31.12.2014

Sylwester


Nie lubię składać przysiąg, obietnic, deklaracji ani postanowień. Nie zamierzam się do niczego zobowiązywać ani roztaczać przed sobą czy przed innymi wizji zmian na lepsze. Poza tym całe to odcinanie się od przeszłości i zaczynanie „wszystkiego na nowo”, oczywiście nie od zaraz, tylko zawsze „od jutra” (w tym wypadku „od Nowego Roku”), mocno mnie irytuje. Zaklinamy rzeczywistość wielkimi słowami, zamiast cicho i skutecznie działać.




Oczywiście mam swoje plany i marzenia. Ale znam już siebie na tyle dobrze, że wolę o niczym nikogo nie zapewniać. Nie warto rzucać słów na wiatr. Co będzie, to będzie. :)

Spędźmy te ostatnie chwile w roku tak, jak mamy na to ochotę. Jeśli ktoś chce iść na imprezę – niech idzie. Jeśli ma ochotę zostać w domu – niech zostanie. W pulsującym w rytm świateł tłumie, na kameralnym przyjęciu, w dwuosobowym gronie czy nawet solo – ważne, byśmy spędzili ten czas tak, jak nam się podoba. :)

A jeśli jednak nie uda Wam się spędzić tej nocy tak, jak byście sobie tego życzyli, to pocieszcie się myślą, iż z pewnością Wasz Sylwester będzie ciekawszy niż


29.12.2014

"Kochane" ludziska


Kpię sobie czasami, że kuchnia mojej sąsiadki – a właściwie to sąsiadki moich rodziców, bo to oni są właścicielami nabytego ponad rok temu mieszkania – jest raczej niezdrowa, ale pewnie smaczna. Zapiekanki, mięso, ryba... Do tego pewnie tłuste i słone. Mniam! :)

Chociaż… może nie mam racji? Może po prostu czujemy tylko te specjały, które wymagają smażenia, zaś zapachy surówek, sałatek czy ryżu są dla nas niedostępne?




Dlaczego o tym piszę? Gdyż kuchnia naszej drogiej sąsiadki jest także i naszą. Baba podłączyła bowiem swój okap do wspólnego pionu wentylacyjnego. Tym samym w niewykończonym jeszcze mieszkaniu rozchodzą się w porze obiadowej (i nie tylko) smakowite zapachy. Nie, żeby mi to aż tak bardzo przeszkadzało, ale w przyszłości wstyd nam będzie kogoś zaprosić.

Oczywiście z ludźmi trzeba rozmawiać. Wyjaśniać, tłumaczyć, prosić. Tak też zrobiła moja mama i przez chwilę się wydawało, że kobita się opamięta i zrobi sobie okap z obiegiem zamkniętym (dzięki, Luby, za podpowiedź, jestem techniczną analfabetką ;)). Później jednak oznajmiła mamie (via phone), że jednak zostaje przy swoich nawykach, bo ktoś tam jej powiedział, że jak się zostawia kawałek kratki wentylacyjnej odkryty, to wszystko jest – z punktu widzenia prawa – w porządku.

No i co z taką zrobić? Na dzień dzisiejszy Luby planuje zapchać otwór wentylacyjny szmatą, żeby opary wracały tam, skąd przyszły. Rozważa również jakąś złośliwość w stylu „wet za wet”. W końcu mamy takie samo prawo do emisji intensywnych woni, jak nasza sąsiadka. ;) Mama z kolei złożyła oficjalną skargę w spółdzielni. Kiedy raczą zadziałać – Bóg jeden wie. Trzeba było czekać parę miesięcy, żeby raczyli ruszyć dupę w sprawie powstałego w wyniku ulewnych deszczy zacieku (a i tak nie wywiązali się zbyt dobrze z tego zadania). Teraz pewnie znowu sobie poczekamy...

Między innymi dlatego moim marzeniem jest mieć domek, a nie mieszkanie. Sama myśl o użeraniu się z sąsiadami czy spółdzielnią przyprawia mnie o skręt kiszek. Jestem na ogół spokojną, gotową iść na ustępstwa osobą i jeśli mogę, to unikam konfliktów, nie mówiąc o angażowaniu się w długie a durne wojenki. Ludzi toksycznych, zwichrowanych psychicznie, lubujących się w intrygach czy zwyczajnie głupich omijam szerokim łukiem. Jeśli gdzieś tacy występują w nadmiarze, wolę po prostu odejść niż tracić nerwy. Walka z takimi jest gorsza niż z wściekłym psem, agresywnym mętem czy żądnym bitki skinem; takiemu niebezpiecznemu stworzeniu można bowiem psiknąć gazem po oczach, walnąć kamieniem w łeb lub – w najgorszym wypadku – wezwać do takiego policję. A co zrobisz z pozornie miłym, a w rzeczywistości wyjątkowo podłym skurczybykiem, który upieprza komuś życie?

Naturalnie tego typu rozważania nie odnoszą się do naszej sąsiadki, którą na dzień dzisiejszy zaliczam do grona osób niefajnych, ale niekoniecznie wrednych. Jeśli jednak nic się nie zmieni, to chyba trzeba będzie pójść w jej ślady. Tylko że wówczas wszyscy pozostali mieszkańcy klatki schodowej również powinni się podłączyć do wylotu wentylacyjnego, olewając tym samym prawo budowlane. Nie, żebym była legalistką, ale czy takie postępowanie jest słuszne?

27.12.2014

Głupie, nieszczęśliwe, toksyczne...


Co to znaczy „szanować się”? Czy można samego/samą siebie nie szanować? Jedyna możliwość, jaka przychodzi mi do głowy, to łamanie własnych zasad. I tylko własnych.

A jednak czasami pozwalam sobie napisać coś w stylu: „Jest to przykład kompletnego braku szacunku do siebie” lub „Takie kobiety w ogóle się nie szanują”. Słowa te padają spod moich palców (rzadziej z ust), gdy rozmowa schodzi na wiecznie poświęcające się dla innych cierpiętnice.

Przyznaję bez bicia: gardzę kobietami, które zadręczają się, wypruwają z siebie żyły, zaniedbują swoje potrzeby i marzenia – chociaż nie muszą! Nie chodzi tutaj bowiem o pielęgnującą chore dziecko matkę czy niewiastę zaharowującą się z jakiegoś innego ważkiego powodu. Mam na myśli długotrwały, wyniszczający, a przy tym zgoła niepotrzebny wysiłek; całkowicie zbędne kajdany, jakie nakłada na siebie kobieta, chcąca – często na siłę – dogodzić swoim bliskim (a bywa, że i obcym ludziom). I możecie mi wierzyć, że nie znajduje w tym prawie żadnej przyjemności. Po prostu ma we krwi chorobliwą służalczość wobec innych, nawet jeśli ci inni owej służalczości sobie nie życzą.

Skąd się to w niektórych z nas bierze? Pewnie po części z wychowania, po części z nasiąknięcia jakimiś kretyńskimi ideologiami, a po części w wyniku dorastania w takiej, a nie innej kulturze. Kobieta ma robić to a to, ma być taka a taka, a w zamian otrzyma (oczywiście nie od razu, tylko na starość) wdzięczność i szacunek.

Cóż, może i tak. Niektóre kobiety faktycznie zostają za swoje „męczeństwo” docenione. Jednak wiele z nich doznaje srogiego zawodu. Jeśli bowiem czyjaś wieczna pomoc, poświęcanie się i dogadzanie są przesycone jęczeniem, jak to bidulce ciężko, jaka to ona biedna i niespełniona, jeśli są okraszone łapczywym wyczekiwaniem na pochwałę ze strony męża, dzieci, dalszej rodziny, sąsiadów czy wręcz całego społeczeństwa – to czy można je uznać za wartościowe? Śmiem twierdzić, że tak naprawdę owe durne męczennice nie umilają innych życia, tylko je uprzykrzają.

Jeśli ktoś teraz zacznie mi gaworzyć o szczęśliwych, cieszących się życiem paniach domu, które spełniają się jako żony i matki, to uznam, że umiejętność czytania ze zrozumieniem jest mu obca. Dla kumatych inaczej powtarzam: nie mam na myśli tych kobiet, które są zadowolone z życia!

25.12.2014

Światło zwycięża mrok


Szanowni Czytelnicy!

Niezależnie od tego, czy łączą nas więzy wirtualnej sympatii czy przeciwnie, życzę Wam wszystkim:
  • zadowolenia z życia, samych pozytywnych emocji, chęci do brania się z losem za bary
  • prawdziwych przyjaciół i udanej rodziny
  • pomyślności, sukcesów zawodowych, pieniędzy, możliwości spełnienia marzeń
  • zdrowia fizycznego, krzepy, witalności
  • zdrowia psychicznego, siły i pogody ducha
  • dobrego humoru, dystansu do świata, zdolności odróżniania rzeczy naprawdę ważnych od tych... mniej ważnych
  • pokory wobec rzeczywistości oraz braku pokory wobec ludzi
  • no i przede wszystkim – osiągnięcia eudajmonii! :)

Sobie też zresztą tego wszystkiego życzę. :)

Nie życzę Wam natomiast urody, inteligencji ani dobrego serca, przypuszczam bowiem, że każde z Was zostało już tymi przymiotami obdarowane. ;)

Spędźmy te Święta jak najprzyjemniej, nie obżerając się zbytnio i nie przemęczając bezsensownymi porządkami. To czas ducha, nie ciała. ;)



23.12.2014

Państwo a obywatel


Po przeczytanie tekstu autorstwa Missjonash pt.


stwierdziłam, że moje dawne poglądy były jednak słuszne: państwo nie powinno ingerować w tak intymne sprawy jak czyjeś zaślubiny.

Owszem, dziedziczenie po mężu/żonie powinno się odbywać z automatu, podobnie jak po rodzicu (chyba, że denat sporządził testament), nie mówiąc już o likwidacji skurwysyństwa, jakim jest podatek spadkowy. Ale to wszystko. Ewentualne ulgi podatkowe powinny wynikać z racji posiadania dzieci, a nie noszenia obrączki. Co zaś się tyczy równie ewentualnej adopcji dzieci, to myślę, że wystarczyłby zapis o bezwzględnym pierwszeństwie par hetero. Nie napiszę o wyłączności, gdyż placówki opiekuńcze jawią mi się jako ostatnia deska ratunku, kiedy absolutnie wszystkie inne opcje zostały wyczerpane.

06.12.2014

Sprawy alkowiane


winny być nimbem tajemnicy owiane. Nie rozpowiadamy po karczmach o naszych przygodach, nie chwalimy się przed gawiedzią licznymi podbojami, nie zdradzamy upodobań byłych czy obecnych kochanków/kochanek. Słowo klucz to DYSKRECJA.

Szkopuł w tym, że to słowo jest w zależności od naszej mentalności bardzo rozmaicie pojmowane.

Jak już kiedyś pisałam, dla mnie seksualna dyskrecja nie polega na trzymaniu swojego romansu (romansów) w ścisłej tajemnicy, na ukrywaniu się po hotelach czy na wymykaniu się cichaczem z mieszkania kochanka/kochanki; seksualna dyskrecja polega na nie opowiadaniu o swoim życiu seksualnym. Moim zdaniem więcej od osób stanu wolnego wymagać nie można.

Jeśli bowiem dyskrecją jest dla nas nie samo milczenie, a dopiero zaawansowana konspira, to musi być po temu jakiś powód. Jedyne, co mi przychodzi do głowy, to postrzeganie polskiego społeczeństwa jako bandy wścibskich wsioków lubujących się w węszeniu wokół cudzej dupy. Tylko czy taki pogląd jest słuszny? Owszem, tacy ludzie istnieją (gardziłam nimi mając lat kilkanaście, tym bardziej brzydzą mnie oni teraz), wydaje mi się jednak, że ustępują liczebnością swoim mądrzejszym, nie mającym w zwyczaju wtykać nosa w cudzą intymność pobratymcom.

Oczywiście dopuszczam możliwość, że się mylę i że gros polskiej populacji to faktycznie istoty do przesady zainteresowane cudzą alkową. Ale i to będzie można przekuć na jakiś pozytyw. Albowiem w takim przypadku będę mogła z czystym sumieniem twierdzić, że moich rodaków nie sposób szanować, nie mówiąc o solidaryzowaniu się z nimi.

04.12.2014

Sposób na ładne włosy


Miesiąc temu (31.10 lub 01.11.) po raz pierwszy skorzystałam z pewnego „zamiennika” szamponu. Był to strzał w dziesiątkę. Już po pierwszym myciu moje włosy stały się puszyste jak nigdy, a po kilku kolejnych przestały się tak szybko przetłuszczać. Najlepsze specyfiki, jakich wcześniej używałam, nie zapewniły mi tak szybkich i satysfakcjonujących rezultatów.

Co było tą cudowną alternatywą dla szamponu? Otóż – zwykłe jajka. :) Plus odrobina soku z cytryny.




A wszystko zaczęło się od wpisu blogerki Futrzak:
Biznes się kręci, ogromna wiekszość kobiet nie wyobraza sobie zycia bez szamponu i odzywki, wierzy w wyzszosc swiąt bożego narodzenia nad świętami wielkiej nocy tj. jednego szamponu nad drugim i wydaje na nie fortunę, bo tylko ten, bo inne złe etc.
Tymczasem bez szamponu mozna się doskonale obejść. Nie należę do ortodoksyjnych wyznawczyń ruchu „no poo”, ktore zaprzestaja mycia wlosow w ogole. To bylby zbyt wielki hardcore, eksperymentowalam wiec z materialami zastepczymi. Staneło na jajku z odrobina soku cytrynowego. Jedno jajko (w calosci, razem z bialkiem) rozbijamy widelcem z dodatkiem malej lyzeczki soku. Potem wmasowujemy w skórę i wlosy. Splukujemy letnia woda – zbyt gorąca spowodowalaby ścięcie się białka.

Zachęcona wpisem, postanowiłam dać szansę jajom. I nie zawiodłam się. Polecam tę metodę każdemu, kto narzeka, że musi często szorować łepetynę. :)



28.11.2014

A jednak fantazje...


Zawsze mnie śmieszyło twierdzenie, że jeśli coś funkcjonowało przez tysiące lat, to głupotą byłoby z tego rezygnować. Jest to pogląd zupełnie nie przystający do czegoś, co nas często gwałtownie ustawia do pionu, a mianowicie – rzeczywistości. Czy nam się to podoba czy nie, czasy się zmieniają, a wraz z nimi zmieniają się także nasze potrzeby, pragnienia i priorytety. Wiele „zjawisk”, które dawniej faktycznie były całkiem przydatne, musiało odejść w zapomnienie. Monarchia legła w gruzach; niewolnictwo zniesiono; a i pozornie wieczna instytucja małżeństwa ma się kiepsko.

To, że ktoś na to narzeka, jest rzeczą całkowicie naturalną i zrozumiałą. Niektórzy jednak mocno w swoich utyskiwaniach przesadzają. Spotkałam się bowiem w Sieci z sugestią, że rezygnacja z małżeństwa jest idiotyzmem, gdyż – uwaga, uwaga! – samotna kobieta może na starość zdechnąć z głodu. Cóż, rozumiem, że we dwójkę zawsze raźniej, ale wyjść za mąż ze strachu przed biedą? Coś takiego poniża kobietę w moich oczach. Trudno też nazwać to rozumnym posunięciem, gdyż akt ślubu niczego nie gwarantuje. A jakoś nie chce mi się wierzyć, żeby szanującej się niewieście chciało się na stare lata walczyć w sądzie o alimenty.

Jeszcze gorzej jest decydować się w podobnym celu na potomstwo. Naturalnie jeśli byliśmy dobrymi rodzicami, to mamy prawo oczekiwać, że nasze dorosłe już dzieci będą nas od czasu do czasu odwiedzać, a może i dorzucą trochę grosza. Oczywiście jest to wariant optymistyczny, zakładający, że nasze potomstwo nie spieprzy po studiach za granicę. Ale nawet ta przyjemna wersja nie powinna zakładać, że dzieci będą lekarstwem na nędzę czy samotność. Nie wspominając o jakimś przykrym wydarzeniu losowym, tfu, tfu! Gdyby ktoś mi zasugerował, że w razie ciężkiej, przykuwającej mnie do łóżka choroby to nie pielęgniarz, a moje własne dziecko powinno podcierać mi tyłek, uznałabym go za istotę mocno poszkodowaną na umyśle.

I niezależnie od tego, jak wiele osób będzie się moim stanowiskiem oburzać, zdania nie zmienię. Małżeństwo nie jest receptą na przykrą, samotną starość. Receptą na takową jest wzajemna miłość, a ta nie wymaga zaprzysiężenia. Zaś ewentualnej nędzy zaradzić mogą tylko własne pieniądze. Takie są FAKTY. Albowiem w przeciwieństwie do zadufanych w sobie Wielkich Teoretyków, którzy lepiej wiedzą, jak powinno wyglądać cudze życie, nie opieram się na własnym doświadczeniu, tylko na obserwacji świata. Nie mówiąc już o tym, że brakuje mi tego typu – że tak to delikatnie ujmę – mentalności, która pozwoliłaby mi choćby przez minutę rozważać wzięcie ślubu dla korzyści majątkowych.

25.11.2014

Wiedza versus fantazje


Jednym z bardziej niemądrych poglądów, z jakimi się zetknęłam w swoim życiu, jest ten o zdobywaniu wiedzy o świecie. Nie mam tu bynajmniej na myśli wiedzy specjalistycznej, wymagającej obcowania z naukowymi opracowaniami danego problemu, tylko tzw. znajomość życia, realiów, natury ludzkiej, etc. Otóż pogląd ten mówi, że świat poznajemy poprzez własne doświadczenie. Jest to, rzecz jasna, czysty idiotyzm, w który wierzyć mogą tylko osoby uwięzione w kręgu własnych fantazji.

Tak naprawdę wiedzę o świecie można zdobyć wyłącznie poprzez... obserwację świata. Tylko uważne studiowanie ludzkich (i zwierzęcych) zachowań, cierpliwe wysłuchiwanie cudzych historii tudzież zdolność wyjścia poza swoje ograniczone „ja” umożliwi nam poznanie otaczającej nas rzeczywistości. Naturalnie jednym z jej elementów jest także to, co się przydarza nam samym, niemniej dopiero przez porównanie naszych losów z losami bliźnich będziemy w stanie orzec, co jest regułą, a co wyjątkiem.

Innymi słowy, wiedzą o świecie mogą się poszczycić mądrzy, pokorni i nie uprzedzeni obserwatorzy, a nie osoby bazujące na własnym, czyli jednostkowym doświadczeniu.

Dlatego właśnie
  • nie mający żadnej styczności z narkotykami terapeuta MOŻE wiedzieć o skutkach ich zażywania więcej niż zatwardziały narkoman
  • żyjący w celibacie ksiądz MOŻE wiedzieć o seksie (jako takim) więcej niż małżeństwo
  • osoba bezdzietna MOŻE wiedzieć o prawidłowym wychowaniu dziecka więcej niż rodzic
  • bezrobotny MOŻE wiedzieć o planowaniu pracy więcej niż ktoś, kto pracuje

Wystarczy, że każda z tych osób poza czystą teorią zapozna się z doświadczeniem wielu innych ludzi. I nieistotnym jest, w jaki sposób zdobędzie tę wiedzę – czy poprzez rozmowę, czy poprzez lekturę cudzych wynurzeń. Ważne, że ją ma.

Najgorszą zaś rzeczą, jaką można zrobić, jest odrzucenie cudzych doświadczeń; uznanie ich za wymysł, przesadę, absolutny wyjątek. Taka pycha zostaje prędzej czy później ukarana.

23.11.2014

Hej, drugi człowieku! Wiedz, że...


...nie obchodzi mnie, kim jesteś. Obchodzi mnie, jaki jesteś. Mam gdzieś, czy nazywasz się konserwatystą, liberałem czy socjalistą. Istotne jest to, jakie masz zasady i jak bardzo starasz się ich nie łamać.

Wychodząc z takiego założenia mogę przyjąć najrozsądniejszą postawę na świecie: oceniać ludzi po ich czynach, czasami słowach, ale nigdy po tym, jaką opcję światopoglądową, polityczną czy religijną reprezentują.

W dużym skrócie: szanuję tych, którzy są – w moim przekonaniu – dobrzy i mądrzy. A bardziej szczegółowo? Cóż, cenię takie przymioty, jak rzetelność, uczciwość, słowność, odpowiedzialność. Zachwyca mnie wrażliwość i empatia, chęć niesienia pomocy bliźniemu i zwierzętom. Mile widziana odwaga, chociaż jej brak potrafię łatwo wybaczyć.

Czego nie cenię? Solidarności ani lojalności, prowadzą one bowiem do mentalności Kalego. Mogę zrozumieć dzielenie ludzi na „swoich” i „onych”, kiedy się walczy (dosłownie!) o przeżycie, ale nie w cywilizowanym świecie, gdzie nasza ocena danej osoby powinna zależeć od jej czynów, a nie tożsamości.

Nie dzielę również ludzi na honorowych i niehonorowych, na szanujących się i nieszanujących, na godnych szacunku „panów” i na „chamów”, którzy mają tym pierwszym czyścić buty. Nie moja to bajka. Do „wykwintnego towarzystwa” się nie pcham, a sugestie, że powinno mi na przynależności do takowego zależeć, traktuję jako objaw zdziecinnienia.

Nie znoszę fanatyzmu, pychy, głupoty. Współczuję ludziom, którzy każdą krytyczną wypowiedź o konkretnym człowieku podciągają pod walkę z jakąś ideologią, filozofią bądź religią; którzy nie dostrzegają własnej śmieszności, gdy po raz kolejny wypominają komuś bytność w „niewłaściwym” miejscu (blogu) czy uprzejmą rozmowę z „niewłaściwym” człowiekiem (internautą); którzy samych siebie czy osoby ze swojego grona wychwalają pod niebiosa, zaś swoim oponentom odmawiają najmniejszej zalety. Współczuję i... omijam takich z daleka. A przynajmniej staram się.

Zastanów się, drugi człowieku, czy jesteś w stanie zaakceptować moje zasady. Jeśli nie, to po prostu odejdź.

19.11.2014

Między gwiazdami, między wymiarami


Ten film miał potencjał. To mogła być piękna opowieść o potędze miłości lub szaleńczej próbie ratowania ludzkiego gatunku. Lub przynajmniej niezła space opera. Właściwie to trudno powiedzieć, co poszło nie tak...




Czego tutaj nie napakowano... Mamy wielokrotnie przewijający się wątek miłości (zwłaszcza pomiędzy ojcem a córką); mamy tunel czasoprzestrzenny i czarną dziurę; mamy niby-duchy, niby-kosmitów i piąty wymiar (pokazany zadziwiająco trójwymiarowo ;)); no i coś, co jest ostatnio nader częstym motywem w blockbusterach: rychłą zagładę ludzkości*. Cóż jednak z tego, skoro każdy z tych elementów wydaje się być zaledwie szkicem, a nie pełnym obrazem? Rozpacz ojca mającego świadomość, że prawdopodobnie już nigdy nie ujrzy swoich dzieci, szalona wyprawa w Kosmos, lądowanie na dwóch planetach, skok w czarną dziurę – wszystko to zostało pokazane poprawnie, nie przeczę. Ale poprawność nadaje się do telewizji, nie na duży ekran. W głowę zachodzę, jak to możliwe, że niespełna trzygodzinna produkcja wygląda na pilot serialu, którego fabuła ma być w zamierzeniu rozwinięta w następnych odcinkach.

Żebyście mnie dobrze zrozumieli: po pierwsze, to nie jestem specjalnie rozczarowana. Film nie jest ani dobry, ani zły. Ot, przeciętna, czyli niezbyt mądra hollywoodzka historyjka, podszyta – jak to mówi mój Ukochany – „typowym amerykańskim patosem”. Momentami daje do myślenia, wzrusza, porusza, itp., itd., znacznie częściej jednak nuży i męczy. Cały czas łapałam się na myśli, że to wszystko już było – i to znacznie lepiej (czyt. sprawniej, ciekawiej, bardziej przekonująco) opowiedziane.

Po drugie, nie czepiam się również typowych dla hollywoodzkich obrazów kretynizmów. Nie gorszy mnie ani wysłanie na najważniejszą rzekomo wyprawę wszechczasów garstki ledwo przeszkolonych ludzi i robota, ani mistyczne wręcz spojrzenie na czarną dziurę jako na swoisty wehikuł czasu, ani kompletnie niewiarygodne z psychologicznego punktu widzenia zachowania bohaterów. To przecież tylko bajeczka dla mas.

Czepiam się tego, że tę bajeczkę można było przedstawić tak, żeby zapadła w pamięć. A mnie została w głowie tylko osobliwa muzyka i kilka co ciekawszych kadrów. Można popatrzeć na ładnie się starzejącego Matthew McConaughey’a, zachwycić się przeuroczą Mackenzie Foy, popodziwiać wiarygodne ponoć zdjęcia kosmicznej pustki. Ale zważywszy na rozbuchane oczekiwania widowni, to chyba trochę za mało.

Jeśli ktoś oczekiwał, że końcówka udzieli odpowiedzi na pytania o przyszłość zagrożonej ludzkości, ten dozna lekkiego zawodu. Może i słusznie, w końcu to nie przygody na dalekich rubieżach Kosmosu są tutaj najważniejsze, a dramat rozdzielonej rodziny. Zastanawiam się, czy nie lepiej by było, gdyby reżyser pokusił się o pewien niezbyt fajny, ale zarazem mocny chwyt: otóż zarówno dewastujące Ziemię katastrofy naturalne, jak i ekspedycja w Kosmos powinny się okazać... przykrym snem głównego bohatera. Rozwiązanie dziwaczne, nieuczciwe wobec widza i szalenie ryzykowne, niemniej w przypadku tej właśnie produkcji przemianowanie space opery na somnambuliczne miraże mogłoby się opłacić. W momencie, gdy protagonista styka się z umierającą córką, pozwalamy mu przebudzić się z koszmaru. Do zlanego potem i łzami mężczyzny powoli dociera, że nie opuścił planety, a tym samym problem z ginącymi uprawami jest wciąż aktualny. Ale może da się go rozwiązać w jakiś normalny sposób, bez konieczności wchodzenia w pakt ze stukniętym profesorkiem, bez wyruszania na straceńczą misję, bez porzucania dzieci?

Ale skończyło się, jak się skończyło. Daję „Interstellar” mocną trójkę i... raczej odradzam wypad do kina, zwłaszcza jeśli nie jesteście miłośnikami gatunku (swoją drogą, ani to melodramat, ani porządne science fiction). Gwoli uczciwości dodam, że gdyby ten obraz powstał dziesięć lat temu, oceniłabym go zapewne znacznie przychylniej. Mam jednak trzydzieści kilka lat i dziesiątki seansów filmów fantastycznych za sobą. Ciężko mnie zadowolić. Nie kierujcie się zatem moją opinią, gdyż być może przemawia przeze mnie zepsuta malkontentka. ;) Recenzje są w większości pozytywne, a widzowie na ogół zadowoleni, o czym świadczą dyskusje na stronie filmu.

* * *

* Czasami odnoszę wrażenie, że ludzie czekają na tę apokalipsę jak na zbawienie. Koniec świata byłby wszak kresem codziennego znoju, użerania się z rodziną i sąsiadami, a przede wszystkim – z poczuciem absolutnego bezsensu własnego żywota. Niestety dla nas, meteory wciąż omijają naszą planetę, a i my sami nie nadążamy jej wystarczająco szybko i efektywnie zatruwać. I wciąż po niedzieli przychodzi cholerny poniedziałek, kiedy trzeba zwlec się z łóżka i zapierniczać do znienawidzonej roboty.

10.11.2014

Patrzymy i oceniamy


Jak już nieraz wspominałam, nie znoszę wpieprzania się z butami w czyjeś życie prywatne. Notoryczne ocenianie czyichś zarobków, pracy, stanu posiadania, seksualności czy wiary jest dla mnie oznaką kompleksów lub swoistej ciasnoty umysłu. Owszem, można od czasu do czasu o kimś poplotkować, także w Internecie. Warto jednak zachować umiar, gdyż im częściej omawiamy cudzy tyłek czy sakiewkę, tym większe pada na nas podejrzenie, że nie bylibyśmy zdolni do udźwignięcia konwersacji na wyższym poziomie.

Jeśli już się mamy do czegoś przyczepiać, to może lepiej do tego, co widzimy w tzw. strefie publicznej? Dyskretnie wyrażona krytyka manier, słów, a nawet ubioru osoby znajdującej się w miejscu dostępnym (przynajmniej teoretycznie) dla każdego może i ociera się o obgadywanie, niemniej jest czymś najzupełniej naturalnym. Wbrew temu, co sądzą niektórzy luzacy”, to, czy nasz wygląd i zachowanie pasują do czasu i miejsca, czy nie naruszają dobrych obyczajów, etc, bynajmniej nie jest błahostką. Osobiście łaskawszym okiem spojrzę na niewiastę nie stroniącą od uciech cielesnych, lecz swoje sprawy intymne zamykającą we własnej (lub kochanka) alkowie, niż na niewiastę cnotliwą, lecz odzianą w strój brzydki a wulgarny. To samo tyczy się drag queen, transwestytów czy innych „odmieńców” epatujących dziwacznym strojem i ostrym makijażem: powinni ograniczyć swoje „występy” do miejsc specjalnie do tego celu przeznaczonych (prywatne mieszkanie, klub gejowski, wynajęta sala). Na ulicy nietypowy outfit może wzbudzić niezdrowe emocje, narazić taką osobę nieprzychylne komentarze. Może więc lepiej na czas pracy czy zakupów wbić się konformistycznie w nudny, nie wzbudzający sensacji uniform?




Nie wstydzę się przyznać, iż zdarzało mi się prawić złośliwości na temat czyjegoś wyglądu. Naturalnie nie czepiam się braku urody, gdyż na to, jaką fizis zostaniemy obdarzeni, żadnego wpływu nie mamy. Zresztą, spójrzmy prawdzie w oczy: większość ludzi jest brzydka. No, powiedzmy – brzydkawa. Ładnych ludzi jest naprawdę niewiele, a już wyłowienie z tłumu twarzy pięknej graniczy z cudem. Nie lepiej ma się sprawa z resztą „obudowy”. Może i nie jesteśmy narodem potwornych grubasów, lecz idealnie szczupłych, wyrzeźbionych na sali gimnastycznej sylwetek prawie się nie widuje. Całości przykrego obrazu dopełnia lansowana dzisiaj moda: koszulki a’la ścierki, spodnie z drogiego, a zarazem gównianego materiału, jednakowe kozaczki lub tandetne balerinki. Ulice zasnute są przez niekształtne, źle ubrane korpusy; reprezentujące je fizjonomie wołają o dermatologa, ortodontę czy wręcz chirurga plastycznego.

Nie wiążcie tych pesymistycznych obserwacji z przekonaniem o własnej atrakcyjności. Z całą pewnością nie mogłabym zostać uznana za wzór zadbanej, atrakcyjnej i dobrze ubranej niewiasty. Ale czy to oznacza, że nie mogę oceniać innych? Bynajmniej. ;) Kiepski pisarz ma prawo sarkać na innego kiepskiego pisarza, gdyż jest również czytelnikiem. A zatem i ja mam prawo do krytyki cudzego wyglądu.

Ale o tym, jaki ubiór uważam za godny pochwały, a jaki przyprawia mnie o grymas niesmaku, napiszę następnym razem. Najpierw Wy się wypowiedzcie na temat dzisiejszej mody. Jaki przyodziewek cieszy Wasze oko, a jaki je drażni? Jaki styl Wam się podoba, a jaki Was razi? A może w ogóle nie zwracacie uwagi, jak kto jest ubrany?

08.11.2014

Podobno ludzie chcą mieć dzieci


A przynajmniej większość z nich. Tylko że ich, biedaków ciułających grosz do grosza, żeby zamienić plazmę na telewizor LED, nie stać. Gdyby nie wszechobecna bieda, gdyby nie zakłócająca spokojny sen niepewność jutra, gdyby nie brak mieszkań, to by nam się Polska nie wyludniała. Pogląd ten kontruje pan Jacek Kobus z Boskiej Woli, według którego autentyczna chęć posiadania potomstwa występuje rzadziej, niż nam się wydaje. To nie brak pewnej i dobrze płatnej pracy tłamsi nasze marzenia o rodzicielstwie – peroruje pan Jacek (polecam wpis); po prostu tych marzeń na ogół nie ma. I ja się z panem Jackiem niemal całkowicie zgadzam.

Niemal – bo po głowie snuje mi się przypuszczenie, iż prawdopodobnie gdzieś w okolicach czterdziestki (kobiety) czy pięćdziesiątki (mężczyźni) niemal każdego nawiedza refleksja, że warto by było machnąć choć jednego dzieciaka. Człowiek już się wyszalał, naseksił się do syta, jeśli miał zrobić karierę, to albo już ją zrobił, albo już jej raczej nie zrobi, i oto w ślipia zaczyna mu zaglądać widmo samotnej starości. Naturalnie kobieta stoi na o wiele gorszej pozycji niż mężczyzna, gdyż jej płodność w okolicach piątego krzyżyka jest na wyczerpaniu. A nawet jeśli uda jej się począć dziecko, to kto wie, czy z racji ewentualnego upośledzenia nie będzie ono wymagało dożywotniej opieki. Ale czy nie warto spróbować? W końcu co własne dziecko, to nie piesek czy kotek. Naturalnie można być kochającą – a przy odrobinie szczęścia także i kochaną – ciocią, ale to nie to samo, co być matką, a potem babcią.

Niemniej przenosząc te rozważania z jednostek na ogół, trudno nie zauważyć, że wytłumaczeniem tak długiego odkładania starań o potomstwo lub wręcz definitywnej z owego potomstwa rezygnacji może być albo zepsucie dobrobytem (uwaga – uśredniam!), albo brak instynktu rozrodczego. Względnie – co wydaje mi się zresztą najbardziej logiczne – połączenie obydwu tych opcji. Bo i cóż z tego, że wiele kobiet odczuwa ścisk w gardle na widok niemowlęcia w wózku czy że wielu mężczyzn z zazdrością patrzy na tatusiów ganiających z synkami po parku, skoro fraza „Nie stać nas na dzieci” pada najczęściej nie z ust (lub spod palców) autentycznej biedoty, ale ludzi, którzy po prostu wolą przeznaczać pieniądze na własne, wcale nie tak skromne potrzeby?

Nie, żebym to krytykowała, broń Boże! Ale ściemniania nie lubię. Niech ludzie mówią (bądź piszą) wprost, że nie zamierzają się rozmnażać dopóty, dopóki nie wyprowadzą się od rodziców, nie nacieszą się życiem, nie spełnią swoich marzeń, etc. Chociaż najlepiej by było, gdyby w ogóle nie musieli się z takich decyzji tłumaczyć – bo i co komu do tego?

07.11.2014

Niedziela w Trzcińcu


Niedziela to dla agnostyków normalny dzień pracy. Czasem zawodowej, a czasem tylko w obejściu. Naszym „obejściem” jest zaś nie tylko dom w Lublinie, ale i chałupa na wsi. A że z grobami uwinęliśmy się wcześniej (przy czym słowo „uwinęliśmy” jest tu jak najbardziej na miejscu, bo kiedy jak kiedy, ale we Wszystkich Świętych cmentarz raczej się do zadumy nad śmiercią nie nadaje), tedy 2 listopada z czystym sumieniem wyruszyliśmy do Trzcińca, żeby spuścić wodę z rur. Dosłownie parę dni wcześniej postawiono ostatnie elementy ogrodzenia (okalającego co prawda tylko część działki, ale dobre i to), mogliśmy zatem zabrać ze sobą pieski. Miło było popatrzeć, jak Nuka i Miśka ganiają po łączce i lasku, korzystając z tych paru godzin swobody.


Miśka na tropie


Nuka szaleje na łące


Nuka i Miśka w lesie


Nuka szaleje w lesie


Nuka szaleje na skraju lasu


Rozwalam krecie kopce


Ostatnie kosztele


Póżnopopołudniowe niebo


Niestety, krótki był to wyjazd i raczej mało udany, a i zdjęcia nie wyszły zbyt dobrze: ciemne i dość niewyraźne, są świadectwem zarówno marnej pogody, jak i moich zerowych umiejętności fotograficznych.

24.10.2014

Rodzicielstwo - czy tylko dla wybranych?


Czasami nam się wydaje, że jesteśmy od innych o wiele, wiele mądrzejsi. A co za tym idzie, lepiej byśmy pokierowali cudzym życiem. Doradzilibyśmy wzięcie kredytu w tym, a nie innym banku; odradzilibyśmy kupienie domu na wsi; żyjącym w konkubinacie znajomych zalecilibyśmy wzięcie ślubu; młode małżeństwo namówilibyśmy na dzidziusia; wychowalibyśmy cudze dzieci.

I wielu przypadkach mielibyśmy pewnie rację. Nasza rada mogłaby ustrzec kogoś przed popełnieniem koszmarnego błędu. Ale czy to oznacza, że powinniśmy bezustannie kogoś pouczać? Wszak za nikogo życia nie przeżyjemy. Warto ostrzegać ludzi, warto im doradzać – ale z umiarem! Bądź co bądź to nie my poniesiemy konsekwencje, jeżeli nasze zalecenia przyniosą więcej złego niż dobrego.

A propos wychowywania dzieci – wczoraj zawitał do nas mój ukochany braciszek z córeczką. Ucieszyliśmy się z odwiedzin, zwłaszcza mama i Nuka (nasz duży pies), które okazywały Poli najwięcej atencji. W pewnym momencie trzeba było przy pomocy paru klapsów spacyfikować tę drugą, gdyż w porywie miłości zaczęła skakać na dziewczynkę. Jak już kiedyś wspominałam, nie jest to zbyt dobrze wychowany pies.

Pod koniec wizyty mój brat zrobił coś, co mnie trochę zirytowało, a mianowicie dał córce smoka. Ta praktyka drażniła mnie już wcześniej, cóż dopiero teraz, kiedy dziecko ma niespełna dwa lata. Mocno zniesmaczona, po raz pierwszy pozwoliłam sobie wyrazić krytyczną opinię na ten temat. Zrobiłam to jednak w sposób oględny i kiedy brat zbył mnie uwagą, że „ona tego chce”, zamknęłam się. Jestem w końcu tylko ciocią. Smoczek wydaje mi się obleśny, a zarazem zbędny, ale nic mi o jego rzekomej szkodliwości nie wiadomo. Muszę zatem uszanować wolę brata i bratowej, którzy postanowili córce w tej kwestii ustępować.




Czasami wraz z Lubym dywagujemy, jak też byśmy chcieli wychowywać nasze potencjalne potomstwo. Oboje zgadzamy się co do tego, że musielibyśmy wyprowadzić się na tyle daleko, by rodzice nie mogli się wtrącać w nasze metody ani nie próbowali narzucić celów. Dzieciństwo jest najważniejszym okresem naszego życia, nabiera się wówczas przyzwyczajeń, które mogą nam towarzyszyć aż do śmierci. Najchętniej w ogóle bym nie dawała dziecku smoczka, a na słodycze czy telewizję pozwoliła tak późno, jak to tylko możliwe. I bez przesady z zabawkami; Pola ma ich multum, a i tak najchętniej bawi się tym, co akurat nawinie jej się pod rączki. Nasze dziecko chowałoby się w otoczeniu zwierzaków, słuchałoby muzyki klasycznej, nauczyłoby się czytać w wieku 5-ciu lat, od maleńkiego wdrażałoby się w obowiązki domowe, itp., itd.

Nie obrażę się, jeśli napiszecie, że są to wywody rozmarzonego teoretyka. Jak by to było naprawdę Bóg jeden wie. Jedno jest pewne: nie życzylibyśmy sobie z Lubym nawału cudzych rad, nie mówiąc o nakazach czy zakazach ze strony domorosłych moralizatorów. Nie po to decydowalibyśmy się na dziecko, żeby kształtować jego charakter czy kręgosłup moralny według cudzych założeń. Naturalnie każdy będzie miał prawo ocenić, czy nasze wysiłki przyniosły dobre czy złe owoce. Ja przecież robię to samo, oceniając wychowanie cudzych dzieci. Przypuszczam, że popełnimy sporo błędów; będziemy pewnie wzywani do szkoły, dziecko będzie miało opinię trudnego, może nawet aspołecznego. A może jednak nie? Może będzie ciche, grzeczne, skore do współpracy? Nie wiem i nie zamierzam się tym specjalnie przejmować. Wychowamy je po swojemu, ustępując tylko wobec zaleceń lekarza, ewentualnie mądrych pedagogów. Albowiem wychowanie dziecka jest prawem i obowiązkiem jego rodziców (lub prawnych opiekunów), a nie całego społeczeństwa.

(Wbrew obawom niektórych moich gości, taki pogląd nie oznacza przyzwolenia na każde kurewstwo. Bicie, poniżanie czy zaniedbanie powinno skutkować umieszczeniem dziecka w placówce opiekuńczej, a w drastycznych przypadkach – całkowitym odseparowaniem go od rodziny. Są to jednak sytuacje absolutnie wyjątkowe.)

18.10.2014

"Bacz, byś nie zgłupiał od mądrości swojej"


Filozofia zawsze budziła moją głęboką nieufność, a nawet niechęć. Na początku było to zwykłe uprzedzenie laika do nieznanej mu i nierozumianej przezeń dyscypliny. Kiedy już jednak zetknęłam się z tym przedmiotem (najpierw w liceum, potem na studiach) utwierdziłam się w przekonaniu, że nie ma on zbyt wiele wspólnego z prawdziwą nauką, ta bowiem bada rzeczywistość, podczas gdy filozof onanizuje się rozważaniami typu „Czym jest byt?” lub „Czy prawdziwe poznanie jest możliwe?”, nie osiągając wszakże nigdy intelektualnego ani duchowego orgazmu, lecz definitywnie grzęznąc na mieliźnie własnych rojeń.

Wirtualne kontakty z absolwentami tego kierunku również nie pomagają. Czego bowiem mogłabym się od nich dowiedzieć o otaczającym mnie świecie? Mogę co najwyżej dostać burę za „niewłaściwe” użycie takich terminów jak „logika”, „moralność” czy „prawda”. ;) Tiaaa... Rozmowa z filozofem to ciężka sprawa. Wiedzą mojej głowy nie napełni, będzie chciał za to wydrzeć prawo do domorosłego mędrkowania – bo przecież on to studiował, ja zaś jestem tylko amatorem. :)

Zdania na temat przydatności filozofii są podzielone. Jedni jej bronią, inni – wykpiwają. Faktem jest, że dawni myśliciele dali podwaliny pod powstanie prawdziwej nauki: starali się odkryć rządzące światem prawa, łączyli przyczynę ze skutkiem. Jednak i oni nie byli wolni od pokus kreowania rzeczywistości. Tym bardziej nie mogą od tego uciec dzisiejsi adepci filozofii, którzy zdają się być do szczętu zanurzeni w abstrakcji. Wymyślają lub przynajmniej modyfikują zastaną rzeczywistość, wprowadzając w dyskurs publiczny najrozmaitsze idee.




Odłóżmy jednak te ponure rozważania na bok. Filozofów można się bać, można ich nie lubić, ale można też im współczuć. Społeczeństwo zaetykietowało ich jako nieprzydatnych do niczego dziwaków, którymi być może i są, ale niekoniecznie z własnej winy. Prawdopodobnie część z nich nie umiała się w niczym innym odnaleźć, oddawszy zaś filozofii jeśli nie duszę, to przynajmniej rozum, muszą się jakoś dowartościować, choćby poczuciem wyższości nad zakorzenionym w przyziemności pospólstwem. I niech im będzie na zdrowie, byleby nie zamęczali nas swoimi oderwanymi od życia teoryjkami.

* * *

Pod poprzednim wpisem z wielkim nadęciem perorowaliśmy o oddawaniu czci Szatanowi. W ramach odprężenia proponuję Państwu lekturę pewnego uroczego opowiadania, którego treść zahacza zarówno o filozofię, jak i o konszachty z diabłem. Autorem jest jeden z naszych najdowcipniejszych pisarzy, znany z wysmakowanego języka i rozbrajającego poczucia humoru. Tekst został ściągnięty z Internetu i porównany z wersją książkową, która wymusiła wprowadzenie paru kosmetycznych poprawek. Bon appetit!




Kornel Makuszyński

MEFISTOFELES


Filozof pewien położył się na łożu i obrócił się twarzą do ściany, aby umrzeć; myślał biedak, że to tak łatwo. Filozof to jest zawsze człowiek naiwny, taki, który sądzi, że można umrzeć przez roztargnienie albo wtedy, kiedy się komu podoba. A to nieprawda.

Umrzeć wolno człowiekowi, który tego nie chce. Można ominąć to prawo, chcieć i powiesić się, ale przecież filozof nie będzie się wieszał, jak byle jaki rozsądny człowiek.

Oto filozof ten przeszedł wszystko piekło ziemskie. Był pełen wiedzy, jak encyklopedia na raty; miał loty górne i spadał, zaplątawszy się w druty telefoniczne; miał pomysły ogromne, ale nie mógł znaleźć wydawcy; wiedział tyle, ile nie wiedział żaden z jego współczesnych. I nie zdało mu się to na nic. Więc przyszła na niego najpierw zgryzota i smutek, a potem melancholia, nieskończona melancholia, stworzenie, które powiek nie ma u oczu, melancholia, wychudła utrzymanka poetów, kuzynka nocy i śmierci.

Filozof siadywał w wypłowiałym fotelu i patrzył przed siebie. Na oczach miał mrok, który się w nie sączył z mózgu. Przyszła na niego bezwładność, a pierś mu gniotło coś niezmiernie ciężkiego, czego nie mógł zepchnąć ostatnim wysiłkiem chudych, wyschłych ramion, które były już tak chude, że nieraz nocą fosforyzowały w nich stare kości.

Filozof martwiał w swoim fotelu. Ile razy podchodziła ku niemu dobrze skrojona świadomość rzeczy, obracał się do niej tyłem z tą nieskończoną pogardą, która cechuje mędrców. (Wszak i Sokrates obracał się często tyłem do świata).

Chciał zwiędnąć tak i usnąć, aby się nie zbudzić, co się okazało rzeczą niewykonalną ze względu na trzepanie dywanów na gankach kamienicy, w której, jak wypłowiała lwica w klatce, zamknięta była dusza filozofa.

Dziś upił się melancholią jak fałszowanym winem i spowiadał się jej. Oto uczynił wiele i nie dokonał niczego. Życie zdało mu się jak wąska przestrzeń pośród wysokich, odrapanych murów, nie szanowanych bynajmniej przez psy i ludzi co gorzej wychowanych. Przeszedł przestrzeń i w ciemności o mur uderzył głową, tą głową, która była jak magazyn, jak spichlerz, co się przed szczurami ostał.

Zwątpienie zezowate i natarczywe podeszło ku niemu.

Filozof zwiesił głowę i milczał.

— O czym milczysz? — zapytało zwątpienie.

— O śmierci…

— O śmierci… — powtórzyło bardzo suchotnicze echo nie zamiatanego od urodzenia pokoju.

Filozof postanowił umrzeć.

I tak trwał w tym postanowieniu, a ono w nim. Dreszcz po nim przeszedł od czasu do czasu, rozpacz drapała go w plecy. Nie miał na świecie niczego, niczego nie chciał od życia.

— Nie ma ratunku! — rzekł sobie filozof — niechaj mi życie poda czarę z cykutą.

Ale życie to nie jest kelner – i filozof trwał dalej w postanowieniu swoim.

— Śmierć — mówił filozof w pustkę – jest kroplą ostatnią. Gorycz napełniła mnie po brzegi, a przeto umrę.

Rzekł, złożył starannie na krześle ubranie i położył się, aby umrzeć.

W łóżku rozparła się samotność.

— Posuń się — rzekł filozof — ja będę umierał…

Leżał tak już dwa dni — i nic.

W mózgu czuł wir, który zaczął szaleć. Z powały padał mu na oczy jakby czarny śnieg; w ustach czuł czczość i nudę. Coś w nim drgnęło.

— To śmierć — pomyślał filozof.

— To ja — obruszył się żołądek i warknął.

Więc się biedny, zbankrutowany filozof wpatrzył w sufit i czekał.

Pająk ogromny krążył nad nim i snuł sieć. Na dworze padał deszcz i noc w zabłoconych butach, ociekająca wodą, tłoczyła się do przybytku śmierci. Chciał jej bronić wstępu, wołał coś w stronę drzwi biedny filozof, ale go odsunęła brutalnie i zasypała mu ciemnością oczy.

Jęknął tylko i obezwładniał.

Leżał tak długo i słuchał. Noc włóczyła się po izbie, łaziła po półkach, bo skrzypiały jak pod czyimiś stopami, szeleściła kartkami książek, dzwoniła palcami o szyby. Słyszał jej kroki: chodziła miarowo, jak człowiek, który się zamyślił i chodzi cicho. Widocznie przystanęła obok łóżka; schyla się i zimnymi rękoma wodzi po twarzy.

Pot mu wyszedł na czoło.

Zaszeleściła jak powiew:

— To ty?...

— Ja jestem… Umieram…

— Nie umrzesz.

— Muszę…

— Nie umrzesz; będziesz żył jeszcze długo….

— W męce?!

— W męce… Nie krzycz tak głośno! W męce będziesz i nie znajdziesz tego, czego szukasz.

— Ooo!… Ooo!…

— Nie znajdziesz…

Zaczęła chodzić miarowymi krokami. Przystanęła na chwilę, kiedy w oddali zaczął dzwonić zegar na jakiejś wieży; liczyła pewnie swój czas, albowiem wczoraj zarżnięto w kamienicy ostatniego koguta.

A filozof coś postanowił.

Wstawał blady z łoża boleści i chwiał się na nogach, koło których jaki głupszy powój mógłby się snadnie owinąć, wziąwszy je za dwie tyki. Zapalił świecę i szklanymi oczyma rozejrzał się dokoła.

Noc. Cisza…

Noc, zmrużywszy oczy przed światłem, przesiąkła przez szyby i wyciekła za nie. A on wyglądał strasznie: siedział w koszuli jak w całunie trupim i z wytężeniem wpatrywał się w karty jakiejś potwornej księgi, po których skakały, jak pchły, czarne litery. Chwila była okropna. Wszystka krew uciekła mu z twarzy, włosy miał rozwiane i brudną koszulę. Czytał coś półszeptem i podnosił się jednocześnie z fotelu. Aż za chwilę szept stał się krzykiem jakby mordowano rzeźnika. Filozof stał wspaniały w krwawym świetle dychawicznej świecy, która czyniła ostatnie wysiłki, aby z siebie cokolwiek wydobyć światła. Filozof ręce wyciągał sztywnie w górę i wołał, wołał, jakby kogoś na ratunek.

Filozof zaklinał diabła.

Chwila tej strasznej ciszy, która poprzedza rzeczy wielkie; wszelki krzyk i szmer wszelki stanęły w cieniu z otwartymi na poły ustami, nie śmiejąc siebie dokończyć. Zdawało się, że komnata jest ogromnym wnętrzem dzwonu, w którym do brązowych ścian tulą się echa konające i w którym serce, od nagłych rozgrzane uderzeń, umarło i stało się sztywnym.

Była chwila takiego oczekiwania, które mrozi krew w żyłach, jeżeli człowiek nie ma zwapnienia aorty; tego czekania, że tak powiem, w trumnie, zanim uderzą młotkiem w gwóźdź ostatni; tego oczekiwania, którego mękę przeżywa człowiek przed otwarciem testamentu ciotki, która się między mumie przeniosła.

Straszna chwila — i drugiej takiej nie mógłby przeżyć filozof czcigodny, pod którym nogi, z rzadka obrosłe, drżały, jakby nie wiedząc, co właściwie innego w sytuacji takiej z sobą uczynić. Filozof patrzy, sam nie wiedząc gdzie, wzrokiem, który był gotów na przyjęcie diabła. Zaprawdę, był to wzrok szatański.

Aż nagle… och!… serce filozofa poderwało się z miejsca jak spłoszony zając – nagle ozwał się w kącie suchy trzask. Ktoś niewidoczny potarł zapałkę o pudełko… Przeto świeca filozofa targnęła silniej trzewiem z nici i rozbłysła jaśniej. Filozof ani drgnął, tylko nogi pod nim drżały lekkomyślnie na rachunek własny.

Z mroku zakurzonego kąta wyszła przepyszna postać. Trochę z oberwańca, trochę z arystokraty. Senatorski, pyszny nos, rozstrzelone, zamglone nieco oczy. Brwi pięknie zrosłe nad czołem. Wysoki, chudy, bardzo wymizerowany pan. Strój mocno zaniedbany, atłasowy i niegdyś może czarny. Szpada u boku niepomiernie długa na powiązanych w guzy jedwabnych sznurkach. Zadzierżyste obuwie, wykrzywione histerycznie, choć nie bez pewnego rodzaju pijackiej fantazji.

Figura rozdęła nozdrza i z politowaniem obejrzała się po pokoju; potem zwróciła się w stronę filozofa, którego noga lewa nie wiedziała, co czyni prawa.

Podszedł bliżej i wziął się pod boki.

— Pan mnie prosił o przyjście?

Filozof dobył z siebie jakąś zbankrutowaną resztkę głosu:

— Ja, panie.

Figura zrobiła grymas.

— Pan nie mógł wybrać lepszej pory? Czas jest psi.

— Umierałem…

— To trzeba było umrzeć; któż panu przeszkadzał?

— Nikt; ja właściwie chciałem, ale nie mogłem umrzeć.

— Chciał pan, ale pan nie mógł… Niech pan usiądzie i niech się pan okryje kołdrą; zimno jest, a pan tylko w koszuli.

Filozof posłusznie spełnił zlecenie, potem usiadł.

Figura, usiadłszy również, patrzyła na niego znudzona:

— No i cóż?

Filozof spojrzał śmielej.

— Powiem, tylko z kim mam…?

— Mefisto! Mógłby pan być tyle bystry, żeby mnie poznać. Łażę po wszystkich wariatach.

— Mefisto!…

— A tak… Każda chórzystka poznałaby mnie od razu. A czymże pan jest z przeproszeniem?

— Filozof.

Mefisto jakby połknął muchę.

— Jeszcze jeden? No, i czegoż pan?

— Przecież pan chyba wie…

— Nic nie wiem, nic nie wiem. Niech się pan streszcza i mówi prędko, bez przenośni i bez kwiatów! Mój czas jest drogi.

Filozof zaparł dech w piersi, a potem:

— Ja,. widzi pan, jestem zbankrutowany filozof… Jak by to panu powiedzieć, zupełnie jak Faust…

Mefisto gwizdnął na temat z Boity.

— Patrzcie! jak Faust!…

— Tak, panie, jak Faust. Zupełnie jak on.

— Ile pan ma lat?

— Siedemdziesiąt.

— Ładny wiek… I nie może pan umrzeć?

— Chciałem.

— Przecież tyle jest środków.

— Jestem filozof, panie…

— No i cóż?

— Filozof nie umiera, jak diurnista, co się kocha nieszczęśliwie. A zresztą, ja uprawiam zawodowo optymizm.

— Słusznie… Słusznie…

Mefisto patrzył bezczelnie.

— I czego pan chce?

Filozof zrobił gest teatralny:

— Młodości! Życia! Powrotu!

Mefisto wziął się za boki i z zadowoleniem rozparł się w fotelu.

— Czy podobna?! Młodości?!…

— Tak, i życia, i powrotu!

Filozof szalał.

— I za to pan daje?

— Pan nie wie? Duszę!

Mefisto skrzywił się z politowaniem.

— Czegoś lepszego pan nie ma?

— Co takiego? — zdumiał się filozof.

— No, czegoś lepszego?

— Nie rozumiem pana. Daję to, coś pan zawsze brał i co mam w sobie najlepszego.

Mefisto się niecierpliwił.

— Bynajmniej, kochany panie. Pan myśli, że dla mnie dusza to taki nadzwyczajny ananas, a pan się myli. To dobre dla pańskiego biografa albo dla reportera, który doniesie o pańskiej śmierci. Co ja zrobię z pańską duszą? Wierzy pan w piekło?

— Nie…

— No, widzi pan! I czegóż pan chce, do stu diabłów? Co z pana za filozof?

Filozof chwycił się za głowę.

— Jak to? Więc co pan właściwie robi?

Mefisto skrzywił się wesoło.

— Kto? Ja? Robię to, czego by nie robił nikt, gdyby robił to, co ja robię.

— Pan drwi… Pan zawsze drwił.

— I teraz, filozofie, widząc, że się pan kurczy jak wielka własność szlachecka. A pan mnie nudzi.

Filozof miał minę złą.

— Więc panu nic po duszy?

— Nie mam magazynu tandety.

— I pan mnie nie odmłodzi?

— Nie jestem obowiązany. Idź pan do fryzjera.

— Więc po co żeś pan przyszedł?

Mefisto był poirytowany. Spojrzał na filozofa jak na wariata.

— Pan się pyta, po com przyszedł? A czemuś się pan darł jak niemowlę, jakby panu zęby rwali? Co mnie to obchodzi, żeś pan zbankrutował razem ze swoim systemem? Co to w ogóle kogo obchodzi? Przyszedłem, bo takie już mam niemądre przyzwyczajenie. A pan pewnie myślał, że ja panu na poczekaniu sprokuruję młodość i piękną kobietę na pociechę nowego życia. Nie, panie, ja nie jestem stręczyciel…

— Aleś pan niegdyś stręczył…

— To pana niech nie obchodzi Zresztą inne były czasy, inni ludzie. A co pan jest?

— Jak to co?

— Zlepek, zdrutowany garnek; powywracał pan do góry nogami to, co stało na głowie, i zdawało się panu, żeś dokonał wielkich rzeczy. Płodził pan filozofię na temat końca nosa. Zdawało się panu, żeś pan zrobił rewolucję, a pan jest błazen.

Filozof zgrzytnął wspomnieniem zębów:

— Panie!

Mefisto się tymczasem rozsierdził.

— …Jęczał pan, udawał pan prawowiernego, czytał pan „Głos Organistów”. I za to zrobili pana suplentem. Czyż nie tak? No, niechże pan powie? Czyż nie tak?

Filozof spokorniał.

— Nie szło, więc pan stanął na głowie, tłukł pan głową o mur, wrzeszczał pan wniebogłosy i groził pan końcem świata. Coś pan tym pewnie wytargował. Ma pan jeszcze tę czerwoną krawatkę?

Filozof skłonił głowę na piersi.

— …A widzi pan. Na starość pan filozofem został. Myśmy już takich widzieli… Mełł pan otręby jak wiatrak, co kto gdzie panu nasypał w gardło. Pan myślał, że duszę można obracać na rożnie jak kurczę i polewać zgniłym sosem. A tak nie można… Zresztą, proszę pana! Takich jak pan jest milion. Byle idiota kładzie teraz mokry parasol do łóżka, a sam staje w kącie i myśli, że już filozofem został. Co pan wie? Platona pan umie na pamięć? Ja także. I to już wszystko?

— Napisałem traktat…

— O czym takim?

— O moralności kłamstwa.

— Pan?

— Ja…

Mefisto spojrzał niechętnie.

— Więc to pan spłodził… A ja o ten traktat podejrzewałem jeszcze marniejszą figurę. Pański traktat? Poza na rewolucyjność, gadanie bez przekonań, filozofia bez kręgosłupa, rzecz przy tym tchórzliwa, szablon i nędza. Ohydna prawda wyłazi z pańskiego kłamstwa, jak wnętrzności z rozprutego żelaznego brzucha, ta podła prawda, która tylko dlatego chodzi naga, bo jest żebracza i nie ma się w co przyodziać. Głupia prawda, filozofie!

— Pan się diablo uprzedził, Mefistofelu…

— Nie, kochany panie, tylko pan pochodzi z tej czeredy, która szpik ma w kościach wyschły do cna i nie widziała nigdy słońca. Pan się, filozofie, wywodzi z tego ohydnego tłumu, który dusze powyciskał jak cytryny, tak, że zgniłe są, pomarszczone i żółte. Niekształtną pałubę z życia sobie pan zrobił na starość i czci pan bałwana. Pan nie umiał być lekkomyślny nigdy i w niczym. Szaleństw od pana się już nie żąda. Pan, drogi filozofie, nie miał odwagi skoku, pan wciąż tylko pełzał, gryząc ziemię jak gad. A to może dobre dla chwały niebieskiej, po odpowiednim nawróceniu się, dla uczynienia zadość formalnościom. Dedalom i innym takim aeronautom wstęp do nieba wzbroniony.

Spojrzał na filozofa spode łba.

— Pana to dziwi, co ja mówię, nieprawdaż?

— W istocie…

— Nic nie szkodzi… Cieszy mnie, że pana jeszcze cokolwiek dziwi. Człowiek, który się już niczemu nie dziwi, ma pewnie znieczulony mózg. Paralysis… A widzi pan, ja to mówię, gdyż ja jestem stary romantyk. Na tym wykrzywionym obuwiu mam jeszcze pył z lepszych dni… Widzi pan — o! szpadę jeszcze noszę, bo mnie to bawi, tak bawi mnie i przypomina mi rzeczy milsze ponad wszystko. Miałem swoje piękne szaleństwa, a teraz żyję wspomnieniem, poezją wspomnień i poezją szaleństw, po których mi nie zostało nic, prócz tej długiej szpady i tego koguciego ogona, co mi się nad czołem chwieje…

Skłonił głowę na piersi i zamyślił się. Długie nogi wyciągnął przed siebie i milczał długo. Potem, odetchnąwszy, zaczął mówić ciszej i jakby ze smutkiem:

— A wie pan co? Nie powinienem tego mówić, ale mnie pana żal… Mnie wszystkich żal, wszystkich zmarnowanych pysznych głów, wszystkich tych dusz, które by mogły jak latarnie morskie świecić na fundamencie skał, a świecą zgniłym próchnem, które obnoszą nocami, bo się wstydzą dnia. Ot, Lucyferowie z prowincji! I pana mi żal… Ale pan w sobie nie ma nic, no nic!… Żeby jaki łachman, w którym chadzał niegdyś poeta czy rycerz. Nic… nic… Mumia pan jest, zawinięta w śmiertelne zgło — mumia, z tych, które życie sobie fabrykuje do swojego muzeum. Pan i panu podobni jesteście jak ryby nasolone filozofią, aby nie było czuć zgnilizny. Jesteście liście, które w błoto spadły. A to już wstrętne… Bo widzi pan filozofie, ja mam swoją poezję i dlatego żal tak przeze mnie w twoją stronę złorzeczy. Wspomnienia mnie kolą w oczy, jak gdybym w słońce patrzył! Ot, i na co mi przyszło!… Niech pan sam powie! Włóczę się jak nędzarz, co majątek stracił, i nie mogę na nic patrzeć bez żalu…

Głos mu bardzo drżał.

Filozof spojrzał na Mefistofela zaciekawiony. Zdawało mu się, że w tym niezmiernie miłym, dźwięcznym głosie zadrgały łzy. Chciał zagadać, ale Mefisto położył sobie rękę
na oczy i tak trwał.

— Lascia, ch’io pianga… — szepnął z patosem, jak stary aktor.

Chwila ciszy, jakiejś bardzo pięknej ciszy, która nie śmie odetchnąć, byle tylko uszanować milczenie.

Mefisto brzęknął szpadą.

— Melancholik jestem… Melancholia mnie gryzie jak rdza moją szpadę. I oczy  mnie od czasu do czasu pieką. Płakał pan kiedy?

— Nigdy…

— To źle. Ja płakałem, może być dlatego, że mam trochę kobiece usposobienie, a może i dla czego innego. Wtedy zwykle czytam Danta. To mnie uspokaja, kiedy po raju z Dantem błądzę…

— Pan tak poezję kocha?

— Kocham! Sam jestem trochę poeta, podobno stylowy nawet. Wydzwaniałem niegdyś rymy szpadą, że mi wiersze spływały krwią. Lubiłem awanturę piękną, złocistą, bajeczną awanturę, która niepokoiła noc i ludzi, szaleństwa do niczego niepodobne… Zdawało mi się nieraz, że jak rycerz trubadur szaleję pięknie… Co mówię! Jak św. Jerzy! O, filozofie! Śpiewałem madrygały i całowałem róże… Wychował mnie wiek, który piersi miał szerokie, wiek, co na mieczu spał i na lutni. Piękny wiek… Tak jest! Kocham poezję i wściekłość mnie bierze na myśl, co ze mnie zrobił taki gbur Marlowe lub inny jemu podobny. A wy? Wy wszyscy jesteście suchotnicy i dlatego znieść was nie mogę, antypodów własnego myślenia, manekinów, rafinowanych fałszerzy wartości wszelkich.

Filozof spojrzał smętnie, jak dziecko.

— Nie ma nadziei?

— Żadnej, filozofie. Będzie gorzej. Wszystko jest jałowe i wszystko jest mdłe; nie macie płuc ani nie macie serc, macie mózgi i macie żołądki. To miało walor , kiedy trzeba było zakuty plebejski tłum namówić do powrotu w rzymskie mury. A dziś? Gdzie są wasze serca? Imitacje, szczątki, wspomnienia serc?! Jesteście jak automaty w muzeum woskowych figur, najmądrzejszych, jakie były kiedykolwiek. I płodzicie w dalszym ciągu, ludzie bez fantazji, dla zachowania gatunku, który by należało zachować w spirytusie…

— Tak… — jęknął filozof.

— Niech nie życie stwarza was, lecz wy stwarzajcie życie. Bezczelnym trzeba być, aby cię nie zagłuszył grzmot, byle dzwon, byle krzyk. Urodzić w sobie trzeba odwagę, aby ci nie drżały nogi, filozofie, jak w chwili, kiedyś mnie ujrzał… Filozofia? Powieś najpierw ją, a potem siebie. Mózg ci rozcieńcza i pęta ci nogi. Filozofie! Czy byś potrafił, na przykład, na moim płaszczu wznieść się ze mną w chmury?

Filozof milczał.

— A widzisz… A byli tacy, co latali i ocierali się o gwiazdy i myli zbrudzone w szynkowni ciała w powodzi słońca. Byli tacy i byli piękni. Wznieś się tak, a będziesz pierwszy wśród pierwszych. Ty myślisz, że idziesz na czele, a ty tylko uciekasz, filozofie. To nie nietzscheanizm. Tak jest! Uciekasz przed wszystkim, a szczególnie przed tą hołotą, która się tobą bawi, bo jej jesteś potrzebny. Ty jesteś dla niej pajac i nic więcej. I rozpacz cię dlatego żre i umrzeć chcesz – tchórz pan jest, kochany panie…

— Tchórz, powiadasz?

Filozof mówił bezdźwięcznie i bardzo cicho.

— Tak, tchórz. Podłości i szarzyźnie pluje się w pysk i nie robi się dyskusji. A ty uciekasz. Niech ktoś w tłumie krzyknie, a ty podnosisz połę chlamidy i gubiąc złote myśli, uciekasz jak stary jeleń. Czy ustąpiłem kiedy tłumowi? Nigdy. I tłum mnie za to czci, a ja nim gardzę. To nie jest arystokratyzm, to filozofia, która siebie czcić każe i bóstwa w sobie szuka. Ale tobie tłum jest potrzebny. Ty, nawet uciekając, starasz się nie zginąć tłumowi z oczu. Chcesz, aby cię tłum widział. Nie miałeś nigdy odwagi samotności, a to jest wielka odwaga.

Mefisto westchnął ciężko i na gardzie szpady wsparł obie ręce.

— Tak… tak, filozofie, rzeczy są przykre. Stwórz sobie tedy romantyzm i szalej. Wtedy będziesz piękny. Szalej! Szaleństwo jest czymś pod słońcem najpiękniejszym, jak burza, jak wulkan, jest wyzwoleniem duszy, jest hymnem krwi i serca. Niszcz i łam, aby ktoś mógł budować, jeśli ty już nie zdołasz. Może kto zbuduje Babel?… Kto wie?… A potem odejdź w samotność…

Spojrzał na filozofa, który jakby zastygł w bólu; więc Mefisto głos podniósł :

— …albo ukochaj, ukochaj coś do szaleństwa! Nie kobietę! Szkoda czasu i atłasu, który jej kupisz na suknię. Z kobiety uczyń sobie epizod, jeden akt wesoły, piosenkę, pijaństwo nocy po dniu, w którym znużyłeś duszę, bo inaczej stracisz to, coś zdobył. Każ jej odejść w chwili stosownej…

Filozof patrzył na niego i nie słyszał już nic. Twarz miał Mefisto zmęczoną bardzo i gorzko uśmiechniętą.

Przez okno tłoczył się brudny świt, bezbarwny i nędzny.

Mefisto powstał.

— Ja pana pożegnam…

— Już?

— Już! Dzień wstaje.

Filozof spojrzał przez łzy.

— Jak to – i nic?

— Cóż ma być?… Chociaż żal mi pana. Nawet bardzo mi pana żal. Nie odmłodzę pana, bo to żaden interes dla mnie, dusza pańska przyda się psu na buty, ale coś bym dla pana chciał uczynić.

Zamyślił się, szeroko rozkraczywszy nogi. Filozof patrzył błagalnie w oczy jego, jak zgłodniały pies.

— Widzi pan, ja mam trochę wpływów, filozofie, więc jedno panu zrobię. Postaram się o to, abyś pan został docentem prywatnym na uniwersytecie. Zgoda?

Filozof się zatoczył i nie mógł wymówić słowa.

Mefisto skinął mu ręką, podniósł kołnierz czarnej niegdyś peleryny i rozpłynął się w kącie w mgłę.

Filozof stał jak słup soli bydlęcej.

Zdaje się, że myślał ciężko. Pot mu spływał wielkimi kroplami z czoła.

Potem się powiesił na klamce.

O, filozofie!…

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...