18.09.2014

"Każdy ma jakiegoś bzika, każdy jakieś hobby ma..."


Bardzo lubię lato i wczesną jesień. Nie tylko względu na pogodę (lubię ciepło, ale już upałów nie znoszę na równi z mrozem) czy dłuższy dzień (jestem dzieckiem światła ;)), lecz także na obfitość kwiatów, owoców i nasion. Od dziecka lubiłam łazić po trzcinieckich polach i wybierać spomiędzy przeoranych bruzd gleby kamienie (szczególnie krzemienie). Jakiś czas później doszły płody ziemi. I tak oto...




Trzeźwo myślący człowiek zadałby mi z pewnością pytanie: Po cholerę to wszystko zbierasz? No cóż, tak naprawdę to... nie wiem. Można kolekcjonować znaczki, filmy, figurki, choroby weneryczne i wiele innych kosztownych rzeczy. Ja natomiast lubię podnosić z ziemi to, co wydaje mi się ładne. Parę kasztanów i żołędzi wsadziłam nawet do doniczek, ale prawdopodobnie zgniją w ziemi, podobnie jak wysiane wcześniej pestki jabłka, śliwki, orzecha, klonu czy banana (wpakowałam do ziemi nawet zieloną szyszkę, co dla każdej rozsądnej osoby byłoby idiotyzmem, gdyż jest to tylko „spichlerz” nasion, które w dodatku nie miały szans się z niego wydostać).

Tutaj muszę zaznaczyć, iż do powyższego, ilustrującego mojego zbierackiego fioła zdjęcia trafiła tylko garstka zebranych przeze mnie kasztanów. W rzeczywistości było ich dużo więcej.




Od tego czasu minął tydzień i moje zbiory zdążyły się już porządnie zeschnąć (to ich największa wada: szybko tracą blask). Zastanawiałam się, czy nie powinnam ich wyrzucić, znalazłam jednak w Sieci przepis na nalewkę z tych pięknych owoców:
Składniki: 50 g suszonych kwiatów kasztanowca (dostępne w sklepie zielarskim), 50 g suszonych kasztanów lub 100 g młodych niedojrzałych kasztanów, 1 l wódki.

Wykonanie: Kasztany pokrój na małe kawałki zaś kwiatki rozkrusz palcami i przełóż do dużego (około 1,5 l) słoika. Całość zalej litrem wódki i odstaw na dwa tygodnie (10-14 dni). Przez ten czas kilka razy potrząśnij słoikiem. Po upływie dwóch tygodni przecedź zawartość słoika przez gazę i przelej do ciemnej, szklanej butelki. Przechowuj w ciemnym i chłodnym miejscu.

Przeznaczenie: Stosować jak maść na oparzone bądź odmrożone miejsca lub dla poprawy krążenia czy uśmierzenia bólów reumatycznych. W przypadku zapalenia żołądka lub jelit pić przez 30 dni, trzy razy dziennie po 40 kropli. Korzystne także przy przeroście prostaty.

Bardzo mi się ta receptura spodobała (całość tutaj). W rezultacie w moim domu pojawiła się wczoraj kolejna partia lśniących, świeżutkich kasztanów. (Już wiem, co czują grzybiarze, gdy wpadną w amok szperania w runie leśnym. ;))




Spróbuję się obyć się bez kwiatów kasztanowca i zaleję wódką sam miąższ. Czeka mnie masa upierdliwego obierania. Ufff...



58 komentarzy:

  1. Wprawdzie nie robię nalewek , ale kasztany uwielbiam za wygląd, za coś ...sama nie wiem...O tej porze mam zawsze na honorowym (czytaj - widocznym ) miejscu przezroczystą wazę wypełnioną nimi. Wczoraj w pobliskim pięknym parku zbierałam je z wnukiem, cofając się wspomnieniami o prawie trzydzieści lat , gdy robiłam to z jego Tatą i ponad pięćdziesiąt, gdy robiłam to ze swoim Tatą czy Mamą. W tym samym parku...Kolorystyka jesieni nieustannie mnie zachwyca

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O tak, nasze polskie kasztany są przepiękne, choć - podobno - niejadalne. Wielka szkoda, że szybko matowieją i zsychają się.

      Kolory jesieni dopiero przed nami. Niedługo Polska zapłonie czerwonymi i żółtymi barwami. :)

      Usuń
    2. Na południu chyba później jesień przychodzi, u nas może jeszcze nie płonie ,ale już zdecydowanie letnią zieleń mamy za sobą

      Usuń
  2. Nie bardzo one polskie. Pochodzą z Turcji i przed dwór cesarza Maksymiliana II w XVI wieku rozpełzł się po całej Europie.
    Zwą go Aesculus hippocastanum L czyli kasztan koński i nie na darmo, bo od wieków Turcy swoje wierzchowce nimi karmili. Dziki i sarenki też je bardzo lubią a poza tym są odporne na garbniki, które te kasztany zawierają a które powodują że człowiekowi nawet w czas głodu ciężko się nimi posilić no chyba że zna jakąś technikę ich odgoryczenia.
    Piękne to one są, lecz mi nie kojarzą się dobrze. Jako dziecko byłem astmatykiem, i byłem uczulony własnie na pyłek kasztanowca. Na szczęście w mojej rodzinnej wiosce był tylko jeden kasztanowiec więc mogłem go unikać, za to w mieście było z tym dużo gorzej. Na szczęście koło 16 rż astma się ode mnie odczepiła.

    Za to dużą sympatią w moich oczach cieszy się Castanea sativa czyli Kasztan Jadalny. Wyobraź sobie Kiro, że paręnaście sztuk rośnie i w Polsce na Dolnym Śląsku. Pamiętam jak z moją pierwszą wybraliśmy się pod Kletno na takie oto kasztany. To był ci delikates!

    A wiesz Kiro. W czasie interglacjału eemskiego czyli 132-115 tys. lat temu klimat w Polsce był niemal śródziemnomorski. I rosło od cholery kasztanów jadalnych właśnie. O hippocastanum'ach w tamtych czasach nic mi nie wiadomo. Nie wiadomo też czy te kasztany był jadane przez leśne słonie Palaeoloxodon antiquus. A jesień jest piękna. To fakt. Zwłąszcza jak się jest grzybiarzem.

    Pozdrawiam,


    Kurna Maciek

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Witaj, Kurna Maćku. Dawno Cię u mnie nie było. Dzięki za wykład.

      No, myślę, że opisane przez Ciebie kasztanowce można JUŻ nazywać polskimi. Jakbyśmy tak mieli dociekać pochodzenia wszystkich roślin, zwierząt czy słów, to byśmy musieli się cofnąć do prapoczątków przyrody i języka. Dlatego nadal będę pisać o "polskich kasztanach". Podobno po przetworzeniu nadają się do spożycia. Aczkolwiek nie jestem pewna, czy samo smażenie wystarczy - a to właśnie planuje z nimi zrobić moja babcia.

      Piękny czas dla grzybiarzy, powiadasz? Cóż ja mogę być co najwyżej kasztaniarzem. :) Grzybów zbierać nie zamierzam, no chyba, że zmusi mnie do tego głód. Obrabianie ich to męka, poza tym boję się, że pomylę grzyb jadalny z trującym.

      Usuń
  3. Swoją drogą Kiro kiedyś widziałem piękny plakat.
    Stół, na nim kosze grzybów a koło stołu wściekła kobitka z nożem.
    Pod plakatem podpis.

    Heniek! To już nie mogłeś się na tym grzybobraniu uchlać tak jak inni?

    A obawiam się że smażenie w celu usunięcia garbników to marna metoda.
    Już łatwiej odgoryczyć ziarno łubinu, ale z tego co wiem łubin nie zawiera garbników.

    No niech Ci będą "polskie kasztany" skoro nawet w najlichszych bajorach rządzi moczarka KANADYJSKA.


    Kurna Maciek

    OdpowiedzUsuń
  4. Czcigodna Kiro
    O dekoracyjnych walorach zebranych kasztanów nie będę się wypowiadać bo "de gustibus...". Ale z tą nalewką to bym sprawdził w kilku niezależnych źródłach. Bo mamy modę na różne idiotyczne zabobony, o "ekologicznym" czy niekiedy wręcz pogańskim rodowodzie. Zaś medykamenty "do wszystkiego" na ogół są jedynie do niczego.
    A już pomysł z jedzeniem, z braku maronów, kasztanów będących co najwyżej karmą dla niektórych zwierząt, przypomniał mi stary dowcip.
    Za późnej komuny (pustki w sklepach mięsnych, beznadziejny repertuar win) kilka osób gdzieś wynalazło przepis na indyka w maladze. Z powodu "trudności obiektywnych" (tak to nazywały w swoim żargonie czerwone cwele) , indyka zastąpiono brojlerem, malagę winem marki wino etc. Konkluzja była taka, że zjeść się jakoś dało, ale te zachwyty nad kuchnią francuską to bujda na resorach.
    Więc zalecałbym ostrożność. Jeśli tylko te kasztany wykręcą buzię i z tego powodu trafią do śmietnika, to pół biedy. Gorzej gdyby się to skończyło czymś w rodzaju "słynnej praczki".
    Pozdrawiam serdecznie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Szanowny Niedźwiedziu, wierzaj mi, żem się porządnie wystraszyła, jakem o tych babcinych pomysłach usłyszała. Obawiam się jednak, że próby przekonania babci, by dała sobie z tymi kasztanami spokój, spełzłyby na niczym.

      Zabobony to faktycznie plaga, ale nie należy odrzucać całego zielarskiego dorobku. Nalewka nie zastąpi maści z apteki, nie mówiąc o lekach przepisanych przez specjalistę, ale z drugiej strony... ja nienawidzę chodzić do lekarza i póki mogę, póty obywam się bez tego. Wyjątkiem jest dentysta, do którego staram się - w miarę możliwości finansowych - chodzić regularnie.

      Usuń
    2. Czcigodna Kiro
      W lekach pochodzenia roślinnego, składnik aktywny jest w odpowiedni sposób wyodrębniany. Więc na przykład mielenie jakiejś części rośliny i robienie z niej naparu, jest idiotyzmem, gdy owa substancja nie rozpuszcza się w wodzie. Ługowanie alkoholem (przez profanów zwane ekstrakcją) też nie rozwiązuje problemu, bo "z dobrodziejstwem inwentarza" można też wydzielić coś szkodliwego.
      Na panie w wieku w pełni dojrzałym, zwłaszcza gdy lubią się leczyć, nie ma mocnych. Więc tylko szkoda tego alkoholu, który zamiast być zmarnowany na jakiś wynalazek, mógł posłużyć choćby do sporządzenia tarniówki, dereniówki, wiśniówki czy pigwówki. Ich kieliszeczek, wypity do wędliny (dwa pierwsze przykłady), lub do kawy czy herbaty, dostarczyłby niebiańskich wrażeń smakowych. I w brew propagowanym u Ciebie debilnym poglądom, nie miało by to nic wspólnego z "ćpaniem".
      Pozdrawiam serdecznie.

      Usuń
    3. No cóż, Niedźwiedziu, rozumiem, że jesteś sceptyczny wobec ziołolecznictwa. Ja jednak dam tej miksturze szansę. ;)

      Usuń
    4. Czcigodna Kiro
      Nie mam nic przeciwko stosowaniu w lecznictwie substancji, w naturalny sposób występujących w roślinach, jeśli porządne badania potwierdziły ich skuteczność. Ale podczas ich przyjmowania metodami prymitywnymi (parzenie ziółek etc.), należy mieć pewność, że wraz z nimi nie przyswaja się innych, mogących z kolei szkodzić. Czyli wiedza tak, zaś szamaństwo, ekobrednie, "rodzimowiercze" pierdoły i inny tego typu syf, zdecydowanie nie.
      Pozdrawiam serdecznie.

      Usuń
  5. Kira!!!!! Ile my mamy ze sobą wspólnego! Powinnam przestać się dziwić, jednak widocznie jeszcze nie czas na to. Jestem zbieraczką, zachwycają mnie przypadkowo spotkane drobiazgi - dzieła natury. Mam tak od dzieciństwa, dorosłość niczego w tej kwestii nie zmieniła.
    Do kasztanów mam bardzo sentymentalny stosunek. Piętnaście lat temu, w słoneczne popołudnie, uderzył mnie spadający kasztan. Był piękny - mam go do dzisiaj. Gdy trzymałam go w otwartej dłoni, powiedziałam do siostry, że miłość mojego życia będzie miała oczy tego koloru. Tego wieczoru poznałam Mężczyznę. Jego oczy grzeją mnie ciepłem jesiennego kasztana od piętnastu lat :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przecudna historia. :) Życzę Wam, abyście dożyli razem późnej starości - naturalnie w zgodzie oraz wzajemnym szacunku i miłości. :)

      Usuń
  6. ale jooo... pieprzyć chwilowo te kasztany, ważne że Rudecki się pojawił fotograficznie... siema Sierściuch :D...
    ...
    wróćmy jednak do tematu... no cóż... o kleju z kasztanów wiem, o lekach /suplementach diety?/ na bazie kasztana na krążenie również... fajnie jest też tak przycelować i komuś przykasztanić /oka nie wybije, więc afery nie będzie/, kasztan to nie bambul... ale o /jakże miłym co poniektórym grupom/ ćpaniu alkoholu via nalewka z kasztanów nie słyszałem...
    a zbierać każdy może, każdy lepiej lub gorzej... dziecięciem będąc też zbierałem kasztany, żołędzie i inne owoce morza, dopóki się robaki w tej kolekcji nie zalęgły...
    pozdrawiać...

    OdpowiedzUsuń
  7. Ja co prawda nie zbieram kasztanów, no chyba, że z dziećmi na jakieś prace do szkoły/przedszkola, ale zbieram wykasowane przez blogerów teksty, które opublikowali w stanie pomroczności jasnej, a których tak się po otrzeźwieniu wstydzili, że je kasowali. Mam już co nieco w tej kolekcji.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dość destruktywne hobby. Ja się staram nie zatruwać cudzym jadem, swój zaś - w miarę możliwości - zatrzymać w sobie i zneutralizować.

      Usuń
    2. @ Tie Fighter
      Ja też mam drobną ale ciekawą kolekcję. Kilkoro bydląt ma u mnie nie gorsze dossier, niż co niektórzy esesmani w Instytucie Wiesenthala.
      Pozdrawiam serdecznie,

      Usuń
    3. @ Kira
      Nie jest to aż tak destruktywne hobby, jak sądzisz. Bo możesz uniknąć zakażenia jadem, a jednocześnie wiele się dowiedzieć o różnych parszywych gadzinach.
      Pozdrawiam serdecznie.

      Usuń
  8. :))) wprawdzie nie jestem zbieraczem , ale chyba wiem o co chodzi tym razem :)) .

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. @An-Ka,

      Składam ukłony:)

      Usuń
    2. @ An-Ka
      Oczywiście że wiesz. W końcu w życiu spotyka się różne gówniarstwa, ale te większe łatwiej zapamiętać.
      Pozdrawiam serdecznie.

      Usuń
  9. Nigdy nie lubiłam jesieni, ale rok temu to się zmieniło. Zawsze kojarzyła mi się z dojmującą melancholią i zawsze odczuwałam spadek temperatury. Od roku zauważam jednak jej urok - na przykład kasztany. Z przepisu jednak bym nie skorzystała, bo wolę samą wódkę - czyli NARKOTYK bez dodatków ;)

    Od pewnego czasu jesień jest dla mnie bardziej okresem reminiscencji (śmierć bliskiej mi osoby) czy pewnych rytuałów, które komponują mi się TYLKO z tą porą roku (słuchanie "Autumn Leaves" Edith Piaf, Rachmaninova czy oglądanie filmów Hitchcocka, albo pisanie opowiadań - wprawek).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czcigodna Flavio
      Piaf czy Rachmaninow to również i moja bajka, zaś jesienną melancholię znam od dawna. A co się tyczy gustów alkoholowych, sporządzanie nalewek i nastojek to wielka sztuka, łatwo jest alkohol zepsuć. A co się tyczy kretyńskiego poglądu jakoby wypicie nawet odrobiny trunku było "ćpaniem", część blgosfery jest niestety takimi idiotyzmami zakasztaniona.
      Pozdrawiam serdecznie.

      Usuń
    2. @ Flavia

      Rozumiem, że komuś jesień może się kojarzyć ze śmiercią, albo przynajmniej starością, chorobą i przemijaniem. Dla mnie jednak jest to pora ostatnich zbiorów. Dojrzewają jabłka, kasztany i żołędzie, otwierają się szyszki. Oczywiście nie znoszę typowej jesiennej szarugi, lubię wyłącznie "złotą polską jesień". Tegoroczny wrzesień jest na szczęście wyjątkowo ciepły i urokliwy. A w październiku korony drzew zapłoną ciepłymi barwami, upiększając całe miasto. :)

      Usuń
    3. Ja nie znoszę zimy, bo jest smutna, monotonna. Biel w kulturze wschodniej to kolor żałoby i ja to rozumiem doskonale. Jednak jesień uwielbiam, choć rzeczywiście towarzyszy jej taki troszkę dekadencki nastrój, niemniej kolorystycznie nie ma od niej nic piekniejszego

      Usuń
    4. @Kira

      Tak, w tym roku wrzesień jest bardzo ciepły, dlatego dobrze go znoszę. Ale zazwyczaj aura zmuszała mnie do siedzenia w domu i medytowania. No i do słuchania jazzowego hitu "Autumn Leaves" w wykonaniu kilku jazzmanów. Po za tym, jesienią zawsze mam ochotę zwolnić tempo życia, a nie zawsze mogę.

      @An-Ka

      Mam podobnie, tyle że ja nienawidzę zimy z powodu niskich temperatur. No właśnie, jesień to jedyna w swoim rodzaju kolorystyka, której wcześniej nie dostrzegałam. Wcześniej jesienią zapadałam w swego rodzaju letarg, z którego budziłam się dopiero w połowie zimy.

      Usuń
    5. @Flavia - tak, zimno jest w tym najgorsze a ponoć tegoroczna zima ma być mroźna:((. Jedyne uzasadnienie dla tej pory roku widzę w narciarstwie:). A co do kolorystyki - zapraszam do siebie, troszkę wyprzedziłam czas korzystając z zeszłorocznych zdjęchttp://an-ki-nieanki.blogspot.com/

      Usuń
    6. @Flavia

      Ja lubię początek jesieni, ale nie końcówkę. Ale tak naprawdę za jesienią nie przepadam, ale lata nienawidzę. Latem czuję się bardzo źle i w upały czuję się słabo i jest mi niedobrze. Natomiast zimę lubię i już czekam na zimę w Kanadzie.

      Usuń
    7. @ An-Ka
      Na nielubianą porę roku jest tylko jedno ale za to niezawodne lekarstwo. Spędzać ją należy w towarzystwie własciwie dobranej drugiej osoby płci przeciwnej.
      Pozdrawiam serdecznie

      Usuń
    8. @Erinti

      Czyli mamy odwrotnie, bo ja jestem ciepłolubna i zimę w Kanadzie spędziłabym pod kołdrą.

      @Stary Niedźwiedź

      No tak, ale co jeśli się tej osoby nie ma i nie planuje mieć?

      Usuń
    9. @ Erinti, Flavia

      Ciekawa jestem, jakie macie ciśnienie. :)

      Usuń
    10. @Kira

      Ja mam raczej niskie i dzień zaczynam od kawy. Kiedyś zdarzało mi się od espresso ;)

      Usuń
    11. Ja też mam niskie, Flavio. I pewnie dlatego nie znosimy zimna.

      Usuń
    12. 90/60 a w porywach 85/40 - no to co myślicie o moim odczuwaniu zimna ? :))

      Usuń
    13. @An-Ka

      Oj, hardcore. Chociaż mnie się zdarzało 90/60. Co myślę? Dwa razy espresso plus ubiór "na cebulę".

      Usuń
    14. No cóż, ja kawę toleruję tylko z mlekiem. Proporcje: kubek mleka + łyżka kawy. Myślicie, że pomoże?

      Usuń
    15. Nie pomoże:( Proponuję jednak "przyćpać" lampkę koniaku, albo jakiejś zacnej nalewki na spirytusie:))

      Usuń
    16. @ Tie Fighter
      Wiem, że robisz sobie jaja. Ale narkomańsko - cwelebrycki syf weźmie to "ćpanie" na poważnie.

      Usuń
    17. @ Flavia
      Jeśli nie ma się szczęścia do znalezienia na stałe tej drugiej połowy, to pech. Ale jeśli się programowo taką możliwość wyklucza, to muszę to nazwać co najmniej lekkomyślnością.

      Usuń
    18. @ An-Ka
      To chyba nie tylko kwestia ciśnienia. Mam zdecydowanie wyższe, ale też lubię lato, nawet upalne, zaś zimy nie cierpię.

      Usuń
    19. Bo zima, proszę Państwa , to dobrze wygląda w górach (dla narciarzy, bo już tubylców chyba taki zachwyt nie ima się ), ekranie telewizora i filmach Disneya :)) . Aczkolwiek muszę się pochwalić (znowu!!! :)) , że jak się uczyłam jeździć na nartach na Słowacji, gdy mróz w dzień ani razu nie przekroczył minus osiemnastu stopni. Wytrawni a więc naprawdę szusujący narciarze byli wytrawni do pewnego momentu a potem szczękając zębami zjeżdżali do knajpy. Mnie zaś chyba adrenalina grzała :)). ciśnienia nie mierzyłam ,ale podejrzewam, że z jakiś milion mogłam mieć :))

      Usuń
    20. @Kira

      Raczej nie pomoże. Proponowałabym espresso albo zieloną herbatę (dwie torebki i parzenie 20 minut).

      Usuń
  10. @An-Ka

    Nawet mnie nie strasz tym mrozem. Chciałabym zapadać w sen zimowy, jak bohaterowie Tove Jansson :( Estetycznie zima jest OK - biała kołdra otula okolicę, a śnieg prószy płatkami, które mają niesamowicie symetryczne kształty.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mnie mróz przeraża. Nienawidzę go i lękam się jak najgorszego wroga. Upał jest przykry, mróz - bolesny.

      Usuń
    2. @Kira

      Stary Niedźwiedź sugerował, że dobre towarzystwo jest lekarstwem na nielubianą porę roku. Gdy jest zimno, to rzeczywiście towarzystwo może okazać się potrzebne...

      Usuń
    3. @ Flavia

      Niestety, to nie załatwia problemu. :)

      Usuń
    4. "Sorry, taki mamy klimat..." A w Brukseli zimy łagodniejsze niż w Polsce.

      Usuń
    5. No, ostatnia była super. :)

      Usuń
    6. Nie odczułem, podobnie jak poprzednich, bo jak widać na zdjęciu noszę pancerz termoaktywny, który w zimie grzeje, a latem chłodzi. Zawsze mam wewnątrz pancerza 25 stopni.

      Usuń
    7. @Kira

      Dlaczego dobre towarzystwo zimą nie wystarczy? Zawsze może ogrzać... na przykład pożyczając sweter albo kurtkę :)

      Usuń
    8. @ Flavia & Kira
      Jeśli mam być szczery, miałem na myśli inna formę pomocy ze strony drugiej osoby, niż pożyczenie swetra. A jeśli dodatkowo dysponuje się wygodnym łóżkiem plus ciepłą kołderką, nawet paskudna zima nie straszna..

      Usuń
    9. No tak, Niedźwiedziu, tylko że z tego łóżka trzeba kiedyś wyjść. :)

      Usuń
    10. Ale za to można do niego wrócić ;) . Co stanowi doskonałą motywacje do dobrego zorganizowania sobie zajęć i unikania marnowania czasu na głupotki.

      Usuń
  11. @Kira, Stary Niedźwiedź

    Gdy ma się dobre towarzystwo w łóżku, raczej trudno znaleźć motywację, by z niego wyjść.

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...