26.04.2014

Ananke


Ambrose Bierce jest pisarzem tyleż interesującym, co zapomnianym (przynajmniej w Polsce). I o ile jemu jest to już jak mniemam idealnie obojętne, to Wy być może nieco na tym tracicie. Jego pesymistyczna, przesycona grozą twórczość nie każdemu przypadnie do gustu, ale myślę, że warto dać jej przynajmniej jedną szansę.

Tylko jak ma Was do tego przekonać taka marna imitacja krytyka literackiego jak ja? Potrafię co najwyżej opisać swoje subiektywne wrażenia z lektury, na ogół bez polotu, czasami wręcz bez ładu i składu. O dogłębnej analizie nie ma nawet co marzyć: nie znam się, nie rozumiem, mam zbyt ubogie słownictwo. Ot, natykam się czasem na coś, co do mnie przemawia, co mnie zachwyca, porusza, wzrusza, czasami wręcz ogłusza – i piszę o tym na swój nieudolny, nieskładny i nieporadny sposób, mając świadomość, iż przedstawiam zaledwie zarys dzieła, jego cień, sylwetę.

Dlatego wolę czasem oddać „głos” cudzym tekstom: opracowaniom, artykułom, streszczeniom, a wreszcie – Wikipedii. Tak jest i w tym wypadku:
Ambrose Gwinett Bierce (ur. 24 czerwca 1842, zm. w grudniu 1913 lub na początku 1914 roku prawdopodobnie w Meksyku) – dziennikarz, satyryk i nowelista amerykański, uczestnik wojny secesyjnej; także aforysta i filozof sceptyk. Często określany jako prekursor "czarnej literatury XX wieku", jeden z najwybitniejszych twórców wczesnej powieści grozy.
Bierce tworzy […] świat okrutny, pełen patologii i zboczeń, nie podległy żadnym zasadom moralnym. Groza Bierce'a jest niejako zaprzeczeniem transcendetnego, wypływającego z duszy, surrealistycznego strachu Edgara Allana Poego – autor "Jeźdźca na niebie" zwraca uwagę na grozę przynależącą do świata materialnego, "podskórną" i brutalną w swojej przyziemności. Opisy Bierce'a cechuje całkowita beznamiętność w przedstawianiu sadyzmu i okrucieństwa. Częste epatowanie krwią, nagromadzenie makabrycznych wątków dały zaczątek do traktowania horroru w kategoriach gore. Często nawiązywał do własnych doświadczeń wojennych oraz do pionierskiego życia w Północnej Ameryce, ukazując powszechną wówczas biedę, zacofanie i pijaństwo, które sprawnie zaprzęgał do potrzeb literatury grozy. Charakterystyczny dla grozy Ambrose Bierca jest model świata – to universum pozbawione wszelkiej przypadkowości, gdzie zbrodnie sprzed lat powracają, aby nakręcać spiralę wszechogarniającego koszmaru.

Od siebie mogę tylko dodać, iż typowy dla Bierce'a lakoniczny styl i oszczędność w słowach tylko wzmacniają serwowaną czytelnikowi makabrę. Pisarz nie szczędzi czytelnikowi drastycznych szczegółów, jest przy tym jednak zwięzły i treściwy; potrafi w kilku słowach oddać to, na co ktoś mniej sprawnie operujący językiem potrzebowałby paru akapitów.

Na własny użytek dzielę prozatorską twórczość Bierce’a na trzy rodzaje:
  • smakowite, acz tracące już myszką powiastki grozy
  • przesycone absurdem i makabrycznym dowcipem humoreski
  • gorzkie historyjki o tematyce wojennej (wojna secesyjna)

Pierwszy rodzaj posmakuje entuzjastom klimatycznego horroru z epoki. Drugi zyskałby – śmiem przypuszczać – uznanie tych, którzy wciąż się śmieją ze skeczy Monty Pythona, a zgorszenie ich jest prawdziwym wyzwaniem. Trzeci natomiast poleciłabym każdemu wrażliwemu człowiekowi, któremu nie obce są rozmyślania nad sensem życia, nieuniknionością cierpienia czy ustawiczną bliskością śmierci.

Poniższe opowiadanie jest taką właśnie przesyconą goryczą (anty)wojenną miniaturką. Okrucieństwo wojny zostało przedstawione nie pod postacią krwawej rzezi (choć i takie opisy się Bierce’owi zdarzały), lecz na przykładzie paru osób, które niezależnie od rangi są tylko sterowanymi przez wojenną biurokrację pionkami. Cała tragedia rozgrywa się sprawnie i po cichu, bez zbytecznego komentarza ze strony autora, który wysnucie morału pozostawia czytelnikowi.



Ambrose Bierce

FILOZOF

— Nazwisko aresztowanego?
— Skoro i tak mam je stracić o świcie, nie warto go ukrywać. Parker Adderson.
— Ranga?
— Raczej niewysoka. Oficerów nie wysyła się na przeszpiegi, bo można za to zapłacić głową. Jestem sierżantem.
— Z jakiego pułku?
— Pan wybaczy. Moja odpowiedź, o ile się orien­tuję, mogłaby panu dać pojęcie o tym, czyje oddziały znajdują się na pańskim odcinku. Sam właśnie przy­szedłem, aby się tego dowiedzieć. Ja zdobywam, ale nie udzielam informacji.
— Nie brak wam dowcipu.
— Jeśli ma pan cierpliwość poczekać do rana, zo­baczy pan, jak mi mina zrzednie.
— Skąd wiecie, że macie umrzeć jutro rano?
— Tak się zwykle dzieje ze szpiegami przychwy­conymi nocą. To jeden z milszych przywilejów tego zawodu.
Generał na tyle zrezygnował z powagi, jaka przy­stoi oficerowi o wysokiej randze i szerokiej sławie, że uśmiechnął się. Ale nikt z obecnych nie wziął uśmiechu za dobry znak. Nie był to wesoły ani zaraź­liwy uśmiech, nie dotarł ani do pojmanego szpiega, który go wywołał, ani do wartownika pod bronią, który wprowadził aresztowanego do namiotu i stojąc na uboczu obserwował go bacznie w żółtym blasku świecy. Wojak ów nie miał obowiązku uśmiechać się, został tu odkomenderowany w innym celu. Rozmowa potoczyła się dalej; miała charakter rozprawy sądo­wej, w której oskarżonemu grozi kara śmierci.
— Przyznaje pan więc, że jest pan szpiegiem. Przedostał się pan do mojego obozu, przebrany w mundur konfederacki, aby potajemnie zdobyć informacje do­tyczące liczebności i morale moich wojsk.
— Zwłaszcza liczebności, panie generale. Morale zdążyłem już poznać. Jest beznadziejne.
Generał znów się rozpromienił; wartownik we wzmożonym poczuciu odpowiedzialności przybrał jeszcze sroższą minę i jeszcze mocniej się wyprężył. Obracając na palcu szary kapelusz szpieg rozglądał się leniwie dokoła. Znajdował się w surowym oto­czeniu. Był to zwykły namiot ze ściankami, o rozmiarach osiem na dziesięć stóp, oświetlony ło­jową świecą wetkniętą w nasadę bagnetu. Bagnet tkwił w sosnowym stole, za którym siedział generał, zajęty teraz pisaniem. Zapomniał widocznie o nie pro­szonym gościu. Stary dywan zaściełał podłogę; wysłużony kufer ze skóry, dwa krzesła i zwój koców stanowiły prawie całe urządzenie namiotu. Pod ko­mendą generała Cleveringa konfederacka prostota i ubóstwo dekoracji osiągnęły szczyty doskonałości. Na wielkim gwoździu, wbitym u wejścia w słup na­miotu, zwisał pas z długą szablą, pistolet w pochwie i — ni stąd, ni zowąd — nóż myśliwski. Na temat tego absolutnie nieżołnierskiego oręża generał zwykł udzielać wyjaśnienia, że jest to pamiątka z cywila, z czasów pokoju.
Noc była burzliwa. Deszcz lał strumieniami i bę­bnił głucho w płachtę namiotu, którym targał porywis­ty wiatr, aż trzeszczały słupy i naprężone linki.
Generał skończył pisać, złożył karteczką i odezwał się do wartownika, który pilnował Addersona.
— Oddasz to, Tassman, szefowi sztabu. A potem wracaj.
— A więzień, panie generale? — spytał żołnierz sa­lutując; zerknął przy tym na nieszczęśnika.
— Rób, co ci mówię — odparł zwięźle dowódca. Żołnierz wziął karteczkę, odsunął płachtę namiotu i nurknął w mrok. Generał Clavering zwrócił swoją przystojną twarz w stronę szpiega, spojrzał mu w oczy dość łaskawie i powiedział:
— Paskudna noc, mój człowieku.
— Owszem, dla mnie.
— Domyśla się pan, co napisałem?
— Coś, co warto przeczytać. Staję się zarozumiały, ale śmiem przypuszczać, że wspomina się tam o mo­jej osobie.
— Owszem. Naszkicowałem rozkaz o pańskiej egze­kucji, który ma być odczytany po pobudce. Ponadto parę uwag dla szefa żandarmerii w sprawie przygo­towania tej imprezy.
— Mam nadzieję, panie generale, że impreza zo­stanie pomysłowo przygotowana, gdyż wezmę w niej osobisty udział.
— Czy pan ze swojej strony nie chciałby poczynić jakichś przygotowań? Nie życzy pan sobie kapelana chociażby?
— Cóż mi z tego przyjdzie, że i kapelan się nie wyśpi.
— Boże święty! Człowieku, czy ty chcesz iść na śmierć tylko z żartami na ustach? Nie wiesz, że to rzecz poważna?
— A skąd mam wiedzieć? Nigdy w życiu nie umar­łem. Słyszałem, że śmierć to sprawa poważna, ale od nikogo z tych, którzy jej doznali.
Generał milczał przez chwilę. Zaciekawiał go ten człowiek, a może i bawił — pierwszy raz zetknął się z kimś takim.
— Śmierć — powiedział — w każdym razie jest utratą. Tracimy to szczęście, jakie mamy, i to, które nas czeka.
— Stratę, której nigdy nie będziemy sobie uświa­damiać, można znieść ze spokojem, a przeto oczeki­wać jej bez obaw. Musiał pan zauważyć, panie gene­rale, że spośród wszystkich nieboszczyków, z jakimi ma pan przyjemność stykać się jako żołnierz, żaden nie zdradza oznak żalu.
— Jeśli śmierć nie jest stanem przykrym, to sam proces — sam akt umierania — wydaje się wyraźnie nieprzyjemny dla tego, kto nie stracił zdolności od­czuwania.
— Niewątpliwie ból nie jest przyjemny. Zawsze sprawia mi większą lub mniejszą przykrość. Ale ten, kto żyje najdłużej, jest najbardziej na tę przykrość narażony. To, co pan nazywa umieraniem, to po prostu ostatni ból — w istocie nie istnieje coś takiego jak umieranie. Powiedzmy na przykład, że usiłuję uciec. Pan wyciąga rewolwer, dyskretnie schowany na kolanach pod stołem, i...
Generał spąsowiał jak panienka, potem zaśmiał się cicho, pokazując lśniące zęby, kiwnął lekko głową i nic nie powiedział. Szpieg ciągnął dalej:
— Strzela pan i dostaję w żołądek. Padam, ale ży­ję. Leżę w agonii i za pół godziny jestem martwy. Ale przez te dwa kwadranse w dowolnym momencie byłem albo żywy, albo martwy. Nie ma stanu przej­ściowego... Kiedy mnie jutro rano powieszą, będzie zupełnie tak samo: gdy będę żywy, zachowam świado­mość, gdy martwy — stracę. Natura urządziła tę rzecz całkiem jakby w moim interesie, sam bym ją tak urządził. To takie proste — dodał z uśmiechem — aż wy­daje się, że w ogóle nie warto ludzi wieszać.
Po tych słowach zapadła długa cisza. Generał sie­dział nieporuszony, patrząc w twarz Addersona, ale wyraźnie nie słuchał tego, co ten mówił. Jak gdyby jego oczy sprawowały straż nad więźniem, gdy umysł zajmował się innymi sprawami. Wreszcie odetchnął głęboko, wzdrygnął się, jak obudzony z okropnego snu, i ten żołnierz, sługa śmierci, zawołał prawie niedosłyszalnie: — Śmierć jest straszna!
— Była straszna dla naszych dzikich przodków — powiedział z powagą szpieg — ponieważ nie dostawa­ło im inteligencji, aby wyodrębnić pojęcie świadomoś­ci od pojęcia form fizycznych, w których się ona ob­jawia. Podobnie jak małpa — na jeszcze niższym stopniu inteligencji — nie potrafi sobie wyobrazić do­mu bez mieszkańców i widząc zrujnowaną chatę do­patruje się cierpiącego w niej człowieka. Dla nas śmierć bywa straszna, gdyż odziedziczyliśmy skłon­ność do takiego myślenia. Stąd nasze pojęcie o innym świecie, uzasadniane przez dzikie i fantastyczne te­orie — tak jak nazwy miejscowości dają żer legen­dom, które je tłumaczą, a bezmyślne postępowanie — filozofiom, które je uzasadniają. Może mnie pan po­wiesić, panie generale, ale na tym pańska władza czynienia zła się kończy. Nie może mnie pan skazać na niebo.
Generał jak by tego nie słyszał; słowa szpiega skie­rowały jego myśli na nieuczęszczany tor, ale dalej biegły one samodzielnie ku własnym konkluzjom. Bu­rza ucichła i majestat nocy udzielił się jego refleksjom, nadając im posępny odcień metafizycznej trwogi. Być może był w tym element przeczucia.
— Nie chciałbym umrzeć... — powiedział. — Nie dzisiaj.
Przerwało mu — jeśli rzeczywiście zamierzał mówić dalej — wejście oficera sztabu. Był to kapitan Hasterlick, szef żandarmerii. Generał natychmiast otrze­źwiał; wyraz roztargnienia zniknął z jego twarzy. Ski­nął głową, gdy oficer mu salutował.
— Kapitanie — powiedział — ten człowiek to szpieg Jankesów. Został pojmany w obrębie naszych stano­wisk, miał przy sobie kompromitujące dokumenty. Przyznał się do winy. Jak z pogodą?
— Burza przeszła, panie generale, i księżyc świeci.
— To dobrze. Proszę wziąć pluton, odprowadzić na­tychmiast więźnia na plac i rozstrzelać.
Bolesny okrzyk wyrwał się z ust szpiega. Więzień rzucił się naprzód, wyciągnął szyję, wytrzeszczył oczy, zacisnął ręce.
— Boże mój! — wybełkotał chrapliwym głosem. — Pan nie mówi tego na serio! Pan zapomina... mam umrzeć dopiero z rana.
— Wcale nie mówiłem, że z rana — odparł zimno generał. — Pan sam to sobie wmówił. Umrze pan teraz.
— Ależ, generale, ja proszę... Ja błagam, aby pan pamiętał, mam być powieszony! Wzniesienie szubie­nicy zajmie trochę czasu, z dwie godziny, godzinę. Szpiegów się wiesza, tak mówi kodeks wojskowy. Przysługują mi pewne prawa. Na litość boską, gene­rale, niech pan się zastanowi, jak mało...
— Kapitanie, proszę wykonywać moje rozkazy.
Oficer dobył szabli i przenosząc wzrok na więźnia wskazał mu w milczeniu wyjście z namiotu. Szpieg ociągał się. Kapitan wziął go za kołnierz i popchnął lekko naprzód. Gdy mijali słup, zajadły człowiek sko­czył z kocią zwinnością, schwycił myśliwski nóż, wyrwał go z pochwy, odepchnął na bok oficera i z sza­leńczą furią rzucił się na generała. Zwalił go na zie­mię przygniatając własnym ciałem. Stół się przewrócił, świeca zgasła, walczyli po omacku w ciemnościach. Szef żandarmerii skoczył na pomoc dowódcy i sam się zwalił na kłębowisko walczących. Przekleństwa, zduszone krzyki bólu i wściekłości dobywały się z plą­taniny ciał. Namiot runął na nich, wśród krępujących fałd walka trwała dalej.
Wracając po wykonaniu rozkazu szeregowy Tassman zobaczył, co się dzieje, i domyślając się po trosze, co zaszło, rzucił karabin, chwytał na chybił trafił mio­tającą się płachtę i usiłował daremnie ściągnąć ją na bok. Wartownik zaś, który chodził tam i z powrotem i nie śmiał opuścić posterunku, choćby się niebo wa­liło na głowę — dał w górę ognia. Wystrzał postawił obóz na nogi; werble i trąbki odezwały się na alarm; W świetle księżyca wybiegali chmarą na wpół ubrani żołnierze dopinając po drodze mundury i ustawiając się w szereg na ostre komendy oficerów. Tak było trzeba, żołnierzom w szeregu nie udziela się panika. Stali pod bronią, podczas gdy sztab generała i ludzie z eskorty podnieśli namiot i rozdzielili zdyszanych i krwawiących uczestników tej niezwykłej potyczki.
Jeden tylko nie oddychał, był to kapitan. Nóż my­śliwski tak głęboko uwiązł mu w gardle, aż trzonek za­parł się końcem o szczękę i napastnik, który zadał cios, nie był w stanie uwolnić noża. Ręka zabitego zaciskała szablę tak mocno, że urągała sile żywych. Klinga splamiona była czerwienią aż po samą rękojeść.
Podniesiony na nogi generał osunął się z jękiem na ziemię i zemdlał. Prócz sińców miał dwie rany od sza­bli — przebite udo i pierś.
Szpieg ucierpiał najmniej. Poza złamaną ręką, jego obrażenia były takie, jakie mógłby odnieść w zwykłej bijatyce bez użycia broni. Znajdował się jednak w sta­nie oszołomienia i chyba nie zdawał sobie sprawy, co zaszło. Odsunął się od otaczających, skulił się na ziemi i niezrozumiale o coś się dopominał. Jego twarz spuchnięta i posiniaczona wyglądała spod zmierzwio­nych włosów, blada jak u trupa.
— To nie wariat — odparł na pytanie lekarz przy­gotowujący bandaże. — Jest chory z przerażenia. Któż to taki, nie wiecie?
Szeregowy Tassman zaczął wyjaśniać. Była to dla niego jedyna w życiu okazja; nie pominął niczego, co mogłoby w jakiś sposób podkreślić wagę jego osobiste­go udziału w wypadkach tej nocy. Kiedy skończył i był gotów zacząć od nowa, nikt nie zwracał na niego uwagi.
Generał właśnie odzyskał przytomność. Podniósł się na łokciu, rozejrzał dokoła i zobaczywszy szpiega pod strażą skulonego przy ognisku, powiedział zwyczajnie:
— Weźcie tego człowieka na plac i rozstrzelajcie.
— Generał majaczy — odezwał się stojący w pobli­żu oficer.
— Generał n i e majaczy — powiedział szef szta­bu. — Otrzymałem od niego na piśmie polecenie w tej sprawie. Tenże sam rozkaz przekazał Hasterlickowi — tu skinął ręką w stronę zabitego szefa żandarmerii — i zostanie, jak mi Bóg miły, wykonany natychmiast!
W dziesięć minut później sierżant Parker Adderson z armii federalnej, filozof i dowcipniś, klęcząc w świe­tle księżyca i skamląc o życie, został rozstrzelany salwą dwudziestu karabinów. Kiedy salwa naruszyła spokojne powietrze nocy, generał Clavering, leżąc blady i spokojny w krwawym poblasku ogniska, otwo­rzył wielkie niebieskie oczy, popatrzył łagodnie na zebranych i powiedział: — Ach, cóż za cisza!
Lekarz spojrzał na szefa sztabu smutno i wymownie. Powieki rannego powoli opadły i leżał tak kilka chwil, aż twarz jego zajaśniała uśmiechem; powiedział ci­cho: — Przypuszczam, że to właśnie śmierć — i tak odszedł ze świata.

3 komentarze:

  1. nie ma czegoś takiego, jak "szpieg"... jest tylko "mieć u kogoś przejebane"... ciekaw jestem, komu ten "szpieg" przeleciał panienkę, lub komu udowodnił że jest lepszy w karty?... typuję kapitana żandarmerii...
    pozdrawiać jzns :)...

    OdpowiedzUsuń
  2. Zapodana scenka, w pewien sposob, kojarzy mi sie z filmem "Melancholia". Jest w tym wszystkim cos podobnego,.... nigdy nie mozemy byc pewni naszych reakcji i tego jak sie zachowamy dopoki tego czegos na wlasnej skorze nie doswiadczymy. Sierzant "szpieg" opowiada ciekawie o smierci, ma to filozoficznie przerobione, ale w obliczu smierci nie potrafi wiedzy zastosowac. Na nic mu to.... Miota sie i nie chce jej przyjac, walczy do konca ( choc w sumie zapowiada i przyznaje generalowi, ze byc moze teraz nie "docenia" donioslosci chwili, ale kiedy zaczekaja do rana, general moze zobaczyc jak skazanemu mina zrzednie). Natomiast bojacy sie smierci general ( mowi przeciez, ze smierc jest straszna) umiera "godnie", spokojnie i wychodzi na to, ze jest pogodzony....

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zgadzam się. Odwrotność teorii i praktyki.

      Styl rzeczywiście ciekawy, z przyjemnością przeczytałem.

      Usuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...