13.09.2014

Spryciarze


Pan T. wraz ze swoim młodym pomagierem w końcu zakończył robotę (z niespełna tygodniowym opóźnieniem, ale przecież co nagle, to po diable) i opuścił mieszkanie moich rodziców. Nie powiem, całkiem ładnie położyli gres na kuchennej ścianie czy kafelki w piwnicy. Fachowcy z nich znośni. Pozostawili jednak po sobie dość przykre wspomnienia. Już pierwszy rzut oka na pana T. pozwolił mi wyrobić sobie o nim dość niepochlebną opinię: typowy chytry cwaniaczek, który zawsze „da sobie radę”. Na każde pytanie miał gotową odpowiedź, którą artykułował bez chwili wahania czy namysłu. Kombinować też umiał. Zamiast od razu powiedzieć, ile będą kosztować poszczególne prace, wolał zostawić tę nowinę na koniec, a potem zaśpiewać sobie cenę z Księżyca. Kiedy moja mama (finansująca – do spółki z Lubym – wykańczanie mieszkania) nalegała na podanie konkretnych kwot, pan T. zawsze ją zbywał jowialnym zapewnieniem, że jakoś „się dogadają”. No i „dogadali się” – oczywiście z korzyścią dla niego.

O człowieku świadczą drobiazgi. Weźmy choćby zapaskudzenie muszli klozetowej odchodami – czy naprawdę zerknięcie za siebie po spuszczeniu wody jest takie trudne? Dochodzi do tego podpieprzenie taniej wody kolońskiej, po której zostało tylko opakowanie. Wyjątkowo żałosna kradzież. No chyba że rację ma Luby, który przypuszcza, iż któryś z panów połasił się na jednorazowe psiknięcie i przypadkiem stłukł buteleczkę. Coś takiego byłabym skłonna zakwalifikować jako wypadek.

Tak czy siak, cieszę się, że już ich nie ma. I mam nadzieję, że mama nie skusi się na zlecenie panu T. roboty przy naszym balkonie (już nie w jej mieszkaniu, a w naszym domu). Są przecież inni fachowcy – tańsi, uczciwsi i może nawet lepsi.

W ogóle cwaniaczki, krętacze tudzież tym podobne „obrotne” stworzenia budzą moją głęboką odrazę. Nie znoszę balansujących na granicy prawa naciągaczy czy namolnych sprzedawców, co to łapią (czasami wręcz dosłownie) człowieka za rękę i wciskają swój – często kiepski, a niemal zawsze absurdalnie przeszacowany – towar. Niedawno kupiłam parę ryneczek oscylujących na granicy świeżości malin. Zapewne przepłaciłam, ale to pestka. Był to w końcu rodzaj jałmużny. Pomyślałam, że być może jestem ostatnią szansą owej stojącej przy wejściu na targ starszej pani, by mogła pozbyć się reszty przejrzałych owoców (zbliżał się wieczór, inni sprzedawcy dawno już się zwinęli). Szybko jednak pożałowałam, że podeszłam. Najwyraźniej cwana baba uznała, że znalazła frajerkę, której uda się wcisnąć cały swój towar. A ja aż tak szlachetna nie jestem. Poza tym bardzo nie lubię, kiedy ktoś mnie chwyta za rękę czy na siłę wpycha swoje specjały. Prymitywizm takich zagrań potrafi mi zepsuć humor na cały dzień.

Nie umiem mydlić ludziom oczu, rozpychać się łokciami, iść do celu po trupach. Może się kiedyś tego nauczę. Najwidoczniej życie nie dało mi jeszcze wystarczająco mocno w kość.

34 komentarze:

  1. Czcigodna Kiro
    Miałem problem z hydraulikiem podczas budowy domku. Na wabia za pierwszy etap ("wiercenie" ujęcia i montaż pompy) policzył sobie nawet niedrogo. Ale za rozprowadzenie po domu i montaż punktów odbioru, zaśpiewał cenę z księżyca. Więc wziąłem innego hydraulika, znacznie lepszego i tańszego. Ten "stary" kilka razy przyjeżdżał i mendził ze za ten pierwszy etap wziął zbyt mało bo myślał że zrobi wszystko do końca. Kazałem mu wy******lać.
    Pozdrawiam serdecznie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I słusznie postąpiłeś, szanowny Niedźwiedziu. :)

      Usuń
    2. Czcigodna Kiro
      Cieszę się z następnego przypadku stuprocentowej zgodności naszych zapatrywań na konkretną kwestię.
      I po raz kolejny dziękuję za sprawną asenizację.

      Usuń
  2. A któż się na "fachowcach" nie przejechał? Przeprowadzaliśmy remonty i adaptacje kilkudziesięciu lokali na potrzeby naszej działalności. Ekipy zmienialiśmy kilkanaście razy i nie chcę już tu nawet mówić o kosztach, na które ci niekompetentni fachowcy nas narazili. O opóźnieniach z tego wynikających już nie wspomnę. Trzeba koniecznie stosować zasadę pisemnego kosztorysu, uwzględniającego specyfikację materiałów, pod którym obie strony muszą się podpisać. W szczególnych przypadkach spisanie umowy cywilnoprawnej nie zaszkodzi. I należy te postanowienia bezwzględnie egzekwować.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Rozsądnie prawisz, waść. Ale ile to papierkowej roboty... :)

      Usuń
    2. Jest to kłopotliwe, ale daje przewagę negocjacyjną w razie problemów. Większość budowlanych cwaniaków mięknie na wieść, że spór rozstrzygniemy sobie w sądzie.

      Usuń
    3. @Grover
      Też podpisałam umowę na duży remont, łącznie z w.w specyfikacją materiałów Co z tego? Stwierdziłam, że lepiej się dogadać, niż latami biegać po sądach. Mam przykład mojego znajomego. wybudował domek za niemal milion zeta, miał umowy i nie powstrzymał się przed ich użyciem w sądzie. Mija piąty rok zabawy w ekspertyzy, biegłych etc. Nie - życie jest za krótkie na takie sprawy. Dla mnie - osoby nie związanej z sądownictwem na co dzień - to mordęga. Dlatego dogadałam się z nieuczciwym przedsiębiorcą budowlanym.

      Usuń
    4. @ Marzena

      Mnie konieczność procesowania się z kimś zszarpałaby pewnie nerwy do szczętu. Brrr.

      Usuń
    5. @Marzena

      Wartość zleconych przez nas prac przewyższała koszt budowy kilku domów jednorodzinnych, więc umowy były konieczne. A jeśli chodzi o ich egzekwowanie, to przed procesem sądowym jest jeszcze takie cudowne narzędzie, jak wstrzymanie płatności!!! Żaden budowlaniec nie będzie cwaniakował, jeśli wstrzymam mu płatność za prace wykonane niezgodnie z umową, albo potrącę mu część, za nieterminowe oddanie. To on ma wtedy problem, bo pieniądze zobaczy, lub nie za kilka lat, kiedy skończy się proces sądowy, a ja mogę nimi w tym czasie obracać. Dla mnie to Korzyść tak czy inaczej. Twój znajomy najprawdopodobniej w sposób niewłaściwy skonstruował umowę, albo źle ją egzekwował.

      Usuń
  3. I ja nie trawię cwaniaczków i drażnią mnie. Niestety cwaniaczkowanie wciąż uchodzi w Polsce za dowód obrotności i sprytu. To co piszesz o niespuszczaniu wody jest obleśne. Nie wiem jak można tak się zachować w cudzym domu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oni wodę spuścili, ale najwyraźniej nie zauważyli, że przylgnęło do muszli (w widocznym miejscu) sporo gówna.

      Taaa, ta nasza Bolanda to nie jest miejsce dla uczciwych ludzi... :(

      Usuń
    2. Kiro- a może to odwrotnie ? bo raczej nie ma przymusu (wynikającego czy to z narodowości, czy obowiązującego prawa, czy połozenia geograficznego) bycia cwanym czy nieuczciwym ?

      Usuń
    3. Cóż, pozostaje przymus ekonomiczny. Kiedyś trzeba było kombinować, "załatwiać" różne rzeczy. Ja tego zresztą nie potępiam, jeśli w grę nie wchodziło łamanie umów czy naciąganie ludzi. Niestety, dekady przymusu kombinowania i "załatwiania" zepsuły społeczeństwo. Niektórzy stracili wszelkie hamulce.

      Usuń
  4. Może przywrócić system cechów rzemieślniczych? Wiele osób wolałoby drożej zapłacić, ale mieć pewność, że fachowiec, z którym zawierają umowę to nie partacz.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. jest to rodzaj socjalizmu, ale w tym przypadku nie jest to głupia koncepcja...

      Usuń
    2. A czemu socjalizm?

      Morgenstern

      Usuń
    3. Widziałbym system cechowy nie jako przymus, ale strategię marketingową wybieraną przez małe, lokalne firmy. Duże firmy budowlane posiadające fachową kadrę inżynieryjną poradzą sobie z doborem pracowników i nie potrzebują certyfikatów cechowych. Osoby prywatnej na ogół nie stać na współpracę z dużą firmą, ale jeśli ryzykuje znaczne oszczędności to często wolałaby więcej zapłacić małym firmom prowadzonym przez mistrza. W przeciwnym wypadku ryzykuje o wiele większe straty i problemy.

      Usuń
  5. Rodzajem cechów były-jednak-korporacje prawnicze.Uwolniono zawody i kto żyw wziął się za porady prawne.Samozwańczy geniusze, ludzie bez aplikacji.Efekt ? Spadła jakość a ceny usług bynajmniej nie zmalały.Dlaczego ? Ano.....bo skoro prawnik wie, że nieprędko złapie nowego klienta, skoro w każdej kamienicy kancelaria to doi tego, co już wpadł w jego sidła.Proste jak drut,wystarczyło trochę pomyśleć zanim się wykona pusty gest.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. @ An-Ka

      Prawo powinno być tak proste, by każdy człowiek powyżej granicy upośledzenia je zrozumiał. W przeciwnym wypadku prawnicy zawsze będą doić klientów. Cechy nie są ŻADNYM rozwiązaniem. Jeden będzie chronić drugiego, tuszować błędy, etc.

      Usuń
    2. Co innego zrozumieć a co innego biegle zastosować . Każdy z nas może dotrzeć do każdej wiedzy , tylko czy nie szkoda czasu ? A cechy -moim zdaniem - przy właściwie pojętej ich roli są ie do przecenienia przy kształceniu zawodowym.

      Usuń
    3. @An-Ka
      Święta prawda, w rodzinie Mężczyzny roi się od prawników, tych z wykształceniem i tych samozwańczych, grzmiących przy biesiadnym stole i wypisujących stosy pism do przeróżnych urzędów w swoim i głupiutkich znajomych, imieniu :) Dla przykładu - mój teść udziela porad prawnych rzeszom mieszkańców "zadupiów", takich, którzy w wielkim mieście byli raz, dwa razy w życiu, a książkę widują w M.jak miłość :) wychodzą z tego bezsensowne wieloletnie batalie sądowe, na których przegrywamy my, podatnicy.

      Usuń
    4. @ An-Ka
      Nie jest łatwo przepłynąć między Scyllą niekompetencji a Charybdą sitw dynastycznych. Pamiętam aferę na gdańskim uniwerku, kiedy to na prawo przyjęto córeczki i synków za znanych dynastii prawniczych, a odrzucono "kandydatów z ulicy", którzy po egzaminach uzyskali więcej punktów, niż wybrańcy bożków w togach. Kruk krukowi łba nie urwie. Dlatego jestem za egzaminami państwowymi, potwierdzającymi kwalifikacje. I zero uprawnień dla sitw zwanych samorządami zawodowymi.
      Pozdrawiam serdecznie.

      Usuń
    5. @ Stary Niedźwiedź

      I to jest naprawdę sensowe wyjście.

      Usuń
    6. Ależ zdrowo pojęte "cechy" nie powinny wykluczać egzaminów państwowych.Też jestem za. Natomiast nigdy nie zgodzę się z tym, że w pewnych zawodach wystarczy samo szkolenie teoretyczne,książkowe i potem potwierdzenie tego owym egzaminem. A kto ma szkolić ? Właśnie - moim zdaniem - owe korporacje. A egzamin wstępny i końcowy -państwowe.

      Usuń
    7. Witaj An-Ko,

      Każdy system korporacyjny wcześniej czy później prowadzi do patologii. Tak było jest i będzie. W szczególności jest to widoczne w korporacjach prawniczych. Moja dobra znajoma, która dzisiaj prowadzi jedną z poważniejszych kancelarii wyspecjalizowanej w prawie podatkowym, finansowym i bankowym (obsługują tylko firmy) sama dostała się na aplikację za trzecim razem. Mimo ukończenia UJ z najwyższą lokatą. Zdążyła w tym czasie zrobić drugi fakultet z bankowości i finansów. Oczywiście wszystkie miernoty z rodów korporacyjnych na aplikacje dostały się od razu. Tak to wygląda w praktyce. To nie pomysł uwolnienia tego zawodu jest zły, a jego wykonanie plus niewłaściwy sposób samego kształcenia. Pytałaś kto by ten narybek szkolił, to ja odpowiem nieładnie pytaniem na pytanie. A kto szkoli inżyniera chemika? Ano właśnie, kończy on studia i zaczyna pracę w przemyśle chemicznym doskonale wiedząc jak wyprodukować silos saletry amonowej. Musi on co najwyżej poznać specyfikę takiej czy innej linii technologicznej, ale to są drobiazgi. Może tu jest przysłowiowy pies pogrzebany? A swoja drogą, czy nie ma oznak tego korporacjonizmu w twojej branży? Dlaczego jest tak mało lekarzy specjalistów? Dlaczego na prywatną wizytę u jedynego w mieście dziecięcego neurologa musieliśmy z żoną czekać trzy miesiące? Nie piszę już o terminach w przychodni państwowej, bo te mierzy się w skali geologicznej.

      Pozdrawiam, TF.

      Usuń
    8. @TF - czy chciałbyś mieć zoperowane serce czy nawet wyrostek przez lekarza , który właśnie skończył studia i wie teoretycznie jak należy to operować , ale do tej pory nigdy tego nie robił pod czujnym okiem mentora ? Ze specjalistami to rzeczywiście skandal i prawdopodobnie rzeczywiście ich za mała ilość jest spowodowana korporacyjną patologią, jednak nie wrzucaj do tego samego worka terminów - bo tu przyczyna są ograniczenia finansowe ze strony NFZ, rządu itd. Co do dostawania się na aplikacje prawnicze- od co najmniej sześciu lat jest wstępny egzamin państwowy . Z pewnością są tu nadużycia, jednak sama OSOBISCIE znam kilku potomków rodów korporacyjnych ( bynajmniej akurat nie miernoty , rzekłabym nawet , że tuzy intelektualne ), którzy nie dostali się za pierwszym razem - bo zabrakło dwu- trzech punktów. Od kilku lat również końcowe egzaminy są egzaminami państwowymi - testowymi , co dla mnie osobiście jest żadnym sprawdzianem przydatności zawodowej i również znam kilku przedstawicieli rodów korporacyjnych, którzy ten egzamin uwalili, akurat ku wielkiemu zdumieniu ich kolegów aplikujących z nimi i twierdzących, że to niespodzianka merytoryczna . Podkreślam- nie twierdzę, że nie ma patologii, jednak legendy tę patologię przerastają. Wracając do testów - w moim zawodzie najlepiej w nich zawsze wypadały miernoty bezmyślnie wykuwające szczegóły zaś ludzie o wysokim stopniu zawodowego profesjonalizmu . sprawdzeni w praktyce - znacznie gorzej.

      Usuń
    9. Och przecież wszyscy wiemy , że najpóźniej w trzecim pokoleniu rody korporacyjne ( głównie lekarzy i prawników ) dopada wirus tępotomiernoty albo mutacja genowa i nie ma to tamto - taki potomek jest półdebilem i bez pomocy nie jest się w stanie nawet podetrzeć a co dopiero dostać na studia . Przyjmij An-Ko wreszcie ten fakt z godnością i skończ z tymi usprawiedliwieniami.

      Usuń
    10. @Mecenas

      Możesz sobie pajacować, ale na przykładzie własnych doświadczeń mogę powiedzieć, że często tak właśnie jest.
      Od wielu lat moja firma była obsługiwana przez jedną kancelarię, której właściciel był niewątpliwie prawdziwą legendą w swojej branży. Niestety, kiedy udał się na zasłużoną emeryturę, jego kancelarię przejął syn. od tamtej pory ceny za usługi rosły odwrotnie proporcjonalnie do ich jakości. W pewnym momencie okazało się, że jedyną oznaką profesjonalizmu tego tytana prawa jest ubezpieczenie OC, bo wobec jego niekompetencji to jedyne zabezpieczenie przed katastrofą. Nie jest on nawet cieniem swojego ojca. Z racji tego, że w grę wchodziły duże sumy i duże ryzyko, powierzyliśmy nasze sprawy młodemu prawnikowi, który we wspomnianej kancelarii pracował przez kilka lat i odszedł nie mogąc znieść niekompetencji i indolencji synalka wielkiego ojca. Ten młody człowiek założył własną kancelarię i od kiedy prowadzi nasze sprawy skończyły się wszystkie problemy. Widać wyraźnie, kto tu jest prawdziwym spadkobiercą tego wielkiego prawnika, bo tu akurat idealnie zadziałała zasada, że geniusz często omija jedno pokolenie. Miejmy nadzieję, że dzieci tego gówniarza będą za to błyskotliwe.

      Usuń
    11. @ An-Ka
      Ułożenie sensownego testu to wielka sztuka. Można to zrobić na odczepnego, przeglądając podręcznik i jak napisałaś, pytając o jakieś duperele , bez większego praktycznego znaczenia. Ale można też ułożyć mini pytania egzaminacyjne, obejmujące oczywiście nie pełną odpowiedź ale najistotniejsze merytorycznie elementy tej odpowiedzi. Kwestia kompetencji i etyki zawodowej.
      Co do staży zawodowych, nikt inteligentny nie neguje potrzeby ich istnienia. W końcu inżynier świeżo po studiach, nie będzie głównym projektantem mostu czy samochodu, ale wykonawcą jakiegoś mniejszego fragmentu projektu, kontrolowanym przez rutyniarza, który już zęby na tym zjadł. Chodzi jedynie o to, aby wejście do grona stażystów i zdobywanie kolejnych uprawnień zawodowych, nie wynikało głównie z przyczyn pozamerytorycznych.
      Pozdrawiam serdecznie.

      Usuń
    12. @An-Ka, Stary Niedźwiedź,

      O to własnie mi chodziło. Stary Niedźwiedź mnie wyręczył definiując problem zwięźle i precyzyjnie. Ja chcę tylko takiego stanu rzeczy, w którym w ciągu liku dni będę mógł iść z dzieckiem do właściwego specjalisty, a skorzystanie z porady prawnej nie zrujnuje mojego budżetu. A póki co jest dokładnie odwrotnie i to właśnie zawodowe korporacje za to odpowiadają. Patrzą one przez pryzmat wymiernych korzyści, a nie interesu obywatela, czy jego zdrowia. I tyle.

      Usuń
    13. Ależ moi Drodzy -w żadnym razie nie stoję w opozycji do Waszego zdania na ten temat natomiast doskonale rozumiem "pajacowanie" Mecenasa - bo fakt, że CZASEM tak się zdarza w żadnym razie- moim zdaniem- nie upoważnia do krzywdzących uogólnień, które tradycyjnie z takich wypowiedzi przebijają. Te uogólnienia ( i legendy) nie są niczym nowym , bo istniały również w czasach mojej młodości . Wielokrotnie słyszałam krzywdzące opinie na temat konkretnych osob, wypowiadane przez ludzi , którzy- jak się okazywało- nie znali ani tych osób, ani z nimi nie pracowali,. ale zakładali z definicji, że skoro mają takiego a takiego tatusia/mamusię to musza być rozpaskudzeni/leniwi/do niczego. Tak się w moim życiu zdarzyło, że w czasach studenckich i kilka lat po studiach obracałam się w towarzystwie prawniczym i wśród "następcow tronu" spotkałam ludzi naprawdę na wysokim bardzo poziomie intelektualnym, pracowitych i w pełni zasługujących na szacunek. Jednak wśród ludzi nieznających ich osobiście krążyły legendy typu "miernoty zawdzięczające wszystko rodzicom". . Dlatego jestem przeczulona na ten temat. To dość typowe dla Polski - to co, w innych krajach nazywa się tradycją rodzinną i jest powodem do dumy u nas jest a priori skazane na potępienie i negację. Podkreślam- wiem, że przypadki , o których piszecie istnieją i w takich sytuacjach oczywiście uważam to za naganne. Jednak - znaj proporcjum, mocium panie....

      Usuń
  6. 5. maja tego roku weszła do mojego - niemal czterdziestoletniego -domu ekipa remontowa. wynajęliśmy dom na jeziorem do 20. czerwca - to wtedy mieliśmy odebrać wykonaną pracę. Nie mogliśmy zostać u siebie, gdyż wymianie podlegała cała kanalizacja. Remont przedłużał się i przedłużał. Do domu wróciliśmy 14. sierpnia!!! Kolega udostępnił nam mieszkanie w naszej miejscowości na miesiąc - to wtedy odkryliśmy, skąd się biorą opóźnienia (liczba zadań nie wzrosła w trakcie remontu, nie było też żadnych niespodzianek). Pytanie pomocnicze: co potrafią zrobić w trakcie 8 godzin pracy czterej rośli mężczyźni? Przykleić jedną płytkę (na gładkiej, równej powierzchni) oraz wykopać, w miękkiej ziemi, rowek półtora metrowy o głębokości 50 centymetrów!!

    Wcześniej zawsze broniłam "ludzi pracy", jednak po tym doświadczeniu przeszło mi... Do wykończenia został nam mały taras na piętrze, jednak skutecznie udaję, że nie widzę paskustwa. Mogę z tym żyć, jednak serce mam tylko jedno, a o zawał z nerwów bardzo łatwo...

    Tak, jak ja Cię rozumiem, Kiro :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo Wam współczuję. Jak się przed takimi huncwotami bronić? Wypierdalać z roboty? Czy może jednak - jak radził Grover - zawsze spisywać umowę?

      Usuń
    2. Mieliśmy umowę.... Można wyrzucić na zbity pysk, tylko co z tego? Przyjdzie kolejny fachowiec...

      Usuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...