02.10.2014

Czytelnictwo doskonałe


Podczas niedawnej lektury opowiadań Henryka Bardijewskiego (autora przeuroczych i leciutkich jak łabędzi puch miniaturek) natknęłam się na takie, które traktowało o procesie czytania. Zamieszczam je u siebie jako zapowiedź dłuższego postu o literaturze oraz Waszych zwyczajach czytelniczych, a Was zachęcam do jego szczerej i bezkompromisowej ewaluacji.


Henryk Bardijewski

TRZECI TOM CZECHOWA

Przestał mi się podobać ludzki głos. Te wszystkie tony i dźwięki wydobywające się z gardła, z gardzieli, z ust, cała ta ubijana językiem i wargami fonia. Głosy zwierząt, poza niektórymi ptasimi, nigdy mi się nie podobały. Wolę słuchać wody, zwłaszcza strumieni i strumyków, albo fal morskich, lubię też kiedy szumi las. Głos ludzki mnie nudzi. Żeby chociaż usypiał, ale nie usypia, bo wciąż się czeka, że coś powie ważnego, nowego – niestety, przeważnie tylko nudzi. Nawet kiedy śpiewa, nudzi. Nie nudzi, kiedy milczy.
Od pewnego czasu częściej chodzę do biblioteki. Tam dużo się milczy, co jest wielkim urokiem bibliotek, a słowa – pełno ich – spoczywają bezgłośnie na papierze. Znam sympatyczną bibliotekarkę; lubię kiedy ma dyżur. Rudowłosa, w za dużych okularach, odzywa się tylko w konieczności – milczymy sobie razem. Poza mną niewielu jest w czytelni stałych czytelników. Zapełnia się w okresie egzaminów, pustoszeje w wakacje, kilku jednak bywalców posiada. Nie wiem, kogo ja przypominam, ale przychodzi i przesiaduje ktoś, kto przypomina Dantego. Twarz ze starego sztychu, strój też niezbyt dzisiejszy, no i ta lektura – stale na okrągło „Boska komedia”. Ja czytam Czechowa.
Mógłbym go zabrać do domu, ale tu czyta się lepiej. Przeczytałem dwa tomy, poprosiłem o trzeci. Rudowłosa poszła na zaplecze, długo nie wracała – trzeciego tomu nie było. Wypożyczony. Jak dawno? Bardzo dawno. Już powinien być zwrócony. Kto trzyma? Rudowłosa nie chciała wtajemniczać mnie w biblioteczne sekrety, ostatecznie byłem tylko czytelnikiem, niemniej cała sprawa zbliżyła nas znacznie, zwłaszcza mnie do niej. Trzeci tom Czechowa – opowiadania – trzymał już drugi miesiąc ktoś o nazwisku O. (rudowłosa prosiła, żeby nie ujawniać), należący do starszej generacji czytelników, zwykle skrupulatny i punktualny. Bibliotekarka miała jego telefon.
– Zadzwonię do niego – powiedziała.
– Może ja?
– Pan? A z jakiej racji?
– Przedstawię się jako Czechow.
Trochę ją to rozśmieszyło, ale nie za bardzo. Lubię rozśmieszać kobiety, o wiele bardziej niż mężczyzn, którzy zbyt często, nie wiedzieć czemu, śmieją się nieufnie. Rudowłosa też miała się na baczności.
Potem na tydzień wyjechałem. Kiedy wróciłem, trzeciego tomu Czechowa nadal nie było, co gorsze, nie podano nawet terminu, kiedy zostanie zwrócony. Zamiast tego rudowłosa wskazała na jednego z czytelników i szepnęła, że to ten, co trzyma Czechowa i nie oddaje. Wydał mi się znajomy. Był to starszy jegomość z bródką, ubrany raczej niemodnie, częściej widuje się takich na fotografiach niż na ulicy. Przypominał któregoś z dziewiętnastowiecznych pisarzy, miał w sobie coś z Prusa i coś – właśnie – z Czechowa. Przychodził do czytelni w każdy piątek i przeglądał jeden po drugim albumy z malarstwem. Ponieważ ja też jestem starszy jegomość, uznałem, że mogę go śmiało zaczepić.
Wybrałem moment, kiedy w czytelni zostaliśmy sami, nie licząc oczywiście rudowłosej, i podszedłem. Nie zdziwił się, owszem, zrobił minę jakby tego oczekiwał. On też, okazało się, był ciekaw kto tak dopomina się o trzeci tom Czechowa. Spojrzenie miał bystre, głos młody, nie pasujący do siwych włosów i brody. Książki nie zwracał, ponieważ wypożyczył ją siostrzenicy. Ta zaniosła ją matce do sanatorium. A zatem, dowiedziałem się, Czechow przebywa w sanatorium.
– Jeżeli pan chce – zaproponował – możemy tam pojechać. To nie jest daleko.
– A czym? – zapytałem mimo woli.
– Kolejką.
Nigdy nie byłem w sanatorium, kolejką też rzadko jeżdżę, najbardziej jednak zafrapowała mnie okazja bliższego poznania owego amatora albumów i rosyjskiej klasyki. Wyjechaliśmy nazajutrz, wczesnym rankiem, on kupił bilety, również powrotne, więc ja kupiłem suszonych moreli, które pogryzaliśmy po drodze. Kolejka trzęsła i rzucała, rozmawiać było trudno, chyba że na przystankach, ale postoje trwały zbyt krótko, żeby coś ciekawszego powiedzieć lub usłyszeć. Wciąż ktoś wsiadał i wysiadał, chodzili też ludzie po kolejce tam i z powrotem jakby to był deptak. Tylko jedna osoba czytała, za to od razu dwie gazety naraz, obie zadziwiająco szybko. Mój towarzysz spoglądał na tę lekturę z dezaprobatą, ale uwagi zachował, jak się okazało, na później. W pewnej chwili zerwał się i zawołał, że przejechaliśmy naszą stację, co jednak nie było prawdą. Więc usiedliśmy znowu i jechaliśmy dalej, co prawda mniej spokojnie. Sanatorium wyłoniło się w momencie najmniej oczekiwanym, na tyle jednak wcześnie, że zdążyliśmy wysiąść.
Gmaszysko stare i przestronne. Weszliśmy w labirynt białych korytarzy i pokoi, długo szukaliśmy matki siostrzenicy, a nikt nam nie mógł pomóc, bo starszy pan zapomniał jej nazwiska. Zaproponowałem, abyśmy poszli do ogrodu i wśród zieleni odpoczęli, i był to szczęśliwy pomysł, bo tam właśnie ona była, matka siostrzenicy, na ławce siedząca z książką w ręku. Ale nie z Czechowem – ze Stendhalem. Nawiasem mówiąc, był to trzeci tom dzieł wybranych, „Czerwone i czarne”. A gdzie Czechow? Dopiero co był, a jakże, wspaniałe opowiadania, ktoś sobie pożyczył, nie wiadomo kto, ale na pewno odda.
Matka siostrzenicy była osobą oczytaną, lubiła – jak nam wyznała – czytać po cichu i na głos, a głos miała wyjątkowo piękny, miło się z nią rozmawiało, więc rozmawialiśmy dosyć długo, aż do podwieczorku, kiedy to wypadało wracać. Książka, twierdziła, pojawi się na jej stoliku lada dzień i wtedy niezwłocznie zostanie zwrócona siostrzenicy, która natychmiast zwróci ją starszemu panu.
– A wtedy ją wreszcie przeczytam – rzekł starszy pan.
– To pan jej jeszcze nie czytał?! – zawołałem.
– Nie zdążyłem – odparł. – Ja, widzi pan, czytam bardzo wolno. Bardzo wolno. Brałem nawet specjalne lekcje wolnego czytania. Wiem, wiem, w modzie jest czytanie szybkie, gwałtowne, błyskawiczne, ale to wszystko nie dla mnie, drogi panie. Ani, mam nadzieję, nie dla pana. Czytać trzeba wolno. Bardzo wolno. Najwolniej jak można. Wpatrywać się w stronę, w zdania, w słowa długo, jak najdłużej, tak jak wpatrujemy się w obraz, który nam się podoba. Dla słowa pisanego nie istnieje czas, drogi panie, i to jest wspaniałe. To nie muzyka, którą czas goni, nie taniec, któremu czas ucieka – dla słowa pisanego czas stoi w miejscu. I to jest jego siła, jego moc i potęga.
– Ale tyle jest do przeczytania – zauważyłem nieśmiało.
– To nie powód, żeby czytać byle jak i po łebkach! Czytaj mniej, ale czytaj porządnie. Uważnie. Mnie zdarza się czytać jedno zdanie Flauberta czy Prousta godzinę i dłużej. Czytam tak długo, dopóki w tekście zabawnym nie doszukam się czegoś smutnego, a w tekście smutnym czegoś śmiesznego, dopóki w komedii nie dostrzegę dramatu, a w tragedii komizmu. Bo tak naprawdę, drogi panie, treść nosimy w sobie. To od nas zależy, czym wypełnimy napisane przez autora słowa. Czy są pełne skojarzeń, treści, emocji, czy jednoznaczne lub wręcz puste. Jeżeli pan chce wiedzieć, nie ma tak wielkiej różnicy między autorem a czytelnikiem jak się powszechnie sądzi.
– No nie! – zawołałem.
Matka siostrzenicy też była poruszona. Dotąd uważała, że między nimi jest przepaść. Ja też tak uważałem. Przepaść i już. Jednak starszy pan uważał inaczej. Wracaliśmy tą samą kolejką, milczący i zamyśleni. W połowie drogi starszy pan zapytał, czy mam pióro. Miałem tylko ołówek, właściwie połowę ołówka. Skrzywił się, ale wziął, następnie wyjął z kieszeni notesik i zaczął coś notować. Kolejka trzęsła i rzucała a on notował i notował, dziwnie to wyglądało, lecz nie wypadało się dziwić. Kiedy dojechaliśmy do końcowej stacji, notes był cały zapisany, a mój ołówek pilnie wymagał temperówki. Pożegnaliśmy się dość chłodno, w sumie z naszej wyprawy on był bardziej zadowolony niż ja, mimo że obaj wracaliśmy z pustymi rękami. Trzeci tom Czechowa nadal był nieosiągalny.
W domu zaostrzyłem ołówek. To była pierwsza rzecz, jaką zrobiłem po powrocie. Dlaczego? Nie mam pojęcia. Potem przygotowałem papier, biały. Też nie wiem po co. Wieczorem usiadłem przy stole i długo wpatrywałem się w ten papier. Były w nim rzeczy nadzwyczajne, ale nie na tyle, niestety, żeby dotykać go ołówkiem. Jak trudno zostać wybitnym czytelnikiem...

41 komentarzy:

  1. Z O. mogłabym się zgodzić może w paru procentach, bo poszedł w ogromną przesadę. Prawda, że czytając tworzymy w pewnym sensie nasz własny świat. Każdy może mieć inne wyobrażenia. Dlatego książka będzie pod wieloma względami w stanie bardziej zadowolić niż film. Przykładowo jak w książce pisze, że ktoś jest przystojny to każda kobieta może sobie wyobrażać przystojnego mężczyznę przy nadaniu mu szczegółów z opisu bohatera. W filmie wygląd jest konkretny, jaki aktor jest każdy widzi i może się podobać, albo nie podobać, nie jest tak łatwo o zadowolenie tej samej ilości kobiet. Nie wierzyłam ludziom, którzy mówili, że mają taką wyobraźnię, że kiedy czytają to potrafią zawsze sobie w głowie wytworzyć obraz jak z filmu. A to nawet od początku, kiedy jeszcze nie było wielu opisów i ciężko o średni obraz, a na pewno o wyraźny. Teraz mogę przyjąć, że oni mają własną postać od początku i od autora nie jest aż tak zależny np. wygląd tej postaci. Ja jednak opieram się bardziej na tym co autor pisze i zwykle staram się wyobraźnią nie zmieniać za dużo, nie dokładać o wiele więcej niż jest napisane. Wiem jednak jak wielu ludzi ma taką postawę:

    "Czytam tak długo, dopóki w tekście zabawnym nie doszukam się czegoś smutnego, a w tekście smutnym czegoś śmiesznego, dopóki w komedii nie dostrzegę dramatu, a w tragedii komizmu."

    sama staram się tak nie robić. Bywa, że szukam drugiego dna, ale nie ma co wsiąkać do przesady w taką postawę. Chodzi głównie o przesadę. Książki wpływają na rozwój. Przy rozwijaniu czytaniem też też tej podejrzliwości, tworzenia sobie czegoś na podstawie odmiennych słów autora bez wyraźnego powodu, nic dziwnego, że czytanie wiąże się czasem z coraz większą aspołecznością, z szukaniem wszędzie drugiego dna, że przekształcanie jest potem stosowane też podczas rozmów. Ktoś powie, że jest z kimś szczęśliwy, a taki czytelnik kiedy to usłyszy już będzie się zastanawiał czy rzeczywiście ktoś jest szczęśliwy, czy można w tym też odnaleźć smutek, a może za słowem szczęśliwy kryje się coś głębszego i niedługo coś się stanie. Jak w takiej postawie dochodzi się do przesady to można bardzo sobie zatruć życie. Jeżeli autor pisze, że ktoś jest smutny, że rozpacza, że płacze to nie zmieniam sobie tego w wyobraźni na radosną dla bohatera chwilę i nie wiem po co ktoś miałby to robić. Taki opis może rozbawić, ale to zależy już od tego w jaki sposób się to napisze i to inna kwestia.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Masz rację, Akaro, że przesada w podejrzliwości czy interpretowaniu cudzej wypowiedzi jest niewskazana. Niemniej totalny brak podejrzliwości uniemożliwiłby właściwie odczytanie wielu utworów. Trzeba umieć wychwycić fałsz narratora - jak choćby w opowiadaniu "Piekieł wizerunek niezwykły" Akutagawy Ryūnosuke.

      Usuń
    2. Przesada może tak, ale umiejętność odczytywania ukrytych sensów oraz podskórnej treści bywa potrzebna do właściwego interpretowania dzieła. Wyobrażam sobie, że można traktować dosłownie np. powieści Gombrowicza, ale nie doprowadzi to czytelnika do niczego ciekawego.
      (Podobnie rzecz się ma filmami, przynajmniej tymi co ciekawszymi. Ostatnio obejrzałem belgijską "Anomalię" (La cinquieme saison"). Kategorycznie nie zgadzam się z recenzjami, podającymi że film traktuje o klęsce ekologicznej).
      Anty

      Usuń
    3. Zjadłem "z" w pierwszym zdaniu w nawiasie...
      Anty

      Usuń
    4. @Kira i Anty

      Nie chodziło mi o traktowanie dosłowne. Ja też lubię spojrzeć z szerszej perspektywy, docierać do ukrytych sensów. Dowiadywać się co autor miał na myśli. Czasem autorowi coś wychodzi niezamierzenie i to też potrafi być fajne. Marzena niedawno pisała jakie podejście odbiorcy do czytanej powieści ona najbardziej ceni. Pisała tak:

      "Naiwny czytelnik, to ja. Czerpię z mojej postawy wiele radości. Śmieję się razem z bohaterami, smucę się z nimi. Nie chcę doszukiwać się tego „co poeta miał na myśli”, wolę podążać za magią jego słów z zapartym tchem. Jak dziecko."

      Przedstawiła też inną postawę:

      "Doktor obstawał przy krytycznym spojrzeniu na przedstawiane postacie, motywy, twierdząc, że tylko analityczne podejście potrafi doprowadzić czytelnika do zrozumienia zamierzeń autora."

      Jeśli dzielić w ten sposób to jedno i drugie podejście jest dla mnie cenne. Uważam też, że spokojnie jest możliwe połączenie obu postaw.

      A tutaj chciałam odróżnić docieranie do tego co autor chciał przekazać, może też zauważenie tego czego nie chciał, a co mu się przypadkowo udało/nie udało, od radosnego tworzenia po swojemu, zmieniania nie wiadomo po co już podczas czytania. Potem przekaz może nie trafić zupełnie. Czytelnik nie powinien zapominać, że nie jest autorem i nie ma takiego samego wpływu na treść jak autor. Możliwości przekształceń świata przez czytelnika podczas czytania powinny być ograniczone. Dopiero kiedy samemu się coś tworzy uzyskuje się władzę ograniczoną tylko wyobraźnią i umiejętnościami, a nie już wtedy kiedy ktoś zapoznaje się z cudzym dziełem.

      Usuń
    5. To znaczy wiadomo, że podczas czytania pojawiają się własne myśli odbiegające od treści, człowiek interpretuje, inspiruje się, zastanawia się. Ale to co autora powinno pozostać autora, a przemyślenia oderwane całkowicie od dzieła, fantazje nie mające zupełnie oparcia w treści, radosna twórczość własna, powinna być wyraźnie oddzielona, a są ludzie, którzy zbyt wiele zlewają w jedno.

      Usuń
    6. Ależ masz całkowitą rację, Akaro. Dlatego wywody jednego z bohaterów zaprezentowanej historyjki należy traktować z przymrużeniem oka. :)

      Usuń
    7. @Akara...
      bo to tak podobno jest...
      jak chłop czyta o /np./ kosmosie, to myśli o gołych babach...
      a jak kobieta czyta o /np./ słoniach, to myśli o kolejnej parze szpilek...
      a chodzi o to, by myśleć o białej chusteczce z wyszytym wizerunkiem Lenina, JP2 lub Tytusa de Zoo...
      i tak to jest...
      pozdrawiać :)...

      Usuń
    8. ups...
      spoko...
      musiałem coś sprawdzić...
      z Akarą się nie gniewamy, ani z urzędu, ani nie z urzędu, nawet wprost przeciwnie... czyli koment przejdzie :P :)...

      Usuń
  2. Czytam bardzo dużo, ale czytam też- niestety - bardzo szybko. Z pewnością nie z powodu mody :) , bo od bardzo, bardzo dawna. Tak dawna, że właściwie nie pamiętam dlaczego- czy to z chęci pochłonięcia jak największej ilości książek, czy ze świadomego pomijania nieważnych moim zdaniem fragmentów tekstu. Nieważnych, bo nie taję- nie zawsze czytam prawdziwe dzieła, w których pominięcie jakiegoś słowa może wypaczyć sens. W każdym razie ta metoda niestety stała się nawykiem, przerzuconym też na książki , które warto czytać wolno. Nawykiem, nad którym staram się panować - czasami. To zresztą jest metoda, którą z powodzeniem stosowałam się przy uczeniu- wychwytując szybko sens, skupiając się na rzeczach istotnych a odrzucając świadomie zbędne duperele. Jednak literatura piękna to przecież co innego...Oczywiście, że wizualizuję sobie wszystko co czytam i to nawet w kolorze:)). Jednak staram się nie zmieniać niczego w swej wyobraźni- ufam autorowi, że wiedział lepiej ode mnie,co chciał przekazać.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Może to szybkie czytanie (skanowanie) oraz pomijanie "zbędnych fragmentów" jest wynikiem przyzwyczajenia do przerabiania krótkich i często niespecjalnie wartościowych tekstów w Internecie? Bo ze mną chyba tak właśnie jest...

      Usuń
    2. Nie, to nawyk sprzed ery internetu

      Usuń
  3. Czcigodna Kiro
    Staram się czytać szybko, co nie znaczy że nieuważnie. Oczywiście podczas czytania moja opinia o książce może ulegać dalekim modyfikacjom. W drastycznym przypadku przerwę lekturę, gdy uznam że autor przynudza lub wypisuje głupoty.
    Ale proces czytania jest dla mnie przyswajaniem pewnej porcji informacji, wartej głębszego zastanowienia się nad nimi i porządnego przemyślenia problemu lub nie. Więc te dywagacje (rzecz jasna nie sugeruję że są poglądem autora tego opowiadania), odbieram jako portret ludzkich dziwactw, nieszkodliwych ale i na pewno nie wymagających aprobaty. No, z wyjątkiem tego puszczania w obieg książki będącej cudzą własnością. Bo to już elementarny brak wychowania.
    Pozdrawiam serdecznie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tytuł mojego posta nie odzwierciedla do końca moich przekonań, jest raczej żartobliwym określeniem postawy, jaką się ów dziwaczny starszy pan wykazuje. Aczkolwiek uważam, że warto czytać na tyle powoli, by móc rozsmakować się w słowie.

      Usuń
    2. Czcigodna Kiro
      Wydaje mi się, że z czytaniem jest nieco podobnie jak z piciem kawy.
      Niektóre książki czyta się niemal wyłącznie po to, aby się zapoznać z jakimiś informacjami. czyli przypomina mi to postępowanie osoby, która przed porannym wyjściem z domu wypija kawę rozpuszczalną (na zaparzenie prawdziwej nie ma czasu) aby "przejrzeć na oczy".
      Czytając książkę z wysokiej półki, oczywiście poza treścią, doceniamy też i język, czy mówiąc ogólnie "warsztat". Czyli analogia do porządnie zaparzonej kawy mielonej. Ale tej kawy nie należy sączyć po kropelce, czekając aż całkiem wystygnie, tracąc część ze swoich walorów zapachowych i smakowych.. Więc jakieś magiczne zabiegi podczas czytania uważam za głupotkę. Na szczęście nieszkodliwą.
      Pozdrawiam serdecznie.

      Usuń
    3. Bardzo trafna analogia.

      Pozdrawiam.

      Usuń
    4. @Stary Niedźwiedziu- świetne porównanie !

      Usuń
  4. zdarza mi się przysnąć nad książką, nawet bardzo ciekawą /kwestia zmęczenia wzroku lub ogólnego znużenia/... ale audiobook usypia mnie automatycznie, kilkanaście minut i szlus...
    słowo drukowane na papierze /albo na ekranie/ wymusza pewną aktywność typu przewracanie kartki /lub kliknięcie kolejnej strony/, człowiek coś robi... w przypadku audiobooka człowiek nic nie robi, to audiobook robi z nim... ciało w stanie bierności się rozluźnia, przenosi się to na umysł, który w końcu zasypia...
    a puenta jest taka, że czego nie wyjaśni filozofia, wyjaśni fizjologia...
    pozdrawiać :)...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A ja podczas słuchania audiobooka muszę się maksymalnie skupić. :)

      Usuń
    2. Gdy słucham audiobooka w dzień- skupiam się.Wieczorem -coś mi tam szemrze, niby słyszę a potem muszę wracać kilka rozdziałów:))

      Usuń
    3. @Kira...
      czyli wszystko się zgadza... do audiobooka mus się skupić, zaś do książki czytanej część "roboty" załatwia za nas ciało, zajmując się czynnościami związanymi z fizyczną "obsługą" czytania...

      @An-Ka...
      ależ jak najbardziej... pora dnia, a także inne okoliczności mają duże znaczenie... to trochę tak, jak u mnie z muzyką... czasem słucham "całym sobą", poniekąd "jestem" w tej muzyce, a czasem pitoli coś tam za uszami jako dodatek, tło do innych czynności...

      Usuń
    4. @ PKanalia

      A co, jeśli ciało (oczy) i umysł nie chcą się zmusić do czytania? ;) Audiobook jest na takie lenistwo wyśmienitym lekarstwem. :)

      Usuń
    5. @Kira...
      gdy umysł już nie chce, to po cholerę tłoczyć do niego na chama informacje?... a jak się aparatura popsuje i zacznie nadawać od tyłu?... już nie mówię o "ojczu naszu" /podobno tak powstali pierwsi szatanowcy, gdy im nabździany mamrotem katecheta płytę na wspak zapuścił/, ale na przykład takie "atąkjórt elop", vide "Siódme wtajemniczenie" Mistrza Niziurskiego, scena z "nagrywaniem" przed klasówką?...
      może się wtedy zrobić dziwnie :)...

      Usuń
    6. @ PKanalia

      No ale widzisz, kiedy ktoś Ci coś czyta, to to samo niejako "wchodzi" do głowy. ;)

      Usuń
    7. @Kira...
      no właśnie... pytanie brzmi, czy chcemy, by nam "samo" wchodziło do głowy, czy chcemy mieć kontrolę nad tym, co się nam do głowy loguje?...

      Usuń
    8. @ PKanalia

      Rozumując w ten sposób musielibyśmy się przestawić ze słuchania muzyki na czytanie nut. ;)

      Usuń
    9. @Kira...
      dobre... nie mam odzywki :)...
      bo porównanie z własnoręcznym obieraniem panienki i oglądaniem pornola jest raczej mało składną i mocno nietrafną analogią :D...

      Usuń
  5. Moja podręczna biblioteczka zajmuje trzy pokoje :) Z konieczności kupiłem czytnik, bo kolejne mieszkanie, już tylko na książki, to zbyt duży wydatek ; ) Stary Niedźwiedź porównał czytanie do picia kawy, a ja pozwolę sobie je skojarzyć z jedzeniem. Z książkami jest jak z potrawami: do jednych wracamy z przyjemnością, inne zjadamy nie patrząc za bardzo co jemy, a niektóre jemy, bo musimy :) Nie lubię słuchać, gdy ktoś czyta. Wolę sam odkrywać, smakować bądź tylko przyswajać.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też wolę, niestety ze względu na ból oczu muszę samodzielne czytanie ograniczać :(.Choć w przypadku literatury niewymagającej (ja dla takiej odreagowującej rozrywki bardzo lubię thrillery ) audiobook jest bardzo pożyteczny, bo dobry lektor dodaje smaczku.W przypadku prawdziwej literatury jednak mam zdanie podobne jak Ty. Czytnik tez nabyłam w momencie gdy książki mi wypełzły do przedpokoju :))

      Usuń
    2. Statystyki czytelnictwa sprawiają, że sam nie wiem, co myśleć. Czy mamy do czynienia z narodem idiotów, którym dobrze jest we własnym zidioceniu? Nie mówię, by pożerać książki, ale jedna miesięcznie to chyba nie jest wielkie wyzwanie? A tu ponad połowa rodaków nie sięgnęła rocznie po żadną książkę... Za to mnożą się serie telewizyjne z naturszczykami, co wskazuje na zapotrzebowanie na taką, a nie inną rozrywkę. Rodacy sami siebie sprowadzają do rangi niewolnika, zadowalającego się prymitywną rozrywką, piwkiem wieczorem, weekendowym chlaniem i doniesieniami brukowców. Z niewolnika ciężko jest zrobić pana. Trochę odjechałem od tematu, ale mam wrażenie, że ludzie naszego pokroju (tj. kupujący czytniki, bo brakuje miejsca na papierowe książki) są wyjątkiem na skalę ogólnopolską. Chciałbym kiedyś mieć świadomość, że oczytanie i posiadanie zainteresowań innych poza grillem i piwkiem, to cecha narodowa Polaków. Podobnie jak umiejętność poruszania się samochodem po rondzie i sprawienie, by przejście przez pasy rodziców z dziećmi nie wiązało się z ryzykiem utraty życia.

      Usuń
    3. @Celsusie - zawsze była spora grupa ludzi nieczytających z wyboru, jednak zwiększyła się ona przez inne atrakcje- najpierw telewizję, potem internet. Telewizja serwuje papkę dla idiotów- tu jednak trzeba przyznać, że w PRL pod tym względem był znacznie wyższy poziom, nawet słynna Kobra serwowała przynajmniej dobra grę aktorską. Internet niestety daje wielu ludziom złudne przekonanie, że może dostarczyć wiedzę. Może ,oczywiście , ale jako dodatek . Czytania nie zastąpi nic. Jak napisałam wyżej - czytam poza wartościową lekturą również odmóżdżające thrillery , pewnie można to porównać z serialami, których nie ogladam- wtedy, gdy jestem tak wyżęta przez pracę, że za bardzo nie chce mi się myśleć. Jednak czytam i nie umiem sobie wyobrazić życia bez książki

      Usuń
    4. A ja przestaję czytać. Nie umiem już cierpliwie przerabiać strona po stronie danej historii. SKANUJĘ wzrokiem! :( Jak to możliwe, że przebrnęłam przez te wszystkie książki, które teraz znudziłyby mnie po paru minutach???

      Usuń
    5. No, tak -to jest właśnie dobre określenie na to moje "szybkie czytanie":((.

      Usuń
    6. są książki, których po prostu nie daje się czytać... na przykład "Ogary poszły w las" i dalej stop, blokada w mózgu... albo takie "Nad Niemnem"... totalny glut... na szczęście pewna zakochana we mnie panienka w liceum napisała za mnie wypracowanie... specjalnie się zresztą nie napinała, bo wyszło "trzy plus /wg. starej skali/"... ale tak miało być, bo ta głupia picza polonistka w życiu by nie uwierzyła, że ten "chuligan" może napisać lepsze wypracowanie i wszystko by się wydało...

      Usuń
    7. @Celsus...
      napisałeś: "Z niewolnika ciężko jest zrobić pana"...
      interesujące... jak niewolnik dostanie kałacha do ręki, to się z niego robi nie tylko pan, ale panisko... fala... fala...
      http://youtu.be/oHGiWUN7vZM
      pozdrawiać :)...

      Usuń
    8. @Pkanalia
      "Nad Niemnem" lubię. Zależy od gustu i czasu czytania. Np. "Pan Tadeusz" był dla mnie w liceum zmorą, natomiast już po studiach czytałem z przyjemnością. Do niektórych lektur trzeba dojrzeć :)

      Niewolnik z kałachem nie będzie panem i paniskiem, a dalej niewolnikiem, tyle że z kałachem :) Tak samo, jak z chama nie zrobisz pana, nawet jeśli cham ubierze włoski garnitur, zostanie prezesem, dyrektorem czy dziekanem i będzie raz w tygodniu zdychał z nudów w pierwszym rzędzie w filharmonii. Dlatego praca nad Polactwem jawi się jako wyjątkowo odpowiedzialne zadanie :)

      Usuń
    9. Czytałam "Nad Niemnem" jako dziesięciolatka i mam sentyment.

      Usuń
  6. @ Kira
    Przeczytanie "nad Niemnem" nie jest wielkim problemem. Niestety choć hasłowe wymienienie warunków ku temu koniecznych, chyba byłoby naruszeniem Prawa Kiry.
    Pozdrawiam serdecznie.

    OdpowiedzUsuń
  7. @ Kira
    Serdecznie dziękuję za kolejna asenizację.

    OdpowiedzUsuń
  8. Mam zaszczyt uprzejmie donieść...
    Anty

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...