. Pieją o wyjątkowości własnych dzieci, ale w głębi duszy przycięliby je do jedynie słusznego formatu.

    Szkoła nie uczy życia. Szkoła uczy konkretnego stylu życia. Niekoniecznie najlepszego. Uczeń ma być grzeczny, posłuszny, cichy, karny. Wymądrzanie się czy odstawanie od reszty jest bardzo źle widziane. Nawet najbardziej wyrozumiały i otwarty na odmienny punkt widzenia nauczyciel musi szybko ucinać idące w „złym” kierunku dyskusje, gdyż zwyczajnie nie ma na nie czasu. Jeśli nie zmieści się z tematem w 45-ciu minutach, będzie miał zaległości. A zaległości oznaczają pretensje dyrekcji.

    To wszystko jednak pikuś. Jedną z najgorszych rzeczy, jakie można uczynić dziecku, jest zabicie w nim wrażliwości, odwagi, moralności i poczucia sprawiedliwości. Polska szkoła ma pod tym względem sporo „za uszami”. Podam przykład, który czytający mnie ludzie dobrze już znają, jest to jednak sprawa na tyle istotna, że nigdy dość przypominania. Otóż pracując w szkole stykałam się niekiedy z bójkami małych dzieciaków. I chyba nie spotkałam się z sytuacją, żeby ukarany został wyłącznie agresor. Moje starsze stażem koleżanki hołdowały przekonaniu, że „do bójki trzeba dwojga”, w związku z czym karciły obydwie strony jednakowo. Jak coś takiego ma wpłynąć na dziecko, do kurwy nędzy?! Prawo do obrony jest jednym z fundamentalnych praw każdej żyjącej istoty. I nie zmieni tego opinia żadnej tępej, wygodnickiej paniusi, której nie chce się dociekać, kto zaczął.


    Ufff, rozpisałam się. Ale musiałam to z siebie wyrzucić. Polska szkoła jawi mi się jako swoisty rodzaj więzienia. Dwanaście lat bez wyroku, z możliwością przedłużenia o kolejne pięć. ;) Czy mamy jednak jakąkolwiek alternatywę? Przecież nie będziemy trzymać dzieciaków do pełnoletności pod opieką niań, bon i guwernantek. Jak zatem powinna wyglądać prawidłowa edukacja? Lepiej się nad tym zastanówcie i to szybko. W końcu to Wasze dzieci i/lub wnuczęta są obecnie przepuszczane przez nasz chory system oświaty niczym mięso przez maszynkę do mielenia.

    Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...