08.07.2014

Najcenniejszy skarb na świecie? Proste! Jest nim Twoje dziecię!


Standardowa realizacja obowiązku szkolnego wydaje się wielu Polakom oczywistością, której kwestionowanie zasługuje w najlepszym wypadku na postukanie się w czoło. Przyzwyczajeni do życia w ośmiogodzinnym kieracie pracy, do bezmyślnego wykonywania poleceń, do konformizmu nie tylko zewnętrznego, ale i wewnętrznego (nie wypada źle myśleć o swojej ojczyźnie, trzeba kochać babcię, tylko Bóg ma prawo osądzać, etc), do narzucania dzieciom schematów, które kiedyś narzucili nam nasi rodzice i/lub opiekunowie, nie umiemy – i nie chcemy! – wyjść z wyżłobionych przez lata kolein i przestawić się na inny styl życia. Szkoła jest jak świnka czy ospa wietrzna cholernie nieprzyjemna, ale każde dziecko powinno ją przejść.

Przypuszczam, że tak właśnie myślą setki tysięcy polskich rodziców. Ktoś nie zaznajomiony z historią naszego kraju i nie oswojony z naszą specyficzną mentalnością mógłby powiedzieć, że najwyraźniej celem owych rodziców jest uczynienie ze swych pociech otępiałych z przepracowania robocików, które najpierw w szkolnym, a kilkanaście lat później w korporacyjnym gmachu będą posłusznie i bez cienia refleksji wypełniać setki kretyńskich zadań. Tymczasem taka postawa wynika głównie ze zwykłej niewiedzy lub też niechęci do wychodzenia poza uświęcony tradycją schemat.

Albowiem istnieje wyjście – może nie idealne, ale pod wieloma względami lepsze od szkolnej urawniłowki. Jest nim wciąż wzbudzająca w Polsce wiele kontrowersji edukacja domowa. Jako że szkoła w swej klasycznej wersji budzi moją odrazę, darzę rodziców, którzy decydują się na taki krok, głębokim podziwem (o ile ta decyzja nie wynika wyłącznie z ich przekonań światopoglądowych, lecz także z autentycznej troski o intelektualny i społeczny rozwój ich potomstwa).

Kilka faktów na ten temat:
Edukacja domowa na poziomie, który umożliwia dziecku utrzymanie się na poziomie reprezentowanym przez średniego ucznia normalnej szkoły, nie zabiera aż tyle czasu, co nauka w szkole. Wydaje się, że można bezpiecznie założyć, że formalna nauka (pod kątem egzaminów, które dzieci obowiązane są zdawać) zabiera dzieciom edukowanym domowo ok. 2 godzin dziennie przez jakieś dwa miesiące w każdym semestrze. Oczywiście, wiele zależy od uzdolnień i inteligencji dziecka, ale trzeba sobie uświadomić, że czas spędzony w szkole to przede wszystkim dzwonki, sprawdzenia obecności, odpytywanie, sprawdzenia pracy domowej, a tylko ok. 20 minut na każdej lekcji to prawdziwa "nauka". "Nauka" w cudzysłowie, gdyż często jest jedynie wykład, niezrozumiały dla części dzieci, samodzielne przeczytanie fragmentu podręcznika, zanotowanie słowo w słowo podawanego przez nauczyciela tekstu, przepisanie z tablicy. Nauka w domu rządzi się innymi prawami. Rodzice spędzający sporo czasu ze swoim dzieckiem są w stanie zorientować się, jaki styl się odpowiada jego uzdolnieniom i nie marnować czasu na nieefektywne, niedostosowane do dziecka techniki. Często szczególnie w przypadku chłopców w wieku kilku, kilkunastu lat, których roznosi energia, dużo bardziej efektywne są własne doświadczenia i "praca w terenie" niż siedzenie nad podręcznikiem czy książką. Rodzice wiedzą również, co dziecko już wie, a czego jeszcze nie wie, bo systematycznie je obserwują, nie ma więc konieczności przeprowadzania testów, nie mówiąc już o wystawianiu jakichkolwiek ocen. Znając swoje dziecko rodzice są w stanie podać mu pewne porcje materiału wtedy, kiedy jest na nie gotowe, często wiele lat wcześniej niż przewiduje to program szkolny, i wykorzystać jego naturalną chęć poznawania, odnosząc się jednocześnie do jego doświadczenia i jego wiedzy osobistej, a nie kompletnie oderwanych od jego doświadczeń przykładów z podręcznika. Dzieci edukowane domowo większość czasu każdego dnia spędzają na samodzielnym czytaniu książek, również podręczników, uczeniu się przy pomocy rozmaitych programów multimedialnych i filmów i przede wszystkim rozwijaniu różnych własnych zainteresowań, często poza domem - większość wiedzy zdobywają niejako "przy okazji", a rolą rodziców jest przede wszystkim wyłapanie "dziur" w ich wiedzy, które utrudnią im zdanie egzaminów, i odpowiednio wczesne ich załatanie.
 (Link do całego artykułu znajduje się jak zwykle zresztą pod tekstem.)

123 komentarze:

  1. Kiro -1. ilu rodziców jest w stanie intelektualnie sprostać temu zadaniu i ilu spośród nich znajdzie na to odpowiednią ilość czasu, nie kosztem swoich zajęć, w tym zarabiania na życie a jeżeli nie sami to 2.ilu stać finansowo na taki rodzaj edukacji i 3. jaka jest gwarancja bezstronności dobrze zapewne opłacanych nauczycieli domowych ,na tyle silna ,by z obawy przed utratą lukratywnej posady postępowali z edukacja dziecka uczciwie ? Jeżeli te warunki są spełnione ja sama nie mam nic przeciw edukacji domowej. Może z małą poprawką - na umiejętność współdziałania w grupie. Jednak uważam, że ten rodzaj edukacji może obejmować (z przyczyn naturalnych a nie formalnych ) bardzo wąską grupę, w efekcie tworzyć nową elitarność i być przyczyną wielu nowych podziałów. I mniej się obawiam o potencjalne zarozumialstwo i przekonanie, że jest się lepszym ze strony dzieci poddanych takiej edukacji a bardziej o sekowanie ich ze strony tych, którzy takiej szansy nie mieli -rozszalałych przeciwników wszelkiej inności.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. @An-Ka
      1. Czy jakakolwiek szkoła jest w stanie dać "gwarancję bezstronności", postępuje uczciwie, czy też zawsze występuje w niej indoktrynacja? 2. Czy jesteś w stanie uczciwie powiedzieć, że wszyscy nauczyciele w szkole powszechnej mogą intelektualnie sprostać temu zadaniu? 3. Czy dostrzegasz zagrożenie polegające na potencjalnej (a może faktycznej) korelacji pomiędzy edukacją powszechną w szkołach i oportunizmem prowadzącym w efekcie do nietolerancji wobec inności?
      Anty

      Usuń
    2. Mam bardzo podobne zdanie. Mnie homeschooling w ogóle nie przekonuje. W założeniach pięknie, ale.. uważam, że szkoła jest jaka jest. Ma wiele wad. Ale jednocześnie uczy życia w grupie i radzenia sobie w grupie ludzi niekoniecznie przyjaznych.

      Inna sprawa kogo na to stać? Na to by jeden z rodziców uczył w domu dzieci, to drugi musi świetnie zarabiać. Tacy ludzie często ślą dzieci do prywatnych szkół. Masz rację An-Ka to stworzy nową elitarność i podziały.

      Usuń
    3. Anty- 1.pisząc o bezstronności nie miałam na myśli przekazywanych treści i ewentualnej indoktrynacji ( bo akurat przy edukacji domowej w miarę inteligentny rodzic może to bez trudu wyeliminować ), ale bezstronność oceny intelektualnych możliwości dziecka ,czyli mówiąc kolokwialnie "podlizywanie się " rodzicom.ad.2 -oczywiście, że nie jestem w stanie tego stwierdzić ad 3. i tak, i nie. Myślę, że to nie sam system edukacji powszechnej daje takie zagrożenie, ale raczej ludzie ,którzy w nim pracują ,ich osobowość. Ale to samo dotyczy osobowości rodziców.

      Usuń
    4. @ An-Ka

      Czy należy chodzić do szkoły tylko dlatego, żeby nie odstawać od reszty? Przykry argument. Motłoch potrafi być okrutny, ale to nie znaczy, że lepiej jest zniżać się do jego poziomu.

      Zetknęłam się z blogiem pani, której dzieci uczą się w domu (oraz na zajęciach dodatkowych). Muszą zdawać pod koniec każdej klasy egzaminy, tak więc nie ma mowy o nadmiernej pobłażliwości wobec nich. Zresztą wszystkie meandry homeschoolingu są wyjaśnione na zalinkowanej stronie.


      @ An-Ka i Erinti

      Nie macie racji pisząc o działaniu/radzeniu sobie w grupie. Jednostki nieprzystosowane i tak nie nauczą się współpracy,będą się tylko mordować - i w szkole, i w późniejszej pracy. Lepiej szybko poznać swoje możliwości. :) Zaś jednostki mające potencjał nauczenia się współpracy zetkną się z zupełnie przypadkowo dobraną grupą (czyli dość nienaturalnym środowiskiem), co może je do takowej współpracy zniechęcić. Oczywiście wiele zależy od nauczyciela, samej szkoły (jakich uczniów przyjmuje), etc.

      Co do "radzenia sobie w grupie ludzi niekoniecznie przyjaznych", to przepraszam, co to w ogóle znaczy? Że niby nauczymy się bić, tak? ;) A może puszczać kwieciste wiązanki? ;) Nie, szanowne panie, to mnie nie przekonuje. Tym bardziej, iż moje dawne koleżanki po fachu były nierzadko takimi debilkami, że tak samo sztorcowały dziecko atakujące, jak i broniące się przed atakowanym.

      Szkoła uczy co najwyżej cwaniactwa i konformizmu. Jeśli to ma być prawdziwe życie, to ja dziękuję.

      Elitarność nie jest niczym złym. Czy naprawdę opowiadacie się za urawniłowką?

      Usuń
    5. Kiro - co do współpracy w grupie- ja jednak sądzę, że im wcześniej się z grupa spotkamy tym dla nas lepiej -oczywiście poza patologią.Im jesteśmy starsi tym trudniej nauczyć się nam pewnych postaw a dorosle zycie, po wyjściu spod skrzydełek troskliwej rodziny nie zafunduje nam komfortu przebywania wyłącznie z wybranymi ludżmi.Co do elitarności- nie wiem, dlaczego wysnułaś wniosek, że jestem jej przeciwniczką. Wręcz przeciwnie -uważam właśnie ,że elity powinny istnieć i jako wzór do naśladowania kształtować społeczeństwo. To, że obecnie pojęcie elit zostało karykaturalnie zniekształcone to inna sprawa. Ja tylko zwracam uwagę na fakt tworzenia elit oraz na to, że istnienie elit dla wielu ludzi jest powodem frustracji, dowodem niesprawiedliwości a także niewybrednych ataków i odsadzania od czci i wiary, czego przejawy ze strony takiego netowego "bojownika" niejednokrotnie możemy obserwować.Czy szkoła uczy cwaniactwa i konformizmu ? Zapewne najczęściej tak. Ja jednak patrzę na problem przez pryzmat swoich doświadczeń ,sadząc z relacji wielu ludzi oraz obserwacji szkoły mojego dziecka ,zdecydowanie odosobnionych. Otóż miałam szczęście trafiając na wybitnych pedagogów, którzy potrafili zdominować tych byle jakich i jednak nauczyć nas czegoś innego. Zdaję sobie sprawę, że to rzadkie, ale nie niemożliwe. Zresztą - vide wpis TF. Szkoła prywatna ,gdzie rodzice mogą mieć ogromny wpływ na absolutnie każdy element nauczania ,nie przestaje być szkołą .

      Usuń
    6. @ An-Ka

      Socjalizacja jest dość istotna, ale można o nią zadbać poza szkołą. W dorosłym życiu też przecież nie spotykamy się z kompletnie przypadkowymi ludźmi ze wszystkich środowisk, tylko raczej z mniej lub bardziej starannie wyselekcjonowanymi (także w pracy).

      Najwidoczniej dokonałam nadinterpretacji Twoich słów, przypisując Ci niechęć do tworzenia elit. Wybacz.

      Usuń
    7. no ,niestety, w moim zawodzie nie spotykam się ze starannie wyselekcjonowanymi a właśnie z przedstawicielami absolutnie wszystkich środowisk :)). Nie wiem, może można poza szkołą ,ale chyba trudniej i wiele zależy od rodzicow, charakteru dziecka itd.

      Usuń
    8. Uczęszczałam do tzw. normalnej szkoły, ale zamiast nauczyć mnie dogadywać się z ludźmi, tylko pogorszyła moje "społeczne umiejętności". Cóż, nie każdy może pracować w grupie.

      Usuń
    9. wiesz, czasem rzeczywiście tak bywa a czasem po prostu przypadek zrządza, że trafiamy na ludzi, z którymi nam nijak po drodze. Najwięcej jednak zależy od wychowawcy -bywają tacy, którym zależy na kształtowaniu postaw, ale bywają i mendy, które perfekcyjnie dzielą klasę, bo jakiegoś ucznia nie lubią albo podlizują się rodzicom innego. Ja miałam szczęście trafić w podstawówce na niesamowitą osobę i tego co ona ze mna zrobiła nie był w stanie spaprać ten .....(u bardzo brzydkie wyrazy) z liceum, mimo, ze bardzo się starał pokazać wszystkim jaka jestem okropna, tępy psychol

      Usuń
  2. Zawsze uważałem homeschooling za bardzo rozsądną alternatywę dla klasycznego modelu edukacji. Przyczyny decydowania się na ten model są bardzo różne, ale jak sądzę podstawowe są dwie: Po pierwsze jest to wynikiem świadomej troski o dobro dziecka w obszarze czysto edukacyjnym. Bowiem przy założeniu, że rodzic czy opiekun jest nie gorzej przygotowany od nauczyciela w szkole, to uzyskujemy dodatkowy walor w postaci koncentracji na własnym dziecku/dzieciach, które przecież sam rodzic czy opiekun zna bardzo dobrze, w zakresie przejawianych zdolności lub ich braku. Wtedy łatwiej koncentrować się w sposób indywidualny na tych obszarach, które wymagają większego nakładu pracy, co w szkole jest zwyczajnie niemożliwe, gdyż program jest dla wszystkich jednaki i realizowany dla wszystkich w taki sam sposób i w tym samym czasie. Lepiej przystosowani i tak się będą nudzić, a gorzej przystosowani i tak nie nadgonią. Przy homeschoolingu ten problem przestaje istnieć. Drugi zasadniczy jak sądzę powód ma podłoże wychowawcze. Z uwagi na brak jakichkolwiek walorów wychowawczych w szkołach publicznych, to właśnie rodzice najlepiej są w stanie wpoić dziecku system wartości i wzorce postaw, bowiem w szkole mogą zrobić to co najwyżej zdemoralizowani koledzy i koleżanki (nauczyciele mają to głębokim poważaniu, bo za to im nie płacą). Przy nauczaniu domowym ten problem jest ograniczony niemal do zera. Ta sama zasada powoduje możliwość uniknięcia zajęć równościowych, prowadzonych w najlepszym razie przez jakiegoś Roberta Biedronia, a w najgorszym przez aktywnego pedofila. Znika też w dużej mierze problem zetknięcia się z narkotykami, przemocą ze strony innych uczniów, a i coraz częściej nadużyć seksualnych ze strony innych uczniów, ale też i nauczycieli. Zatem czasem rodzicom zostaje albo droga prywatna szkoła, w której oprócz porządnego poziomu nauczania panuje względne bezpieczeństwo i jaki taki porządek, albo właśnie nauczanie domowe. Coś o tym wiem bo sam wybrałem prywatną szkołę dla mojej córki, do której zresztą musiałem zapisać ją dwa lata wcześniej, bo lista chętnych jest bardzo długa i znacznie przekracza liczbę miejsc. Niemniej mam gwarancję małych klas, indywidualnego podejścia do ucznia i wpojenia pewnych wartości, a także całkowitą pewność, że żaden pedał czy pedofil nie będzie mi dziecka deprawował swoimi chorymi ideologiami, a zamiast tego nauczy się porządnie historii swojego kraju w sposób niezakłamany. Nie będzie chodzić i opowiadać bredni, że komunizm w Polsce obalił Szechter, z TW "Bolkiem", a co najwyżej pośmieje się z ignorantów, którzy kolportują takie brednie. Reasumując, zgadzam się z takim oto twierdzeniem, że współczesna szkoła publiczna niesie mnóstwo zagrożeń i mizerny poziom nauczania oparty na kretyńskich testach, o których rozmawialiśmy ostatnio u An-Ki, którą serdecznie pozdrawiam. Niewątpliwie najgorszym grzechem szkoły publicznej od zawsze było zabijanie w młodych ludziach INDYWIDUALIZMU, a tylko on jest gwarancją powstawania jednostek wybitnych, z których rekrutują się intelektualne i moralne elity. Nie mylić z wolnościowcami, bo to są jednostki pozbawione jakiegokolwiek wychowania poza tym ulicznym, względnie więziennym, a ich indywidualizm nie jest naturalny, tylko wymuszony i sztuczny. O kilku ważnych kwestiach celowo nie napisałem, aby zostawić pole do dyskusji.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję za świetny komentarz. :)

      Usuń
  3. Jestem za nauką w domu. Oczywiście, kwestią poddawaną wątpliwości są zdolności do nauczania rodziców. Tutaj czas pokazuje, czy dani rodzice spełniają swoje zadania w tym zakresie.
    Lekcje w szkole to zmarnowane dni - przerwy lekcyjne, spr. obecności, odpytywania - to tylko "zapychacze czasu". W dodatku część nauczycieli to ludzie, którzy nigdy nie powinni wykonywać tego rodzaju pracy. Brak im wyobraźni, elastyczności, inwencji twórczej, zapału - czasami niestety również wiedzy. Stąd lekcje zapełnione dyktowaniem drętwych notatek (wypracowanych przez nauczyciela na początku jego przygody z nauczaniem i notorycznie nadużywanych).
    Inną sprawą jest przemoc w szkole. Tak, również w najmłodszych klasach. Nauczyciele nie radzą sobie z rozrabiakami, którzy ledwo co odrośli od ziemi, jak i z "klasowymi przerostami". Skutek - strach słabszych, wykorzystywanie większości przez kilku "osiłków".
    Zakładam, że przeciwnicy domowego nauczania, jako swojego głównego argumentu będą będą używać kwestii socjalizacji najmłodszych. Zapominają, że nauka w domu nie oznacza ośmiu godzin nad biurkiem. Taka nauka często odbywa się poza domowym gniazdem. Oczywiście, gdy rodzina dysponuje większymi środkami finansowymi, wtedy możemy mówić o edukacji poprzez doświadczenie - otworem stoją muzea świata, jego zabytki etc. Gdy nie ma większych zasobów finansowych można zawsze korzystać z propozycji różnych fundacji, współpracy między rodzinami, które także same edukują swoje potomstwo. Możliwości jest wiele - wszystko zależy od inwencji rodziców. To na ich barkach spocznie odpowiedzialność za przyszłość swoich dzieci. Zaraz, zaraz... Przecież i tak spoczywa, nawet, gdy dziecko tradycyjnie chodzi do szkoły. W takim razie - moim zdaniem - warto spróbować nauczania domowego :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Marzeno -zarzuty , które postawiłaś szkole są zarzutami niestety prawdziwymi. Jednak mnie ciekawi Twoja (i innych ) opinia co w przypadku, gdyby te problemy wyeliminować (tak, wiem, że to utopia, ale podywagujmy...). Bo ja sądzę ,że pomijając szeroko pojęte możliwości rodziców , to i nie dla każdego dziecka ta opcja jest lepsza. Niemniej powinno być opcją do wyboru.

      Usuń
    2. @ Marzena

      W dzisiejszych czasach podobno nie wolno nawet zdzielić takiego rozrabiaki po tyłku.


      @ An-Ka

      Pewnie, że nie każdy rodzic ma czas, możliwości (intelektualne, finansowe) czy wreszcie chęć, by uczyć własne dziecko lub szukać mu prywatnych nauczycieli. Chodzi właśnie o WYBÓR. :)

      Usuń
    3. @Kira -ależ w kwestii wyboru nie ma między nami żadnej rozbieżności

      Usuń
    4. An-Ka
      Jestem za WYBOREM. Zastanawiałam się przez moment, jak można by zweryfikować odpowiedni poziom kształcenia w domu, jednak odpowiedź sama mi się nasunęła. Studia i praca - najlepsze mierniki tego, w jaki sposób rozwinęła się nasza inteligencja.

      Usuń
    5. @ Marzena

      Dziecko uczone w domu musi zdawać co rok egzaminy kwalifikujące je do otrzymania świadectwa ukończenia danej klasy.

      Usuń
  4. w edukacyjnej układance jest tyle zmiennych czynników, że nie sposób ułożyć z tego uniwersalnego wzoru dobrego dla każdego dziecka, jego cech indywidualnych i uwarunkowań domowych... teoretycznie rzecz biorąc, każdy rodzic /czy inny opiekun/ chce dla swojego dziecka jak najlepiej, ale czy na pewno chce?... i czy na pewno ma warunki?...
    dodajmy do tego jeszcze powszechne mylenie edukacji z wychowaniem, które się często sprowadza do indoktrynacji /na którą nie każde dziecko potrafi nabrać odporności/... nie każdy rodzic życzy sobie wychować dziecko na indywidualistę /bo sam nim nie jest i nie rozumie tego pojęcia/, do tego nie ma dla tego dziecka czasu /jeść trzeba, więc trzeba na to zarobić/, więc wypycha je do szkoły licząc na to, że je tam wymusztrują...
    te wątpliwości można długo wyliczać, teraz tylko bardzo, bardzo szkicowo naszkicowałem temat...
    ...
    niemniej jednak homeschooling jest ciekawą propozycją i to nie tylko jako alternatywa, ani uzupełnienie "klasycznego" modelu, lecz jako jeden z elementów...
    a tak naprawdę, to homeschooling istniał od zawsze /np. prywatne lekcje muzyki lub nauka języka/, jednak w formie marginalnej... pozostaje tylko kwestia rozwinięcia tego tematu... praca na lata...
    pozdrawiać :)...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. @pkanalia
      Tak, indoktrynacja jest moją poważną obawą przed kształceniem w domu. Z drugiej strony, czym jak nie indoktrynacją w szkole są lekcje religii ???

      Usuń
    2. @ Marzena

      Czy rodzice nie mają prawa wpajać dziecku takich wartości, jakie sami uważają za słuszne?

      Usuń
  5. "Najcenniejszy skarb na świecie? Proste! Jest nim Twoje dziecię!"

    Proste bo prawdziwe.Dlatego dobrze się składa ze rodzice maja wybór.
    A tak marginesie.
    Jaki racjonalny argument można przytoczyć przeciwko tego rodzaju nauczaniu swoich dzieci?
    Bo jak na razie ubawił mnie nieźle jeden komentarz,że to stworzy nową elitarność i podziały.
    Czyli co?Lepsza jest dalsza produkcja "lemingów"?
    Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mędrku - nie jest lepsza produkcja lemingów, z pewnością. Opacznie zrozumiałeś (zresztą nie tylko Ty) moją wypowiedź. Powtórzę jeszcze raz- ta opcja powinna być dostępna, jak najbardziej. Jednak podtrzymuję - z kilku co najmniej powodów byłaby możliwa do zrealizowania dla wąskiej grupy ludzi. Chyba nie wyobrażasz sobie, że to opcja dla dziecka rodziców niewykształconych (nie chodzi mi o wykształcenie formalne ,ale rzeczywistą wiedzę ) i do tego pracujących na umowach śmieciowych co wyklucza z góry zatrudnienie nauczyciela ? I powtórzę "I mniej się obawiam o potencjalne zarozumialstwo i przekonanie, że jest się lepszym ze strony dzieci poddanych takiej edukacji a bardziej o sekowanie ich ze strony tych, którzy takiej szansy nie mieli -rozszalałych przeciwników wszelkiej inności" .Pozdrawiam. I pozostaję przy głębokim przekonaniu ,że w razie zaistnienia takiej możliwości będzie to opcja dostępna dla wybranych, czy nam się to podoba, czy nie .Znamienita większość będzie skazana na szkoły publiczne. I troską każdego normalnego państwa powinno być, by te szkoły były jak najlepsze.

      Usuń
    2. Witaj An-Ka.
      Rozumiemy oboje,że nauczanie domowe nie jest przymusem tylko jest to alternatywa dla rodziców.
      A dbałość tzw.Państwa o tzw.szkolnictwo powszechne nie będę komentował.
      Przykładowo ponad milion podpisów w sprawie sześciolatków niemiłosiernie nam panujący zwyczajnie olali.
      Więc to m.in.dodatkowy argument za nauczaniem domowym.
      Pozdrawiam.
      Ps.
      Nie będę tu tłuk piany i wytkał minusy państwowego nauczania,bo jak na razie jesteśmy w większości na to skazani.
      Wolę trzymać się tematu i pisać o zaletach nauczania domowego.
      I mam nadzieje że tej formy nauczania swoich dzieci obrońcy "równości i sprawiedliwości społecznej" nie zlikwidują.

      Usuń
  6. Dla mnie wystarczającym zniechęceniem jest to, że u muzułmanów traktowane jest to jak sposób na odseparowanie dzieci od myślących inaczej rówieśników, a dziewczynek w ogóle od szkoły. W temacie nie były brane pod uwagę takie przypadki, ale mi w pierwszej kolejności takie sytuacje przychodzą do głowy. Również w przypadku dzieci uczących się w domu długo nikt może nie zauważyć, np. na wychowaniu fizycznym, że ciało dziecka nosi ślady przemocy. Dziecko nie opowie nauczycielce, że wujek dotykał je w niewłaściwy sposób. Często nauczycielka pierwsza zauważa, że coś jest nie tak. Jak dziecko uczy się w domu to znacznie większe są możliwości ukrywania niewłaściwych zachowań wobec dzieci.

    Rodzic pomimo szkoły może pomóc w nauce, w zadaniach domowych, może opłacić korepetycje. Prawda jest taka, że często jak się samemu nad czymś nie usiądzie, nie przemyśli to najlepsze tłumaczenia nauczycieli, rodziców w całości w głowie nie zostaną. I tak obecnie często więcej jest do zrobienia w domu, niż było zrobione w szkole. Niektóre nauczycielki wszystko co się da wciskają dzieciom jako zadanie domowe, dziecko ma sobie kupić książki i zrobić samo, nie w szkole, a w domu, mało tego nauka na sprawdzian i tak jest z podręcznika, bo to co było powiedziane na lekcji to jest nic przy tym co trzeba umieć. Do tego jeszcze przez zadania domowe, albo przez przymus przeczytania czegoś z podręcznika co lekcję dzieciaki muszą się uginać pod ciężarami plecaków. Jak widzę dzieci wracające ze szkoły to często można zobaczyć dziecko, które się zgina, bo książki są ciężkie. To co mamy to nie nauka szkolna, ale szkolna pomieszana z domową. A bywa i gorzej. Bo co jak mamy przedmiot gdzie zadania domowe i to co trzeba samemu czytać przewyższają objętością to co się robiło w szkole? Takie rozszerzanie powinno być dla ambitnych, osób, takich które szczególnie lubią dany przedmiot i powinno być nagradzane jak zadania dodatkowe, a nie narzucone dla wszystkich. Tym bardziej jeśli chodzi o podstawówkę, gimnazjum. To nie studia.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. @Akara...
      ciekawe spojrzenie na sprawę... przyznam, że nie przyszło mi to do głowy... ale zauważ, że takie same wątpliwości można mieć w przypadku jakichś prywatnych "elitarnych" szkółek, które mogą legitymować się wysokim poziomem nauczania, a mimo to jednocześnie prać uczniom mózgi /zgodnie zresztą z życzeniem rodziców/...
      ...
      przy okazji też, wspominając o przemocy domowej czy "złego dotyku" rozlewasz dyskusję niczym ocean na kwestię, gdzie jest granica kontroli otoczenia /państwa, społeczności lokalnej/ nad tym, co się dzieje w domach...
      ...
      to co opisujesz dalej, to nie jest żaden homeschooling, tylko patologiczne praktyki związane ze szkołą państwową jako taką...
      ...
      a tak na koniec, drobna uwaga terminologiczna... wydaje mi się, że korepetycje to dodatkowy dokształt związany ze słabymi wynikami ucznia w szkole lub w celu przygotowania do jakiegoś egzaminu... zaś z homeschooling'iem raczej mi się kojarzy stare określenie "komplety"... ale "o słówka" spierał się nie będę...
      pozdrawiać :)...

      Usuń
    2. @ pkanalia
      Najpierw spotkałam się z tym jak Niemcy postrzegają ten problem. W Niemczech postrzegano (może dalej się postrzega, bo nie śledzę, czy nastąpiły jakieś zmiany) edukację domową jako edukację religijną. W innych krajach też krytycznie się wypowiadano parę razy, np. o znajomości języka wśród muzułmańskiej mniejszości po takiej edukacji. Bywa, że całe rodziny, łącznie z dziećmi nie znają języka kraju w którym mieszkają, albo znają go słabo. Zgodę dostają i mogą uczyć dzieci, a później skutkiem są niezintegrowane ze zwykłymi Europejczykami dzieciaki. Może to były wyolbrzymione przykłady.
      Niemiecki Sąd Najwyższy twierdził, że zakaz nauczania domowego ma zapobiegać rozwojowi różnych motywacji religijnych, że nie jest dobrze jak równolegle rozwija się zupełnie inna filozofia.

      Ja właściwie nie jestem przekonana co jest lepsze i dla kogo. Niestety polskich szkół też przesadnie chwalić nie można (ogólnie, są dobrzy nauczyciele, dobre szkoły, dobry czas) i to wiele utrudnia. Mi się wydaje, że można porównywać taką pomoc po szkole ze strony rodzica do tego co się robi przy edukacji domowej. Są rodziny, które decydują się na edukację domową pomimo pracy zawodowej i wtedy po pracy rodzice uczą dziecko. Przy zwykłej szkole też rodzice mogą tyle przekazać, bo w tych samych godzinach rodzice mogą być w pracy, dziecko w szkole. Po powrocie można sporo zrobić razem. Również te wycieczki i poznawanie natury. Co innego jak ktoś jest przy dziecku cały czas, aż do skończenia, np. 12 lat. Wtedy można brać pod uwagę część z wymienionych w tekście zalet, czyli np. spędzanie więcej czasu razem.


      Co do końcówki, może masz rację, ale korepetycje chyba przestały być przejawem tylko tego, że ktoś sobie nie radzi. Zdarza się coraz częściej, że uczniowie biorą korepetycje, żeby mieć ocenę w górę, np. z dobrej czwórki na piątkę. W tekście był cytat, że rodzice do edukacji domowej mogą wynajmować nauczyciela, więc też dopuszczają, że ktoś inny być może lepiej objaśni coś dziecku.

      Usuń
    3. @Akara...
      też nie wiem, co jest lepsze i dla kogo...
      co do sytuacji w Niemczech...
      edukacja religijna to religioznawstwo, zaś tzw. "nauka religii" to już wychowanie /nieraz przekraczające granicę indoktrynacji/, szkolenie ideologiczne, a nie edukacja... może znowu tworzę spór "o słówka", bo granica miedzy edukacją i wychowaniem nie zawsze jest wyraźna /w końcu dbałość o dyscyplinę podczas lekcji np. matematyki to też jest wychowanie/, ale precyzja znaczenia terminów wydaje mi się istotna... jakby nie było /użyję przykładu/ lekcje pnosu i urządzanie szkolnych akademii za peerelu też nazywano "edukacją"...
      co do decyzji sądu w Niemczech, to trudno mi cokolwiek komentować nie znając detali /ani specyfiki społeczności muzułmańskich/... mam jednak takie przeczucie, że tego typu zakazy mogą jedynie spowodować pogłębienie się hermetyczności tych grup i zejście domowego nauczania do podziemia...
      co do korepetycji, to przecież napisałem, że bywają stosowane też do zwiększenia szans w egzaminie ucznia mającego już spore pojęcie... to trochę tak, jak z braniem dodatkowych jazd po kursie podstawowym, które wcale nie świadczą o tym, że ktoś WCALE po tym kursie nie potrafi prowadzić auta...

      Usuń
    4. @Akara

      To bardzo słuszny aspekt z tym zamykaniem w domu. Wszystko dobrze póki nie ma patologii.. Szkoła ma wiele wad i na pewno trzeba ją zmieniać. Ale dla mnie przejście na homeschooling to wylewanie dziecka z kąpielą. Po prostu mnie przeraża pomysł zamknięcia w ciasnym gronie

      Usuń
  7. @pkanalia,

    "...takie same wątpliwości można mieć w przypadku jakichś prywatnych "elitarnych" szkółek, które mogą legitymować się wysokim poziomem nauczania, a mimo to jednocześnie prać uczniom mózgi /zgodnie zresztą z życzeniem rodziców/..."

    To racz mi wytłumaczyć "świadomy indywidualisto" dlaczego ateistyczni, lewacko - liberalni, czerwoni dygnitarze na siłę pchają swoje dzieci do takich właśnie "elitarnych szkółek", w dodatku jeszcze katolickich? Dlaczego piewcy lewackiego liberalizmu, którzy na co dzień pracują nad tym, aby większość ludzi w tym kraju miała poglądy takie jak twoje, sami robią absolutnie wszystko, aby ich własne dzieci takich poglądów jak twoje nie miały? To własnie te "elitarne szkółki" gwarantują, że oprócz solidnego wykształcenia, dzieci wyniosą też pewnego rodzaju wychowanie, pewnego rodzaju postawy, które infantylnie nazywasz indoktrynacją. A w rzeczywistości w ten sposób kształci się przyszłe elity i czerwoni dygnitarze doskonale o tym wiedzą. Czerwony prezydent mojego miasta usiłował bezskutecznie swoje dzieci umieścić właśnie w takiej "elitarnej szkółce", ale przez jego podły rodowód mu się nie udało, bo tu pozycja i pieniądze tatusia nie wystarczą, aby sprawę załatwić. Popatrz sobie na pierwsze z brzegu żydowskie elitarne liceum. Według ciebie tam też panuje indoktrynacja? Te mundurki dyscyplina itd. Nie! Tam się kształci przyszłych władców tego kraju, a to, że tego nie rozumiesz, najlepiej świadczy o tym, że sam jesteś dzieckiem rewolucji kulturowej Gramsciego i mimo swojej bystrości, nawet tego nie zauważyłeś. Sam jesteś efektem indoktrynacji, a ten twój rzekomy samodzielny i świadomy indywidualizm jest po prostu majstersztykiem indoktrynacji systemu światowej rewolucji ideologicznej, która swoje korzenie ma w obrzydliwym bajorze marksizmu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. TF- różnie to bywa, niestety .Spotkałam się też z prywatnymi szkołami, do których zapisywano dzieci z lekkimi upośledzeniami z komentarzem "bo to jedyna szkoła ,którą ma szansę skończyć " (nawiasem mówiąc kompletnie nie rozumiem takiej postawy -zamiast zapewnić dziecku coś konkretnego ,co pozwoli mu w miarę sensownie egzystować w społeczeństwie wpychać na siłę do liceum, sztuka dla sztuki ,gdzie takie dziecko i tak będzie się czuło gorszym). Oczywiście takie szkoły to pojedyncze przypadki i rodzic ,któremu zależy na edukacji dziecka wybierze coś innego. No i należy je traktować jako wyjątki potwierdzające regułę.Pozdrawiam.

      Usuń
    2. @ TF

      Nie zgadzam się z tą całą teorią wychowywania przez szkołę. Nastolatki mają starszych w dupie, słuchają ich niemal wyłącznie ze strachu. (Wyjątkiem są MĄDRZY starsi, których się szanuje, a nie jedynie czuje przed nimi respekt.) Jeśli rodzice nie wpoją dziecku pewnych wartości do 10-tego roku życia, to elitarne gimnazjum czy liceum nic już nie zdziałają.

      Usuń
    3. @An-Ka,

      Jak już w przeszłości wyjaśniałem, nie piszę o szkołach prywatnych, gdzie przyjmuje się każdego z grubym portfelem, a chamscy dorobkiewicze rządzą całą szkołą i ustawiają całe grono pedagogiczne pod swoich małych socjopatów. Mam na myśli szkoły, w których należy zdać bardzo trudny egzamin wstępny, poziom jest znacznie wyższy niż placówkach publicznych, a rodzice albo akceptują zasady w szkole panujące, albo do widzenia, bo lista chętnych na miejsce jest długa. W każdym razie żaden debil do takiej szkoły się nie dostanie, a rodzice mogą akceptować poziom i zwyczaje tam panujące, albo zabrać dziecko do innej szkoły. Mimo to chętnych jest około dziesięć razy więcej niż miejsc, pomimo wysokiego czesnego. Dlaczego zatem?

      Również serdecznie pozdrawiam.

      @Kira,

      Na dobrą sprawę masz rację, ale dodam tylko tyle, że wychowanie rodzicielskie, wzmocnione poprzez wychowanie szkolne, działają komplementarnie na zasadzie wzajemnego wzmocnienia. Rozumiem, że się nie zgadzasz z teorią wychowania przez szkołę, bo to wychowanie po drugiej wojnie światowej przestało praktycznie istnieć. W drugiej RP, było to czymś zupełnie normalnym i owocowało wydaniem na łono społeczeństwa najlepszych synów tej ziemi, którzy niestety zostali eksterminowani przez hitlerowców, a następnie bolszewików (swoją drogą ciekawe dlaczego właśnie ich z taką determinacją obydwa systemy totalitarne eliminowały, pozostawiając we względnym spokoju niepiśmienną hołotę). Te tradycje gdzieniegdzie próbuje się odbudować i z powodzeniem robią to właśnie szkoły o jakich pisałem. Tak to prawda, że nie są one neutralne ideologicznie, czy światopoglądowo, ale przecież przymusu nie ma. Dla mnie cholernie ważne jest to, iż w szkole moje dziecko będzie chronione przed tym co uważam za skrajnie niebezpieczne (gender, przemoc, narkotyki), a wartości, które będą dziecku przekazywane poza wiedzą, nie będą się różnić od tych, które wyznaje ja sam. A co do zdania "Nastolatki mają starszych w dupie, słuchają ich niemal wyłącznie ze strachu.", to mogę powiedzieć tylko tyle, że nigdy nie odczuwałem strachu przed moimi rodzicami, a nawet w wieku już dorosłym ich zdanie było dla mnie jednym z najważniejszych (oczywiście nie zawsze się z nim zgadzałem, a postępując jemu wbrew, z reguły zaliczałem jakąś wtopę). Jak rodzice popełnią całą serię krytycznych błędów wychowawczych na wczesnym etapie, to potem rzeczywiście jest tak jak piszesz i żadna szkoła nie pomoże, gdyż rolę wzoru do naśladowania przejmują rówieśnicy i to niekoniecznie ci najbardziej wartościowi, a raczej ci najbardziej zdemoralizowani.. Niemniej jednak nie jest to reguła, ani normalny mechanizm. Podkreślam więc rolę efektu synergicznego w korelacji wychowania szkolnego i domowego.

      Pozdrawiam bardzo ciepło, TF.

      Usuń
    4. Droga Kiro.
      Jeżeli mogę się wciąć.
      Skąd te kryteria "do10-tego roku życia" życia?,a nie przykladowo siódmego czy innego "entego"?
      I dlaczego "elitarne gimnazjum czy liceum",a nie przykładowo normalne szkoły gdzie rodzice decydują o nauczaniu i wychowywaniu swoich dzieci?
      Pozdrawiam.

      Usuń
    5. Korekta.
      Wcześniej nie widziałem odpowiedzi tie_fightera który Ci wszystko właściwie,moim skromnym zdaniem wyjaśnia,więc moje "mędrkowanie"możesz pominąć.
      Pozdrawiam.

      Usuń
    6. @ Tie Fighter

      To chyba jasne, że szkoła może WZMACNIAĆ zasiane już wartości. Ale właśnie - wzmacniać, a nie zasiać. O to mi tylko chodziło.

      Nie zgadzam się z Tobą w wielu kwestiach i zapewne posłałabym dziecko do innego rodzaju szkoły niż Ty (co nie znaczy, że wybrałabym taką, na którą Ty byś napluł ;)), ale serce mi rośnie, gdy czytam takie wyznania jak Twoje. Jesteś rodzicem ŚWIADOMYM. :)

      Również pozdrawiam.


      @ Mędrek

      Cóż - im wcześniej, tym lepiej. ;)

      Pozdrówka. :)

      Usuń
    7. Cóż ,ja też miałam ze swoimi rodzicami takie relacje jak TF. Z synem bywało może trochę ostrzej, ale spory NIGDY nie dotyczyły pryncypiów a dziś z wielką przyjemnością i satysfakcją obserwuję, że w stosunku do swego dziecka ma bardzo podobną ;linię wychowawczą.

      Usuń
    8. To normalne, że przejmujemy zachowania naszych rodziców. Niedawno powiedziałam buńczucznie mojej mamie, że skoro mnie prano pasem, to i ja będę prać swoje dziecko. :)

      Usuń
    9. No nie żartuj. Prano Cię pasem?

      Usuń
    10. @T.F...
      zacząłeś dobrze... prawidłowo zaadresowałeś... nie przekręciłeś cytatu... ale potem znowu zacząłeś pierdolić bez sensu... ech, te twoje "błyskotliwe diagnozy" Mojego światopoglądu /i jego rzekomego pochodzenia/, te nieudolne próby zaszufladkowania go w twój czarno-biały, kwadratowy, zero-jedynkowy sposób pojmowania świata i ludzi... co Ja z tym mam zrobić?... no, ale uratowałeś dupsko, bo Jack Gramski rzeczywiście fajnie gra, np. tu:
      http://youtu.be/PIUtW-bCG78
      więc ci odpowiem... otóż ten cytat nie krytykuje żadnej konkretnej prywatnej szkoły, tylko daje do myślenia na temat szkół prywatnych jako takich... są takie i srakie... mam to dalej tłumaczyć?... to tak trudno pojąć?...
      nie bądź taki ksobny, bo naprawdę niewiele zwracam uwagi na twoje komenty... o tej twojej szkole przeczytałem już później, by się dowiedzieć, o ci chodzi...
      pozdrawiać /jakby nie było, odrobinę zasłużyłeś tym Gramskim/...
      :D...

      Usuń
    11. @ Tie Fighter

      Oczywiście, że prano mnie pasem. Pięścią w twarz też parę razy dostałam. Pisałam o tym tutaj: http://istota-rzeczy-wg-kiry.blog.onet.pl/2013/03/23/ostatecznosc/

      Usuń
    12. Hmmm...mnie nie prano, ale jak tatuś włączał mi sumienie to wolałabym dostać :))

      Usuń
    13. @Kira

      Holender, ja od ojca dostałem może ze trzy razy po dupie pasem, ale to było już za numery grubszego kalibru - czyli spowodowanie pożaru w czasie lekcji chemii, podgrandzenie ojcu kluczyków od samochodu i zrobienie sobie godzinnej przejażdżki w niedzielny wczesny ranek w wieku 12 lat i zamknięcie córki dyrektora szkoły, do której chodziłem w śmietniku. Ale z pięści nigdy. Ja akurat o te trzy okłady nigdy nie miałem do ojca pretensji. Moja siostra dostała tylko raz i to za to, że w wieku 5 lat, schowała się w ogrodzie i mimo, że cała rodzina jej szukała i nawoływała, to z sobie tylko znanych powodów nie raczyła się odezwać. Kiedy już w poszukiwania zaangażowana była cała ulica, ten mały srojd wylazł sam po 4 godzinach. Ojciec wtedy nie wytrzymał i przełożywszy przez kolano, wtłukł kilka porządnych klapsów, a potem mocno przytulił. Tyle łącznie tego było, a i pewnie części z tego można było uniknąć. Niemniej o klapsa w dupę nie robiłbym histerii, bo jakże inaczej doprowadzić do porządku dziecko w okresie buntu dwulatka, które w histerii kręci bąka na środku sklepu, bo nie dostało wskazanej zabawki. Ja tam córkę dwa razy w ten sposób przywołałem do porządku, a odkąd skończyła 3 lata wszystko jej tłumaczę i w ogóle dużo rozmawiamy, co jak do tej pory z powodzeniem zastępuje wariant kinetyczny. Z synem mam jeszcze prostszą sprawę, bo ten buntu dwulatka nie przechodził, a za swoje drobne grzeszki ląduje na karnym schodku na minutę czy dwie i to wystarcza. Niestety nie rwie się specjalnie do mówienia, więc polegam na tym, że sporo już rozumie, ale na najprostszą rozmowę przyjdzie jeszcze chwilę poczekać. Niemniej nigdy nie uderzyłbym dziecka w twarz. Jakoś mi to nie pasuje do żadnych metod wychowawczych, a raczej do odzierania młodego przecież człowieka z jego godności. To musi pozostawać w pamięci takiego dziecka jako przeżycie traumatyczne przez lata i summa summarum nic nie daje.

      Pozdrawiam ciepło, TF.

      Usuń
    14. @pkanlia,

      Wbrew temu co możesz myśleć to nie był żaden atak z mojej strony, a jedynie stwierdzenie, że twoje poglądy, choćby nie wiem jak oryginalne, nie są niczym nowym. To wszystko już było, a ich jedyna cecha szczególna, to stosunkowa rzadkość występowania. Poza tym to nic odkrywczego. Zatem za każdym razem jak zaczynasz gadać bzdury o rzekomej indoktrynacji, to wiedz, że przyganiał kocioł garnkowi, bowiem jesteś dokładnie tak samo zindoktrynowany, tylko przez inną ideologię. Różnica między nami jest głównie taka, że ja swoją "indoktrynację" przyjąłem świadomie (przeszedłem głęboki kryzys wiary i ją odzyskałem), a ty nawet nie zauważyłeś, kiedy zostałeś zindoktrynowany i myślisz, że do wszystkiego doszedłeś sam. Różnica jest tylko taka, że ja jestem w pełni świadom ograniczeń jakie nakłada na mnie moja "indoktrynacja", a ty jesteś całkowicie zaślepiony przez złudne poczucie autonomii myślenia i postaw, które prezentujesz, a w rzeczywistości jest tak, że niewolnik doskonały, to taki, który nie wie, że nim jest. Stary łajdak Gramsci zaciera w grobie ręce jak czyta twoje komenty.
      Z pozdrowieniami od czytelnika "organu konserwatywnych buraków" - "Pudelka" rzecz jasna.

      Usuń
    15. @Kira

      Jejku masakra z tymi twoimi rodzicami . Jak można bić dzieci ,uderzyć dziecko w pięścią w twarz to tylko zwyrodnialec potrafi.
      Przepraszam Kiro nie chce obrażać twoich rodziców ,ale oburzyło mnie to .

      Usuń
    16. @ Tie Fighter

      Jeśli chodzi o konflikty z rodzicami, to oni i ja postrzegamy je trochę inaczej. Oni uważają, że byli łagodni i że bardzo rzadko byłam bita. ;) I właściwie mają trochę racji: moi koledzy i koleżanki mieli surowszych rodziców; w latach 80-tych i 90-tych wychowanie bezstresowe do szczególnie popularnych nie należało. ;)

      Ale mniejsza o te pasy. Tata jest nerwowy, ja go często zawodziłam, to i nic dziwnego, że dostałam. Gorzej, że rwał się do tego bicia, kiedy byłam już dorosła. Teraz już by pewnie nie śmiał, bo zaczyna słabnąć, ale i tak lepiej jest nie sprzeciwiać mu się, kiedy jest wyjątkowo pewny swej racji. Co nie znaczy, że jest złym ojcem. Dostałam od niego i od matki bardzo wiele i naprawdę to doceniam.


      @ Julianne

      Ja też nie zawsze byłam dobrą córką. ;) A już na pewno nie byłam - i nie jestem! - lepszą córką niż oni rodzicami.

      Usuń
    17. Moim zdaniem też jest to przerażające. Policzkowanie kojarzy mi się raczej z karaniem większego faceta przez kobietę za jakiś wybryk, a nie z sytuacją, gdzie dziecko dostaje wielką ręką dorosłego. A jeszcze pięścią w twarz to dopiero szokujące. Zresztą ja jestem za zainteresowaniem dzieckiem, tłumaczeniem różnych spraw, a nie za rozwiązywaniem problemów poprzez kary cielesne. Wolałabym żeby pasy, bicie zostawały dla sesji sado-maso, kiedy ktoś chce mieć ślady, a nie były używane do poniżania dzieci dla których jest to coś strasznego. Pewnie to wizja idealnego świata, bo zawsze będą ludzie, którzy stosują takie kary, ale ta liczba może się przecież zmniejszać.

      Usuń
    18. @ Tie Figjhter
      Pomylenie Antonio Gramsciego z jakimś tam Gramskim jest kolejnym przykładem zadziwiających przemian zachodzących w byłym ludzkim mózgu pod wpływem konopnego szajsu.

      Usuń
    19. @T.F....
      no, to "misiaczek" się już skotłował do reszty... pułapka z Gramskim była zastawiona właśnie na niego... i zrobił mój robocik z grubsza to, co chciałem... ale to jest chory człowiek, pojęcie "obciach" /którego sobie ostatecznie, totalnie narobił/ jest mu nieznane, więc nie odejdzie z tego forum w sromocie... zresztą wcale tego nie chcę, bo jest ubaw...
      natomiast co do reszty, to sprawa jest nierozstrzygalna... nie ma takiej możliwości, byś Mi udowodnił zindoktrynowanie przez coś lub kogoś /pomijam "indoktrynację pierwotną", której podlega każde dziecko/... możesz tylko kłamać i próbować nieudolnie obrażać... tylko po co?... co sobie tym załatwiasz?...
      niemniej jednak za ostatni tekst masz znowu bonus... bo tak chciałem...
      http://youtu.be/2EKJhl2T3uk
      pozdrawiać :)...

      Usuń
    20. @ Tie Fighter
      Zwróciłeś uwagę na "Mi" w środku zdania? Czyżby pluralis maiestatis króla polskich ćpunów? Chyba zasłużył na ten tytuł skoro myli nazwiska napisane drukowanymi literami a na haju widzi tu jakieś "robociki".

      Usuń
    21. @pk,

      "nie ma takiej możliwości, byś Mi udowodnił zindoktrynowanie przez coś lub kogoś /pomijam "indoktrynację pierwotną", której podlega każde dziecko/..."

      Nie mam zamiaru tego udowadniać, bo kto wie co tak naprawdę siedzi w głowie innego człowieka poza nim samym. Jak tylko wyraziłem swoją opinię na podstawie tego, co w twoim wykonaniu mogłem przeczytać. Możesz się z tym zgodzić lub nie i tyle. Ładnie napisałeś, że jest to sprawa nierozstrzygalna.

      "możesz tylko kłamać i próbować nieudolnie obrażać... tylko po co?... co sobie tym załatwiasz?..."

      Po cóż miałbym kłamać, albo kogokolwiek obrażać? Staram się odnosić do twoich własnych słów, a jak przegniesz, albo będziesz się mijał z prawdą, to napiszę to otwartym tekstem, jak mam zwyczaj to czynić.
      Stary dobry Exodus. Tradycyjnie już najbardziej sobie cenię ich pierwszą płytę "Bonded by blood" z nieodżałowanym Paulem Baloffem na vocalu.

      Usuń
  8. Witaj tie_fighter.
    Co prawda,niewiele można dodać do twojego komentarza z którym się w całości zgadzam,ale te stwierdzenie:
    "...takie same wątpliwości można mieć....itd"
    to istna perełka.
    Kto może mieć takie "wątpliwości" poza "pk" niech sie zgłasza.
    Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Witaj Mędrku,

      Lista zgłaszających się nie będzie przesadnie długa i co najważniejsze, dziecinnie łatwa do przewidzenia.

      Serdecznie pozdrawiam.

      Usuń
    2. Witaj tie-fighter.
      Co prawda,niektórzy uważają że wychowywanie swoich dzieci przez chrześcijańskich rodziców m.in. w poszanowaniu zasad ich ich wiary niektórzy uważają za "indoktrynację" tych dzieci,ale masz rację.
      Za dużo takich nie ma,a ich reakcja jest łatwa do przewidzenia.
      Pozdrawiam serdecznie.

      Usuń
    3. @ Panowie

      Indoktrynacja czy nie - kogo to, do cholery, może obchodzić??? Ja uważam, że rodzic ma święte prawo uczyć dziecko wszystkiego, co uzna za stosowne, o ile nie zagraża to owego dziecka zdrowiu (także psychicznemu) czy życiu.

      Usuń
    4. Zgoda.
      Ale mi tego tłumaczyć nie musisz.
      Pozdrawiam.

      Usuń
    5. Korekta,bo dopiero teraz zauważywszy.
      Z zastrzeżeniem,że o ile nie zagraża to innemu człowiekowi jego zdrowiu czy życiu.

      Usuń
  9. @ Kira
    Rodzice mają święte prawo domagać się aby szkoła szanowała wartości które chcą dziecku wpajać i nie sabotowała tego. Indoktrynacją może to nazywać co najwyżej jakieś moralne gówno (nie będę obrażać Twojej inteligencji wskazując je palcem). Ale gdy na lekcji pojawiają się pan pederasta lub pan jaracz shitu aby propagować swoje "wartości", w takich przypadkach degeneraci nie mówią o chamskiej indoktrynacji lecz o "informacji". Wtedy prywatna szkoła lub edukacja domowa byłaby jedynym sensownym rozwiązaniem.

    @ An-Ka
    Oczywiście masz świętą rację wymieniając powody dla których zasięg homeschoolingu jest bardzo ograniczony. Są to powody tyleż prozaiczne co smutne, zwłaszcza w polskich realiach.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj tam, nie czepiajmy się terminologii. Tu przecież chodzi o to, że nieraz suche fakty oblepione są jakąś ideologią. I to może być zarówno etyka chrześcijańska, jak i "postępacka". Nie zamierzam zwalczać ani jednej, ani drugiej, albowiem - wbrew temu co śpiewała Majka Jeżowska - NIE "wszystkie dzieci nasze są". ;)

      Usuń
    2. @Kira
      Dla zakonserwowanych są do tego stopnia "nasze", że skłonni są popierać kradzieże cudzych dzieci w imię "wyższych celów". Ot, takie specyficzne pojmowanie sprawiedliwości. Zakonserwowani najchętniej powróciliby do czasów sprzed 100 lat, w których szkoła powszechna uczyła bezwzględnego podporządkowania i rozwiązywania kwestii spornych poprzez ćwiczenie rózgami. Nic dziwnego, że wychowankowie, poddani potem działaniu socjotechniki, zmienili się w sfanatyzowanych strażników totalitaryzmów.
      Dla mnie obecnie "klasyczna" szkoła powszechna jest przeżytkiem, podobnym jak dawne sierocińce. Stanowi nieodzowny element systemu opartego na ślepym podporządkowaniu autorytetom, wiecznej rywalizacji i wzajemnym ustalaniu swojej pozycji w hierarchii, zniechęca do współpracy. Zastępuje twórcze myślenie mechanicznym wykonywaniem powierzonych zadań. Na szczęście podejmowane są próby odchodzenia od formuły, która już dawno się wyczerpała.
      Anty

      Usuń
    3. @ Kira
      Każdy kto miał okazje poznać osobę która maturę zdała w II RP (w porównaniu z dzisiejszymi absolwentami liceów, poziom niebotyczny) , zabije śmiechem prezentowane tu lewackie brednie o ćwiczeniu rózgami (moi rodzice podczas nauki szkolnej ani razu nie zostali uderzeni) i braku umiejętności twórczego myślenia.
      A kradzież cudzych dzieci liczona w milionach to specjalność komunizmu, początkowo radzieckiego, później i satelickiego.

      Usuń
    4. @Kira
      Każdy kto miał okazję prześledzić sytuację gospodarczą i polityczną przedwojennej Europy, dostrzeże zadziwiająco powszechne poparcie dla ustrojów totalitarnych lub autorytaryzmów niemal w całej Europie. Na podejście do przedwojennej matury mogli pozwolić sobie nieliczni - większość obywateli II RP musiała zadowolić się co najwyżej podstawówką. Oczywiście pisząc o ćwiczeniu rózgami miałem na myśli koniec XIX/ początek XX wieku, (tak na marginesie, dla tych co nie opanowali czytania ze zrozumieniem) - w IIRP można było oberwać linijką lub piórnikiem/ aczkolwiek w innych państwach bywało znacznie mniej różowo/. Nawet w okresie przedwojennym ćwiczyć rózgami można było do woli niektórych dorosłych obywateli, oczywiście pod warunkiem, że byli chłopami, ale to już zupełnie inna sprawa.
      II RP była na tle ówczesnej Europy państwem jeszcze bardziej nędznym i zacofanym niż współczesna III RP dzisiaj. Tylko zakonserwowani z klapkami na oczach są w stanie się podniecać tym okresem i zaklinać rzeczywistość.
      Anty

      Usuń
    5. Dziękuję Wam obu za edukację. :)

      Usuń
    6. @ Kira
      Mój ś.p. ojciec edukację szkolną rozpoczął jeszcze za życia Franciszka Józefa. Wtedy też oberwać po łapach mógł co najwyżej jakiś gnój (teraz to się chyba nazywa "wolnościowiec") próbujący przeszkadzać w lekcji.
      II RP borykała się z wieloma problemami gospodarczymi ale akurat edukacja stała w niej na wysokim poziomie. Negować to może co najwyżej jakiś komuch, dostający rozwolnienia na sam dźwięk takich słów jak Polska czy patriotyzm.

      Usuń
    7. @ Stary Niedźwiedź

      Cóż, te czasy już nie wrócą. Moim zdaniem należy wypracować nowy model nauczania od zera, bez oglądania się na przeszłość. Albo przynajmniej dać rodzicom wybór.

      Usuń
    8. @Kira
      W zaborze pruskim zbuntowanym uczniom (przepraszam "gnojom") jeszcze na początku XX wieku potrafiono zaordynować chłostę, ewentualnie areszt: http://www.historia-polski.com/XX/1901/1901_v.htm
      Takie fakty kwestionować może jedynie historyczny nieuk albo wyznawca prawicowych zbrodniarzy, w stylu złodzieja dzieci Franco lub bandyty Pinocheta.
      A na przedwojenną edukację na przyzwoitym poziomie liczyć mogli tylko ci, którzy nie wychowali się w czworakach, rozlatujących się chałupach, suterenach, czy na poddaszach. Czyli znakomita większość obywateli jednak nie mogła. Jak w każdym biednym państwie postfeudalnym.
      Anty

      Usuń
    9. @ Anty

      Przemoc wobec uczniów to zło, ale tak samo złem jest pobłażanie chuliganom. Myślę, że zgodzisz się ze mną, że dzisiejsza szkoła wcale taka dobra nie jest. ;) Podobnie jak model edukacji pozwalający na naukę każdemu, nawet temu, kto z racji swych predyspozycji intelektualnych (a nierzadko i zainteresowań) zamiast zgłębiać tajniki chemii, fizyki czy biologii powinien raczej zainwestować w solidny kurs krawiectwa czy stolarstwa.

      Usuń
    10. @ Kira
      Pewien komuch w swej nienawiści do polskości zacukał się już do tego stopnia że nie odróżnia walki politycznej z wynarodowianiem (w przypadku polskich dzieci z Wrześni buntu przeciwko nakazowi odmawiania pacierza po niemiecku) od prymitywnego chuligaństwa. Sądząc po po wyzwiskach pod adresem uczestników obecnych manifestacji rocznicowych 11 listopada, bardzo go ta Polska uwiera. Aż tak bardzo że o rzekomej niedostępności edukacji dla "znakomitej większości obywateli" II RP opowiada kłamstwa godne Wieczorowego Uniwersytetu Marksizmu - Leninizmu.
      Bądź uprzejma skasować ślad po poprzednim komentarzu (literówki).
      Pozdrawiam serdecznie.

      Usuń
    11. @Kira
      Szkoła dzisiejsza dobra nie jest, ale czy kiedykolwiek była?
      Co do modelu edukacji, niekoniecznie się zgodzę z "predyspozycjami" - zdarza się że ich określenie nie jest proste, że przychodzą z wiekiem, itd. Aspiracje pewnych osób potrafią zadziwiać, gdy tylko te osoby otrzymają szansę na rozwój.

      Nie wiem dlaczego jeden z komentatorów nagle wyskakuje tutaj z "chuligaństwem" (za które, nota bene, też można było otrzymać cięgi w wielu państwach Europy), ale jeśli ktoś utożsamia "polskość", cokolwiek by to znaczyło, z neofaszystowskimi manifestacjami... Nieznane są osobliwe drogi osobliwych umysłów.
      Ogromna większość obywateli II RP nie kończyła nawet szkoły średniej. Dla mieszkańców czworaków dostępne były czteroletnie szkoły podstawowe... Ale to pewnie wszystko kłamstwa Uniwersytetu Marksizmu-Leninizmu, podobnie jak te, że w przedwojennej Polsce na tle innych państw nie było prawie wcale samochodów, na jedną izbę mieszkalną przypadały średnio 3 osoby, a w niektórych rejonach na wschodzie kraju 1 lekarz przypadał na jakieś 100 tysięcy mieszkańców;) Cud-miód, nie państwo.
      Anty

      Usuń
    12. "...ale jeśli ktoś utożsamia "polskość", cokolwiek by to znaczyło, z neofaszystowskimi manifestacjami... Nieznane są osobliwe drogi osobliwych umysłów..."
      Sądy III RP są zdumiewająco pobłażliwe dla lewackiego śmiecia zaś surowe dla prawicy. Skoro nie zakazały działalności narodowców, urojone neofaszystowskie elementy ich programu istnieją jedynie w popierdolonym łbie komunistycznego cwela. Którego myśli, przepełnione zoologiczną nienawiścią do polskości (której nienawidzi choć nawet nie za dobrze wie co ona oznacza) są prostsze niż budowa cepa a więc banalnie łatwe do przewidzenia.

      Usuń
    13. "ale jeśli ktoś utożsamia "polskość", cokolwiek by to znaczyło, z neofaszystowskimi manifestacjami..."

      No bardzo ciekawe co napisałeś. Powiedz mi w takim razie, dlaczego tego typu manifestacje nie są w Polsce zakazane. Obowiązuje przecież ustawodawstwo zakazujące eksponowania w przestrzeni publicznej ideologii totalitarnych. Czyżby urzędnicy, sędziowie i prokuratorzy nie podzielali twoich ocen w zakresie tego, co jest neofaszyzmem, a co nie jest? Raczej trudno te środowiska podejrzewać o sprzyjanie ruchom narodowym i środowiskom patriotycznym, a mimo to nie potrafią się zdobyć na taki fanatyzm jak ty. A tak, zapomniałem. Oni są sterroryzowani przez kościół. No i jeszcze co z innymi krajami, gdzie też odbywają się takie "neofaszystowskie" manifestacje? W jednym z takich krajów laickiej Europy, tacy neofaszyści wygrali miażdżąco wybory do PE, a wkrótce przejmą w tym kraju władzę. Czemu nikt nie reaguje, nie delegalizuje tych neofaszystów. A swoją drogą, to mógłbym się dowiedzieć co twoim zdaniem znaczy polskość?

      Usuń
  10. Edukacja domowa nie jest możliwa w polskich realiach. Nie ma ludzi, którzy mają wiedze we wszystkich przedmiotach szkolnych. Dajmy na to ty Kiro z tego, co wiem skończyłaś anglistykę, więc zapewne własne dziecko nauczyłabyś dobrze języka angielskiego, polskiego, historii i kultury angielskiego obszaru językowego, ale czy znasz się na matematyce, fizyce, chemii, biologii czy geografii?

    W naszych realiach i przeładowanych programach dziecko w edukacji domowej byłoby do tyłu i nie miałoby podstawowej wiedzy w innych przedmiotach, w których rodzic nie jest mocny. No chyba, że stać byłoby takiego rodzica na prywatnych nauczycieli kilku przedmiotów przez lata. A kogo na to stać?
    Być może w systemie amerykańskim, i krajów Europy zachodniej gdzie programy szkolne są mnie j przeładowane jest taka możliwość korzystnej edukacji domowej, ale nie u nas.

    Z drugiej strony uczeń uczęszczający do szkoły uczy się umiejętności społecznych radzenia sobie w życiu przebijania się łokciami tego nie nauczysz w domu .Pewne rzeczy i sytuacje czasami bardzo niemiłe należy przeżyć, aby nauczyć sobie z nimi radzić. Jeżeli dany człowiek się tego nie nauczy stanie się nieudacznikiem i popychadłem niezależnie od tego, jaką teoretyczną wiedzę posiada.
    Czasami chroniąc dzieci, zamykając je w domu, selekcjonując znajomych w perspektywie czasu robi mu się ogromną krzywdę, której rodzic nie jest wstanie później naprawić.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. @Julianne

      Masz rację. Teraz też się zastanawiam jak takie dziecko sobie potem będzie radzić jeśli spotykać je będzie tylko to co dobre. W pracy też będą się zdarzać niemiłe przeżycia, trafi się na ludzi o różnych poglądach i to obojętnie czy dziecko będzie pracownikiem, czy szefem. Czasem trzeba przysłowiowo zedrzeć sobie to kolano, żeby później realnie patrzeć na życie.

      Usuń
    2. @Akara

      W życiu spotykamy różnych ludzi czasami o zupełnie innym podejściu do życia, o innych poglądach, innym systemie wartości itd.. Musimy nauczyć sobie z tym wszystkim radzić. Młody człowiek chroniony za wszelką cenę i żyjący w świecie ideałów, oderwany od rzeczywistości nie poradzi sobie w życiu. A życie jest ciężkie i trzeba być twardym. A twardości uczy się przez doświadczenie a nie przez domową teorię. W domu na własnym terenie każdy jest mocny dopiero w grupie wśród rówieśników możemy zobaczyć, kim jesteśmy i jak naprawdę sobie radzimy w życiu.
      Szkoła to nie tylko nauka o literaturze i czy dat historycznych, rozwiązywania zadań, które po jakimś czasie zapomnisz, ale także kontakty z ludźmi, konflikty, problemy, trudności, czasem niezapomniane miłe wspomnienia .Totalną głupotą jest zabieranie tych ważnych doświadczeń własnemu dziecku w imię własnych urojonych ideałów.
      Wiedzę zawsze możesz zdobyć ,nadrobić ,ale umiejętności społecznych ,doświadczenia społecznego już nie .

      Usuń
    3. @ Julianne i Akara

      Już wyżej napisałam, że szkoła NIE uczy właściwego radzenia sobie z nieprzyjemnymi sytuacjami. No chyba że za właściwe rozumiecie popadnięcie w totalny konformizm lub nauczenie się bić. W tym drugim przypadku przyznałabym Wam rację, gdyby nauczycielki nie były szmatami karzącymi zarówno agresora, jak i jego ofiarę.

      Dziecko uczone w domu może mieć przecież kumpli w swoim wieku. Od czego podwórko, kółka zainteresowania, dzieci znajomych rodziców? Asertywności też się prędzej nauczy w domu niż szkole, która wszak ze swej natury tępi indywidualizm i równa w dół.

      Sorry, ale nauka rozpychania się łokciami może się przydać wyłącznie wśród takiego bydła, jak niedobitki komuny. Ale nawet tego polska szkoła nie uczy. Za to zostawia nieprzyjemne wspomnienia na całe życie. Te wszystkie lata były dla mnie męczarnią. Unikałam jak ognia większych spędów, czułam się wyobcowana, raziły mnie prostackie zachowania rówieśników. Dlatego nie kupuję Waszych tłumaczeń. Równie dobrze mogłybyście mi radzić wejść na jakiś czas w środowisko prostytutek, by nabrać "właściwego" stosunku do ludzkiej seksualności. ;)

      Usuń
    4. Kiro- naprawdę to wszystko zależy od tego, jakich ludzi się spotka.Ja jestem zdecydowanie "osobna", czytając Ciebie już tyle lat odnajduję siebie z młodości...I przerobiłam każdy wariant szkoły -pierwszą klasę w szkole na wsi, gdzie kierownikiem był mój dziadek, ktory posłał mnie-sześciolatkę -do tej szkoły pod koniec października,bo miał dosyć ściągania mnie z drzew,płotow itd.Nauczyciele w takiej szkole byli z reguły prości, ale sprawiedliwi. Dziadek stawal na glowie, bym nie była uprzywilejowana i to było fajne.Potem dwa lata absolutnego koszmaru w rejonowej szkole na Bałutach - jako dorosla osoba zdałam sobie sprawę ,że dzieci mi po prostu zazdrościly -troskliwych rodziców, zadbania, górowania nad klasą w każdym zadaniu.Jednak nauczyciele z tej szkoły- do dziś uważam ,że to debile i psychopaci.a potem trafiłam do normalnej szkoły , z przecudowna wychowawczynią o nieprawdopodobnym intelekcie,osobowości i sprawiedliwości i powoli zaczęłam uczyć się bycia z innymi .Nie stępiła niczyjego indywidualizmu ,ale nauczyła nas umiejętności bycia razem ,nauczyła tolerancji.Nie równała w dół -ciągnęła w górę tych,których trzeba było ciągnąć i nauczyla nas tego samego.Wiem-miałam szczęście.Podobno taka była tez jako nauczycielka moja matka.

      Usuń
    5. Ja akurat miałam w szkole złe i dobre doświadczenia. Miałam zarówno nauczycieli, których lubiłam i miałam za wzór i takich, których nienawidziłam. Z rówieśnikami też było różnie. Z niektórymi lepiej, z innymi gorzej. Z tym co gorzej nawet po kłótniach była zgoda i jakieś koleżeństwo, albo każdy siebie po prostu tolerował. Największego prześladowania co prawda nigdy nie zaznawałam. Nawet dane mi było pomóc chłopakowi wobec którego przesadzano i wyżywano się na nim. W końcu dali mu spokój. Przypadek innego załatwiła dyrektorka, wystarczyło, że zagroziła, że ci, którzy się znęcają zostaną usunięci ze szkoły i będą musieli szukać innej. Od razu po tym był spokój.

      Usuń
    6. @ An-Ka

      Taka wychowawczyni jak Twoja to skarb. :)


      @ Akara

      Teraz podobno nie wyrzuca się agresywnych gówniarzy. Przeciwnie, nad każdym dzieckiem się trzęsą. Przynajmniej w tzw. zwykłych szkołach.

      Usuń
  11. "Edukacja domowa nie jest możliwa w polskich realiach...."

    I jak tu się nie zgodzić?
    Argument nie do zbicia,bo "uczeń uczęszczający do szkoły uczy się umiejętności społecznych radzenia sobie w życiu przebijania się łokciami tego nie nauczysz w domu".
    Pozdrawiam życzliwie.

    OdpowiedzUsuń
  12. Tak swoją drogą piszecie tutaj raczej o chrześcijańskich wartościach, którymi szkoły mają niby gardzić, a takie wartości w publicznych szkołach promuje zawsze ksiądz, katechetka. Często też ludzie z przesłaniem religijnym z własnej woli dorywają się do przedmiotu nauczanie do życia w rodzinie i mówią o szkodliwości antykoncepcji i o zdrowych naturalnych metodach planowania rodziny i o podobnych sprawach. Ateiści i ludzie innych wyznań często narzekają, że szkoła nie jest neutralna światopoglądowo ze względu na to, że nauczyciele katolicy mówią o swoich wartościach. Polskie szkoły to nie tylko poparcie dla równości, homoseksualistów. Bywa, że nauczyciele mają między sobą odmienne poglądy i dziecko można poznać różne sposoby patrzenia na świat. Jak ktoś nie chce żeby dziecko zapoznało się z katolickimi poglądami to też może obecnie wybrać sobie prywatną szkołę.

    Bez względu na wszystko jeśli chodzi o poziom nauczania jak na razie w Polsce najlepsze są publiczne szkoły, publiczne uczelnie. Dobre, prywatne szkoły to wyjątki. Jakbym ja miała wybierać dla dziecka szkołę to byłaby szkoła publiczna, raczej szkoła w mieście. W miastach jest zazwyczaj podejście do dzieci, które bardziej mi pasuje. Jakby się dziecku nie podobało przez dłuższy czas to na siłę bym nie przymuszała do chodzenia. Zawsze można przenieść dziecko, wybrać inną szkołę. Dopiero po porażkach w szkołach publicznych zdecydowałabym się na szkołę prywatną.

    Czasem szkoły prywatne to konieczność, wyboru nie mają milionerzy, którzy muszą również zważać na to żeby nikt dziecka nie porwał dla okupu. Im większe pieniądze tym większa szansa, że ktoś się połasi. Politycy oczywiście posyłają też do publicznych, ale polityk nie zarabia znowu aż tak wiele żeby porwanie dziecka dla pieniędzy się komuś opłacało.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wielce Czcigodna Akaro,
      "Ateiści i ludzie innych wyznań często narzekają, że szkoła nie jest neutralna światopoglądowo ze względu na to, że nauczyciele katolicy mówią o swoich wartościach."
      A czy mogłabyś wymienić mi choć kilka niechrześcijańskich, ateistycznych wartości? Tak chociaż z siedem, jeśli mógłbym prosić.

      Ślę ukłony, TF.

      Usuń
    2. Nazwy wartości może brzmią podobnie, bo i są wartości uniwersalne, ale jak to wskazać na przykładach to widać, że są różnice. Miłość może być inaczej postrzegana przez ateistę i przez kościół. Pojawiają się różnice między tym co ateista może przekazywać dziecku, a tym co będzie mówił ksiądz. Np. zaczynając od tego, że rodzic naucza dziecko, że nic nie można przyjmować na wiarę, że wierzyć można tylko w to na co są dowody, a ksiądz naucza, że wiara powinna wypływać sama z siebie, że nie musi być poparta dowodami. Ksiądz zaczyna uczyć, że ubóstwo jest wartością i że bardziej warto dążyć do ubóstwa niż dorobić się. A rodzic dziecku przedstawia pozycję życiową i wypracowanie jakiegoś majątku jako wartość. Rodzic naucza dziecko, że każdy człowiek ma prawo do miłości i przedstawia miłość jako wartość, a ksiądz zakłada, że jedyne wartościowe związki to małżeństwo kościelne, zawierane miedzy kobietą, a mężczyzną. Rodzic naucza dziecko, że dziecko może podejmować swoje decyzje, a kościół wyznacza konkretną drogę. Rodzic naucza dziecko jaką skuteczność mają dane metody antykoncepcyjne i zaleca co lepiej stosować żeby nie wpaść, a ksiądz będzie mówić, że antykoncepcja to zło, używanie człowieka. Dziecko zostało poczęte In-vitro to może słyszeć, że In-vitro jest najgorsze ze wszystkiego, że jest zaprzeczeniem istnienia Boga (tak jest zapisane w deklaracji wiary, którą podpisali lekarze).
      Cytat:
      „UZNAJĘ, iż ciało ludzkie i życie, będąc darem Boga, jest święte i nietykalne:
      - ciało podlega prawom natury, ale naturę stworzył Stwórca,
      - moment poczęcia człowieka i zejścia z tego świata zależy wyłącznie od decyzji
      Boga.
      Jeżeli decyzję taką podejmuje człowiek, to gwałci nie tylko podstawowe przykazania
      Dekalogu, popełniając czyny takie jak aborcja, antykoncepcja, sztuczne zapłodnienie,
      eutanazja, ale poprzez zapłodnienie in vitro odrzuca samego Stwórcę.”

      Można nie chcieć żeby było dziecku wbijane do głowy co jest złe z wymienionych i nie chcieć żeby dziecko słyszało, że In-vitro to już w ogóle jest najgorsze jeśli rodzic popiera In-vitro.

      Albo takie coś:
      „powołanie do rodzicielstwa jest planem Bożym i tylko wybrani przez Boga i związani z Nim
      świętym sakramentem małżeństwa mają prawo używać tych organów, które stanowią
      sacrum w ciele ludzkim. „

      Wmawianie dziecku, że seks należy uprawiać dopiero po ślubie. Że o dzieci należy się starać dopiero po ślubie. Rodzice dziecka są przeciwko ślubom to ksiądz może podważać autorytet rodziców w oczach dzieci, wtrącać się, mówić, że rodzice robią źle nie biorąc ślubu. Nie mówiąc o tym, że rodzic może nauczać dziecko, że przed wzięciem ślubu trzeba być pewnym, również pod względem dopasowania seksualnego. Ksiądz nauczając czego innego wtrąca się w wychowanie dziecka.

      Usuń
    3. @TF - mimo, że jestem agnostyczką chciałam, by moje dziecko poznało religię swoich przodków ,uważając ,że podstawowe wartości chrześcijańskie na pewno mu w życiu nie zaszkodzą, tym bardziej, że poza nieistotnymi dla mnie drobiazgami "technicznymi"są zgodne z moją postawą życiową.(de facto różnice dotyczą wyłącznie spraw ponizej przepony) Chciałam mu dać szansę świadomego wyboru. Zadbałam o to, by trafił w pod opiekę (to był czas, gdy religia była poza szkołą) mądrych, dobrych ludzi. Tuż [po jego komunii wprowadzono religię do szkoły i on akurat miał pecha - katecheta idiota, pełna ,kompletnie głupia ordynarna indoktrynacja ,która dzieciaki skutecznie odstręczyła od religii. Nota bene -to nie tylko moja opinia, rozmawiałam na ten temat z zaprzyjaźnionym księdzem, który ją potwierdził z ubolewaniem.

      Usuń
    4. Ja chodziłam na religię z ciekawości. Niby można było się wypisać i ileś osób to zrobiło, ale miało się też na względzie to, że ocena szła do średniej. To była prosta 5 do zdobycia.

      Usuń
    5. Wielce Czcigodna Akaro,

      Byłaś uprzejma napisać:

      "Nazwy wartości może brzmią podobnie, bo i są wartości uniwersalne"

      Czy zatem mogłabyś wymienić powiedzmy 7 tych uniwersalnych? Najlepiej hasłowo żeby nie gmatwać.

      Byłaś też uprzejma napisać:

      "Np. zaczynając od tego, że rodzic naucza dziecko, że nic nie można przyjmować na wiarę, że wierzyć można tylko w to na co są dowody, a ksiądz naucza, że wiara powinna wypływać sama z siebie, że nie musi być poparta dowodami."
      A zatem pójdźmy tym tropem i przyjmijmy, że można wierzyć tylko w to, co możemy stwierdzić empirycznie, przy użyciu zmysłów (wzroku, smaku, dotyku, powonienia, słuchu). Więc zadaję proste pytanie. Czy ktoś widział mózg Szanownej Akary? Chyba nie. Czy ktoś dotykał mózgu Szanownej Akary? Nie sadzę. Czy ktoś próbował jak smakuje mózg Szanownej Akary? No uchowaj Boże. Czy ktoś go wąchał - no nie. Tak więc, doświadczenie wykazało, że Wielce Czcigodna Akara nie ma mózgu. My jednak opieramy się na WIERZE, że Szanowna Akara mózg jednak ma, choć doświadczalnie tego nie stwierdzono. Więc jednak wiara. Do reszty twojego wpisu odniosę się jutro i jak sadzę będzie to niezmiernie pasjonujące doświadczenie intelektualne. Tymczasem udaję się do sypialni na wezwanie mojej najdroższej żony i jeszcze pewnie będę używał "tych organów, które stanowią
      sacrum w ciele ludzkim. „

      Dobrej nocy, TF

      Usuń
    6. @ Tie Fighter

      Przecież doskonale WIESZ, że Akara mózg posiada. Po cóż więc te złośliwości, że możemy w to zaledwie wierzyć? Nie udawaj, że nie wiesz, jaka jest różnica pomiędzy wiedzą a wiarą.

      Usuń
    7. "My jednak opieramy się na WIERZE, że Szanowna Akara mózg jednak ma, choć doświadczalnie tego nie stwierdzono."

      Stwierdzono. Tak jak napisałam "wierzyć można tylko w to na co są dowody", a na istnienie mózgu dowody są. Należę do ludzi, a każdy człowiek posiada mózg i zostało to już dawno udowodnione (np. za pomocą sekcji zwłok, której kościół długo nie pochwalał). Oczywiście można się powołać na przykłady dzieci z bezmózgowiem, albo ludzi, którzy stracili część mózgu z powodu wypadku, raka i wtedy prawdą będzie, że ktoś ma częściowy mózg, albo i mózgu nie posiada. W innych przypadkach odpowiedź płynąca z nauki jest oczywista. Jak ktoś nie należy do takiej grupy nieszczęśliwie dotkniętych brakiem to należy przyjąć, że mózg posiada. I przypominam ci, że człowiek chory psychicznie również posiada mózg, chociaż może jest to dla ciebie nie do pomyślenia. Psychiatra zajmuje się nie tylko rozmową, ale również mózgiem, dobierając odpowiednie lekarstwa. Mózg ludzki został zbadany do tego stopnia, że nie sposób zaprzeczać jego istnieniu. Dzięki temu poznaniu można przeprowadzać na mózgu skomplikowane operacje. Racjonalna jest wiara, że ktoś mózg posiada, a nie taka, że ktoś mózgu nie ma.

      Usuń
    8. Nie istnieją wartości, które każdy uznaje, ale takie uniwersalne to np. mądrość, uczciwość, miłość, przyjaźń, piękno, dobro.

      Usuń
    9. Tak, to są wartości, które ceni się niezależnie od tego, czy się wierzy w Boga czy nie. Z tym że często bardzo się różnimy w swoich opiniach odnośnie tego, jak owa mądrość, uczciwość, etc mają wyglądać. ;)

      Usuń
    10. Również na samym początku może być zdrowie. Poza tym przyjemność (jako pragnienie zaznawania przyjemności), wolność, sprawiedliwość, prawda, można też dać pokój (ale może nie, jest różnie rozumiany, nie każdy chce pokoju za wszelką cenę)

      Usuń
    11. "Z tym że często bardzo się różnimy w swoich opiniach odnośnie tego, jak owa mądrość, uczciwość, etc mają wyglądać. ;)"

      No właśnie. Dlatego wymieniając samo słowo nie da się pokazać różnicy między chrześcijaninem, a kimś kto chrześcijaninem nie jest. Każdy może mieć swój sposób rozumienia danej wartości.

      Usuń
    12. Tak mi się przypomniało, że jak w szkole mieliśmy kiedyś wypisać trzy wartości każdy. Pierwsze miejsce w klasie zajęła miłość, drugie miejsce szczęście. Ja szczęście pisałam na pierwszym miejscu i nie pamiętam czy wymieniłam miłość i na jakim miejscu. Założyłam, że czym jest miłość, kiedy jest nieszczęśliwa. Ale brałam pod uwagę tylko miłość w związku, nie myślałam w tamtej chwili o tym zbyt szeroko. Może inni też brali pod uwagę miłość do rodziców, miłość do dziecka. Ale też sądzę, że dobrze również tutaj jeśli miłość jest odwzajemniona, a nie, że np. matka kocha, a dziecko jej nie chce znać. Dlatego jakbym dzisiaj miała pisać to też dałabym chyba szczęście na pierwszym miejscu. Jak nie ma zdrowia, a jest się szczęśliwym to też jakoś lepiej.

      Usuń
    13. Wielce Czcigodna Akaro,

      Byłaś uprzejma napisać:

      "Nie istnieją wartości, które każdy uznaje, ale takie uniwersalne to np. mądrość, uczciwość, miłość, przyjaźń, piękno, dobro."

      No to teraz wyobraź sobie społeczeństwo, w którym zamiast "Nie zabijaj", "Nie kradnij", "Nie mów fałszywego świadectwa" itd. obowiązuje zbiór podanych przez ciebie wartości. No cóż, obawiam się, że w takim społeczeństwie mogłabyś nie pożyć dostatecznie długo, aby nacieszyć się jego rzekomym pięknem, albo się zakochać, albo z kimś się zaprzyjaźnić. A czy zdajesz sobie sprawę, że chroniący nas system prawny jest oparty w dużej mierze na znienawidzonej przez ciebie etyce chrześcijańskiej, a nie na jakichś ateistycznych urojeniach?

      Ślę pozdrowienia.

      Usuń
    14. A i jeszcze ad vocem tego cytatu:

      " Ksiądz zaczyna uczyć, że ubóstwo jest wartością i że bardziej warto dążyć do ubóstwa niż dorobić się. A rodzic dziecku przedstawia pozycję życiową i wypracowanie jakiegoś majątku jako wartość."

      Otóż gdybyś zadała sobie minimum trudu i sięgnęłabyś do materiałów źródłowych, to nie popisałabyś się ultra amatorskim rozumieniem pewnych tez, a wiedziałabyś, że w chrześcijaństwie bogactwo jest przyjmowane jako nagroda za ciężką i uczciwą pracę - więc przywaliłaś kulą w płot.

      Więcej wieczorem, bo obowiązki wzywają.
      Składam wyrazy uwielbienia rzecz jasna.

      Usuń
    15. "A czy zdajesz sobie sprawę, że chroniący nas system prawny jest oparty w dużej mierze na znienawidzonej przez ciebie etyce chrześcijańskiej, a nie na jakichś ateistycznych urojeniach?"
      tie-fighter
      a czy zdajesz sobie sprawę (parafrazując Twoja odpowiedź), że różne społeczności wypracowywały sobie zasady współżycia typu nie zabijaj i nie kradnij duzo wczesniej niż pojawił sie Chrystus. Chrzescijaństwo nie stworzyło Dekalogu, ono go przejeło i tyle
      jongleur

      Usuń
    16. @ Tie Fighter

      Nie zmyślaj.

      Primo - 10 Przykazań dał Bóg Mojżeszowi na górze Synaj. Nie ma więc mowy o "etyce chrześcijańskiej".

      Secundo - zakaz zabijania czy kradzieży obowiązywał w chyba każdym jako tako zorganizowanym społeczeństwie. Te reguły nie wynikają z wiary w Boga tylko z konieczności utrzymania porządku na zarządzanym przez siebie obszarze.

      Usuń
    17. @ Jongleur

      No proszę, uprzedziłeś mnie o minutę! :)

      Chrześcijanie nie są ani odrobinę lepsi od ateistów. Może dlatego, że zamiast kierować się naukami Jezusa słuchają tego, co mówią hierarchowie Kościoła.

      Usuń
    18. @ Jongleur

      "a czy zdajesz sobie sprawę (parafrazując Twoja odpowiedź), że różne społeczności wypracowywały sobie zasady współżycia typu nie zabijaj i nie kradnij duzo wczesniej niż pojawił sie Chrystus. "

      A jakie społeczności? Możesz wymienić? I przybliż jeśli możesz w jakich formach to występowało.

      Usuń
    19. @ Tie Fighter

      Jongleur napisał coś oczywistego, a Ty to podważasz. Może sam wymienisz zorganizowane społeczności, w których te zasady nie obowiązywały?

      Zasady wymienione w Dekalogu są uniwersalne. Co nie znaczy, że nie ma od nich wyjątków. Albo raczej - można je rozmaicie interpretować (np. nie zabijaj, nie cudzołóż, szanuj rodziców, etc).

      Usuń
    20. @Kira,

      Jak już pisałem kiedyś na tym blogu, cywilizacja łacińska opiera się na greckiej logice, prawie rzymskim i etyce chrześcijańskiej - temu też zaprzeczysz?

      "Chrześcijanie nie są ani odrobinę lepsi od ateistów. Może dlatego, że zamiast kierować się naukami Jezusa słuchają tego, co mówią hierarchowie Kościoła."

      Skąd u Ciebie ta wiedza? U ewangelików liczy się tylko Biblia, nie zdanie hierarchów, a katolicy w dużej części traktują hierarchów jak urzędników, a nie świętych. Nie wiem zatem dlaczego w ten sposób uogólniasz, choć niejednokrotnie przestrzegałaś przed tym innych.

      " Przecież doskonale WIESZ, że Akara mózg posiada. Po cóż więc te złośliwości, że możemy w to zaledwie wierzyć?"

      To żadne złośliwości, tylko efekt stosowania logiki Akary. Takie są prawa wynikania, więc dziwię się, że widzisz w tym tylko złośliwość, a nie ułomny sposób rozumowania.

      Usuń
    21. @ Tie Fighter

      Sorry, ale nie umiesz myśleć logicznie. O istnieniu mózgu WIEMY. I tyle w temacie.

      Nie wymieniłeś narodów olewających zasady wymienione w Dekalogu. Pewnie w ogóle nie znasz żadnych. Rzym, Grecja, Egipt, Kreta - potrafisz wymienić coś poza tym? Udowodnić, że można było tam zabijać, kraść, etc?

      Usuń
    22. @Akara,

      I jeszcze na koniec jedno pytanie. Słyszałaś zapewne o tzw. "cudownych uzdrowieniach" Nieprawdaż? Dziesiątki tysięcy świadectw regresu śmiertelnych chorób, wobec których nauka, w którą tak wierzysz była bezsilna. Ta sama nauka nie ma nic do powiedzenia wobec tych samoistnych uleczeń. Jednak te przypadki były związane z głęboką religijnością i szukaniem ratunku w wierze, skoro nauka zawiodła. To co powiesz? Udawajmy ze tych świadectw nie ma, bo Boga przecież też nie ma. A co z przypadkami opętania, wobec których psychiatria i psychologia były bezsilne, a po przeprowadzeniu egzorcyzmów objawy ustępowały? A co z praprzyczyną wszechrzeczy? A co z przeskokiem z materii nieorganicznej do organicznej? Gdzie jest twoja nauka? A przecież w oparciu o takie braki powstały całe teorie "naukowe" traktowane mimo oczywistych braków jak Biblia dla ateistów.

      Usuń
    23. Niemal każda zorganizowana społeczność wprowadzała penalizację zachowań mogących burzyć ład społeczny, a takimi zachowaniami są kradzieże, zabójstwa, w pewnym stopniu, zwłaszcza dawniej cudzołóstwo. od Mezopotamii poczynając kradzieże i zabójstwa były zwalczane. Piękna wizja Chrystusa najmniej przestrzegana była w kosciele hierarchicznym zbudowanym przez jego wyznawców. Nie zabijaj - ale kara śmierci prosze bardzo - przetrwało to do dzisiejszych czasów, tylko nie dotyczy płodu. Nie wolno zabijać? tak, ale spalić heretyka - czemu nie? Katarzy, których ":chrześcijanie" zmasakrowali w średniowieczu byli według Św. Bernarda największym zagrożeniem chrześcijaństwa ze względu na - uwaga - "czystość obyczajów". W porównaniu z nimi kościół wypadał marnie. Prosze wię nie bajdurzyć o jedynie słusznej etyce. Zresztą to z tych czasów pochodzi zdanie Arnaud Amaury, papieskiego legata, który powiedział "zabijcie wszystkich, Bóg swoich rozpozna" odpowiadając na pytanie żołnierza jak odróżnić heretyka od dobrego chrześcijanina. Chrystus by tego nie wymyślił.
      jongleur

      Usuń
    24. @ Jongleur

      Dlatego ja rozumiem wiarę w Boga i wcale się jej nie dziwię, ale już podporządkowania swego życia nauce Kościoła szanować nie mogę. Oczywiście brak szacunku nie oznacza braku akceptacji.

      Usuń
    25. @ Jongleur,

      " od Mezopotamii poczynając kradzieże i zabójstwa były zwalczane. Piękna wizja Chrystusa najmniej przestrzegana była w kosciele hierarchicznym zbudowanym przez jego wyznawców."

      Mezopotamii powiadasz... No cóż, okrutny i barbarzyński Kodeks Hammurabiego w którym system kar opierał się na prawie talionu oraz mutylacji (Czym uczyniłeś to ci odetniemy, na przykład jeśli syn uderzył ojca, ucinano mu rękę). Wiele przestępstw zagrożonych było karą śmierci. Tylko nieliczne kary były bezkrwawe i ograniczały się do grzywny w srebrze, co dla karanego mogło się skończyć niewolą za długi, przeciw dziesięciu przykazaniom a w szczególności piątemu, może przeciwstawić tylko jednostka o osobowości dyssocjalnej, a przeciwstawienie obrządków chrześcijańskich temu:

      "Na początku II tysiąclecia p.n.e., gdy rozpoczął się proces powstawania scentralizowanego organizmu państwowego, pojawiła się potrzeba ustanowienia jednego bóstwa narodowego, którym został Marduk. Babiloński kult religijny polegał dokonywaniu ofiar, libacji oraz obrzędach magicznych. Sprawowaniem rytuałów zajmowali się liczni kapłani"
      Czyli jakiemuś satanistycznemu Woodoo to już szczyt nazwijmy to bezczelności, choć adekwatniejsze byłoby tu bardziej dosadne określenie.
      No i oczywiście wspomniani barbarzyńcy nie dokonywali żadnych rzezi na podbitych narodach czy to z powodów czysto politycznych, czy to religijnych - baranki pokoju, chciałoby się rzec.

      "Nie zabijaj - ale kara śmierci prosze bardzo - przetrwało to do dzisiejszych czasów, tylko nie dotyczy płodu."

      Uwielbiam po prostu dzielnych ateistycznych szermierzy teologii, którzy powołują się na 10 przykazań, nawet nie rozumiejąc, czego one dotyczą. Pełna treść piątego przykazania brzmi: "Nie zabijaj, bo będziesz zabity" Co znajduje swoją wykładnię w Piśmie Świętym.
      Pismo Święte wyraźnie odróżnia zbrodnię zabójstwa od sprawiedliwej kary za takową, używając różnych czasowników. Choćby w II Mojż. 21-14:
      "Jeżeli ktoś zastawia na bliźniego swego zasadzkę, by go podstępnie zabić, to weźmiesz go nawet od ołtarza mojego, by go ukarać śmiercią."
      Więcej cytatów nie chce mi się szukać, bo za douczanie wojujących ateistów nikt mi nie płaci, ale czekam na przypowieść o Noe i tęczy w twoim wykonaniu.
      A jeżeli chodzi o nazywanie człowieka na wczesnym etapie życia "płodem" ma usprawiedliwiać arbitralne pozbawianie go jakichkolwiek praw i relatywizowanie w ten sposób zbrodnię jego zabójstwa, to piewcy takich przekonań (a może "wartości:?) nie różnią się niczym od "doktora" Mengele i jego licznych naśladowców.

      Usuń
    26. @ Tie Fighter

      Sam widzisz, że w starożytności nie wolno było bezkarnie zabijać ani kraść. Tak więc nie wmawiaj nam, że 10 Przykazań to etyka chrześcijańska.

      Sorry, ale w czym taki chrześcijanin jest lepszy od niewierzącego? Kieruje się wszak podobnymi zasadami, tyle, że nie udaje, że Bóg jego działania aprobuje czy że coś mu nakazał.

      Usuń
    27. @Kira,

      "Sorry, ale nie umiesz myśleć logicznie. O istnieniu mózgu WIEMY. I tyle w temacie."

      Wybacz, ale te słowa powinnaś raczej skierować do W.CZ. Akary, bowiem w swoim wywodzie, ściśle trzymałem się zasad logiki, którą ona sama raczyła tu zaprezentować. W tym sensie twoja uwaga o ułomności logicznego myślenia jest jak najbardziej słuszna, ale zaadresowana do niewłaściwej osoby.

      "Nie wymieniłeś narodów olewających zasady wymienione w Dekalogu. Pewnie w ogóle nie znasz żadnych. Rzym, Grecja, Egipt, Kreta - potrafisz wymienić coś poza tym? Udowodnić, że można było tam zabijać, kraść, etc?

      W całym świecie starożytnym powszechne było zabijanie noworodków ze względu na płeć czy upośledzenie. W starożytnym Rzymie, ojciec mógł bezkarnie zabić swoje dziecko bez żadnej przyczyny. Inne zbrodnie, czasem bardzo ciężkie były karane zależnie od statusu społecznego sprawcy, czyli im wyżej na drabinie społecznej siedział sprawca, tym lżejsza kara, lub czasem jej zupełny brak. W porównaniu z etyka chrześcijańską było to istne Pandemonium. Poniżej opisałem jeszcze inne, których rzekomo nie potrafię wymienić, choć mój interlokutor zbytnio się nie popisał, a zatem skoro postanowiłaś wcielić się w rolę adwokata jongleura, to masz materiał na wokandę.

      Usuń
    28. @ Tie Fighter

      Chrześcijaństwo mogło pewne przepisy dopracować, ale nie stworzyło wymienionych przez Ciebie moralnych zasad. A już odmienne traktowanie zabójcy wyższego i zabójcy niższego stanu było normą.


      A teraz zabawmy się, OK? ;)

      Moja ocena rodaków nie jest zbyt pochlebna. Nie są ani specjalnie dobrzy, ani specjalnie mądrzy. Co nie znaczy, że są jakoś specjalnie skurwieni czy durni. Pod względem moralnym tudzież intelektualnym nie mamy być z czego dumni.

      I teraz mamy dwie możliwości: albo Polacy są chrześcijanami (mniejsza o to, jakiego wyznania), albo nimi nie są.


      Założenie nr 1: Polacy są chrześcijanami.

      Wnioski:

      - chrześcijanie nie są odrobinę lepsi ani mądrzejsi od niewierzących

      - naturalną konsekwencją jest tworzenie prawa na bazie etyki chrześcijańskiej



      Założenie nr 2: Polacy nie są chrześcijanami.

      Wnioski:

      - chrześcijanie mogą być lepsi i mądrzejsi od niewierzących (choć, naturalnie, nie muszą)

      - nie należy ani w dyskusjach, ani podczas tworzenia prawa powoływać się na etykę chrześcijańską


      Oczywiście można powiedzieć, że dokonałam pewnego nadużycia, gdyż prawo nie musi być tworzone pod publiczkę. OK, niech będzie. Ale w takim razie skończmy z pieprzeniem o demokracji, woli narodu i tym podobnych bzdetach.

      Usuń
    29. Tie Fighter

      Babiloński kult religijny polegał dokonywaniu ofiar, libacji oraz obrzędach magicznych. Sprawowaniem rytuałów zajmowali się liczni kapłani"
      Czyli jakiemuś satanistycznemu Woodoo to już szczyt nazwijmy to bezczelności, choć adekwatniejsze byłoby tu bardziej dosadne określenie.”

      Uwielbiam to poczucie wyższości, typowe dla reprezentantów prawd objawionych, którym w głowach się nie mieści, że inny nie musi być gorszy.

      „No i oczywiście wspomniani barbarzyńcy nie dokonywali żadnych rzezi na podbitych narodach czy to z powodów czysto politycznych, czy to religijnych - baranki pokoju, chciałoby się rzec.”

      To jest taka bezsensowna licytacja, bo gdybym wziął ilość ofiar choćby krucjaty przeciw albigensom to sięga ona miliona ludzi – no ale to byli poganie, więc usprawiedliwione? Jest to w każdym razie więcej niż mogli wyrżnąć Asyryjczycy


      "Pismo Święte wyraźnie odróżnia zbrodnię zabójstwa od sprawiedliwej kary za takową, używając różnych czasowników. Choćby w II Mojż. 21-14: "Jeżeli ktoś zastawia na bliźniego swego zasadzkę, by go podstępnie zabić, to weźmiesz go nawet od ołtarza mojego, by go ukarać śmiercią."

      Czy Pismo Święte mówi coś o paleniu na stosach za herezję? Nie, bo trzeba było okrzepnąć, wziąć w ręce władzę świecką no i dalej trzeba się było wziąć za tych co nie chcą wierzyć w objawienie. Czy karanie śmiercią za inne poglądy (herezje) tak różni się od tego co robiły wszelkie totalitaryzmy?
      jongleur

      Usuń
    30. @ Tie Fighter
      A jak ja uwielbiam tę dezynwolturę ateotalibanu.
      Licytacji istotnie powinni wystrzegać się niczym diabeł święconej wody. Bo przy kilkudziesięciu milionach ofiar czołowego wojującego ateisty czyli tow. Stalina, krucjaty, inkwizycja i podbój Ameryki przez konkwistadorów wypadają bardzo skromnie.

      Usuń
    31. @ Stary Niedźwiedź

      Stalin był popieprzonym paranoikiem, któremu XX-wieczna technika dała możliwość zabijania na znacznie większą skalę niż mogli to robić tyrani z dawnych wieków.

      Usuń
    32. @ Kira
      Stalin był popieprzonym paranoikiem w znacznej mierze na tle antyreligijnym. Więc gdy mówimy o skali zbrodni, różni zakatarzeni powinni przestać się wygłupiać.

      Usuń
    33. @Kira,

      Proponuję inną zabawę. Wywal z norm społecznych etykę chrześcijańską w całości z septalogiem na czele i zastąp zbiorem pobożnych życzeń Akary, a następnie spróbuj na tych podwalinach zbudować choć namiastkę społeczeństwa - powodzenia. Skoro wartości ateotalibanu są tak samo dobre jak etyka chrześcijańska, to przecież powinno się udać.

      Usuń
    34. @ Stary Niedźwiedź

      Hipokryzja środowisk ateotalibańskich po prostu mnie rozpierdala. Najlepszym tego dowodem jest zapluwanie się po pas w obronie przed karą śmierci dla zwyrodniałych morderców, a jednocześnie domaganie się całkowitej swobody w mordowaniu nienarodzonych dzieci, które dla zamaskowania swojego skurwysyństwa nazywają "płodem". Wyjątkowe kanalie.

      Usuń
    35. @ Tie Fighter

      Jeśli faktycznie wartościami "ateotalibanu" są: mądrość, uczciwość, miłość, przyjaźń, piękno, dobro, wolność, sprawiedliwość, prawda - to "ateotaliban" i ja mamy dużo wspólnego. Możesz mi wyjaśnić, od kiedy to wymienione idee stoją w sprzeczności z Septalogiem? I możesz mi udowodnić, że przed Chrystusem panowała w jako tako zorganizowanych społeczeństwach całkowita samowolka, jeśli chodzi o piąte czy siódme przykazanie? Bo ja się mogę zgodzić z tym, że chrześcijaństwo CO NAJWYŻEJ wyrównało szanse wszystkich obywateli (aczkolwiek mówimy o idei, nie o praktyce - w półtora tysiąca lat po Chrystusie inaczej traktowano zabójcę szlachcica, a inaczej zabójcę chłopa, a już niewolnicy nie mieli żadnych praw).

      Usuń
    36. Nie pisałem, że stoją w sprzeczności z septalogiem! Pisałem o zastąpieniu septalogu wymienionymi wartościami! To przecież zupełnie co innego niż próbujesz mi wmówić. Reszta tego co napisałaś jest bez znaczenia w przypadku tej konkretnej dyskusji. Jeszcze raz podkreślam, że piszę o konkretnej operacji polegającej na zastąpieniu septalogu wartościami, które na moją prośbę, Wielce Czcigodna Akara podała mi jako wartości ateistyczne. A następnie podjęciu próby zbudowania na tym jakiegoś systemu etycznego, na którym można oprzeć egzystowanie jakiejś społeczności. Osobiście życzę powodzenia, ale może się mylę. Może taki eksperyment mógłby się powieść? Jeżeli uważasz, że tak, to po prostu mi to napisz. Zważywszy, że ta nieszczęsna etyka chrześcijańska (dowodów na istnienie jej poprzedniczki jako żywo nie ma, poza jakimiś szczątkowymi mutacjami występującymi tu i ówdzie) opierająca się nawet tylko na "cywilnej" części dekalogu, operuje jednak innymi pojęciami, niż te podane przez Akarę, to zapytuję jak wyżej i tyle.

      Usuń
    37. @ Tie Fighter

      Ale co ja Ci mam udowadniać? Że zakaz kradzieży czy zabijania istniał na długo przed Chrystusem? Przecież sam to dobrze wiesz.

      Wartości wymienione przez Akarę są bardzo ogólnikowe, ale Septalog też przecież można rozmaicie interpretować, prawda? Co już Ci kiedyś wyłuszczyłam u Dibeliusa.

      Usuń
    38. Na tym septalogu oparto zasady prawa rzymskiego, które legło u podstaw systemu prawnego, który jest obowiązujący w niemal całej Europie, w tym i u nas, choć zgodzę się, że co poniektórzy różnie go interpretują i za to czasem spotyka ich zaszczyt stania się lokatorem jakiejś tiurmy. Ale nadal nie odpowiedziałaś mi na pytanie, czy operując wartościami, które na moją prośbę, Wielce Czcigodna Akara podała mi jako wartości ateistyczne, istnieje możliwość zbudowania jakiegoś systemu etycznego, na którym można oprzeć egzystowanie jakiejś społeczności? No da się według Ciebie czy nie?

      Usuń
    39. @ Tie Fighter

      Nie wiem, czy rozumiem, o co Ci chodzi. Może więc tak: nie da się zbudować ŻADNEGO systemu etycznego. Systemy etyczne "budują" się same. Septalog natomiast był prawem stanowionym!!! (Naturalnie jego rozszerzona wersja, o której większość Polaków nie ma zapewne bladego pojęcia, co jest oznaką kiepskiego nauczania przez katechetów.) Czyli tylko ujęciem wcześniejszej od niego obyczajowości oraz tzw. moralności publicznej w konkretne nakazy i zakazy.

      Hmm, a może jednak nie mam racji? Może w dzisiejszych czasach jest inaczej i ewentualnie MOŻNA by rozważać próby z b u d o w a n i a jakiegoś systemu etycznego? Zważywszy na to, że te nasze - nie tak znowu piękne - czasy cechują się nadmiernym rozfilozofowaniem, chorobliwą skłonnością do ciągłej autorefleksji oraz wykwitem wielu idei, które bezustannie się ścierają, moglibyśmy próbować s t w o r z y ć nowe społeczeństwo. Kiedyś człowiek nie miał ani możliwości (intelektualnych, duchowych), ani skłonności, by zajmować się obmyślaniem systemów etycznych. Dzisiaj jest inaczej. Ale znowu - po cholerę? Przecież nie możemy zaczynać od zera. Prawda, sprawiedliwość, piękno - to ogólniki, które w naszych buzujących od ideologicznego fermentu czasach dla każdego mogą mieć inne znaczenie.

      Sorry, jeśli piszę mętnie. Najwyraźniej nie umiem odpowiedzieć na Twoje pytanie prosto i jednoznacznie.

      Usuń
    40. Ok. Dzięki za odpowiedź. Z grubsza wiem o co Ci chodzi.

      Usuń
  13. Albo to: "Pewne rzeczy i sytuacje czasami bardzo niemiłe należy przeżyć, aby nauczyć sobie z nimi radzić."
    Sama prawda.
    Zwłaszcza gdy chodzi o gwałt, samobójstwo, morderstwo - trzeba przeżyć, żeby sobie potem poradzić.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A któż to znowu tak gwałci i morduję ? . Nie dramatyzuj .

      Usuń
    2. Dlatego jest "pewne". Gwałt, samobójstwo, morderstwo, nie wliczają się.

      Usuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...