24.02.2014

De gustibus...


O mało nie padłam ze śmiechu, kiedy mój zacny ojciec oznajmił, iż jeden z jego studentów uparł się, by pisać pracę magisterską z Terry'ego Pratchetta. A konkretnie – z „Piramid” i „Muzyki duszy”. Wnioskując z miny ojca, nie był tą decyzją zbytnio uszczęśliwiony. Spytałam, czy książka jest (w myśli dodając „chociaż”) zabawna. Skrzywił się i odparł, że nie. „Ach, ojcze! – pomyślałam wówczas z rozbawieniem. – Padłeś ofiarą trwającej od ponad dekady Pratchettomanii!” Kiedy po jakimś czasie znowu go spytałam o wrażenia z lektury, skrzywił się i odparł: „Pratchett jest do dupy”.

Pod wpływem tej – jakby nie było – błahostki naszły mnie wspomnienia. Dziewczęciem będąc, zauważyłam, iż moi rówieśnicy (wówczas uczniowie szkoły podstawowej) szaleją na punkcie „Sagi o ludziach lodu” tudzież Williama Whartona. Ponieważ mądre naśladownictwo wspomaga rozwój tak jednostek, jak i cywilizacji, stwierdziłam, że warto osobiście sprawdzić przynajmniej jeden z tych literackich tropów. Nabyłam „Franky’ego Furbo” i zagłębiłam się w lekturze. Po parunastu stronicach wymiękłam. Nudy na pudy. Może nie dorosłam do historii o mówiącym lisie?

Kilkanaście lat później próbowałam „wejść” w Coelho. Gdzieś po drugiej czy trzeciej stronie stwierdziłam, że to nie dla mnie. I chociaż „Alchemik” był prezentem, bez wahania się go pozbyłam.

Znajomy zachęcił mnie do sięgnięcia po Pilipiuka, a w szczególności – cykl o Jakubie Wędrowyczu. Zakupiłam na próbę „Weźmisz czarno kure”. Pierwsze opowiadanie zachwyciło mnie; następne było niezłe; kolejne – znośne; czwartego nie zdołałam doczytać i odłożyłam książkę w poczuciu osobliwego przesytu. Podobnie jak „Dziennik Bridget Jones”, była to lektura strawna wyłącznie w małej dawce.

Przesłuchałam parę opowiadań Kinga z tomu „Szkieletowa załoga” i stwierdzam, że raczej nie sięgnę po którąkolwiek z powieści. Nie, to nie jest zły pisarz. Kreuje całkiem wiarygodne światy, zaś umiejętnie pleciona fabuła do końca pozostawia nadzieję na przyjemnie szokujący finał. Niestety, owa nadzieja niemal zawsze okazuje się płonna.

Czego nawet nie tknęłam? Sapkowskiego, Rowling, Martina. O Stephanie Meyer nie wspominając. Wystarczy mi, że miałam nieszczególną przyjemność obejrzenia ekranizacji ich dokonań – czasem w całości, a czasem fragmentarycznie. No, trochę z tą „nieprzyjemnością” przesadzam. Pierwszy „Harry Potter” był zachwycający. Ale oglądałam go mając zaledwie 21 lat i byłam wówczas na tyle dziecinna, że po seansie długo nie mogłam przeboleć, iż nie jestem o dziesięć lat młodsza i nie mogę – na podobieństwo trójki głównych bohaterów – załazić za skórę dorosłym idiotom. (Teraz, jako w pełni dojrzała kobieta, mogę to robić bez uciekania się do pomocy magicznej różdżki. ;))

Z czego to wynika? Być może ze zbyt wygórowanych oczekiwań. Pamiętacie jeszcze skok Baumgartnera? Przez dwie i pół godziny wznosił się w szczelnej kapsule ku niebu, by w końcu się zatrzymać na wysokości niemal 40 km. Wypełniając krok po kroku niezbędne procedury rozhermetyzował kabinę, wypełzł ostrożnie na zewnątrz, a potem runął w dół. Ech, żebyśmy mogli chociaż podziwiać widoki z zamieszczonych na hełmie skoczka kamer... Nic z tego. Mogliśmy jedynie obserwować maleńką kreskę pikującą w dół, która przez pewien czas koziołkowała, potem znowu sunęła prościutko, a w końcu otworzyła się nad nią czasza spadochronu. Kiedy stopy śmiałka dotknęły ziemi, poczułam coś, czego trochę się wstydzę: lekkie rozczarowanie. Czyżbym liczyła na to, że coś się stanie? Oj, nieładnie z mojej strony. Przecież każde odstępstwo od dokładnie zaplanowanej i skrupulatnie monitorowanej akcji oznaczałoby dla Baumgartnera mniej lub bardziej poważne kłopoty. Dlaczego zatem nie wiwatuję na cześć śmiałka, który pobił trzy rekordy i przekroczył prędkość dźwięku? Skąd ten zawód? Odpowiedź brzmi: spodziewałam się „czegoś więcej”.

Tak samo jest z literaturą. Chcę „czegoś więcej” niż pseudofilozoficznego bełkotu czy banalnej intrygi w jeszcze banalniejszej scenerii. W ciągu ostatnich lat stałam się szalenie wybredna i niecierpliwa (przyznaję, iż jest to w znacznej mierze efekt nadużywania Internetu) i nie silę się na dłuższe obcowanie z lekturą, jeśli nie wciągną mnie pierwsze trzy strony.

Fantastykę – i owszem – lubię, lecz zdecydowanie wolę horror lub science fiction niż typową fantasy. Choć i ten rodzaj literatury miałby u mnie spore szanse, gdyby tylko raczył się wygramolić z beznadziejnych, zgranych do cna schematów i porzucić magiczno-smoczo-wampirzy grajdołek. Kiedy przeglądam recenzje nowości i natykam się w opisie fabuły na wzmiankę o osieroconym dziecięciu wychowywanym przez czarownika/szamana, które to dziecię jest ostatnim potomkiem królewskiego rodu i – prędzej czy później – musi walczyć o odzyskanie należnego mu tytułu (oczywiście w towarzystwie wojowniczej baby, dowcipkującego przydupasa tudzież wiernego wierzchowca, którym niekoniecznie musi być koń), to już wiem, że to nie jest książka dla mnie.

Naturalnie czytelnik zmiennym jest. To, co kiedyś odrzucał jako nudne i głupie, może mu się nagle szalenie spodobać. I na odwrót – uwielbiane dawniej lektury stają się dlań straszliwie męczące. Tak więc nie zarzekam się, że nie sięgnę nigdy po Coelho czy Whartona, tak ja nie mogłabym przysiąc, że nie tknę nigdy owoców morza. Jednak na dzień dzisiejszy zarówno za tego typu literacką, jak i morską strawę – podziękuję.

48 komentarzy:

  1. Mamy zadziwiająco podobne awersje literackie! Też nie trawię ani Prachetta, ani Coehlo, ani nawet Pilipiuka. Sapkowskiego nie pamiętam, czy kieykolwiek coś przeczytałem - nie ciągnie mnie.

    No ale u mnie to wynika z zamiłowania do.... filozofowania właśnie! Zwyczajnie uważam, że Coehlo to szarlatan, który tylko podszywa się pod mędrca. Gdzie mu tam do Lema!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Lema znam tylko z "Bajek robotów" i to zaledwie paru. Czytałam zresztą, że jego wizje przyszłości są anachroniczne i że trochę przynudza. A ponieważ cudze opinie są dla mnie dość istotne, jeśli chodzi o wybór lektury, to poczułam się kapkę do tego pisarza zniechęcona. Dla mnie najistotniejsza jest opowiadana historia, filozofowanie może być na dokładkę (choć nie powiem, z przyjemnością przeczytałam ok. 10 lat temu "Man and superman" Shawa).

      Usuń
    2. Pamiętaj, że Lem pisał głównie w latach 50-tych i 60-tych. Zważywszy na stan techniki w tamtych czasach niezmiernie trudno było Lemowi nakreślić przekonującą wizję przyszłości, podobnie jak dla nas jest trudno przewidzieć, co się stanie za następne 50 lat. Np. w "Star Treku" bohaterowie komunikują się ze sobą za pomocą komórek wielkości cegieł - dla ówczesnego scenarzysty było to tak niewyobrażalne, że po prostu przez myśl mu nie przeszło, aby zminimalizować to urządzenie do rozmiarów współczesnych komórek, nie wspominając już w ogóle o podłączeniu tych urządzeń do ogólnoświatowej sieci.
      Abstrahując jednak od tych anachronicznych opisów Lema, to niektóre jego pomysły są ponadczasowe i nadal wychodzą poza schematy nakreślone przez innych pisarzy s-f, jak np. planeta zamieszkała przez żyjący ocean - Solaris plus aspekty psychologiczne związane z próbami porozumienia się tego żyjącego bytu z człowiekiem - dla mnie to zawsze będzie wyższa półka s-f, niedostępna dla większości innych pisarzy.

      Usuń
    3. @Kira
      Taki "Solaris" na pewno nie przynudza. Kreuje świat o wiele ciekawszy niż większość /o ile nie wszystkie/ powieści SF, niesamowicie plastyczny i wiarygodny. Lemowi udała się w tym przypadku rzadka rzecz: uniknął wielu pułapek, w jakie wpadają futuryści i stworzył coś, co można polecać czytelnikowi bez zażenowania nawet po 50 latach od wydania; co więcej, książka w ogóle nie trąci myszką. A że Lem nigdy nie był mistrzem budowania portretów psychologicznych postaci ze swoich książek - no cóż, nie taka rola tego gatunku...
      Antydogmatyk

      Usuń
    4. Kurde, ale ja widziałam film (z Clooney'em). Nooo, nie cały, ale... ale czy książka może mnie czymś zaskoczyć?

      Usuń
    5. Tę książkę dość trudno przełożyć na język filmu i w tym wypadku nie do końca się udało... Napiszę tylko tyle.
      Antydogmatyk

      Usuń
    6. Film nijak się ma do powieści. I, moim zdaniem, "Solaris" to tylko najbardziej spektakularny z całej serii Lemowych "ponadczasowych klasyków" - "Głos Pana", "Niezwyciężony", "Eden", Golem XIV", "Kongres futurologiczny" też się nie zestarzeją. Nawet powieści nie do końca udane, jak "Wizja lokalna", czy niemal całkiem nieudane, jak "Pokój na Ziemi" czy "Fiasko" - i tak zawierają takie elementy, wobec których fakt, iż bohaterowie muszą czekać, aż im się lampowy "mózg elektronowy" nagrzeje, a wyniki badań zapisują na taśmie perforowanej, naprawdę nie ma znaczenia. Ja tam zresztą techniki w ogóle nie lubię i nie czuję i mam to gdzieś...

      Usuń
    7. @Kira, Anty...
      tak szczerze mówiąc, to dlaczego akurat takie ciśnienie było na ekranizowanie "Solaris"?... może dlatego, że małe koszta scenografii?...
      ale jedno jest pewne, że i film Tarkowskiego, i ten drugi, amerykański to są dwie osobne bajki, zaś sama książka jest jeszcze osobniejsza...
      czyli odpowiedziałem Ci Kiro na pytanie "ale czy książka może mnie czymś zaskoczyć?"...

      Usuń
    8. Dziękuję wszystkim za opinie. :)

      Usuń
  2. Oj, strasznie jesteś wybredna z tymi książkami :)
    Myślę, że jak w końcu znajdziesz jakąś książkę odpowiednią dla siebie, to powinna ona mieć tytuł: "Książka w sam raz dla Kiry" ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jest wiele takich książek, tyle, że one są poza "mainstreamową" literaturą. :)

      Mój wpis to tylko luźne dywagacje, nie zamierzam deprecjonować niczyjego gustu. :)

      Usuń
  3. Sapkowski wg mnie jest dobry, acz przewidywalny. Jak masowa produkcja dla supermarketów. Uwielbiam czytać go w pociągu czy samolocie. Doskonale się do tego nadaje. Coelho - może być, gdybym miał ze 20 lat mniej. Ale czasami miło poczuć się nastolatkiem i uwierzyć... Lem? Dobry obserwator, w dodatku dowcipny. Złego słowa nie powiem. Piekara - dowcipny, przewidywalny, znakomity do samolotu. A w połączeniu z alkoholem i przekąskami wręcz wyśmienity. Gorzej jak są turbulencje : )
    Whartona dostałem jako prezent: "Spóźnieni kochankowie". Nie wiem, gdzie jest. Chyba w biblioteczce "C". A może "D"? Albo oddałem Rodzicom? Lubię Dołęgę - Mostowicza. Raczej wolę strzelać tytułami, które lubię, niż nazwiskami. "Paragraf 22", "Cienka, czerwona linia", "Madame" Libery. Lubię zanurzyć się w klimat. I odpocząć od literatury fachowej.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. "Paragraf 22" jest książką genialną: przesyconą humorem słownym, sytuacyjnym, postaciowym... A przy tym wszystkim jest - momentami - szalenie smutna i dołująca.

      Usuń
    2. No,proszę-tez tak uważam,przede wszystkim jest to książka,ktora się nie zastarzała.Fantasy to zdecydowanie nie moja bajka,choć naprawdę świetnie bawiłam się przy Tolkienie ,przeczytanym dopiero w ostatnie wakacje :) (może to kwestia nastroju,luzu? ) .gust ,upodobania literackie zmieniają mi się z wiekiem,jednak do niektórych wracam.Coehlo to tez zupełnie nie moja bajka,jest słodko nudno moralizatorski,nieeee...Madame -tak,bardzo ,lubię Chwina,Isabel Allende,Johna Irvinga,ale też np. nie tak dawno z przyjemnością przeczytałam ponownie " Sagę rodziny Forsythe'ow".Nie przebrnęłam przez "Atlas chmur" .Nie zestarzał mi się "Mistrz i Małgorzata",teraz go słucham .Lubie jednak też literaturę zdecydowanie mało ambitna-thrillery do czytania w pociągu,samolocie:) .Lema kiedyś uwielbiałam "Cyberiadę ",chyba sięgnę po nią znow.Myslę,że ocena książki zależy też od naszego nastroju w danym momencie

      Usuń
    3. zestarzała

      Usuń
    4. Oczywiście nie wymieniłem wszystkiego. "Mistrz i Małgorzata" ma honorowe miejsce w biblioteczce "A". Potem mam biblioteczkę "B" z literaturą lekką typu Sapkowski, Piekara... "C" z polityczną, językową i odrzutami po pozostałych. Potem naukowa, następnie książki, których się wstydzę, że je kupiłem, kolejno literatura, która mi pasowała 20 lat temu i jakieś tam złomowisko. Masa tego jest, w szczególności, że lubię czytać podczas przemieszczania się. I to tak, że w jedną stronę idzie książka, w drugą kolejna, więc się tego trochę zbiera : )

      Usuń
    5. Chyba nie sposób wymienić wszystkiego :).U mnie klasa A to właśnie "Mistrz i Małgorzata" et consortes :)),klasa C to czytadła obyczajowe i thrillery .Najtrudniej mi zakwalifikować klasę B.Naukowa jest poza klasyfikacją.Złomowisko i przedmiot wstydu to klasa D:))

      Usuń
    6. Ja klasę D (i nie tylko) oddałam w tzw. dobre ręce (czy raczej - pod dobre oczy ;)). I poczułam się, jakby ktoś zdjął mi z piersi jakiś ciężar. :)

      Usuń
  4. Realizm magiczny był (jest?) ciekawym kierunkiem w malarstwie, w kuchni natomiast... można spokojnie unikać tego, co niegdyś uważano za odpadki, a obecnie stało się strawą snobów; z niektórymi dziełami literatury sprawa ma się podobnie;)
    Antydogmatyk

    OdpowiedzUsuń
  5. Witaj Kira.
    Zdecydowanie-Lem.I J.Zajdel - Limes inferior.
    A dzieciństwo to bajki,wszystkie bez wyjątku oraz Verne.
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  6. Hmm,

    nie wiem czy powinienem bronić Pratchetta czy nie. Bo uważam, że lekka literatura z filozoficznymi wstawkami nt. natury ludzkiej, polityki, religii, stosunków społecznych też ma swoje miejsce. Więc czemu jest to zły temat na pracę magisterską (a umówmy się, praca magisterska to nie jest jakiś tam szczyt odkrywczości, jeśli np. programista może w jej ramach tworzyć zylionowy system zarządzania magazynem).

    Akurat cykl o Śmierci oraz inee dwa: o wiedźmach i o straży nocnej są całkiem sympatyczne. Lepiej się jednak czyta po angielsku, ze względu na częste gry słowne.

    Pozdrawiam, yrk

    OdpowiedzUsuń
  7. Kajtuś czarodziej - Henryk Goldszmit
    Serce - Edmondo de Amicis
    Pasja życia - Irving Stone
    Komu bije dzwon - Ernest Hemingway
    Powieści Karola Dickensa
    Psałterz floriański,
    Biblia chrześcijańska,
    Bibuła,
    Bobola,
    Protector Traditorum,
    Bezstajenna hodowla zwierząt,
    Eudajmonizm w teorii i praktyce,
    i tym podobne.


    OdpowiedzUsuń
  8. jeśli Lem, to przede wszystkim "Powrót z gwiazd" /dystopja o społeczeństwie pozbawionym agresji i ryzyka/, "Pamiętnik znaleziony w wannie" /taki trochę Kafka - bis/ i "Kobyszczę" /z tomu "Cyberiada"/ z moim ulubionym cytatem o ludziach/?/, w których jest tyle dobroci, co w tramwaju, który tylko dlatego nas nie zabije, bo z szyn nie wyskoczy...
    generalnie to chowałem się na Lemie i całej plejadzie autorów SF...
    w sumie to najbardziej lubiłem /lubię?/ chyba nurt "space opera", a za to fantasy mnie /raczej/ nudzi... no, chyba że "Ksin" K.Lewandowskiego...
    horrory?... owszem, po 89 jechałem wszystko co wpadło w ręce, potem gust mi się zaczął robić coraz wybredniejszy... np. taki Guy N. Smith, po przerzuceniu mnóstwa shitu tego autora trafiła się wreszcie klimatyczna perełka "Neofita"... ale tak naprawdę, to nie ma to jak staruszek E.A.Poe...
    ...
    "Alchemik"?... nudziarstwo... mli-mli... błee...
    ...
    Wharton?... po króciutkim okresie fascynacji dałem sobie spokój...
    ...
    "Saga o Ludziach Lodu"?... to była ciekawa przygoda... łyknąłem jak struś kluskę, bez popijania, całe 47 tomów, ale potem już miałem przesyt takiej pisaniny...
    ...
    Wędrowycz?... generalnie super, choć miejscami nierówny... ale nie zapomnę konceptu zabicia kogoś przy pomocy sowieckiego kremu na zmarszczki, który pozbawiał go linii życia na dłoni...
    ...
    pozdrawiać jzns :)...

    OdpowiedzUsuń
  9. Moje odczucia względem wymienionych przez Ciebie książek są bardzo bliskie Twoim ocenom, Kiro :)
    Co do moich lektur, pierwszą była opowiastka o żółtej kaczuszce w zerówce. Szkoła podstawowa - wtedy pierwszy raz przeczytałam "Sto lat samotności" , "Pana Wołodyjowskiego", "Czarodziejską górę", "Beniowskiego" (wakacje z czwartej do piątej klasy, starszy brat był w szoku, ja zaś odkryłam zupełnie nieznaną mi magię poematu, był to egzemplarz brata, więc pozakreślałam wtedy ulubione tj. najpiękniej dla mnie brzmiące, wersy, nieważne, że całość była zakryta mgłą niezrozumienia - wtedy pokochałam poezję :), "Nad Niemnem", "Zbrodnię i karę", "Mały książę", "Wichrowe wzgórza"...... Było tego baaardzo dużo - gdy byłam w trzeciej klasie podstawówki, mój najstarszy brat zaczął naukę a LO, jego lektury były również moimi :) Oczywiście, bywało, że niezupełnie pojmowałam znaczenie powieści, ale to było strasznie dla mnie fascynujące. Myślę, że byłam bardziej oczytana i elokwentna od nauczycielki polskiego - to ja na głos czytałam klasie wszystkie teksty, to moje wypracowania (często pisane na kolanie, bo popołudniami broiłam z bratem na podwórku, wieczorami czytałam, na lekcje ciągle brakowało mi czasu :) klasa przepisywała do zeszytów, jako notatkę lekcyjną. Cóż, moja pani od polskiego była fleją i nieukiem, przychodziła do szkoły i roztaczała ostry zapach obory, zaś ramiączka jej białego stanika były zwyczajnie szare z brudu - oj, nabijaliśmy się z tej kobiety, że hej! Dwa lata temu spotkałam ją przed gabinetem lekarskim. Poznała mnie i trochę rozmawiałyśmy. Zapach obory wciąż dominował nad tandetną nutą zapachową jej perfum, jeszcze bardziej utyła i miała wyraźną trudność by mówić poprawną polszczyzną. Cóż, niektórzy nigdy się nie zmieniają. Na szczęście owa pani nie pracuje już w szkole, prowadzi z mężem duże gospodarstwo nastawione na hodowlę bydła kanadyjskiego. Wydawała się o wiele szczęśliwsza, niż w czasach wykonywania zawodu nauczycielki języka polskiego.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hmm, ja też jestem znacznie szczęśliwsza, odkąd nie muszę pracować w szkole. :)

      Od dzieciństwa wyrastałaś ponad grupę. Pewnie nie tylko intelektualnie, ale i moralnie, zważywszy na Twoje dobre serce.

      Zawsze wolałam prozę od poezji, ale z braku laku i wiersze się czytało. Niektóre zresztą bardzo mi się podobały. Z rozrzewnieniem wspominam "Mapę pogody" Iwaszkiewicza...

      "Sto lat samotności" to świetna powieść, ale jednocześnie tak momentami smutna, że nie zaliczam jej do ulubionych.

      Usuń
    2. Czy wyrastałam? Byłam inna, niewątpliwie i bywało, że dzieciaki dawały mi to odczuć, jednak oprócz czytania potrafiłam i miałam na tyle odwagi, by się bić :) :) Bycie innym przynosi samotność, wtedy bywało ciężko, jednak teraz jest dobrze.
      P.S. Naprawdę byłaś nauczycielką? Nie wyobrażam sobie Ciebie wśród stada sfrustrowanych belfrów :) Uczyłam w szkole miesiąc czasu, kontakt z młodzieżą miałam bardzo dobry, jednak z moją opiekunką - nadętą paniusią z muchami w nosie i pogardą do swoich uczniów - zdecydowanie się nie dogadałam, ba, po paru dniach już wcale do tego nie dążyłam. Szkoda zachodu na paniusię :)

      Usuń
    3. Byłam, ale... dość krótko. :) Polecam swój listopadowy wpis pt. "Hej ho, hej ho, do szkoły by się szło!"

      Usuń
    4. Współczuję,ja miałam polonistki (w podstawówce i liceum) wyrastające ponad przeciętność,rewelacyjne.

      Usuń
    5. "Zapach obory wciąż dominował nad tandetną nutą zapachową jej perfum, jeszcze bardziej utyła i miała wyraźną trudność by mówić poprawną polszczyzną.....Myślę, że byłam bardziej oczytana i elokwentna od nauczycielki polskiego - to ja na głos czytałam klasie wszystkie teksty,"

      To ja,.to ja taka śliczna i mądra,to ja...to ja..to ja..to ja.....
      Prymityw i prostaczka.Co widać,słychać i czuć.
      Obora przy takiej to perfumeria.

      Usuń
    6. @ Tchórzliwy Anonim

      Nikt Ci nie broni nawet zamieszkać w oborze, ale dla większości ludzi zapach tego przybytku jest raczej przykry.

      Usuń
    7. Marzeno - a co teraz robisz,jeżeli można ? taka strata dla nauczycielstwa ?

      Usuń
    8. @Anonimowy
      Długo pracowałam w prywatnej firmie - public relations, reklama, to były moje działki, ale jak to bywa w prywatnych firmach, robiłam wiele innych rzeczy np. pisałam projekty unijne (wtedy to było bardzo opłacalne :)
      Teraz wieczorami porykuję sobie z bólu, nocami walę głową w ścianę, a w ciągu dnia jestem na zabiegach rehabilitacyjnych. Oprócz tego dużo piszę (trzecia powieść w toku, druga czeka na publikację-chyba w tym roku, jest też mój blog i wiele dziwnych rzeczy do szuflady), czytam, doskonalę obce języki, żeby się rozwijać i marzę o życiu bez tego cholernego bólu uszkodzonych nerwów, a także o zwykłym życiu - podobnym do tego sprzed wypadku, kiedy to wiedzę o opiece zdrowotnej czerpałam tylko z serwisów informacyjnych. To tyle - w skrócie :)
      Do pełnego obrazu - mam niezłą jazdę w kwestii pomocy skrzywdzonym przez ludzi zwierzaków. Jedna zdrowa ręka nie przeszkadza mi w czyszczeniu klatek bezdomniaków i tym podobnych aromatycznych inaczej czynnościach :)

      Usuń
    9. @De gustibus
      Cóż, nie zwykłam udawać, że nie czuję brzydkich zapachów, zapach obory (znam, rodzice takową również posiadali) do kwiatowych woni nie należy. Wyczuwam potrącone przez przypadek kompleksy.... Nie martw się - każdy fizyczny smród można załatwić ciepłą wodą i mydłem, gorzej z tym psychicznym...
      Śliczna? Fizyczność tj. uroda nie była dla mnie nigdy priorytetem, liczy się inteligencja. Moja nauczycielka była pomyłką edukacyjną i tyle. Ja zaś byłam bardzo oczytanym dzieciakiem, więc nic dziwnego, że przeskakiwałam intelektualnie nauczycielkę, która nie czytała książek. Dowiedziałam się o tej awersji byłej nauczycielki do czytania przez przypadek - poznałam jej córkę, ta zaś nie mając pojęcia, ze rozmawia z byłą uczennicą matki, swobodnie opowiadała o rodzicielce :)
      Wiem, to takie nie-polskie posiadać poczucie własnej wartości, jak ja śmiem?!!!! W dodatku jeszcze bez żenady mówię o moich mocnych stronach - szok. Zero przyzwoitości :)

      Usuń
  10. Ja mam inne zdanie.Coelho zawsze lubiłam. Pamiętam ten dzień jak dziś, gdy moja kuzynka rozsiadając się u mnie w fotelu i popijając filiżankę cappuccino spytała mnie czy czytałam Coelho a gdy powiedziałam jej, że nie to niemal siłą zaciągnęła mnie do najbliższej biblioteki abym wypożyczyła sobie Alchemika. Więc moja przygoda z Coelho zaczęła się od tej książki, potem było 11 minut, Piąta Góra, Pielgrzym a ostatnio kupiłam sobie Walkirie. Niedługo zamierzam sobie kupić i przeczytać Brida . Polubiłam Coelho i tak chyba zostanie.
    Te osoby, które nie lubią Coelho często sięgają po Jonathana Carolla czytałaś może Cylinder Heidelberga?
    Wharton czytałam, Franky’ego Furbo i Werniksa próbowałam przeczytać jeszcze jedną jego książkę nie pamiętam tytułu i rzuciłam ją w kąt.Wharton strasznie się powtarza ciągle budowa domu, malowanie jedno i to samo .
    Lubię także Umberto Eco Imię róży Wahadło Foucaulta oraz Barbarę Wachowicz z jej cyklem Wiernej Rzeki Harcerstwa czekam właśnie na piaty tom tego cyklu. Teraz czytam wszystko, co jest związane z Francją miedzy innymi Mireille Guiliano.
    Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Z pewnością niedługo (czyli może jeszcze w tym roku ;)) zacznę czytać Eco. A może raczej - słuchać? ;) Niekoniecznie "Imię róży"...

      Carrolla nie czytałam.

      Usuń
    2. Wlaśnie się przymierzam do słuchania "Cmentarza w Pradze",bo nie czytałam

      Usuń
  11. Bogowie, nie czytać Sapkowskiego i jeszcze się do tego przyznawać? Chciałem jakoś skomentować, ale nie potrafię. Zaiste rozum ludzki nie jest w stanie tego pojąć.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O, Wielki Manitou, Wy pojąć, że my nie czytać i nie mieć zamiaru się przyznawać.
      Z fantastyki my lubić jeno fantastyczne dziouchy ;)

      Usuń
    2. Sapkowski także niezły.Ale żeby wpadać w euforię...

      Usuń
    3. Kiedyś nie można było przyznawać się do czytania książek np. Pawła Jasienicy, o posiadaniu takowych w domowej bibliotece lepiej było nie wspominać, niewinny Karol May też był - nie wiedzieć czemu - zakazany, a Iulius wymaga teraz, przyznania się do znajomości jakiegoś "rasisty", mowy nie ma;)

      Usuń
    4. "Karol May też był - nie wiedzieć czemu - zakazany"

      No właśnie,zagadka.Przecież Winnetou był czerwony.
      I walczył z imperialistami i wyzyskiwaczami,czyli wrednymi amerykańcami.

      Usuń
    5. No,co Wy ? Jasienica to pamiętam,ale zakazany Winnetou ?

      Usuń
    6. No tak, ale swoją karygodną postawą dawał fatalny przykład młodym budowniczym nowego porządku. Był zbyt szlachetny, waleczny, honorowy, pobożny i sprzeciwiał się uciskowi narodu:)

      Usuń
    7. Wnuczku-no toż to prawie jak Wasia Turbaczow:))))))

      Usuń
  12. Mnie przypadł do gustu ten bardzo realistyczny opis wrażeń wyniesionych z lekcji j.polskiego :). Przy czym zapach obory, stodoły, słomy, o ile nie jest zbyt ostry, nie przeszkadza mi. W szkole podstawowej przez dwa lata siedziałem w jednej ławce z kolegą, który roztaczał przyjemny zapach słomy, ściółki; jego rodzice sprzedawali nam świeże mleko, lane prosto z wiaderka w oborze:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ale widzisz, obora a stodoła to dwie różne rzeczy. Zdecydowanie różnią się zapachem. :)

      Usuń
    2. Zapach stodoły jest przyjemny, o ile ktoś nie ma alergii na kurz, bo siano, słoma trochę pyłków generuje. Mam taką ciocię, która mieszka w poniemieckim gospodarstwie. Jak tam jestem, to zawsze odwiedzam stodołę, bez tego wizyta byłaby niepełna.

      Usuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...