08.10.2014

Mądrość czy akceptacja?


Po Internecie krąży stara suficka legenda:
Pewnego razu mędrzec powiedział, że przyjdzie dzień, gdy cała woda na Ziemi zniknie (oprócz takiej, która zostanie zabezpieczona). A potem zastąpi ją inna. Ale każdy, kto napije się nowej wody – odejdzie od zmysłów. Tylko jeden człowiek potraktował przepowiednie poważnie i zaczął magazynować wodę. Owy dzień nadszedł. Woda skończyła się dla wszystkich. Człowiek, który słuchał mędrca, pił wodę ze swoich zapasów. I wtedy studnie wypełniły się ponownie wodą. Ludzie pili tę wodę i wszyscy oszaleli. Człowiek słuchający mędrca jednak nadal pił wodę ze swoich zasobów i zachował zmysły. Stał się jedyną zdrową na umyśle osobą pośród szaleńców – dlatego nazwano go wariatem. I wtedy wylał on swoją wodę – stare jej zapasy – na rzecz picia nowej – i stracił rozum. Zaś szaleńcy stwierdzili, że wyzdrowiał umysłowo.

Nonkonformizm jest możliwy, jeśli choć jedna osoba nas akceptuje. Samotność totalna jest nie do zniesienia.

88 komentarzy:

  1. A czy musi być zawsze owo "czy" w tym pytaniu ?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie musi, ale często jest. Przekonania, że większość ma rację, nie da się łatwo wytrzebić z ludzkiej natury.

      Usuń
  2. Dla mnie istotne jest, czy moje uczynki zaakceptowałby Jezus. Nie wiem, czy to konformizm, czy nonkonformizm.

    OdpowiedzUsuń
  3. W krainie ślepców jednooki musi sobie wybić oko?
    Anty

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Polecam "Krainę Ślepców" Wellsa. :)

      http://chomikuj.pl/tgocajna/Dokumenty/ebooks/wells+g+h/Wells+Herbert+George+-+Kraina+*c5*9alepc*c3*b3w,345236567.rtf

      Usuń
    2. Znane, ale dzięki za przypomnienie... Nie wiedziałem że takie rzeczy można wychomikować. Wzrok jako dewiacja, uleczalna choroba, zagrożenie porządku publicznego... Zgodnie z treścią pytania;)
      Anty

      Usuń
    3. A tak zupełnie abstrakcyjnie, wyobrażam sobie że dołączam do obozu cygańskiego, odmawiam udziału w zorganizowanej kradzieży, a potem za karę nie mam śniadania. A więc "kracz tak jak one" i sięgaj do gwiazd;)
      Niedawno GW opisywała, jak to złośliwość losu odczuł na własnej skórze antropolog Jared Diamond, który pochwalał rozmaite pierwotne zwyczaje, opisując je z właściwą sobie swadą/ aczkolwiek niektórzy twierdzą, że również ze znaczną przesadą/. Jednakże jedno z plemion papuaskich poczuło się jego wywodami obrażone, a jego członkowie podali naukowca w całkiem nietradycyjny sposób do sądu, żądając wysokiego odszkodowania.
      "Oto jak nas, zwykłych ludzi, rzeczywistość ze snu budzi..", jak pisał Boy-Żeleński...
      Anty

      Usuń
    4. Zabawna historia. :)

      Usuń
  4. No patrz. A jakby mędrca posłuchał nie jeden człowiek, a mniej więcej połowa ludzkości, to mielibyśmy wojnę światopoglądową, gdzie wzajemne wyzwiska od wariatów i szmaciarzy byłyby najmniejszym problemem :)

    A swoją drogą to ten starzec, to niezły mąciwoda ;)

    Pozdrawiam, Kamil

    OdpowiedzUsuń
  5. Szanowna Kiro,

    Totalna samotność również bywa do zniesienia, tak było zresztą ze mną wiele lat. Po dziś dzień uważam, że jakiekolwiek dostosowanie się do współczesnych zasad np. nieelegancki ubiór, prymitywizm, wulgaryzm czy przyjęcie sposobu myślenia bądź postępowania mych rówieśników, jest moją osobistą porażką. Na szczęście z wiekiem tych porażek jest coraz mniej, kosztem coraz to większej izolacji. Cóz, taka jest tego cena.

    Pozdrawiam serdecznie

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Szanowny Robercie, nie dopasowuj się do niechlujnego, ordynarnego, tępego motłochu. Ale i nie osuwaj się w przepaść totalnej samotności. Tam jest ciemno, zimno i grasują krwiożercze kaktusy. ;) Należy szukać towarzystwa podobnych sobie. Jestem pewna, że znajdziesz kogoś wartościowego, kogo ujmie Twój styl, język i wyznawane wartości.

      Usuń
    2. Szanowna Kiro,

      Tedy i napisałem, że najgorzej było przed laty. Ostatnim rokiem poznałem wiele wartościowych ludzi o bliskim mojemu spojrzeniu na świat i o podobnych moim wartościach. Nie czuję się więc już tak samtny jak kiedyś. Lecz jak napisał pewien pan psycholog na Omlecie: w Polsce człowiek nie chodzący na imprezy bądź stroniący od alkoholu skazuje się na wyalienowanie. Pomijając już ten straszak językowego anglosastwa, trzeba mi chyba wsiąść w moje UFO - NOL i odlecieć na inną planetę.

      Pozdrawiam serdecznie

      Usuń
    3. Doskonale Cię rozumiem, Robercie. Bardzo często czułam się samotna. To wyjątkowo przykre uczucie. Coś zupełnie innego niż bycie samemu z wyboru, bo ma się naturę odludka. Ale choćbym chciała, nie byłabym w stanie się zmienić. Ja JESTEM inna - i koniec. I ma to jednak więcej zalet niż wad.

      Ty też jesteś inny. I bardzo dobrze. Kiedyś będziesz się z tego cieszył. :)

      Usuń
  6. A co jeśli to ten mędrzec i jego jedyny usłuszny byli szaleńcami?...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ano właśnie. Nasz ludzki osąd jest bardzo ograniczony. :)

      Usuń
  7. Czcigodna Kiro
    Prawdę mówiąc, można by ułożyć bardzo podobna bajeczkę. A zatytułować ją "Mądrość czy yndywydualyzm". A w niej byłoby podobnie. Tyle tylko że "nowa" woda pozwalałaby zachować rozum, a "stara" powodowała jej utratę. A morał byłby taki, ze nawet rzekomy mędrzec w końcu napił się nowej i odzyskał rozum. I tylko jego posłuszny uczeń do tej pory korzysta ze starej i nadal jest głupcem.
    Pozdrawiam serdecznie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Innymi słowy, wszystko zależy od punktu widzenia. :)

      Usuń
    2. Wcale nie. Służę prostym przykładem.
      Swego czasu byłem na konferencji w Bułgarii. Na obiad podano między innymi potrawkę z baraniny i po dużym kubku zsiadłego mleka albo jogurtu (tego szczegółu już nie pamiętam). Widząc że tubylcy popijają tym baraninę, zrobiłem to samo, bo w odróżnieniu od Ciebie, nie uważam że ogół z definicji jest bandą idiotów. Tylko jeden z polskich uczestników tego mlecznego napoju nie pił, bo był mundrym yndywydualystą, nieskończenie mądrzejszym od motłochu. Wieczorem dostał silnych bólów brzucha. Sprowadzony lekarz Bułgar zaczął od inteligentnego pytania o to, co delikwent jadł. Gdy usłyszał o tym pominięciu jogurtu, popukał sie w czoło. kazał przynieść półlitrowy kubek a delikwentowi natychmiast to wypić. Po kwadransie bóle przeszły.
      mark twain powiedział, że pesymista to taki niemiły człowiek, który wygrywa niemal wszystkie zakłady. Można dopowiedzieć że yndywydualuista to taki człowiek, który niemal zawsze wychodzi na głupca.
      pozdrawiam serdecznie.

      Usuń
    3. Korekta
      Wybacz Marka Twaina.

      Usuń
    4. Szanowny Stary Niedźwiedziu, nie myl głupiego olewania każdej sugestii czy rady, która MOŻE okazać się trafna z wyborem własnej ścieżki życiowej, własnych zasad, upodobań, etc. Czasami warto robić to, co inni, a czasami warto zdanie innych olać. Przykładem tego ostatniego może być wypięcie się na debili, którzy z miną znawcy wymądrzają się, kiedy należy założyć rodzinę, ile powinno się zarabiać i na co powinno się wydawać pieniądze.

      Usuń
    5. Czcigodna Kiro
      A więc nie mylmy dokonywania kluczowych wyborów życiowych czy upodobań z zakresu kultury i rozrywki, z typowymi codziennymi przyziemnymi problemami i zachowaniami. Kiedy kontestowanie zachowań większości dla samej kontestacji (jak to uwielbiają czynić choćby wszelcy degeneraci spod znaku "wolności", postępu i tolerastii) jest po prostu głupotą.
      Mój kolega trochę podróżował po Meksyku. Widząc że WSZYSCY tubylcy w autobusie maja kapelusze na głowach, wraz z biletem nabył od ulicznego handlarza nakrycie głowy ze sporym rondem. W ten sposób uniknął miny, na którą nadepnął Cejrowski. Biedny Wojtuś pierwszą podróż autobusem odbył z gołą głową, a na półkach pod sufitem jechało sporo klatek z kurami.
      Pozdrawiam serdecznie.

      Usuń
    6. @ Stary Niedźwiedź

      Wszystko fajnie, jeśli wiemy PO CO naśladujemy innych. Bo jeśli robimy to totalnie bezmyślnie, to możemy się nieźle naciąć.

      Usuń
    7. Czcigodna Kiro
      Dokładnie to samo można powiedzieć o kontestowaniu innych. Jeśli w jakiejś kwestii mamy wyrobione zdanie, inne niż ogół ale bazujące na porządnym przemyśleniu problemu, wszystko jest OK. Ale tyle razy w necie (w realu takich świrów jest bez porównania mniej) spotkałem się ze szczeniacką kontestacją dla samej kontestacji. "Podpartą" tak kłamliwymi lub idiotycznymi argumentami że ręce opadają. biorąc dodatkowo pod uwagę jacy łajdacy te dziecinadę propagują, stosuje wobec niej domniemanie głupoty.
      A co się tyczy wspomnianej w poscie potrzeby, by choć jedna osoba taki nonkonformizm akceptowała, przypomniałaś mi stary żartobliwy słownik z żargonu naukowego na język potoczny.
      Wiadomo że - jest jeszcze drugi szajbus, który też tak uważa
      Pozdrawiam serdecznie.

      Usuń
  8. A ja mam wrażenie, że pojęciem "nonkonformizm" szafują osoby, którym NAJBARDZIEJ zależy na opinii większości. Bowiem często jest tak, że nonkonformizm przypisują sobie osoby, które zwyczajnie zostały odrzucone, i to z własnej winy. Stwierdzenie: "jestem nonkonformistą i nie po drodze mi z motłochem" jest często samousprawiedliwieniem. Usprawiedliwieniem dla swojego braku empatii, egocentryzmu czy niewielkich umiejętności komunikacyjnych.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. @ Flavia de Luce

      Dzielenie ludzi na większość i mniejszość to tylko takie chwyty erystyczne. Cieszę się, że żyję w czasach tzw. atomizacji społeczeństwa, gdzie niemal każdy "świr" może zyskać akceptację przynajmniej kilku osób. Lubię różnorodność. Naturalnie nie należy tego mylić z tolerancją dla podłości.

      Usuń
    2. A dlaczego każdy miałby zyskać akceptację? Jeśli ktoś mówi rzeczy infantylne i niemądre, to na takową akceptację liczyć nie powinien. Wtedy może się najeżyć i twierdzić, że ma w nosie opinię "motłochu", ale tak przecież nie jest.

      Usuń
    3. @ Flavia de Luce

      Nikt nie może na NIC liczyć. Taki już jest ten świat.

      Usuń
    4. @ Kira
      Guzik prawda. W takiej parszywej rzeczywistości żyją ci, którzy reszcie świata powiedzieli "mam was w dupie". I podkreślają swoje aspołeczność i indywidualizm, zapewne traktowane przez nich (tak to odbieram) jako cnoty. Więc ci inni odpowiadają im "nawzajem".
      Mam grono przyjaciół, na których ZAWSZE mogę liczyć. Bo z mentalnego infantylizmu wyrosłem w wieku około dziesięciu lat.
      Pozdrawiam serdecznie.

      Usuń
    5. @ Stary Niedźwiedź

      Odniosłam się do słów Flavii. Chodziło mi o to, że - pomijając sytuację, kiedy dysponujemy władzą nad bliźnimi - nie możemy niczego od innych wymagać. Nie możemy oczekiwać akceptacji ani szacunku. I nie powinniśmy tupać nóżką ze złością, kiedy ktoś nas odrzuca czy wyśmiewa.

      Usuń
    6. Kiro- oddzieliłabym te dwie sprawy - odrzucanie i wyśmiewanie. Z odrzucaniem powinniśmy się pogodzić jako z czymś oczywistym , sami przecież też odrzucamy i nie traktować tego jako wyroku na całe życie czy niesprawiedliwej (oczywiście:)) krytyki naszej osoby w każdym najmniejszym detalu tylko jako zwykłe "nie pasujemy do siebie". Natomiast na wyśmiewanie zgody nie powinno być. Niekoniecznie przez tupanie ze złości nóżką ( a nawet koniecznie NIE).I to nawet ze strony osób, na których nam kompletnie nie zależy, ba- których sami mamy w pogardzie. Są.- powinny być pewne granice ,to ma oczywiście działać w obie strony. I nie kompletnie nic wspólnego z oczekiwaniem szacunku czy akceptacji.

      Usuń
    7. które nie których

      Usuń
    8. @ An-Ka

      Co do odrzucania - pełna zgoda. Może boleć, ale jest absolutnie naturalne. Zawsze tłumaczyłam dzieciakom w szkole, żeby nie przejmowały się, że ktoś je odrzuca.

      Czy można inaczej podchodzić do wyśmiewania? Czy można ludziom zakazać szyderstw? Cóż, być może w określonych miejscach, w określony sposób i z określonych osób - np. można potępić kpiny ze zmarłego papieża, z osoby upośledzonej, czy publiczne naigrawanie się z apostołów (casus Dody) etc. Czy można tego zakazać? No, to już sprawa dyskusyjna. Uważam, że w gronie przyjaciół czy choćby w swoim blogu każdy może głosić dowolne sądy. A cudza krytyka nie musi go obchodzić. Więc...?

      Usuń
    9. @An-Ka

      A ja uważam, że czasem trzeba zastanowić się nad przyczynami odrzucenia, bo problem może tkwić w "nonkonformiście", a nie w otoczeniu, którym ostentacyjnie pogardza. Czy chcemy tego czy nie, musimy kooperować z innymi ludźmi i powinno nam zależeć na ich szacunku. Nie, nie za wszelką cenę, rzecz jasna. Ale olewanie opinii innych i nie rozważanie przyczyn braku komunikacji ze społeczeństwem może doprowadzić do tego, że "indywidualista" zrewiduje swoje poglądy, kiedy już będzie za późno i zostanie sam, jak palec. Albo w towarzystwie ludzi, którzy wyrażają podziw dla jego osobliwych poglądów.

      Usuń
    10. Mam na myśli wyśmiewanie skierowane bezpośrednio do osoby wyśmiewanej.Zakazać ? Cóż, nie .Można jednak najczęściej do tego nie dopuścić , nie pozwolić - w świecie realnym oczywiście. Metody różne, z "daniem w mordę" włącznie

      Usuń
    11. @Kira

      A ja nigdy bym tak dzieciom nie powiedziała. Bo czasami odrobina samokrytyki jest wręcz wskazana. Po pierwsze: nie wierzę, że są ludzie, którzy nie przejmują się odrzuceniem. Po drugie: odrzucenie może być spowodowane fatalną postawą odrzuconego. I pytanie: lepiej, żeby tkwił w samozadowoleniu; przekonany o tym, że reszta to motłoch? Czy lepiej, żeby zmienił swoje zachowanie na bardziej mądre i cywilizowane?

      Usuń
    12. @Flavia - nie wiem, mnie kompletnie nie zależy na szacunku wszystkich, z którymi kooperuję. Zależy mi na szacunku naprawdę niewielu ludzi. ale to nie jest równoznaczne z tym, że nie potrafię z nimi kooperować, komunikować się. Jednak jest to powierzchowne w większości przypadków. Wystarczy mi wzajemna przyzwoitość , poszanowanie -też wzajemne - odmienności,praw itd. Ponadto - nie mam zwyczaju z ludźmi, z którymi się stykam zawodowo czy przypadkowo dzielić swoimi poglądami, chyba, że sytuacja mnie do tego zmusza. Nie mam wewnętrznego przymusu pokazywania swej odmienności (o ile ona istnieje ) , ograniczam się do uprzejmej zdawkowości i tego samego oczekuję od innych. Gdy jednak ktoś przekroczy tę granicę -potrafię zareagować.

      Usuń
    13. @Flavia- zależy przez kogo jest się odrzucanym. Nieraz to odrzucenie bywa największym komplementem

      Usuń
    14. PS, jednak oczywiście- gdy odrzucenie boli, wtedy zdecydowanie się trzeba zastanowić nad przyczyną odrzucenia, to jasne.

      Usuń
    15. @An-Ka

      A jednak ludzie, z którymi kooperujesz MUSŻĄ ciebie szanować. Nie muszą LUBIĆ, ale muszą szanować. Gdyby nie uważali ciebie za osobę przynajmniej wiarygodną, stabilną czy rozsądną, na pewno by cię zlekceważyli.

      Usuń
    16. Flavio - chyba różnimy się na poziomie definicji. Dla mnie szacunek jest pojęciem bardzo szerokim i dotyczy całości. To o czym piszesz to dla mnie nie szacunek tylko zaufanie do określonych, potrzebnych w danej sytuacji cech. Coś takiego "ten malarz to straszna menda, łobuz i drań, ale maluje najlepiej w mieście i nie jest zdzierca , więc go wezmę do tej roboty"

      Usuń
    17. @ Flavia de Luce

      Rozważać "przyczyny braku komunikacji" można, jeśli jest ku temu powód. Takim powodem może być:

      a) konieczność współpracy z daną grupą (praca zarobkowa)

      b) chęć wejścia do jakiejś wartościowej z naszego punktu widzenia grupy

      c) zauważenie własnych przywar (nadmierny egoizm, nieokrzesanie) oraz chęć ich eliminacji

      Nie jest natomiast słusznym przejmowanie się czy choćby zastanawianie nad każdym odrzuceniem. Ja wolę być "osobliwa" i móc szanować samą siebie niż zabiegać o szacunek tych, których sama nie szanuję. Poglądy mogę ukrywać, ale na pewno ich nie zmienię. ;) Dlatego na twierdzenia, że moje koleżanki są takie a takie lub robią to a to (będące zachętą do bycia taką samą i robienia tego samego), reagowałam alergicznie. :)

      Odnośnie tych dzieciaków: może i masz rację, czasami warto było zapytać o podłoże konfliktu. Gdyby teraz mi się to zdarzyło, pewnie trochę bym daną sprawę "podrążyła", wtedy zaś zakładałam, że przyczyną odrzucenia ("Proszę pani, a one nie chcą się ze mną bawić!") był po prostu dziecięcy foch. Może nie umiem postępować z małymi dziećmi?


      @ An-Ka

      Dasz w mordę silniejszemu - odda i będzie bolało. Dasz słabszemu - inni dostaną piany. I co tu robić? ;) No dobra, żartuję. Jednak dawać. Byle tak, żeby nie ponieść konsekwencji. ;)

      Szacunek postrzegamy podobnie: nie warto o niego zabiegać. A już w pracy naprawdę wystarczy sama grzeczność tudzież zaufanie do wiedzy i umiejętności współpracownika, szefa, podwładnego.

      Usuń
  9. A generalnie - to jest dość cienka granica między nonkonformizmem a udawaniem nonkonformizmu i zapewne na pierwszy rzut oka trudno to odróżnić. Zresztą- nie stawiałabym tez znaku równości między aspołecznością a indywidualizmem. Często zdecydowany i prawdziwy indywidualista okazuje się w obliczu działań a nie słów bardziej społecznym niż ten potulny baranek, co to owczym pędem truchta za resztą

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hmmm, ja się nie lubię wyróżniać i w sprawach drobiazgowych (ubiór, maniery) staram się przynajmniej częściowo dopasować do grupy, w której chcę lub muszę przebywać. Czy to konformizm? A niechby nawet. W autopsychoanalizę bawić się nie zamierzam. :)

      Usuń
    2. Ja już się chyba nad tym nie zastanawiam, z prostej przyczyny - życie weryfikuje znajomości i jednak najczęściej przebywamy z ludźmi myślącymi, żyjącymi podobnie jak mu, więc to się dzieje już niejako automatem. Natomiast na gruncie zawodowym czy przypadkowym jest taka różnorodoność, żę wszelkie proby dopasowania sa skazane na niepowodzenie

      Usuń
    3. @ An-Ka
      Wielka Margaret Thatcher powiedziała, że jeśli jakaś kobieta na okrągło musi powtarzać, że jest damą, to po prostu nia nie jest.
      uważam, ze podobnie jest z nonkonformizmem. Zbyt częste jego deklarowanie może (ale oczywiście nie musi) wynikać na przykład z tego, że ktoś z jakiegoś powodu, na przykład zwariowanych poglądów, został przez swoje otoczenie wyśmiany i odrzucony. Więc "mści się" wyśmiewając poglądy wspólne dla tych odrzucających, już bez wnikania w to, czy mają one sens, czy nie. I jak katarynka powtarza o swoich głębokich przemyśleniach, stawiających go ponad bezmyślnym motłochem. Niestety taka taktyka obronna to prosta droga do autodestrukcji, a na porzucenie tej dziecinady może już być za późno.
      Dlatego tak podejrzliwie odnoszę się do demonstracyjnego deklarowania nonkonformizmu. bo z tym jest nieco podobnie jak z seksem. Dama i dżentelmen mogą w łóżku robić rzeczy, po usłyszeniu o których ksiądz katolicki z wrażenia wyleciałby z konfesjonału przez dach. Ale nigdy nikomu no tym nie będą mówić. Bo takie opowieści pozostawiają "wyluzowanej" hołocie.
      Pozdrawiam serdecznie.

      Usuń
    4. @ Stary Niedźwiedź

      Cóż, prawdziwy nonkonformista na pewno nie poszedłby do konfesjonału wypytywać, co mu wolno robić w łóżku, a czego nie. I tak samo nie przejmowałby się opiniami rzekomo "szanujących się" osób. ;)

      Usuń
    5. @ Kira
      Znowu pudło. Dżentelmen będący katolikiem, na pewno nie pytałby księdza, co mu wolno robić z kobietą w łóżku. A wścibskiego spowiednika spuściłby po brzytwie. Natomiast nie sądzę, by choć odrobinę zależało mu na opinii nonkonformisty. Bo to słowo oscyluje między neutralnym a obelżywym zabarwieniem.
      Serdecności.

      Usuń
    6. @ Stary Niedźwiedź

      Dla Ciebie - owszem.

      Usuń
    7. @ Kira
      Gdy mowa jest nie o banalnych sprawach codziennych (typu w którym sklepie jest lepszy lub tańszy towar) ale o zagadnieniach szeroko rozumianej moralności, wielkie znaczenie ma dla mnie światopogląd mówiącego.
      Konserwatysty czy narodowca ZAWSZE wysłucham z uwagą, co nie znaczy oczywiście, że zawsze zaakceptuję ich pogląd w konkretnej sprawie. Bo łączy nas WSPÓLNOTA WARTOŚCI. A sięgając po drugą skrajność, gederowca, satanistę czy wolnościowca po prostu oleję, niekiedy nazwę po imieniu. Bo wedle moich kryteriów jeśli ktoś wyznaje taką parszywą ideologię, to po prostu MUSI być ostatnim bydlęciem. I nie istnieje problem CZY to bydlę z niego wyjdzie. Niekiedy szybciej, niekiedy później, ale ZAWSZE to nastąpi.
      Więc jak już o tym pisała An-Ka, krytyka ze strony takich łajdaków jest dla mnie komplementem, a hipotetyczna pochwała byłaby dzwonkiem alarmowym, że coś mi nie wyszło.
      Pozdrawiam serdecznie.

      Usuń
  10. Gdybym była na miejscu tego człowieka, nie wylałabym "prawdziwej wody". Nie twierdzę, że ośli upór jest cnotą, ważne jest jednak zrozumienie, które zasady są tylko zasadami, a które sensem naszego bytu. Tych drugich "zasad" nie należy się pozbywać, gdyż wtedy poczujemy prawdziwą samotność wyrzekając się samych siebie. Życiowa mądrość, moim zdaniem, polega na umiejętności "przesiewania ziarna od plew" :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Można się wyrzec społeczeństwa. Niektórym przychodzi to nawet z łatwością. Ale wyrzec się towarzystwa człowieka raz na zawsze?

      Usuń
    2. @Kira

      Jest tylko jeden sposób na to, by wyrzec się społeczeństwa - zamieszkanie na bezludnej wyspie.

      Usuń
    3. @ Flavia de Luce

      To była metafora. :) Żyjąc tu, w Polsce, muszę się jakoś dopasować do ludzi, ale nie muszę tego robić w takim stopniu, żeby czuć się ze sobą źle. Nawet w szkole czy w biurze miałam JAKIŚ wybór (aczkolwiek o wiele mniejszy niż teraz). Mogłam szukać akceptacji rówieśników, mogłam ich zawsze popierać, a mogłam też odsunąć się, szukać znajomości gdzie indziej. Teraz mogę ograniczyć kontakty z resztą społeczeństwa do wymiany handlowej, unikać spędów rodzinnych, nie angażować się w durne spory, o których pisałam pod poprzednim postem. Nie oznacza to całkowitego odcięcia się od świata, tylko uwolnienie się od myślenia, że warto iść za tłumem. Nie mam tu na myśli buntu dla samego buntu, tylko podejmowanie ŚWIADOMYCH wyborów, które służą takim wartościom, jakim MY hołdujemy.

      Usuń
  11. @Kira

    Ale z tego, co piszesz powyżej wynika jasno, że nie da się WYRZEC społeczeństwa. Nie trzeba być akceptowanym przez wszystkich, ale warto sobie czasem zadać pytanie: czy moje poglądy, moja postawa i moje reakcje nie są przyczyną konfliktów ze społeczeństwem? Mam wrażenie, że wielu "nonkonformistów" karmi się iluzją bycia kimś WYJĄTKOWYM i nierozumianym przez "motłoch". Spotkałam już nonkonformistów, którzy pogardzali tłumem, a później okazało się, że ten podły "motłoch" po prostu nie mógł strawić ich arogancji, tumiwisizmu czy głupich poglądów na temat życia.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. @ Flavia de Luce

      Piszesz o różnych rzeczach.

      Zachowanie trzeba w JAKIMŚ stopniu dopasować do zachowania innych ludzi. W jakim? To już zależy od tego, jak bardzo zależy Ci na cudzej akceptacji. Ja bym pewnych rzeczy nie zrobiła. Ot, taki banalny przykład: nie wezmę ślubu. ;) Gdyby konkubinat wiązał się z ostracyzmem, to może bym się zastanowiła, ale jeśli wiąże się tylko ze zdziwieniem co poniektórych, to problemu nie ma.

      Zmieniać poglądy? No, to już przesada. Można co najwyżej je ukrywać lub ograniczyć rozpowszechnianie do swojego bloga. ;) Ja też w realu nie powiem tego, co tutaj piszę bez ogródek.

      Usuń
    2. @ Kira
      Nic na blogu o tym nie pisałaś, więc nie traktuj tego jako ciągnięcia Ciebie za język. Ale skoro już mowa o konkubinacie, nie mogę nie przytoczyć pewnej historii.
      Mój znajomy zamieszkał pod jednym dachem z wartościową dziewczyną, też agnostyczką i też mającą o ogóle ludzi i ich opiniach co najmniej krytyczne zdanie, choć oczywiście nie aż tak hardcorowe jak Twoje. Po kilku dniach dziewczyna zauważyła że on codziennie dosyć długo się modli. Zapytany wyjaśnił, że modli się za nią i za siebie.
      dało to jej do myślenia. I zrozumiała, ze w ramach swojego nonkonformizmu może olewać mityczny "ogół" (bardzo ważne pojecie w żargonie ortodoksyjnych nonkonformistów). Ale olewanie tego co dla osoby którą kocha ma ewidentnie wielkie znaczenie, to już nie nonkonformizm lecz infantylne gówniarstwo. Więc po długich rozterkach spytała go, czy by go "urządzał" możliwie cichutki ślub, w wersji niewierzącej z wierzącym, na przykład wcześnie rano w praktycznie pustym kościele. Plus domowy obiad dla jego i jej rodziców i rodzeństwa. I to nastąpiło. Bo ta dziewczyna dostrzegła granicę między nonkonformizmem a chamskim egoizmem, połączonym z olewaniem uczuć nawet osoby rzekomo kochanej.
      Jeszcze raz podkreślam, ze nie znam "stanu faktycznego" Twojego związku, więc nie może to być aluzja do takowego.
      Pozdrawiam serdecznie.

      Usuń
    3. Flavio- rozumie, że cudza arogancja i tumiwisizm budzą bunt. Jednak nie bardzo rozumiem tych "głupich poglądów"..Każdy ma prawo do najdziwniejszych poglądów pod słońcem, do takich jakie mu się przyśnią i jeżeli nie krzywdzi swoimi CZYNAMI innych ludzi to wara im od tych poglądów.

      Usuń
    4. Stary Niedźwiedziu - a odwróćmy -teoretycznie - sytuację. Ktoś do tego stopnia nie może znosić religii (lub mieć jakieś koszmarne skojarzenia z małżeństwem- swoje lub swoich bliskich), że dla niego wszelkie pójście na kompromis jest w tym przypadku tak samo bolesne jak dla osoby wierzącej rezygnacja z tego ślubu . I mamy pat. Dlaczego wobec tego nazywamy olewaniem uczuć partnera niechęć do ślubu a nie nazywamy tak samo dążenie do ślubu wbrew tej niechęci ?

      Usuń
    5. @ Stary Niedźwiedź

      "Ogół" to po prostu większy zbiór ludzi, najczęściej obcych i kompletnie nam obojętnych. Co innego ludzie kochani i szanowani.

      Każdy związek wymaga PEWNYCH ustępstw. Warto na samym początku ustalić, czego oczekujemy od życia, żeby później te ustępstwa nie okazały się być zbyt przykrymi. Wymaganie od ateisty, by wziął ślub kościelny, jest dla mnie takim samym nietaktem, jakim byłoby naleganie od Ciebie, żebyś wziął ślub w obrządku rodzimowierczym. Tak samo prymitywizmem byłoby naciskanie na dziecko. Takie rzeczy należy omówić wcześniej!

      Dlatego właśnie w Twojej historii pewne szczegóły mocno mnie zaniepokoiły. Dziwnym mi się wydaje, że Twój znajomy zamieszkał z kobietą przed ślubem, choć dla niego było to ewidentnym grzechem. Jeszcze dziwniejszym jest dla mnie, że nie powiedział jej wprost, czego pragnie. Stawianie na domyślność partnera/partnerki świadczy o niedojrzałości albo skłonności do cierpiętnictwa.

      Cenię sobie szczerość, uczciwość i asertywność. Warto rozmawiać, warto szukać wspólnej drogi. Nie warto natomiast zamykać się w sobie i cierpieć po cichu, licząc na to, że kiedyś ta druga strona domyśli się, na czym nam zależy. Omówiliśmy z Lubym istotne kwestie i doszliśmy w wielu z nich do idealnego porozumienia. Jeszcze inne będziemy musieli omówić po raz kolejny.

      Usuń
    6. @An-Ka

      Oczywiście, że człowiek ma prawo do najgłupszych poglądów pod słońcem, ale musi się liczyć z tym, że zdrowa i normalna część społeczeństwa go odrzuci. A wtedy taki odrzucony nazwie siebie "konformistą" i będzie pogardzał ogółem. Dla mnie większość "nonkonformistów" to właśnie tego rodzaju ludzie.

      Usuń
    7. Errata - nonkonformistą

      Usuń
    8. @ An-Ka
      Gdyby jedna ze stron istotnie miała jakieś dramatyczne skojarzenia z małżeństwem, to jak piszesz byłby pat. Znam przypadek pani, która żyjąc z kochanym ze wzajemnością mężczyzną i mając z nim wspaniałego synka, broniła się przed ślubem. Bo w jej i jego najbliższej rodzinie 100% małżeństw zakończyło się rozwodem. Ale on był cierpliwy i bodajże po 12 latach dała się namówić na wizytę w urzędzie stanu cywilnego.
      W przypadku o którym pisałem, ta pani była agnostyczką. Zatem na religię nie reagowała wysypką i nietrzymaniem stolca. Przyczyną był yndywydualyzm. Ale gdy do niej dotarło, że dla niego to jest tak ważne, zaproponowała moim zdaniem inteligentne rozwiązanie. Czyli ślub na warunkach które nie kolidowały z jej przekonaniami, a w szczególności nie zmuszały do udawania, że jest osobą wierzącą. A do kasacji poszła nie religijna ale kulturowy element ślubu czyli "weselicho". Którego nota bene i ja nie lubię.
      A co się tyczy poglądów, którym nie towarzyszy krzywdzenie czynami innych ludzi, sięgne po analogię do samookaleczania się. Też innych nie krzywdzi. Ale to nie powód bym nie nazwał tego idiotyzmem. Więc rezerwuję sobie prawo do wyrażania dezaprobaty w stosunku do szkodzenia sobie.
      Pozdrawiam serdecznie.

      Usuń
    9. @ Kira
      Sprawdziłem czy tego nie przeoczyłem. Ale napisałem, że ta pani była agnostyczka a nie jakąś wojującą ateistką, pokroju genderowych wyrobów kobietopodobnych. A ten wątek religijny, czyli jej obserwacje jego modlitw, pojawił się już w kilka dni po rozpoczęciu sie tej "kociej łapy". A więc na etapie "negocjowania ustaleń". W związku to musi potrwać dłużej, niż spisanie umowy u notariusza. A więc na pewno nie było to pominięcie kluczowej sprawy, cierpienie w milczeniu i zdawanie się na domyślność drugiej strony.
      Dziwiąc się że on z nią zamieszkał, po prostu zapominasz, że te katolickie zalecenia okołosypialniane są ideałem. A ludzie istotami z samej swej natury grzesznymi. Nie jestem katolikiem, ale wydaje mi się, że ten kościół przyjął strategię stawiania ludziom bardzo wygórowanych wymagań w tej materii. Aby nawet gdy im nie są w stanie podołać, mimo wszystko nie przekraczali jednak granic podłości. Nasza filozofia jest inna. Zdefiniowaliśmy co jest UCZCIWE i GODNE, ale z kolei tej granicy nie wolno przekroczyć nawet o milimetr.
      Natomiast odwołanie się do wzięcia przeze mnie "rodzimowierczego ślubu" to sięgnięcie po zdarzenie o nawet nie zerowym, ale ujemnym prawdopodobieństwie. Czy ty naprawdę myślisz, że ja zadawałbym się z debilką o intelekcie niższym od przemarzniętej główki kapusty?
      Pozdrawiam serdecznie.

      Usuń
    10. Flavio - a nie rozważasz opcji, że taki odrzucony nazwie się nonkonformistą i nie będzie pogardzał ogółem tylko co najwyżej wzruszy ramionami ? Zgadzam się z Twoją opinią, że całkiem spora część tzw nonkonformistów jest nimi wyłącznie na pokaz, ale na pewno nie wszyscy.

      Usuń
    11. Stary Niedźwiedziu - przytoczony przez Ciebie przykład nie jest dla mnie przykładem "yndywydualizmu" , ale wnioskowania z cudzych gorzkich doświadczeń. Nawiasem mówiąc- nie wiem, czy coś się w tej materii zmieniło, ale swego czasu mój serdeczny kolega, absolutnie zdeklarowany ateista , człowiek poważnie traktujący swoje zobowiązania wziął ślub z katoliczką , ale per procura. w ten sposób obie strony pozostały wierne swoim przekonaniom i dały wyraz szacunku dla poglądów partnera.

      Usuń
    12. P.S.
      Ten dowcip ma dłuższą brodę niż pobożny Sikh. Ale gdy katecheta spytał małego Jasia, dlaczego Kinga została świętą, padła odpowiedź, że to dlatego, iż Bolesław był Wstydliwy.
      Pozdrawiam serdecznie.

      Usuń
    13. @ Flavia de Luce

      Nie wiem, co rozumiesz poprzez "zdrową i normalną część społeczeństwa". Każdy chyba uważa siebie samego za dobrego i mądrego. Niektórzy obnoszą się ze swoim "nonkonformizmem", inni - ze swoją "normalnością". Wszystkim można się pysznić, każdą odmienność można wyszydzić.


      @ Stary Niedźwiedź

      Dla Ciebie debilami są rodzimowiercy, dla wojującego ateisty - katolicy (zwłaszcza ci traktujący zalecenia Kościoła serio). Ja natomiast nie obrażam wyznawców żadnej religii, żadna bowiem nie przyprawia mnie o "wysypkę" czy "nietrzymanie stolca".

      Usuń
    14. @ An-Ka
      Pisałem o dwóch różnych paniach. Ten ślub po dwunastu latach niewątpliwie wynikał z jej leku, by nie zadziałał niefart i cudowny sen się nie zakończył. Taką przyczynę rozumiem, i na miejscu tego pana, też bym wziął na przeczekanie.
      Ale w przypadku głównego wątku, ta w końcu porządna kobieta po prostu chorowała na robienie niemal wszystkiego inaczej, niż ten godny pogardy "ogół". Dla nonkonformistów chyba odgrywający nieco podobną rolę, co "wróg klasowy" dla marksistów a "nigger" dla członka KKK. Ale na szczęście jej yndywydualyzm nie zablokował umiejętności obserwacji i logicznego myślenia. Więc oddzieliła składową stricte religijną od obyczajowej. A przecież tej ostatniej nikt jej nie kazał akceptować.
      Dzięki za podanie tego patentu "ślub per procura", o którego istnieniu już zapomniałem.
      Pozdrawiam serdecznie.

      Usuń
    15. @ Kira
      O "wspaniałym" kulcie Światowida i reszcie tego zoologu nie wiadomo praktycznie nic. Bo w odróżnieniu od innych religii z kręgu Europy i Azji Mniejszej, była to jedyna (obok wyznawanych przez Prusów czy Bałtów) religia niepiśmiennych ciemniaków. A nawet Wikingowie czy Madziarzy,którzy na pewno nie skojarzeni z wysoką kulturą, mieli swoje pismo. Wic na pewno nie byli aż taką cywilizacyjną zakałą Europy.
      A teraz na stronach "rodzimowiercazych" możesz wyczytać obrażające ludzki rozum i elementarną uczciwość rzewne pierdoły, jaka to była wspaniała cywilizacja. Której kres położyło podłe chrześcijaństwo. A jedyne "dowody" na to, to trochę ceramiki z najniższej półki, siekierek czy grotów oszczepów plus kilka drewnianych klocków, które zakopane w odpowiednim podłożu nie przegniły na wylot.
      Więc ci "rodzimowiercy" są dla mnie jedynie łgarzami lub / i głupcami. A jednego i drugiego nie lubię.
      Pozdrawiam serdecznie.

      Usuń
  12. Uwaga na marginesie wpisu: Często miałam problem z określeniem, jak daleko mogę się posunąć, by nie utracić akceptacji innych ludzi. W pewnym momencie stwierdziłam, że i tak ich nie zrozumiem, i tak nie dojdę z nimi do porozumienia, i tak popełnię jeszcze wiele razy nietakt robiąc coś, co wyda się im się złe/głupie/dziwaczne. I nauczyłam się z tym żyć. Jestem grzeczna, o ile ktoś jest grzeczny; staram się pomóc potrzebującemu, jeśli jest to możliwe i nie przyniesie szkody mnie samej. Nie interesuje mnie jednak kopiowanie cudzych zachowań, zmiana poglądów, upodobań, żeby tylko wkręcić się do jakiejś grupy. Szukanie akceptacji jest jak bunt: powinno być raczej wyjątkiem niż regułą.

    Wystarczy mi garstka dobrych ludzi, którzy nie próbują zmieniać moich planów czy zwyczajów, ale i nie wahają się skrytykować mnie, gdy postąpię źle czy niemądrze. Jeśli krytykują, to podają konkrety. Bez babrania się w jakiejkolwiek ideologii, bez pieprzenia o konieczności bycia "normalnym". I za to ich cenię.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. @ Kira
      Cieszy mnie Twoja opinia o buncie. Bo w sieci nie brak degeneratów, uważających że jest to wartość sama w sobie. A zatem z automatu powinna być akceptowana.
      Pozdrawiam serdecznie.

      Usuń
    2. Dokładnie taką samą opinię mam o zabieganiu o akceptację.

      Usuń
  13. @Kira
    Wspomniana tutaj Margaret Thatcher stanowiła doskonały przykład dogmatycznej bezkompromisowości posuniętej do absurdu, żywej skamieliny, pod koniec swoich rządów nie reagującej na sygnały płynące z własnego społeczeństwa i dlatego też tracącej władzę i poparcie. Forsowane przez nią i zaproponowane nowe rozwiązania podatkowe (znienawidzone przez większość ludzi) doprowadziły do rozruchów, co przyczyniło się ostatecznie do zrzucenia jej z tronu. Z początków rządów "Żelaznej" zarówno jej akolici, jak i zwykli Anglicy pamiętają cud gospodarczy i podźwignięcie Anglii z kryzysu ekonomicznego, z końcówki zaś obywatele - błędy w polityce gospodarczej, rozpędzanie demonstracji i "bohaterską" walkę z nielegalnymi rave parties.
    Anty

    OdpowiedzUsuń
  14. @ Kira
    Za czasów rządów Żelaznej Damy ujawnionych zboczeńców wydalano z sił zbrojnych z mocy prawa. narkomania była zwalczana, a po ulicach brytyjskich miast nie szwendały się ćpunparady ani cwelparady. Tego te środowiska nie są w stanie jej wybaczyć. A co się tyczy gospodarki, Tony Blair poszedł po rozum do głowy, zrezygnował z labourzystowskich bredni i w znacznej mierze, oczywiście tym się nie chwaląc, trzymał się jej założeń. Więc brytyjskiej gospodarki nie zdemolował.
    Pozdrawiam serdecznie.

    OdpowiedzUsuń
  15. @Kira
    Wbrew zaklęciom bajkopisarzy, do końca Thatcher nie przyczynili się groźni "lewacy", "ćpuny", czy Marsjanie, lecz stopy procentowe i przede wszystkim masowo kontestowany "poll tax", będący reliktem zupełnie innej epoki, podobnie jak jego żelazna orędowniczka.
    Anty

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oczywista nieprawda. Całkowicie błędne wnioski wysnute na podstawie braku wiedzy z zakresu historii, polityki, ekonomi i socjologii.

      Usuń
    2. @Anty...
      nie wiem, czy to był powód, czy gwóźdź to trumny Maggie, ale warto przypomnieć jej cytat w jakimś expose, że "jeśli ktoś jest biedny, to sam jest sobie winien"... zaiste trawestacja pewnej sensownej buddyjskiej maksymy, ale w tej konkretnej sytuacji był to polityczny /wiel/błąd, bo ci biedni /niezależnie czy ze swojej, czy nie swojej winy/ dostali szału i wyszli na ulicę... po takim dictum naszej "męży stanu" nie pozostało nic innego, jak odejście...

      Usuń
    3. @TF
      Oczywiście możesz zaklinać rzeczywistość do woli. Fakty są jednak takie, że "Maggie" mentalnie odleciała w kosmos ze swoim poll tax. Znaczna większość ludzi się z tym nie zgadzała (łącznie z częścią wyborców konserwatystów), co sprawiło, że kwestia ta stała się gwoździem do politycznej trumny "Żelaznej".
      Problem konserw polega na idealizowaniu swoich bohaterów i niedostrzeganiu błędów lub (większych czy też mniejszych) świństw, które robiły ich autorytety. Część tego środowiska przypomina sektę, rozpaczliwie broniącą rozmaitych złodziei i bandytów (Pinochet, Videla) tylko dlatego, że ci reprezentowali prawą stronę sceny politycznej. Albo opowiadają brednie jakoby to lewica miała monopol na ludobójstwo...
      Mniejsza z tym, należałoby zaakceptować fakt, że polityka to generalnie brudna gra, w której uczestnicy są umoczeni po uszy, niezależnie od reprezentowanej opcji politycznej.
      @Piotr
      "Męża stanu" zamieniła się po prostu w żywą kukłę, nie reagującą na sygnały płynące z otoczenia (przypadłość wielu polityków, którzy zbyt długo sprawują władzę). W dzisiejszych czasach walka z "promocją" homoseksualizmu, czy też z dyskotekami, wydaje się i śmieszna, i straszna, i przy okazji archaiczna. Oczywiście w nowoczesnych państwach, nie w mentalnym talibanie.
      Anty

      Usuń
    4. Nie tylko konserwy idealizują swoich bohaterów. Czyni to praktycznie każdy

      Usuń
    5. Wiesz przecież dobrze, że rzeczywiste przyczyny upadku Iron Lady były znacznie bardziej złożone, niż ten tak lansowany poll tax, bo to była przyczyna drugorzędna, ale na nią akurat padł akcent i dlatego zyskała na znaczeniu. Już nie chcę nikogo odsyłać do nudnych materiałów źródłowych, ale obejrzyj sobie świetny film dokumentalny autorstwa Planete, albo Discovery, już nie pamiętam. W dwóch odcinkach przeanalizowano całe jej rządy miesiąc po miesiącu i dokonano naprawdę uczciwej analizy przyczyn upadku. I okazało się, że były one znacznie bardziej złożone niż ci się zdaje. Po prostu obejrzyj to sobie. Ciężko coś tam podważyć.

      Usuń
  16. @ Kira
    Krytykanctwo ze strony eurokomunistów najlepiej podsumować jednym z jej aforyzmów:
    "Gdybym przeszła suchą stopą przez Tamizę, opozycja podniosłaby wrzask, że nie umiem pływać."
    Bo wystarczy porównać, w jakim stanie zastała ona brytyjska gospodarkę, a w jakim zostawiła. A wyrzucenie przez Tony'ego Blaira na śmietnik wielu tradycyjnych labourzystowskich idiotyzmów i zastąpienie ich rozwiązaniami autorstwa Thatcher, to nieczęsto spotykany w polityce wyraz uznania dla politycznego przeciwnika.
    Gdy popełniła poważny błąd (ten cholerny podatek pogłów ny), zachowała się staroświecko bo jak mężczyzna, podając siwe do dymisji.A nie nowocześnie i postępowo, czyli niczym przyspawana do stanowiska rozhisteryzowana ciota.
    Pozdrawiam serdecznie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. @Stary Niedźwiedź,

      Dokładnie tak. Stary dobry patent na umoczenie ryja w korycie. Zjawia się banda lewackich cwaniaczków, którzy pod płaszczykiem tyleż szczytnych, co utopijnych hasełek dorywa się do władzy, a jedyny znany im sposób sprawowania władzy polega na okradaniu tych, którzy coś mają i oddawanie wiecznie niezadowolonym, roszczeniowym nierobom. Sami oczywiście też maczają czerwone ryje w melasie, przynajmniej tak długo, jak nie skończą się pieniądze "innych ludzi". Potem następuje chwila opamiętania i genialny wytwór lewicowej pracowitości czyli Morisa Marinę próbuje się zastąpić jednak solidnym Jaguarem (te montowane za czasów poprzedników żelaznej Lady były wyjątkowo kiepskiej jakości). Tyle, że posprzątanie po lewackich rządach okazuje się z reguły bolesne niczym odwyk narkomana, więc z czasem budzi słodki sentyment za czasami darmochy, opierdalania się i strajków. Co powoduje ponowne triumfalne wejście na scenę wspomnianych już lewackich cwaniaczków i ponowne marnotrawienie tego, co udało się sprzątającym po nich zgromadzić. I tak w kółko. Ale nie oczekuj zrozumienia tego po ludziach, którzy wiedzę o świecie czerpią z czerwonej książeczki Mao Tse - tunga.

      Pozdrawiam, TF

      Usuń
    2. @ Tie Fighter
      Może wygląda to nieco zaskakująco, ale mam sporo sympatii dla Tony'ego Blaira.
      Wykorzystał on prymitywizm myślenia lewaków, pedałów, ćpunów i innego syfu będącego żelaznym elektoratem labourzystów. Przejawiający się w przekonaniu, że gdy rządzą nasze, to wszystko jest git. I należy im darować rzeczy, za które prawicę zmieszaliby z błotem. Zatem mając gębę pełna lewicowych frazesów, realizował w zasadzie prawicowy program gospodarczy, mający wiele wspólnego z thatcheryzmem. Co brytyjskiej gospodarce wyszło jedynie na dobre.
      Mało kto w Polsce wie, ze po dymisji ze stanowiska premiera, Blair wraz z żona dokonali konwersji na katolicyzm. Jako ze brytyjski "państwowy" kościół anglikański osiągnął już dno. Homośluby są w nim na porządku dziennym a arcybiskup Canterbury furt bełkocze o globalnym ocipieniu. W tej sytuacji wielu brytyjskich anglikanów, w tym również duchownych, uznało dalszą przynależność do takiego kościoła za wielki obciach. A Benedykt XVI pokazał klasę i zezwolił żonatym i dzieciatym byłym duchownym anglikańskim na "pełnowartościowe" sprawowanie posługi w Kościele Rzymskokatolickim.
      Pozdrawiam serdecznie.

      Usuń
  17. jeśli akceptacja otoczenia staje się celem, zamiast skutkiem, zaczyna to być chore... ale gdyby mnie i moje działanie zaczęło akceptować zbyt wielu ludzi, chyba zacząłbym się niepokoić o siebie...
    mnóstwo /zapewne większość/ ludzi zamiast po prostu żyć, robić swoje poddaje się neurotycznej potrzebie bycia zaakceptowanym... w pewnym momencie zostaje przekroczony próg, poza którym przestają żyć, tylko stado niejako żyje za nich...
    nie twierdzę przez to bynajmniej, by być kompletnie zamkniętym na informacje zwrotne płynące z otoczenia, bo to byłoby przegięcie w drugą stronę...
    innymi słowy akceptacja otoczenia bywa fajna, myk polega na tym, by się nie dać nią uśpić i co najważniejsze, nie zabiegać o nią...
    pozdrawiać :)...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dlatego ja stado odrzucam. Tylko wyjątkowo słaba osoba mogłaby zabiegać o cudzą akceptację kosztem swoim poglądów czy pragnień.

      Usuń
    2. stare enochiańskie przysłowie mówi:
      "sam aplauz nic nie znaczy, ważne jest, KTO bije brawo"...
      /po jakimś czasie ktoś cynicznie dopisał "i po co bije to brawo"/ :D...

      Usuń
    3. I komu bije to brawo...

      Usuń
    4. Prawdziwa akceptacja nie wynika z naszych usilnych starań. Jak ktoś chce i ma samozaparcie, to może próbować się przypodobać grupie - nie zmieni to jednak jego prawdziwego położenia.
      Żadne "uśpienie" jeszcze nikomu nie wyszło na dobre...

      Usuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...