28.11.2014

A jednak fantazje...


Zawsze mnie śmieszyło twierdzenie, że jeśli coś funkcjonowało przez tysiące lat, to głupotą byłoby z tego rezygnować. Jest to pogląd zupełnie nie przystający do czegoś, co nas często gwałtownie ustawia do pionu, a mianowicie – rzeczywistości. Czy nam się to podoba czy nie, czasy się zmieniają, a wraz z nimi zmieniają się także nasze potrzeby, pragnienia i priorytety. Wiele „zjawisk”, które dawniej faktycznie były całkiem przydatne, musiało odejść w zapomnienie. Monarchia legła w gruzach; niewolnictwo zniesiono; a i pozornie wieczna instytucja małżeństwa ma się kiepsko.

To, że ktoś na to narzeka, jest rzeczą całkowicie naturalną i zrozumiałą. Niektórzy jednak mocno w swoich utyskiwaniach przesadzają. Spotkałam się bowiem w Sieci z sugestią, że rezygnacja z małżeństwa jest idiotyzmem, gdyż – uwaga, uwaga! – samotna kobieta może na starość zdechnąć z głodu. Cóż, rozumiem, że we dwójkę zawsze raźniej, ale wyjść za mąż ze strachu przed biedą? Coś takiego poniża kobietę w moich oczach. Trudno też nazwać to rozumnym posunięciem, gdyż akt ślubu niczego nie gwarantuje. A jakoś nie chce mi się wierzyć, żeby szanującej się niewieście chciało się na stare lata walczyć w sądzie o alimenty.

Jeszcze gorzej jest decydować się w podobnym celu na potomstwo. Naturalnie jeśli byliśmy dobrymi rodzicami, to mamy prawo oczekiwać, że nasze dorosłe już dzieci będą nas od czasu do czasu odwiedzać, a może i dorzucą trochę grosza. Oczywiście jest to wariant optymistyczny, zakładający, że nasze potomstwo nie spieprzy po studiach za granicę. Ale nawet ta przyjemna wersja nie powinna zakładać, że dzieci będą lekarstwem na nędzę czy samotność. Nie wspominając o jakimś przykrym wydarzeniu losowym, tfu, tfu! Gdyby ktoś mi zasugerował, że w razie ciężkiej, przykuwającej mnie do łóżka choroby to nie pielęgniarz, a moje własne dziecko powinno podcierać mi tyłek, uznałabym go za istotę mocno poszkodowaną na umyśle.

I niezależnie od tego, jak wiele osób będzie się moim stanowiskiem oburzać, zdania nie zmienię. Małżeństwo nie jest receptą na przykrą, samotną starość. Receptą na takową jest wzajemna miłość, a ta nie wymaga zaprzysiężenia. Zaś ewentualnej nędzy zaradzić mogą tylko własne pieniądze. Takie są FAKTY. Albowiem w przeciwieństwie do zadufanych w sobie Wielkich Teoretyków, którzy lepiej wiedzą, jak powinno wyglądać cudze życie, nie opieram się na własnym doświadczeniu, tylko na obserwacji świata. Nie mówiąc już o tym, że brakuje mi tego typu – że tak to delikatnie ujmę – mentalności, która pozwoliłaby mi choćby przez minutę rozważać wzięcie ślubu dla korzyści majątkowych.

153 komentarze:

  1. Świat, w którym ktoś (władza odgórna) kazałaby np. bezwzględnie wychodzić kobietom za mąż, rodzić dzieci (bo takie ich przeznaczenie) oznaczałby koniec idei wolności.

    Rozpatrywanie zamążpójścia, czy posiadania dzieci pod kątem "czy warto" powinno dać komuś do myślenia - to nie biznes, żeby tak o nim myśleć. Tak, jestem idealistką - zarówno małżeństwo, jak i dzieci, tego powinno się chcieć, tak zwyczajnie, bez kalkulacji.


    Obserwuję w mojej rodzinie przypadek opieki córki na chorą matką. Ta ma 89 lat i od 9 lat leży po udarze. Nie mówi, nie kontroluje swoich zwieraczy, 20 godzin na dobę leży, cztery siedzi na wózku. Córka, która była po czterdziestce, gdy mama zachorowała, teraz, będąc po pięćdziesiątce, wygląda jak wrak człowieka. Siadł jej kręgosłup, psychika. Dlaczego własnie ona zajęła się matką? Bo jako jedyna z rodzeństwa nie pracowała zawodowo, będąc na utrzymaniu męża. Stwierdziła więc, ze zajmie się mamą, która otrzymuje ok. 1500 złotych emerytury i tym samym dołoży do budżetu rodzinnego.
    To był zły pomysł.
    Po pierwsze - chora bardzo cofnęła się, gdyż przez pierwszy rok po udarze była odcięta od profesjonalnej rehabilitacji. Zanikła mowa, zanikły mięśnie nóg, jednak ręka zupełnie przestała działa. Zaniki mięśni to cholernie bolesny proces - wiem coś o tym, a więc staruszka bardzo cierpi, m.in. z powodu zaniku mięśni.
    Po drugie - opiekunka stała się strasznie nerwową osobą, krzyczy, za chwile się śmieje, tak, korzysta z opieki psychiatrycznej tj. z antydepresantów.
    Po trzecie - zostały zaburzone dobre relacje między matką a córką, matka zachowuje się dobrze przy innych, grzecznie je, daje znać, ze potrzebuje np. na basen, za to przy córce rozrzuca jedzenie, płacze, przeklina (tak, "cholera" potrafi powiedzieć całkiem zrozumiale), załatwia się pod siebie, a potem śmieje się z miny córki.

    Wniosek - poświęcenie "bo wypada", dla ew. korzyści - w relacji dzieci i rodzice przynosi nieciekawe skutki.

    Wniosek łączny- robienie czegoś "bo wypada" daje ogromne ryzyko klęski życiowej. Nie mam nic przeciwko "obowiązkowi", za to sprzeciwiam się "poświęceniu".

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Szanowna Marzeno, tylko ostatnie bydlę mogłoby mieć pretensję do kogoś, kto oddał niechodzącego, wymagającego profesjonalnej i całodobowej opieki rodzica do ośrodka, którą takową właśnie zapewnia. Mój Ukochany tak się właśnie przez parę miesięcy poświęcał, ale on akurat był pod presją matki, której nie obchodził stan zdrowia syna, ani to, że jej samej brak odpowiedniej rehabilitacji. A kilkanaście lat wcześniej męczyła się tak z dziadkiem moja babcia, na szczęście on bez sprzeciwu poszedł do Domu Pomocy Społecznej (miejsce załatwiła mu po znajomości synowa babci, żona mojego stryja).

      Wyjść za mąż z rozsądku? Cóż, gdyby to było możliwe po 50-tce, to można by na taki nieco nadgniły układ pójść. Ale być z kimś, kogo się nie kocha, już w wieku lat trzydziestu paru, żeby tylko na stare lata mieć o sto czy dwieście złotych więcej do wydania??? To przekracza granice mojego pojmowania.

      Usuń
  2. Czcigodna Kiro
    Pozwolę sobie zgłosić votum separatum do Twoich kompletnie gołosłownych teorii. Bo właśnie Ty opierasz się na swoim jednostkowym doświadczeniu - Wasz nieformalny związek trwa już długo i jest stabilny, co rzecz jasna mnie cieszy. I życzę Wam, by tak było zawsze. Ale statystyka, porównująca takie związki nieformalne ludzi infantylnie nabzdyczonych na małżeństwo z tymiż małżeństwami (mam na myśli aspekt prawny, a nie religijny) nie ma dla Ciebie litości.
    Mówienie w obecnych polskich warunkach o zabezpieczeniu się osoby samotnej na stare lata poprzez zgromadzenie odpowiednich zasobów finansowych, jest wykonalne dla kilku, niech już Tobie będzie, że dla kilkunastu procent rodaków. Dla reszty zabrzmi jak wyjątkowo głupi dowcip. A więc nie jest żaden FAKT, ale porażający swą naiwnością MIT.
    A gdybyś na jakimś seansie spirytystycznym nawiązała kontakt z ową samobójczynią (wiesz, o kim mówię), spytaj ją, jak ocenia swoją ziemską wędrówkę. Obawiam się, że taka odpowiedź byłaby nie po Twojej myśli. Bo założę się, że usłyszałabyś, iż kierując się swoimi ideałami, to życie na własne żądanie głupio przes*ała.
    Pozdrawiam serdecznie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. @ Stary Niedźwiedź

      Nie wiem, czy nasz związek przetrwa do starości. Na razie jest OK, ale za 5, 10, 15 lat... Cóż, nie jesteśmy ze sobą z rozsądku, tylko z miłości.

      Wiem natomiast, że perspektywa życia z człowiekiem, z którym nie mogłabym (lub nie chciałoby mi się starać) rozstać wyłącznie dlatego, że byłby moim MĘŻEM, a nie kochankiem, wydaje mi się odrażająca. Nie, to dla mnie nie do pomyślenia... Jak Ty to w ogóle sobie wyobrażasz, szanowny Niedźwiedziu? Że kobieta w kwiecie wieku złapie jakiegoś faceta, a może jeszcze wpakuje się w znienawidzone jej pieluchy, tylko po to, żeby za 30-40 lat było jej ODROBINKĘ lepiej?

      Ludzie nie są nabzdyczeni na małżeństwo, oni je olewają. To chyba Ty się troszkę boczysz na tych, którzy kierują się innymi wartościami niż Twoje środowisko.

      A przy okazji: po świecie pałęta się wiele mężatek i wdów, które uważają, że przesrały życie.

      Usuń
    2. Ja wprawdzie na walizkach, ale..... jeżeli małżeństwo jest prawdziwym małżeństwem, czyli tym, co zawiera jego definicja - OK, to świetna formuła związku. Jednak niestety ogromna część małżeństw pozostaje ze sobą z pewnego przymusu- dzieci, rodzina, wspólne kredyty, lęk przed samotnością. Czy w małżeństwie jest wygodniej ? tak, czasem tak. Szczególnie, gdy są dzieci. Czy chciałabym kiedykolwiek być z kimś dla bezpieczeństwa starości ? NIGDY. Ani jako romantyczna nastolatka, ani jako znękana kłopotami samotna matka, ani teraz. NIGDY

      Usuń
    3. Pół biedy, jeśli przynajmniej na początku to małżeństwo opierało się na uczuciu i pożądaniu, a później przez długi czas była serdeczna przyjaźń. Jeśli jednak nigdy tego uczucia ani pożądania nie było? To już lepiej się powiesić...

      Usuń
    4. @ Kira
      Awersja do małżeństwa jest dla mnie oczywista w przypadku emocjonalnej gówniarzerii, łączącej się w przelotne pary jedynie dla seksu. Gdy w Czechach wprowadzono "związki partnerskie", oczekiwano, że na tamtejsze urzędy rejestrujące takowe, rzuci się tłum pedałów. A okazało się że gówno prawda, bo wbrew łgarstwom zawodowych pedałów (tych którzy za eurosrebrniki "walczą z nietolerancją"), chętnych było ze dwadzieścia razy mniej, niż ci kłamcy przepowiadali. A w czeskim programie telewizyjnym kilku "niezawodowych" pedałów powiedziało, że skoro kilka razy do roku zmieniają kochanka, to po cholerę im taka upierdliwa biurokracja, jak ciągłe ganianie do urzędy, by zarejestrować, a wkrótce potem wyrejestrować swój związek.
      Ale Ty piszesz o stabilnym związku, opartym na UCZUCIU. O wierności sobie, jako oczywistości nawet nie wspomnę, bo dopuszczanie skoków w bok pozostawiam "wyluzowanej" hołocie.
      Wiesz dobrze, że jestem przeciwnikiem hucznego polskiego "weselicha" i całego teatrum dla rodziny oraz krewnych i znajomych Królika. Ale pomyśl choćby o takich sytuacjach, jak nagła śmierć jednej z osób tworzących związek. Wdowa dostanie rentę po mężu, konkubina ani złamanego grosza. Dlatego takie "programowe" boczenie się na ślub przez ludzi tworzących AUTENTYCZNĄ, kochającą się parę, uważam za dziecinadę, najłagodniej to nazywając.
      Syn mojej przyjaciółki żyje ze wspaniałą dziewczyną, która swego czasu się rozwiodła. Dorobili się dziecka, którego obydwoje pragnęli (musisz pogodzić się z tym, że dla ponad 90% ludzi jest to normalne) i na które ich stać. Na obrzeżach miasta w którym mieszkają kupili działkę budowlaną, powoli przymierzają się do postawienia własnego dachu nad głową. Ona jest na urlopie macierzyńskim, więc siedzi z dzieckiem w domu. Tym nie mniej przed KAŻDĄ poważniejszą czynnością prawną (zgoda na doprowadzenie elektryczności, kanalizacji, wody etc.), jako współwłaścicielka musiała dawać jemu notarialne upoważnienie na reprezentowanie jej w tej konkretnej sprawie. I w końcu się wściekła i kolejne jego oświadczyny przyjęła (on robi to ze dwa razy w roku, bo jest MĘŻCZYZNĄ, a nie jakąś "wolnościowym" wyrobem męskopodobnym).
      Jego mama śmieje się, że pierwszy raz w życiu może pochwalić biurokrację.
      Piszesz o nieudanych małżeństwach, które znasz zapewne głównie z literatury czy z filmu. Weź poprawkę na to, ze o tych liczniejszych udanych, nie pisze się ani nie kręci żadnych gniotów. Bo to takie "prozaiczne i cukierkowe". A przy okazji też bardzo częste.
      Pozdrawiam serdecznie.

      Usuń
    5. @ Kira
      Znowu nasze komentarze mijają się w czasie. Więc dopiszę, że Ty zapewne masz obraz nico zafałszowany tym, że jak sama piszesz, nie masz zbyt wielu znajomych, więc siłą rzeczy w poszukiwaniu obserwacji sięgasz do literatury czy filmu. Ja z kolei mam zapewne swój zestaw obserwacji zafałszowany tym, że poruszam się w sferze, w której "wyluzowanych" śmieci nie przepuszcza się przez próg.
      I nie za bardzo rozumiem Twoją uwagę o małżeństwach, w których od początku nie było ani uczucia, ani przyjaźni. Nie każda para to Romeo i Julia. Ale bez przyjaźni, szacunku i lojalności, jako minimalnych postulatów, żaden związek nie ma sensu.
      Zechciej usunąć ślad po poprzednim wpisie.
      Pozdrawiam serdecznie.

      Usuń
    6. @ Stary Niedźwiedź

      Z wrodzoną sobie finezją zakpiłeś z mojej znajomości życia, sugerując, że opiera się ona na przykładach z filmu i literatury. ;) Otóż nie, czytałam o prawdziwych (!) nieudanych małżeństwach, słuchałam też wywiadów ze zwykłymi ludźmi, a i znajomi moich rodziców tudzież moja dalsza rodzina mogliby nas uraczyć paroma przykrymi przykładami (wybacz aliterację).

      Podałeś całkiem rozsądne powody, dla których warto wziąć ślub. Ale czy jeśli jedyną motywacją jest chęć uniknięcia żmudnego wypełniania stosu papierków w rozmaitych urzędach, to nie lepiej byłoby zawrzeć ów tak nieprzyjemny dla Ciebie związek partnerski? Nie trzeba chyba tak się szarpać przy ewentualnym rozwodzie.

      Nie mam nic przeciwko cudzej dzietności, o ile ludzie będą się wywiązywać ze swoich rodzicielskich obowiązków.

      Usuń
    7. @ Kira
      Co się tyczy "związku partnerskiego", nie ma potrzeby tworzyć jakichś operetkowych bytów, przeznaczonych dla par bardziej zabobonnych od Murzynów, dla których samo słowo "małżeństwo" to być złe mzimu. I które chciałyby mieć takie prawa jak małżonkowie, ale za to zero obowiązków.
      W zupełności wystarczy uprościć i przyspieszyć procedury rozwodowe, gdy nie ma problemu opieki nad wspólnymi dziećmi. A jeśli takowe dzieci istnieją, a "związek partnerski" daje się wypowiedzieć od ręki, na żądanie jednej strony, bez uregulowania kwestii dzieci, to taka instytucja jest kurewstwem.
      I wyobraź sobie, że "związek partnerski" , tak jak małżeństwo, miałby dotyczyć w Polsce związku kobiety i mężczyzny. Wycie zawodowych pedałów byłoby tak głośne, że na pewno słyszalne i na Twoim blogu.
      Pozdrawiam serdecznie.

      Usuń
    8. @ Kira
      Skoro już mowa o rozwodzie, przypomniała mi się historia znajomego marynarza, chiefa z handlówki.
      Nie mieli dzieci, on zaproponował podział majątku po połowie, mimo że jego wkład w wypracowanie takowego był większy. Baba była wyjątkowo pazerna, głupie psiapsiółki ją podpuściły, zażądała ponad połowy i najęła adwokata. Więc on też najął. Ciągnęło to się jak guma do żucia a finał był taki, że jemu dostał się samochód i kot, jej domek letniskowy na Kaszubach i pies. A po podliczeniu kosztów "pomocy prawnej" okazało się, że domem w Gdyni Orłowie podzieliły się "papugi".
      Więc nie licz na to, że łachudry z Trybunału Konstytucyjnego zarżną kurę znoszącą złote jaja, czyli dopuszczą do ucywilizowania prawa rozwodowego.
      Pozdrawiam serdecznie

      Usuń
    9. @ Stary Niedźwiedź

      Skoro tak, to może ten związek partnerski to jednak nie taka głupia rzecz?

      Usuń
    10. @ Kira
      Jestem przeciwnikiem idei tworzenia nowej instytucji, gdy stara szwankuje. Klasycznym przykładem pomysł PiS i stworzenie Centralnego Biura Antykorupcyjnego, Skoro policja jakichś zadań nie wykonywała należycie, należało ją naprawić, a nie dublować.
      Tak samo system prawny tej, uczciwszy uszy, III RP, a już zwłaszcza praktyka jego działania, krzyczy o naprawę.
      W przypadku o którym piszę, sprawa ciągnęła się jak smród za hippisem wyłącznie z przyczyn majątkowych. Więc samo wypowiedzenie związku nic by nie zmieniło. Kolejne rozprawy, kolejne przekładania, kolejne honoraria. jak mówi przysłowie, kruk krukowi łba nie urwie.
      Pozdrawiam serdecznie.

      Usuń
    11. Kruk to piękny ptak, niezasłużenie tu przywoływany. Istnieje inne słowo na "k" - bardziej adekwatne, a i rymujące się z ostatnim słowem owego nader trafnego powiedzonka.

      Usuń
    12. @ Kira
      Oczywiście masz rację. Powieliłem żart mistrza Michalkiewicza, w oryginale dotyczący "elyty" PO.
      Pozdrawiam serdecznie.

      Usuń
  3. @Kira
    Wiesz, ilu moich znajomych jest już "po małżeństwie"? A miało być tak pięknie, biała suknia, kościół tonący w kwiatach.... Ludzie nie pamiętają o tym, że każdy związek (formalny i nieformalny) wymaga troski tych, którzy go tworzą. Dbania o to, by nie zgubić intymności, bo bez niej to tylko partnerski układ, nie zaś związek dwóch kochających się ludzi.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. @ Marzena

      Ja z kolei mam bardzo niewielu znajomych. Ale o tym, że małżeństwo często się nie sprawdza, wiem odkąd ukończyłam podstawówkę. Wystarczy uważnie patrzeć, słuchać, czytać...

      Usuń
    2. Znajomi, czyli tacy, których kiedyś poznałam, co nie oznacza, że mam z nimi ciągły kontakt (to ludzie m.in. ze szkół, w których się uczyłam). Raczej odludek ze mnie, najlepiej mi z jednym człowiekiem, psem i kotem...
      Znam jedno, bardzo udane małżeństwo - moich rodziców :) Udane, bo potrafili i potrafią przechodzić przez trudy życia RAZEM, nigdy nie gubiąc z oczu tego co najważniejsze - siebie.
      Co z tego, że mąż/żona żonę/męża obsypuje drogimi prezentami, jak nie stać go/jej na zwykłe/niezwykłe przytulenie jej/jego...

      Usuń
  4. Dziś,gdy zmieniła się mentalność,a kobiety nie są poddawane presji społecznej,ekonomicznej ,religijnej - małżeństwo to wyłącznie kwestia osobistych decyzji,świadomego wyboru.Nie wyobrażam sobie,że ktoś musiałby się "tłumaczyć" ze swoich decyzji,dotyczacych tej sfery życia.
    Niemniej, dla mnie małżeństwo to naturalna kolej rzeczy ,konsekwencja bycia razem,synonim stałej relacji,prawdziwej więzi.( mam na myśli głownie ludzi młodych).Nie na zasadzie wiary w "magiczną moc" papierka,raczej wiary w uczucie,któremu nawet papierek nie jest w stanie zaszkodzić:)) Powiem szczerze -ja osobiscie nie znajduję żadnego sensownego argumentu,ktory przemawiałby na korzyść tzw.kociej łapy:), jeśli ludzie traktuja siebie powaznie,chcą mieć dzieci.
    Bywa,że ludzie dorabiają ideologię do faktów - nie mogą wziąć ślubu,bo partner formalnie nie jest wolny,wiec mowią,że "papierek" jest be..:)
    pozdrawiam,Kiro
    Ale

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. @ MiJa
      W pełni zgadzam się z Twoją opinią, że małżeństwo jest etapem docelowym uczciwego związku dwojga ludzi. Będąc wiernym innego kościoła chrześcijańskiego, niż Kościół Rzymskokatolicki, akceptuję "kocią łapę" jedynie jako fazę wstępną. mającą na celu sprawdzenie, że dana para potrafi i na co dzień wspólnie rozwiązywać problemy, składające się na tzw. prozę życia. Ale przeciąganie tejże kociej łapy w nieskończoność to nie moja bajka. A jeśli tak się dzieje, bo facet unika jasnej deklaracji i ślubu, mam go za gówniarza.
      Pozdrawiam

      Usuń
    2. MiJo- to jeżeli chodzi o ludzi młodych - i ja się z tym absolutnie zgadzam. A jak z "ludźmi po przejściach", którzy już albo nie chcą, albo nie mogą mieć dzieci ?

      Usuń
    3. @ MiJa, Stary Niedźwiedź

      Ano właśnie, DLA WAS małżeństwo jest czymś naturalnym, podobnie jak rodzicielstwo. Dla mnie - raczej nie.

      Usuń
    4. @ Kira
      Moja kuzynka ma od dziecka uczulenie na poziomki. Gdy kiedyś przy mnie przez nieuwagę zjadła łyżeczkę domowego dżemu z tych owoców, po godzinie wyglądała jak "jentyk centkowany", bo wyskoczyły jej na ciele czerwone plamy. Ale ona nigdy nie krytykowała poziomek. Ani nie mówiła, że są niesmaczne.

      Usuń
    5. @MJ...
      to nie do końca jest tak... formalnie nie musisz się tłumaczyć ze swoich decyzji /np. brania lub nie brania ślubu/, ale niestety jest mnóstwo buractwa, które nieformalnie to "tłumaczenie się" próbuje wymuszać... z różnym zresztą skutkiem, bo nie ma na świecie zbyt wiele mocnych osobowości, które umieją się skutecznie postawić w stylu "to moje życie, odpieprzcie się"...
      ergo...
      nie istnieje żaden argument za wyższością "kociej łapy" nad małżeństwem, może jedynie taki, że owa "kocia łapa" wymaga większej odpowiedzialności, bez tworzenia sobie takich psychiczny podpórek, jak ślub, który dla wielu stał się protezą... ślub jako element związku?... owszem, nie ma sprawy, bo tylko ludzie w tym związku są uprawnieni, by tworzyć sobie własne "reguły gry"... ale ślub jako cel?... sorry, ale takie podejście wydaje się być lekko chore...

      @Kira...
      rzuciwszy okiem na ostatnia wersję "P.K." i załączników wychodzi na to, że wszystko jest "na legalu"...

      Usuń
    6. MJ to taki skrót od MiJa, rozumiem, że nic w tym obraźliwego? :D...

      Usuń
    7. @ Stary Niedźwiedź

      Głupotą jest testować wszystko na sobie.

      Usuń
    8. @ Kira
      Znacznie większą głupotą jest udawanie, że się nie dostrzega przypadków, gdy inni ludzie ciężko się pokaleczyli przez swoje mentalne anarchistyczne gówniarstwo.
      Znam i inny przypadek. Pan, posiadający własne mieszkanie, związał się z panią, której jego rodzina (rodzice, brat i siostra) nie akceptowali. Pani była nowoczesna i postępową yndywydualystką, więc nie przyjęła oswiadczyn pana. Razem wyposażyli mieszkanie w sprzęt AGD i RTV z górnej półki. Po czym pan zginął w wypadku samochodowym.
      Jego rodzina weszła do mieszkania, spakowała ciuchy i kosmetyki pani do kilku walizek, wystawiła je za próg, wymieniła zamki a pani kazała spieprzać stąd raz na zawsze.
      I pani nie pozostało nic innego, jak machnąć ręką na utopione w mieszkaniu ponad sto tysięcy złotych i z podkulonym ogonem wrócić do rodziców by poprosić o kąt do spania. A gdyby wzięli ten "do niczego niepotrzebny" ślub, rodzinka po takim numerze zdrowo by za takowy mogła beknąć. A mieszkanie byłoby jej.
      Oczywiście trochę mi żal kretynki. Ale tylko trochę, bo zrobiła wszystko, co mogła, by finał był taki a nie inny.
      Co dedykuję wszystkim "mądrym inaczej" yndywydualystom.

      Usuń
    9. @ Stary Niedźwiedź

      Dorota Rabczewska, o której się wyrażasz niezbyt pochlebnie, raczej na nędzną starość nie będzie mogła narzekać. Czy tę latawicę stawiałbyś innym paniom za wzór?

      Usuń
    10. @An-ka
      Ludzie "po przejściach" przeważnie już mają dzieci,z poprzednich związków:)Zakładam też,że ludzie "po przejsciach",a więc "w pewnym wieku"zdołali już osiągnąć jakąś stabilizację materialną,coś kupić/odziedziczyć,zaoszczędzić...I na pewno zdecydowana większość chciałaby te dobra (uszczuplone o koszty emeryckich hulanek i swawoli:):)zostawić dzieciom (własnym).
      Wybierają więc na wspólne życie opcję najkorzystniejszą, pozwalającą zaoszczedzić poźniejszych przepychanek sądowo-spadkowych.Wiem,jestem bardzo przyziemna,ale ja lubię mieć "porządek w papierach":)) Lubię mieć poczucie bezpieczeństwa,rowniez finansowego.Mój pragmatyzm nie ma jednak nic wspólnego ze wspominanym tu "zabezpieczeniem na starość",ktorego miałabym oczekiwać na starość od mężczyzny::))).Tak się sklada,ze zawsze sama potrafiłam o siebie zadbać i nadal to doskonale potrafię.
      Jeszcze co do zwiazków - nie gloryfikuje małżenstwa jako takiego..,bardzo daleka jestem od tego.Jestem za swobodą wyboru,przemyślanego,uwzględniajacego wszelkie "za " i "przeciw".Życie jest dostatecznie trudne,mysle,że nie warto go jeszcze bardziej komplikować tylko "dla zasady":)





      Usuń
    11. @pkanalia
      Dorze rozumiesz:))
      Jeśli chodzi o "wyższość swiąt Bozego Narodzenia nad Wielkanocą" : - w moim odczuciu jest akurat na odwrót.Często ludzie żyjacy ze sobą "bez papierka" mówią wprost,że w każdej chwili mogą odejść,wszystko zmienic,wybrać coś nowego.Dla mnie to złudzenie i to z gatunku bardzo naiwnych,ale niektorzy ludzie najwyraźniej takich potrzebują.Żadna forma zwiazku niczego nie "gwarantuje", natomiast każda bliska relacja rodzi wzajemne zobowiązania.Przecież siłą rzeczy,jeśli żyjemy z kimś bez tzw.papierka,to i tak obowiązani jesteśmy do uczciwości,wierności..itd.,jeśli oczywiście mówimy o prawdziwym związku dwojga dorosłych ludzi.

      Usuń
    12. @Kira...
      rozumiem, że nazywając Panią Dorotę Rabczewską "latawicą" nabijasz się z pewnej chorej politpoprawnej mentalności, która nakazuje tak nazywać normalne kobiety na poziomie...

      Usuń
    13. @ MiJa

      "Przecież siłą rzeczy,jeśli żyjemy z kimś bez tzw.papierka,to i tak obowiązani jesteśmy do uczciwości,wierności..itd.,jeśli oczywiście mówimy o prawdziwym związku dwojga dorosłych ludzi."

      Święta prawda.


      @ PKanalia

      A co, udaje tylko takową? :) Nie, żeby mnie to interesowało, ale akurat ona dyskrecji nie zachowuje. :)

      Usuń
    14. @Kira...
      pozostaje obdyskutować definicję słowa "latawica"... może być kłopot, bo jest to słowo ze starego politpoprawnego slangu burakerii...

      Usuń
    15. @ PKanalia

      Ja nie mam kłopotu. :)

      Usuń
    16. @Kira...
      ja też nie mam kłopotu... Doda /czyli Dorota Rabczewska/ nie jest latawicą... proste... tak?... a gdy ktoś ma potrzebę, by mnie przekonać, że jest inaczej, niech się spręży i objaśni mi znaczenie słowa "latawica", jako zaczyn do dyskusji... obawiam się jednak, że ludzie używający /tak na poważnie/ wspomnianego politpoprawnego slangu raczej mało się nadają, by być partnerami do dyskusji...

      Usuń
    17. ► latawica
      potocznie: kobieta niewyznająca żadnych zasad moralnych; prowadząca rozwiązły tryb życia

      komentarze:

      piter____ # 2006-06-29
      Kobieta umiejąca latać , bądź rodzaj latawca ;P

      ~gosc # 2008-01-19
      mi sie zdaje ze to kobieta - latawiec

      prezesbz # 2008-09-23
      Latawica, to kobieta, ktora daje kazdemu.

      ~gosc # 2010-03-19
      sam dajesz kazdemu chodzi gdzies a dawac to zasadnicza roznica

      ~gosc # 2010-07-12
      spotkałem się, że słowo latawica jest używane w kilku znaczeniach: 1)osoba, która nie potrafi usiedzieć w domu i często gdzieś lub do kogoś wychodzi, trudno ją zastać w domu, przy czym może zaniedbywać swoje obowiązki domowe itp.; 2) słowo latawica używane jest także zamiennie do innych określeń np. puszczalska, kurwa, dziwka; kobieta, której zarzuca się, że z każdym puszcza się (uprawia sex); 3)latawica jako kobieta niewierna, mająca kochanka lub kochanków; 4) kobieta (dziewczyna), która spotyka się równocześnie z wieloma mężczyznami (chłopakami), pozyskując ich względy (niekocznie przy tym musi uprawiać z nimi wszystkimi sex)

      ~gosc # 2010-11-23
      Kobieta,która się puszcza,czyli dziwka...

      ~gosc # 2011-05-09
      Zgadzam się z przedostatnim komentarzem. Szczególnie często spotykam się ze znaczeniem nr 4.

      ~gosc # 2012-08-14
      ja lubię tak potocznie mówić o stewardessach ;)

      ~gosc # 2012-10-04
      Noo a ja tak wlasnie powiedzialem do kolezanki nie majac na mysli zadnego z powyzszych znaczen i obrazila sie bo okazalo sie, ze ze to slowo ma jakies negatywne znaczenie....:/

      ~gosc # 2012-10-21
      dziewczyna ktora pragnie wolnosci nie do konca

      ~gosc # 2013-02-11
      Chyba to jest osoba, która nie tyle się puszcza, co nie jest w stanie stworzyć dojrzałego związku. Uwielbia być adorowana przez tuzin facetów (nie śpi z nimi, ale podnieca ją bycie w centrum uwagi). Nie jest w stanie docenić trwałego uczucia.

      marek176cm # 2014-09-09
      W języku polskim piszemy seks, a nie sex, Panowie Polacy.

      M176c / W

      marek176cm # 2014-09-09
      W moim domu to słowo było używane wg def. 1 gościa z 2010-07-12.

      Ależ to był wartościowy wpis!

      M176c / W


      http://sjp.pl/latawica

      Usuń
    18. @ Kira (komentarz z 29.11.2014, 18:27)
      Możesz być pewna, że chamowatej dziewki, którą za brak manier wyrzucono by na zbitą twarz z każdej agencji towarzyskiej dla lepszej klienteli, nikomu nie stawiam za wzór.
      Pozdrawiam serdecznie.

      Usuń
    19. @ Stary Niedźwiedź

      Ja bym jej dziwką nie nazwała. To już nie ta półka, żeby musieć spać z każdym. :)

      Ale przyznasz: obrotna dziewucha! :)

      Usuń
    20. @ Kira
      Z Twoim określeniem "obrotna" zgodzę się cytując "Żywoty pań swowolnych" (swowolnych tonie pomyłka) starego świntucha Brantome'a:
      "Do posług wenusowych barzo skora y OBROTNA w samey rzeczy". Zdanie wcześniej padło określenie "sielna k***a".
      Pozdrawiam serdecznie.

      Usuń
    21. @MiJa

      Są ludzie, którzy po prostu nie myślą o ślubie. Ich związek jest doskonały taki, jaki jest, więc nie szukają "ciągu dalszego". Czy są dziwni, nieodpowiedzialni, niedorośli?

      Małżeństwo nie dla każdego jest synonimem "prawdziwej więzi". Czy dwoje ludzi staje się nagle rodziną tylko dlatego, że się pobierają? Ludzie są ze sobą w stabilnych związkach z powodu miłości, to miłość i wynikająca z niej m.in. intymność, lojalność, troska o dobro drugiego człowieka, tworzy rodzinę.

      Sądzę, że ci którzy żyją ze sobą bez ślubu, nie robią tego ze strachu przed "papierkiem", tylko dlatego, że on nic dla nich nie znaczy, nie stanowi dla nich żadnej wartości dodanej. Po prostu. Z drugiej zaś strony zakładanie, że "papierek' może zaszkodzić miłości jest dziecinne trochę. Miłość to miłość i tyle. Wszystko inne to tylko dodatki, na które ktoś się decyduje, bądź nie, które dla jednych są istotne, dla innych zaś błahe.

      Argument na bycie "na kocią łapę"? Dzisiaj już nikt tak raczej nie mówi o ludziach, którzy ze sobą żyją bez ślubu :) :) Natomiast argumentem przemawiającym za życiem razem jest, rzecz jasna, miłość.

      Powiedziałaś, że jeżeli ludzie traktują siebie poważnie to chcą mieć dzieci... Uuuuuu, pojechałaś trochę z tym uogólnieniem :) Traktuję swojego męża najpoważniej na świecie i nie chcę mieć dzieci. Nie chodzi o to, że z nim - tylko o to, że w ogóle nie chcę.
      Rzucanie uogólnień nie zmieni faktu, że na świecie rodzą się samice rożnych gatunków, które nie czują instynktu macierzyńskiego. Czy jestem w taki razie wybrykiem natury? Złośliwi mogą stwierdzić, że tak. Cóż, ale to już dorabianie "faktów" do ideologii...

      Usuń
    22. @Kira...
      to Dorotka dorabia jako stewardessa?...
      a ja po dojrzałym namyśle oddaję plac bez walki... bo choć mam pewną wiedzę na temat tej Pani, to szalenie rzadko czytuję tabloidy i inne plotkarskie brukowce, zaś za przysłowiowy 'materac" nigdy jej nie służyłem... więc w obliczu tak porażającej różnicy wiedzy rozsądek nakazuje mi nie narażać się na "zmiażdżenie", "zmasakrowanie" do którego niewątpliwie doszło... co więcej, chcę się przyznać do pomyłki wynikającej z tego, że zapomniałem znanej mi kiedyś definicji, według której rzeczywiście słowem "latawiec" /"latawica"/ określano osobę, którą w żadnym wypadku nie można było uznać za domatora... zaś w show businessie jest dość trudno być domatorem...

      @Marzena...
      gadanie, że jeśli ktoś nie czuje potrzeby brania ślubu to "ucieka przed odpowiedzialnością" jest czystą manipulacją, bo jak wspomniałem w innym miejscu, to właśnie "wolny" związek wymaga większej odpowiedzialności...
      ...
      owszem, są kobiety, które traktują mężczyznę przedmiotowo, jak "byka rozpłodowego", by zaspokoił jedynie ich instynkt macierzyński, to jest ich cel... zaś po urodzeniu dziecka deklarowana miłość ulatuje jak dym i zamienia się w oczekiwanie na kasę... rzecz jasna nie chcę przez to powiedzieć, że taki układ /on zarabia, ona w domu przy dziecku/ jest chory, mówię tylko, że zdarzają się takie chore sytuacje i wcale nie są takie rzadkie...

      Usuń
    23. @ Marzena

      Chyba nieco opacznie zrozumiałaś słowa MiJa. Owo "[...] jeśli ludzie traktuja siebie powaznie,chcą mieć dzieci" było końcówką zdania, nie odrębnym zdaniem.


      @ PKanalia

      Sorry, ale jeśli Doda postawiła na wizerunek dziwki, to niech się nie dziwi, że tak właśnie o niej mówią. Nie twierdzę, że zasługuje na gwałt, pobicie czy nawet wyzwiska, broń Boże! Ale nie licz na to, że wulgarny ubiór i jeszcze bardziej wulgarne słownictwo przysporzą jej szacunku.

      Usuń
    24. @ Kira
      Skoro byt o którym piszesz ubiera się, zachowuje i wysławia jak ordynarna dziwka,to pogląd jakoby była "normalną kobietą na poziomie" jest koszmarnym idiotyzmem. Charakteryzującym co najwyżej środowisko "wolnościowe".
      Swego czasu w telewizorni przypadkiem natrafiłem na wywiad z niemiecką byłą gwiazdą filmów porno. Była ubrana w gustowny kostium, fryzura i makijaż w dobrym stylu. Udzielała inteligentnych odpowiedzi, wysławiała się ładnie, bez cienia wulgaryzmów, nawet gdy była mowa o szczegółach technicznych tej profesji. W jej przypadku tego poziomu nie można kwestionować. Od tandety o której piszesz, różni się poziomem, jak Alpy do holenderskiej depresji.
      Pozdrawiam serdecznie.

      Usuń
    25. @Kira...
      nie wiem, co rozumiesz przez "wizerunek dziwki"... czyżbyś wzięła na poważnie tytuł płyty "Diamond Bitch"?... który tak naprawdę był żartem z pewnej mentalności ludzi ferujących bezmyślne wyroki, kto jest "dziwką", kto nie jest i próbujący tworzyć standardy owego bycia dziwką opierając się jedynie na samym np. ubiorze, czy innych elementach image'u...
      jeśli chodzi o mój stosunek do niej, to rzeczywiście czasem jej maniera w zachowaniach przed kamerą bywa irytująca, ale nie mam klapek na oczach i nie oceniam jej tylko na podstawie takich epizodów... szkoda, że nie widziałaś jej na przykład prowadzącej z dziećmi zajęcia ze śpiewu w bidulu... piszę "nie widziałaś", bo uważam, że rzeczywiście nie widziałaś... nie widziałaś też wielu innych sytuacji, nie mających z "wizerunkiem dziwki" nic wspólnego /cokolwiek ten "wizerunek dziwki" miałby oznaczać/... ponieważ nie jesteś złośliwym burakiem, więc wiem, że nie odbijesz teraz piłeczki mówiąc /pisząc/, że nie widziałaś, bo takich sytuacji po prostu nie było...
      kwestię spekulacji na temat rzekomej "rozwiązłości" Dody /znowu potworek językowy, tym razem "rozwiązłość"/ chyba również pozostawimy burakom?... to prawda, że skoro postaciom medialnym "wolno więcej", więc nam też "wolno więcej" w stosunku do nich... niemniej jednak, jeśli chodzi o wspomniane spekulacje chyba nadal mamy podobne zdanie?...

      Usuń
    26. @ PKanalia

      Nie napisałam, że Doda jest dziwką, tylko że ma WIZERUNEK dziwki. Przepraszam, jeśli nie wyraziłam się jasno. Jej życie seksualne mnie nie obchodzi, naturalnie dopóty, dopóki się z nim nie obnosi. A czy się obnosi, tego raczej nie wiem, ponieważ ta pani nie należy do grona osób, którymi warto się - w moim mniemaniu - interesować. Pamiętam kilka jej wypowiedzi oraz kilka...dziesiąt wulgarnych stylizacji sprzed paru lat i dlatego w ogóle przywołałam jej przykład.

      Usuń
    27. @ Kira
      Przypomniałaś mi stary dowcip. Ponieważ nie znam gwary góralskiej, nie będę się silić na jej używanie.
      Baca i Jontek szli łąką. W pewnej chwili Jontek zatrzymał się i i powiedział:
      - Uważajcie baco, bo tu leży gówno.
      - Jontek, to nie jest gówno - odparł baca.
      Jontek uklęknął, powąchał i rzekł:
      - Baco, to pachnie jak gówno i to musi być gówno.
      Baca też powąchał i odpowiedział:
      - Jontek, to pachnie jak gówno, ale to nie jest gówno.
      Zdesperowany Jontek skosztował i jęknął:
      - Baco, to smakuje jak gówno więc to musi być gówno!
      Baca również zdegustował i skapitulował:
      - Masz Jontek rację. To jest gówno. Dobrze żeśmy w nie nie wdepnęli!
      Pozdrawiam serdecznie, ciesząc się z faktu, że Ty nie musisz kosztować.

      Usuń
    28. @ Stary Niedźwiedź

      Zastanawiałam się, czy nie pozwolić się wypowiedzieć w tej sprawie Le Mingowi, ale po namyśle doszłam do wniosku, że Doda jest mi jednak zbyt mało znana i że w zasadzie nie ma co się nad nią pastwić. Oczywiście można ją uznać za symbol dzisiejszej tandety, wulgarności i obsceny, ale żeby od razu wieszać na niej psy? Eeee tam.

      Niemniej dowcip - przedni! :)

      Usuń
    29. @Kira...
      luz i no problem... co prawda nadal mnie fascynuje, co tak naprawdę znaczy ów "wizerunek dziwki", ale znałem kiedyś pewną Zacną i Nadobną Panią, która do pracy /grała w orkiestrze symfonicznej/ ubierała się w nader elegancką suknię zgodnie z obowiązująca tam konwencją, ale po pracy wkładała czarne, nieco poharatane dżinsy, glany, zaś oczy ozdabiała mocnym makijażem... ten makijaż, jego styl nazywała żartobliwie "na gotycką dziwkę", co było z jej strony ironią, satyrą na buractwo, które uzurpuje sobie prawo do dyktowania standardów na temat jaki styl jest "wizerunkiem dziwki" /akurat Doda się tak nie stylizuje/...
      okay, sprawa Dody wyjaśniona i konfliktu zero... tak? :D...

      Usuń
    30. @ PKanalia

      Specjalnie dla Ciebie odświeżyłam swoją pamięć o Dodzie. Odwołałam się do "wujka Google" i wyświetliłam sobie kilkaset fotek owej "nonkonformistycznej" białogłowy.

      https://www.google.pl/search?q=doda+obrazy&client=opera&hs=iIa&tbm=isch&tbo=u&source=univ&sa=X&ei=yKV7VJjKD4PTygOztYCAAg&ved=0CCEQsAQ&biw=1093&bih=546#tbm=isch&q=doda+obrazy&imgdii=_

      Cóż mogę rzec... Raz wygląda jak infantylna gówniara, raz jak dziwka, raz jak całkiem fajna dziewczyna, a czasami (choć rzadko) ociera się o elegancję. Raz jest młodszą (i ładniejszą) wersją Moniki Olejnik, innym razem - głupawą podróbką Britney Spears, a jeszcze innym - parodią wampa z lat 40-tych. Wywala cycki lub wystawia dupę, ale może też wszystko zakryć.

      Niestety, nawet na tych zdjęciach, na których prezentuje się całkiem nieźle pod kątem stylizacji, jej twarz bądź poza psuje dobry efekt. Prostackie miny czy wulgarne gesty potrafią odrzucić człowieka w równym stopniu, co jej sposób wysławiania się:

      https://www.youtube.com/watch?v=U4M5s_jjPqY

      Nie twierdzę, że Doda jest złym człowiekiem. Być może jest bardzo dobrym - i chwała jej za to. Nie nazwę jej również idiotką. Ale to jednak wyjątkowo prosta (w tym złym znaczeniu) babina...

      Usuń
    31. @ Kira
      Mam nadzieję, że jednak udało Ci się uniknąć degustacji. Pytanie, na jak długo. Bo w tej ostatniej kwestii, trudno o optymizm.
      Pozdrawiam serdecznie.

      Pozdrawi

      Usuń
    32. Wpisaliśmy się niemal jednocześnie, Stary Niedźwiedziu. Jak widzisz, jednak skosztowałam. Na pewno nie gówno, na pewno nie melba z bananem.

      Usuń
    33. @ Kira
      Ponieważ Twój komentarz z 01:00 ukazał się w trakcie wstawiania mojego, formalnie z tej samej minuty, drobne p.s.
      Co do sposobu ubierania się tematu Twojej recenzji, tę żenującą tandetę najlepiej opisuje bon mot ś. p. Magdaleny Samozwaniec. Czyli "kupa wdzięku, ze zdecydowaną przewagą kupy". A co się tyczy mimiki, to już znacznie korzystniej wypadają przedstawicielki rasy "czerwona polska nizinna".
      Pozdrawiam serdecznie.

      Usuń
    34. @ Stary Niedźwiedź

      No cóż, niektóre kreacje Dody są całkiem sensowne.

      Usuń
    35. @ Kira
      Wyglądałyby znacznie lepiej, gdyby założono je na mniej wulgarny manekin.
      Spotkałem się z komicznym zjawiskiem. Pisząc o takich "wyluzowanych babeczkach", niektórzy luzacy używają idiotycznego w stosunku do kobiet z ich półświatka określenia damy. A przecież w najlepszym przypadku, zaliczają się do kategorii "nie każdemu damy".
      Pozdrawiam serdecznie.

      Usuń
    36. @Kira...
      widzę, że dalej chcesz ciągnąć temat... sprawę ubioru może pomińmy, bo to jest kwestia gustu, poza tym nigdy nie twierdziłem, że wszystkie jej stylizacje mi się podobają...
      teraz ten wywiad... wspominałem wcześniej o irytującej manierze przed kamerą, ale w zaprezentowanym przez Ciebie filmiku jakoś niewiele jest tej maniery...
      no, i nie dogadaliśmy kwestii tego "wizerunku dziwki", ale chyba nie dogadamy i raczej nie dowiem się, jakie kryteria trzeba spełnić, by czyjś wizerunek był "wizerunkiem dziwki"...
      wiesz, to mi trochę przypomina pewien dialog, którego byłem kiedyś biernym świadkiem... na ekranie był pewien muzyk, który coś tam mówił do kamery /coś o nowej płycie, o planach koncertowych/... i nagle słyszę ów dialog:
      A:
      - to pedał!...
      B:
      - a skąd to wiesz?... jakiś comming out zrobił, czy co?...
      A:
      - to jest pedał, bo wygląda jak pedał!...
      uznałem, że lepiej być cicho i nie wtrącać się do tej rozmowy, zaś B. machnął ręką i też uznał, że nie warto dalej dyskutować...
      potem jeszcze próbowałem znaleźć jakieś wyjaśnienie... pomyślałem, że może A. czepia się makijażu studyjnego, wiesz, takie tam rutynowe np. przypudrowanie nosa, by się nie błyszczał na ekranie... ale szybko zaprzestałem sobie tym zawracać głowę, bo szkoda było czasu i energii, by o tym myśleć...

      Usuń
    37. @ PKanalia

      Sam zacząłeś drążyć. :)

      Usuń
    38. @Kira...
      ależ luzu, pliz :D... przecież chyba nie będziemy się droczyć o to, kto zaczął drążyć... to byłoby poniżej poziomu naszych rozmów...
      sprawa jest prosta... masz swoją opinię o tej artystce, ja mam swoją... nie są one bynajmniej zbyt antagonistyczne, bo jak stwierdziłem wcześniej, ma ona czasem pewne zachowania, które mnie irytują... w międzyczasie wyjaśniliśmy pewne nieporozumienia związane ze zbyt pośpiesznymi, skrótowymi sformułowaniami i tyle... co prawda do tej pory nie wiem, co znaczy ten zwrot "wizerunek dziwki", tym samym nie mogę ocenić, czy ona się w takowy wpisuje, czy nie, ale zakładam wspomniany luz i dystans do tej zagadkowej frazy, więc poważniejszy spór między nami na ten temat uznajmy za zbędny, wręcz szkodliwy, ergo wykluczony... tak?...
      pozdrawiać :)...

      Usuń
    39. @ Kira
      Kilka lat temu w Warszawie miał miejsce zabawny incydent. Przedmiot tej dyskusji chciał kupić mieszkanie w drogim apartamentowcu. Pozostali chętni na te apartamenty zaprotestowali mówiąc, że nie chcą mieć w sąsiedztwie czegoś, co ubiera się jak dziwka, wyraża jak dziwka i zachowuje jak dziwka. W wolnościowym bełkocie to się chyba nazywa "wyluzowana babeczka". I zagrozili rezygnacją z nabycia mieszkań. Więc developer jej odmówił.
      Nikt mi nie wmówi, że ludzie muszą się godzić na to, żeby za sąsiadów mieć dowolna hołotę.
      Pozdrawiam serdecznie.

      Usuń
  5. Czcigodna Kiro,
    Odrzucasz małżeństwo jako ponurą atrapę plugawiącą uczucia wyższe: miłość, autentyczny erotyzm, serdeczną przyjaźń. W pewnym sensie przemawia przez Ciebie duch konserwatyzmu. Spójrzmy na przykład na radosne wesela gwiazd filmowch - co kilka lat. Dla nich małżeństwo to fajna impreza, prezenty, pobzykanie się przez jakiś czas z kimś nowym, najaranie się marihuany.
    Odrzucasz współczesne małżeństwo, próbując ocalić to, co stanowiło jego istotę.
    Serdecznie pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie odrzucam małżeństwa, Dibeliusie, tylko drażni mnie podejście typu: "Ja wiem lepiej, co dla was dobre".

      Usuń
    2. @Dibi...
      nie ujarałeś się nigdy przed wejściem na salę, gdzie jakaś poważna do bólu osobistość zaraz będzie pleść jakieś "poważne treści", gdzie rodzina odprawi rytualne "och" i "ach", a przyjaciele skomentują kieckę panny młodej?... to "nic nie wiesz" i "nic nie rozumiesz" :D...
      polecam rytuał z cerkwi prawosławnej... tylko tu treningu trzeba /np. odbyć tydzień wart z chłopakami z przed Grobu Nieznanego Żołnierza/ i założyć pampersy przed ceremonią... bo to może trochę potrwać i na zalegalizowne pożycie intymne w "noc poślubną" może odejść ochota... pozostaje tylko się ućpać "nienarkotykiem"... a rano pokazać wszystkim prześcieradło upaprane keczupem...
      pozdrawiać :)...

      Usuń
    3. a tak poważniej... w sumie, to chodzi o to, by dwoje ludzi /niech będzie nawet i pięcioro, nawet tej samej płci, to już kwestia gustu/ po prosty BYŁO ze sobą w ramach miłości, szacunku, lojalności, przyjaźni i takich tam innych uczuć wyższych... to po kiego wała robić z tego instytucję?... to tylko dodatek do związku... nie neguję rzecz jasna samego ślubu, który kiedyś był rzeczywiście pewnym "rytuałem przejścia", obecnie stał się ozdobnikiem, nawet bardzo fajnym... niemniej jednak instytucja nie zmieni nic w relacjach międzyludzkich... co więcej, instytucja może je popsuć i popsuła, bo mnóstwo ludzi nie obchodzi, co czują do innego człowieka, co ich z nim łączy i ślub ma dla nich znaczenie "aby tylko był"... rozumiem, że w takich ideologiach, jak konserwatyzm czy komunizm rządzi zasada "człowiek dla instytucji"... sorry, ale ja się z tego wypisałem już od dziecka i jak /tu zażartuję sobie z pewnej manipulacyjnej retoryki/ każdy normalny, porządny, uczciwy, przyzwoity człowiek uważam, że jest odwrotnie, czyli "instytucja dla ludzi"...

      Usuń
    4. @Peter,
      Dla mnie także treść jest ważniejsza od formy, nawet ujmowanej jako sakrament. Nie wykluczam jednak istotnego trwałego duchowego oddziaływania ślubu udzielanego dwojgu świadomych osób przez kapłana obdarzonego rzeczywistą charyzmą i siłą duchową.

      Ale teraz poważnie...
      "I pełno ludzi w każdym wagonie,
      A w jednym krowy, a w drugim konie,
      A w trzecim siedzą same grubasy,
      Siedzą i jedzą tłuste kiełbasy.
      A czwarty wagon pełen bananów,
      A w piątym stoi sześć fortepianów,
      W szóstym armata, o! jaka wielka!
      Pod każdym kołem żelazna belka!
      W siódmym dębowe stoły i szafy,
      W ósmym słoń, niedźwiedź i dwie żyrafy,
      W dziewiątym - same tuczone świnie,
      W dziesiątym - kufry, paki i skrzynie,"

      Nigdzie nie ma mowy o marihuanie. To jest prawdziwy konserwatyzm.
      Pozdrawiam

      Usuń
    5. Czcigodny Dibeliusie
      Upewniłem się, że jest to Twój wątek. Więc pozwolę sobie dodać, że brak marihuany w tym pociągu nie powinien nikogo dziwić. Było wprawdzie w nim bydło, ale czworonożne, a nie dwunożne.
      Pozdrawiam serdecznie.

      Usuń
    6. Czcigodny Stary Niedźwiedziu,
      Wyłożyłeś rzecz łopatologicznie, ale może tak trzeba.
      Serdecznie pozdrawiam

      Usuń
    7. @Dibi...
      o wódzie, pluskwiance z Tennesee, czy innym mamrocie też tam nic nie ma... tak?...
      a co do reszty, to mam powtarzać?... okay... cytuję:
      "nie ma sprawy, bo tylko ludzie w tym związku są uprawnieni, by tworzyć sobie własne "reguły gry""...
      właśnie w tym cały myk, że co poniektórzy przeżarci do cna swoją ideologią próbują innym swoje podejście do kwestii związku narzucać... to jest złe...
      a to, co ktoś przeżywa prywatnie idąc po zezwolenie na bycie razem do klechy lub innego urzędnika naprawdę niewiele mnie obchodzi...

      Usuń
    8. @Peter,
      Może zacytuję Flavię:
      "Każdy ma prawo żyć wedle swoich zasad." - takie jest zdanie zdecydowanej większości osób biorących udział w tej dyskusji, których uznajesz zapewne za konserwatystów.
      Tworzysz obraz nieistniejącego w rzeczywistości przeciwnika, aby go zaciekle i triumfalnie zwalczać...

      Usuń
    9. @Dibi...
      dość niefortunnie wybrałeś osobę autorki tego poniekąd słusznego cytatu, bo z innych słów tejże osoby wynika coś wręcz przeciwnego...
      co do Twojej teorii na temat tego, co tworzę nie wypowiem się, bo w końcu każdy ma prawo do tworzenia takich teorii... do czasu, gdy ich teorie dadzą sygnał, by uznać je a chore... wtedy można rzeczywiście podyskutować, co można /a czasem wręcz trzeba/ z takim teoretykiem zrobić...

      Usuń
    10. Czcigodny Dibeliusie
      Wobec dalszego ciągu prezentowanych tu poronionych uwag, sam widzisz, że łopatologii w moim uzupełnieniu Twojego komentarza było jednak za mało.
      Pozdrawiam serdecznie.

      Usuń
  6. Nie zniesiono do końca ani monarchii (ta występuje w nieco uwspółcześnionej wersji w wielu państwach na świecie, na przykład w Korei Północnej, czy w Arabii Saudyjskiej), ani niewolnictwa (to z kolei odsunięto z pola widzenia europejskiej opinii publicznej, bo źle się kojarzy. Ale nie wszystkim, o czym świadczy istnienie raz po raz odkrywanych obozów pracy w tzw. świecie cywilizowanym).
    Tyle czepiania się.
    Jeśli chodzi o samą treść, niech ludzie sobie wierzą w moc małżeństwa, gdyż jak wiadomo, autosugestia (tj. głębokie przekonanie, na przykład o skuteczności papierka urzędowego, uleczaniu przez telewizyjnych znachorów, czy przez homeopatię) czyni cuda i wyznawcom nic złego się nie dzieje.
    Kłopot zaczyna się dopiero wtedy, gdy próbują nadać swoim gusłom rangę prawa stanowionego.
    Anty

    OdpowiedzUsuń
  7. anonim anonimowy29.11.2014, 09:06

    Małżeństwo jest dla ludzi dorosłych i odpowiedzialnych.
    Gówniażeria może się bzykać kiedy chce,z kim chce i gdzie chce.
    Jeżeli zabezpieczenie zawiedzie to zawsze można się wyskrobać,a jak się nie zdąży w terminie to od tego są śmietniki.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Uzyskanie prawa jazdy nie gwarantuje, że jesteśmy dobrymi kierowcami, świadectwo dojrzałości jest raczej przenośnią niż faktem.
      Zgoda na pierwsze zdanie powyższej wypowiedzi.
      Ciekawe ilu chodzi po świecie ludzi, pewnie wspaniałych, którzy nie zostali wyskrobani lub wyrzuceni na śmietnik bo byli tylko efektem miłosnych igraszek swych niedojrzałych rodziców?
      Ilu z nas było w okresie prenatalnym dylematem dla naszych ojców i matek?

      Usuń
    2. @ Anonimowy

      W takim razie dlaczego gówniarze mogą brać ślub?

      Usuń
    3. @ Kira
      Znam wiele przypadków, kiedy gówniarze (pod tym określeniem rozumiem wiek a nie mentalność) biorąc ślub z powodu ciąży, w oczach zaczęli dorośleć i zachowywać już ODPOWIEDZIALNIE. Oczywiście nie jest to regułą. niestety znam też przypadki pięćdziesięcioletnich zasrańców, którzy do zajaranej śmierci nie zrozumieją, co to trudne słowo oznacza.
      Pozdrawiam serdecznie.

      Usuń
    4. anonim anonimowy29.11.2014, 17:40

      "W takim razie dlaczego gówniarze mogą brać ślub?"

      A kto im może tego zabronić?

      Usuń
    5. anonim anonimowy29.11.2014, 17:45

      ad.piotrem.

      "Ciekawe ilu chodzi....itd."
      Ja nie wiem i niespecjalnie się tym interesuję.Ale to dobrze,że "chodzą".
      Pozdrawiam.

      Usuń
    6. @ Stary Niedźwiedź, Anonim Anonimowy

      Wychodzi na to, że małżeństwo NIE jest dla ludzi dojrzałych i odpowiedzialnych.

      Usuń
    7. @ Kira
      Mylisz się, jak najbardziej jest. Ludzi dotychczas niezbyt odpowiedzialnych, ale mających elementarne zasady moralne, potrafi "wyprostować" i tej odpowiedzialności nauczyć. Tych już "samych z siebie" dojrzałych i odpowiedzialnych niczego uczyć nie musi, z wyjątkiem sztuki znajdowania rozwiązań satysfakcjonujących dwie osoby. Dopiero w stosunku do łobuzerii może być bezsilne.
      Pozdrawiam serdecznie.

      Usuń
    8. @ Stary Niedźwiedź

      Aaahaaaaa... :)))

      Usuń
  8. i to Ci się Kiro chwali... za mąż dla kasy wychodzą tylko skretyniałe, pozbawione libido /zgodnie z tą ideologią/ konserwatystki, które łaskawie dają się złapać za pupę dopiero, gdy ich przyszły pan i władca pokaże zawartość portfela, a celebrans udzieli licencji na owo złapanie...
    co bynajmniej nie oznacza, że ślub jako taki jest "be"... to wydarzenie może być naprawdę fajną jazdą urozmaicającą związek...
    pozdrawiać :)...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nam ślub jest całkowicie niepotrzebny. A już myśl o weselu przyprawia mnie o mdłości. :)

      Usuń
    2. Może porównania nie będą w 100% adekwatne, ale ludzie generalnie podpisują dokumenty, ślubują i przysięgają, gdy czynności przez nich podejmowane są doniosłe i dla nich ważne. Tak jest z umową o pracę. Można byłoby na przykład wyobrazić sobie wyluzowane społeczeństwo, w którym nie trzeba takiego dokumentu podpisywać. Każdy mógłby skakać sobie z kwiatka na kwiatek, zgodnie z marzeniami, pragnieniami i predyspozycjami. Kilka dni pobyć strażakiem, potem nauczycielem, urzędnikiem i w końcu sprzedawcą w sklepie. Pewnie krzywdy by nikomu nie zrobił, marzenia spełnione, różnorodność zapewniona, ale jednak taki model się nie przyjął. Podobnym wyrazem dojrzałości są śluby zakonne. Przecież zakonnicy też mogą być wyluzowani, rok pobyć kapucynem, trzy dni jezuitą, potem na dziewczynki, następnie do bernardynów... Pewnie u nich jest podobnie jak i w małżeństwie: część do końca życia spełnia się w powołaniu, inni udają, niektórzy zostają, bo nie potrafią już żyć inaczej, kolejnym jest po prostu tak wygodnie... Tak jak i w małżeństwie. Moim zdaniem jest to pewna deklaracja traktowania wspólnego życia serio. W formie powszechnie przyjętej. Można sobie wyobrazić inne formy, bardziej zabawne, ale ta jest ogólnie znana, a przy okazji zmienia co nieco w życiu pod względem prawnym i organizacyjnym. Można też, zupełnie jak w konkubinacie, wycofać się i podziękować za wspólne życie. Rozwody też są dla ludzi.
      Wesela mieć nie trzeba. Można darować sobie wąsatych wujaszków, którzy nas ostatni raz widzieli, gdy obsrywaliśmy pieluchę i w zamian za to wydać przyjęcie dla rodziny i najbliższych, po którym wsiada się w pierwszy lepszy samolot lecący w urokliwe miejsce. Wydatek pewnie ten sam, co upicie i najedzenie nieznanych cioć, wujaszków, stryjków i kuzynów dalekiej kuzynki cioci przyszywanej prababki z pierwszego małżeństwa.

      Usuń
    3. @ Celsus

      Jeżeli można się rozwieść, to taka deklaracja jest gówno warta. Podobnie jak większość ślubów czy przysiąg. Wystawiamy sobie świadectwo WYŁĄCZNIE czynami, nie słowami.

      Owszem, można nie robić dużego wesela. Można też się nie myć przez kilka dni, nie odpowiadać na formuły powitalne sąsiadów, nie przepraszać, jak się na kogoś wpadnie. Tylko że efekty nie będą zadowalające.

      Usuń
    4. @Kira
      Dlaczego od razu "gówno"? Człowiek jest daleki od doskonałości, co nie zwalnia z obowiązku, by się przynajmniej uczciwie starać.

      Co ma zorganizowanie dużego wesela do mycia się? Bo jakoś aluzji nie zrozumiałem...

      Usuń
    5. @ Celsus

      Przysięga może mieć znaczenie, jeśli się bierze ślub kościelny. Ale iść do urzędu ze świadomością, że może się nie udać? No chyba, że komuś zależy na wspólnocie majątkowej czy wspólnym rozliczaniu się z US.

      Wesele w stylu, w jakim je opisałeś, byłoby w moim środowisku dziadostwem. Bo jednak wypada zaprosić także dalszą rodzinę, która i mnie zapraszała (a że ja się migałam jak mogłam, to już inna sprawa).

      Usuń
    6. @Kira

      Całe życie mija ze świadomością, że może się nie udać. Wszystko, czego się podejmujesz, może się nie udać. Małżeństwo nie jest tu żadnym wyjątkiem. Masz nie mieć dziecka, nie kupić mieszkania, nie iść na studia, bo wszystko to może być nieudane?

      Teraz rozumiem. Dobrze jest, gdy może nam nie zależeć na obecności i późniejszej opinii osób praktycznie nieznanych. Do tego potrzeba niezależności finansowej i prawdziwego nonkonformizmu.

      Usuń
    7. @ Celsus

      To, co Ty nazywasz nonkonformizmem, ktoś inny nazwie brakiem obycia. Porównanie z wypięciem się na resztę świata wydaje mi się całkiem trafne.

      Usuń
    8. @Kira

      Zapraszanie obcych ludzi na ucztę ma wyraźne nawiązanie ewangeliczne, ale moim zdaniem trudno tu mówić o braku obycia. Raczej o uleganiu stereotypom. To nie może prowadzić do szczęścia. Znam pary, które uległy i wydały wesele takie, jakiego życzyli sobie ich rodzice. Rodzice się doskonale bawili, oni nie. Potem szybko dzidziuś, bo przecież rodzice się niecierpliwią, chcą być dziadkami i babciami. I najlepiej, żeby dziewczyna się spisała i urodziła dziedzica rodu i by ten był "cały dziadzio". I oczywiście imię po dziadziu. Zdzisław, czy jakieś podobne. Jaki powrót do pracy? Przecież mały Zdzisio się będzie nudził. Rodzeństwo. Zresztą mamusia pomoże, a synek przecież nauczony jeść po domowemu, musisz się zająć ogniskiem... :) Ulegnie się w sprawie wesela, to potem będzie lawina. Która zakończy się rozwodem i alimentami. Po prostu: małżeństwo jest dla ludzi dojrzałych i niezależnych. Inaczej tylko człowiek skrzywdzi sam siebie i kogoś dotychczas bliskiego.

      Usuń
    9. @ Celsus

      Tu nie chodzi o całkowite uleganie rodzinie, tylko o częściowe dopasowanie się do obowiązujących obyczajów. Jeśli określisz to jako konformizm, to będę musiała uznać, że tylko kretyn popiera totalny nonkonformizm.

      Tego, co powiedziałam swojej matce, kiedy nalegała na bachora, wolę tutaj nie powtarzać. Było to oczywiste naruszenie czwartego przykazania. :)

      Usuń
    10. @Celsus...
      kompletnie niezrozumiałe i nielogiczne jest to przełożenie, że brak ślubu miałby automatycznie oznaczać nietrwałość, niestałość związku i niepoważne traktowanie tej drugiej osoby...
      poza tym, czy to o "trwałość" chodzi, czy to ma być cel?... trwałość to skutek, efekt tego, że w związku jest wszystko okay... a jeśli jest nie okay, to związek się rozpada i jest to jak najbardziej logiczne...
      a czasem też niestety przechodzi w stadium "martwego związku", który zmienia się w grę pozorów... przyczyny takiej sytuacji bywają rzecz jasna różne, ale tak się dziwnie składa, że częściej zachodzi ona w związkach, w których zawarcie umowy ślubu jest ważniejsze od tego, co ludzi ze sobą łączy...
      ...
      dodam jeszcze odbiegając nieco od tematu, że jeśli w takim "martwym" związku jest jeszcze dziecko, to często chłonie ono taki "wzorzec" i przenosi to na własne życie, na swój związek...
      ...
      może to i prawda, że małżeństwo jest dla ludzi dojrzałych, bo tak naprawdę większość rzeczy i spraw na świecie jest dla ludzi dojrzałych, odpowiedzialnych... ale to bynajmniej nie oznacza, że brak dążenia do odbycia ślubu świadczy o niedojrzałości i niepoważnym traktowaniu drugiej osoby...

      Usuń
    11. @ PKanalia

      "trwałość to skutek, efekt tego, że w związku jest wszystko okay... a jeśli jest nie okay, to związek się rozpada i jest to jak najbardziej logiczne..."

      "[...] ale to bynajmniej nie oznacza, że brak dążenia do odbycia ślubu świadczy o niedojrzałości i niepoważnym traktowaniu drugiej osoby..."

      Nic dodać, nic ująć, PKanalio. Szkoda, że nie każdy to rozumie.

      Usuń
    12. @pkanalia

      Konkubinaty wcale nie muszą być nietrwałe, zgadzam się. Bywa, że do konkubinatu jest się zmuszonym przez życie. Można też i całe życie przepracować na czarno. Też się może udać :D
      Nie rozumiem niechęci do zgodnego złożenia oświadczeń woli przez dwoje ludzi, którzy chcą być razem. Pomijając już aspekt prawny, dla mnie to po prostu naturalny krok. Nie muszę każdego rozumieć.
      Natomiast moje rozbawienie budzi konieczność ulegania oczekiwaniom odnośnie wyprawienia wypasionego wesela. Do jasnej cholery, dwoje dorosłych ludzi powinno umieć zdecydować za siebie. Tak samo życzenia wysyłam do tych, których lubię. Bawię się z tymi, którzy są mi bliscy. A jak się jakiś wujaszek z ciocią obrazili, że facet, którego widzieli chłopcem w podstawówce, nie zaprosił ich na ślub, no to jest ich problem, nie mój. Możemy się kolejne ćwierć wieku do siebie nadal nie odzywać :)

      Usuń
    13. A ja bym coś jednak dodał. Pan Kanalia napisał że:

      "poza tym, czy to o "trwałość" chodzi, czy to ma być cel?... trwałość to skutek, efekt tego, że w związku jest wszystko okay... a jeśli jest nie okay, to związek się rozpada i jest to jak najbardziej logiczne... "

      Nie pokusił się on jednak o refleksję dlaczego czasem w związku nie jest okay? Dlaczego w pewnym momencie on się zaczyna rozpadać? W konsekwencji nie mógł wspomnieć o szeroko rozumianej diagnostyce i środkach zaradczych, które zastosowane w porę powodują, że z powrotem w związku jest okay. Pewien poeta przyrównał małżeństwo do pięknego ogrodu. Ogród ten ma jednak tendencję do zarastania chwastami i jeśli się go stale nie pielęgnuje, to przestaje przypominać ogród. Wtedy metaforycznie rzecz ujmując realizuje się scenariusz opisanego przez Pana Kanalię "martwego związku". Jednak zanim do tego dojdzie jest cała masa oznak zarastania chwastami i cała masa czasu na działania ogrodników. Sęk w tym, że oboje muszą nad tym ogrodem pracować. Poważny i oparty na uczuciu związek to nie tylko same przyjemności, ale też wspólna odpowiedzialna praca nad sobą w celu zbliżenia się dwójki ludzi do utworzenia duchowej jedności. Takie stosowane przez wiele osób płynne przechodzenie do porządku dziennego nad pojawiającymi się w małżeństwie problemami i kwitowanie tego stwierdzeniem, że nie jest okay, jest spłyceniem sprawy do poziomu zwykłego wygodnictwa, podszytego grubymi nićmi egoizmu. Widziałem wiele małżeństw, które w obliczu pojawiających się problemów z pozoru nie do przezwyciężenia, zachowywały się dwojako. Albo próbowały te problemy przezwyciężać i z reguły im się to udawało, albo się poddawały, w efekcie czego ich związki się rozpadały, trwały jako "martwe", albo jedna strona ulegała drugiej skazując się na utratę swojej godności, poszanowania i wieczne podporządkowanie. Podsumowując. Małżeństwo, to coś znacznie bardziej złożonego niż to, co wynikałoby z prowadzonej tu dyskusji. Nie chcę nikogo do niczego przekonywać, a jedynie wskazać na aspekty niemal zupełnie pominięte w tej dyskusji.

      Usuń
    14. @Celsus...
      akurat do tej pory słowa nie wyartykułowałem w temacie "wesele"... ale okay...
      bardzo często wesele jest traktowane jako "część artystyczna" po "części oficjalnej", jaką jest ślub... dla mnie zaś wesele to po prostu okazja, by się spotkać z rodziną, przyjaciółmi czy innymi w taki, czy inny sposób ważnymi dla "państwa młodych", spędzić z nimi czas na zabawie, by podkreślić fakt zaistnienia sytuacji, że owi "młodzi" są razem, są ze sobą... co oznacza tak swoją drogą, że sam ślub jako formalność nie jest do tego konieczny... bo przecież może być tak, że owi "młodzi" po prostu uzgodnili między sobą zaistnienie tego faktu, albo nawet nic nie uzgadniali, tylko pospołu poczuli zaistnienie tegoż faktu i chcą się podzielić frajdą z tego wynikającą...
      natomiast nacisk otoczenia, by "młodzi" takie wesele wykonali kojarzy mi się z molestowaniem kogoś przez kumpli, by postawił flaszkę z okazji jego imienin /lub innego wydarzenia, np. zmiany miejsca zamieszkania, co ma implikować konieczność "parapetówy"/...
      w rzeczy samej no problem... niech sobie będzie to wesele, czemu nie?... impreza może być mniej lub bardziej wypasiona, zależnie od możliwości... niemniej jednak /przykładowo/ branie kredytu z banku na zasadzie "zastaw się, a postaw się" wydaje mi się czymś chorym, kompletnym pomyleniem priorytetów, gdzie fakt zaistnienia więzi pomiędzy "młodymi" staje czymś zupełnie nieistotnym...

      @Grover...
      nie podejmowałem kwestii "dlaczego w związku jest nie okay?", bo uznałem ją za coś nieco osobnego... w końcu w związku może się coś pieprzyć bez względu na to, czy jest "papierek", czy go nie ma... na ile wcześnie się to "nie okay" wychwyci, zauważy, poczyni jakieś ruchy i co z tego dalej wyniknie jest tematem nader ważnym, ale moim zdaniem na kompletnie osobną dyskusję... w tej dyskusji masz jak najbardziej rację, że związek to nie tylko beztroskie bzykanko wśród "kwiatków i motylków", ale także bycie ze sobą razem wtedy, gdy chwilowo nie ma warunków na owo bzykanko, "dawanie radę" z sytuacją w której kwiatkom odpadają płatki, a motylkom skrzydełka... tu znowu masz rację, że bagatelizowanie sprawy i bierne poddanie się rutynie grozi obudzeniem się z ręką w nocniku...
      no, i tu nieraz się okazuje, że zamiast ogarnąć problem w porę, mamy do czynienia z wiarą w magiczną moc "papierka", który ogarnie ów problem sam...
      bynajmniej nie chcę w ten sposób udowadniać wyższości związku na tzw. "kartę rowerową" nad małżeństwem... pokazuję jedynie pewien mechanizm, który w małżeństwie ma większe szanse zaistnienia...

      Usuń
    15. @ Celsus

      Oczywiście, że dorośli ludzie mogą, a nawet muszą decydować o swoim życiu samodzielnie. Po cholerę zatem ta cała dyskusja? Zapewniam, że nie każdemu owo "oświadczenie woli bycia razem" jest potrzebne. I masz rację, nie musisz wszystkiego rozumieć.

      Tak, można się wypiąć na dalszą rodzinę. Na bliższą także. I na każdego człowieka, na każdy obyczaj, zwyczaj, manierę, na wszelkie reguły gry, jakie stworzyli inni ludzie. MOŻNA. Ale czy zawsze warto?


      @ Grover

      Następny "Pan Kanalia" będzie przepustką do kasacji komentarza.

      Usuń
    16. @Kira...
      rzecz jasna Ty rządzisz i jak zwykle Twojej decyzji nie zakwestionuję, ale nadmienię tylko, że mnie ten "Pan Kanalia" nie dotknął, co więcej odebrałem to dość sympatycznie... zaś sam komentarz Grovera miał ręce i nogi, był sformułowany sensownie, "po ludzku"...
      ...
      zaś skąd się wziął mój nick i co ten skrót de facto oznacza, może kiedyś rozwinę jego historię /np. u mnie/...

      Usuń
    17. @ PKanalia

      Wiem, że Cię nie dotknął, niemniej akceptacja takich "czułości" stworzyłaby niebezpieczny precedens.

      Usuń
    18. @pkanalia

      Wiem, że nic o weselu nie pisałeś. Ot tak sobie, podkolorowałem temat rozmowy. Nie jestem przeciwny wielkim weselom, bo one mogą mieć swój urok. Problem pojawia się, gdy rodzina sępi zaproszenia, domaga się wypasionej imprezy, a rodzice zaczynają brać sprawy w swoje ręce. Uleganie uważam za zły początek małżeństwa.

      @Kira

      Dyskusja jest zawsze dobra, a jak już wspomniałem, nie musi się kończyć "pokonaniem" drugiej strony, która urągając samej sobie i płaszcząc się przed zwycięzcą, uzna swój błąd i zmieni pogląd :) Nie pisałem o wypinaniu się na wszystko. Pisałem o weselach robionych na żądanie rodziny, czy "bo tak wypada". Dla mnie taki sam bezsens, jak uleganie towarzystwu i picie wódki na zawołanie w kolejce. Bo co? Bo się obrażą? :)

      Usuń
    19. @Celsus...
      mamy więc consensus w kwestii wesel, że poziom /stopień?/ "wypasioności" wesela /innymi słowy: koszt skonsumowanych lub zaplanowanych do spożycia dóbr/ nie przekłada się na walor ponadmaterialny tegoż wesela... zanim król Dunów Harald Sinozęby oddał swój kraj pod protektorat papieskiego Rzymu wartość wesela zależała od ilości wesołych wydarzeń, które miały tedy miejsce /np. pożary domostw, zawody w sportach walki lub orgazmy, które potem przenosiły się na ilość dzieci/... gdy doszło do regresu cywilizacyjnego Dunów /król Harald się ochrzcił z całym krajem w zamian za uwolnienie go od bólu zębów za pomocą nalewki opiumowej/ i stopień udania się wesela był wprost proporcjonalny do ilości zarżniętych wołow i baranów, tudzież skonsumowanych beczek z piwem...

      Usuń
    20. A o co chodzi z tym nickiem? Czy "pkanalia" to nie skrót od "Pan Kanalia"? Chyba nie popełniłem gafy, bo widzę, że Pan się nie obraził?

      Usuń
    21. @Grover...
      wszystko jest w porządku, nie odbyła się żadna obraza, żadna gafa, nic z tych rzeczy... zaś co do historii nicka, to w bardzo dużym skrócie najpierw był nick "Kanalia" od pewnej postaci literackiej, którą stworzyłem na pewnym swoim blogu /miałem dwa/... potem ten drugi zlikwidowałem, bo mi zabrakło czasu na prowadzenie dwóch blogów... zaś do słowa "kanalia" dodałem literę "p" na początku /w zamyśle od imienia "Piotr"/ i wracając jednocześnie do starej klasycznej formuły pisania nicków z małej litery...

      Usuń
    22. @ Celsus

      "Nie pisałem o wypinaniu się na wszystko. Pisałem o weselach robionych na żądanie rodziny, czy "bo tak wypada"."

      Tu nie chodzi o żądanie rodziny, tylko o obyczaje. Można je olać, tak jak można olać wszystko i wszystkich. Ale to nie zawsze jest dowód nonkonformizmu, tylko... czegoś innego. ;)

      Usuń
    23. @Kira
      Tak, zawsze musisz tylko oszacować w jakim stopniu żyjesz dla siebie, a w jakim po to, aby spełniać cudze oczekiwania i realizować czyjeś wizje.
      Należałoby się zastanowić, czy zwyczaj chwilowego wpraszania się do życia tak naprawdę (niemal) obcej osoby żeby się obeżreć, napić i zrobić kilka tandetnych zdjęć, jest wart kultywowania.
      https://www.youtube.com/watch?v=JQkhJSFgpjs
      Anty

      Usuń
    24. @ Anty

      Takie szacunki są bezsensowne i niepotrzebne. Żyjemy dla siebie - zawsze! Oczywiście można wierzyć - tak jak ja na przykład - że przyszliśmy na świat w określonym celu, np. żeby doskonalić się w miłosierdziu i miłości bliźniego. Ale to nie oznacza, że żyjemy dla innych. A już na pewno nie po to, żeby spełniać ich oczekiwania.

      Niemniej często (znacznie częściej, niż się to niektórym "outsiderom" wydaje) musimy się dopasować do wymogów stawianych nam przez nasze środowisko czy społeczeństwo w ogóle. To, w jakich sytuacjach i jakim stopniu to robimy, zależy od bardzo wielu czynników.

      Usuń
  9. Przepraszam, ale nie bardzo rozumiem po co ta cała dyskusja? Czy w tym kraju jest obowiązek brania ślubu? Jeżeli ktoś jest ślubu przeciwnikiem, to nie musi go brać. Nie powinien też krytykować tych, którzy są jego gorącymi zwolennikami, bo to oznaka podłości i vice versa. Dla ludzi wierzących istotą ślubu kościelnego nie jest następująca po nim "impreza" i pokazanie się przed rodziną, bo to pogląd dla niedorozwojów intelektualnych i emocjonalnych, ale złożenie sobie uroczystej przysięgi przed sobą i Bogiem. Taka jest istota ślubu kościelnego. W przypadku ludzi odpowiedzialnych i darzących się głębokim uczuciem a przy okazji wierzących, jest to wiążące na całe życie. Może to brzmieć dla co poniektórych obco, ale nadal dla sporej ilości osób jest to coś więcej niż techniczny kontrakt między dwojgiem ludzi. Jak już pisałem - przymusu nie ma, lecz jeśli ktoś tego nie rozumie, nie chce zrozumieć, udaje, że nie rozumie, to niech nie krytykuje czegoś, czego nigdy nie doświadczył i pewnie nie doświadczy. Żeby było jasne - nie krytykuję ludzi, którzy nie chcą brać ślubu, bo to ich sprawa i właściwie mam to gdzieś, ale pogardzam ludźmi, którzy krytykują tych biorących ślub i uważających go za bardzo ważny element ich dalszego wspólnego życia.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. @ Grover
      Sama prawda. Bo gdy rozważania przejdą z półki "cywilnoprawnej", na duchową, pojawi się nowy aspekt. o którym przez grzeczność nie wspomnę.
      Pozdrawiam serdecznie.

      @ Kira
      Z przyczyn regulaminowych wtrącę trzy grosze do Twojej wymiany poglądów z Celsusem (któremu przyznaję rację) w wątku Grovera.
      Skoro sama przyznałaś, że niewyprawienie klasycznego polskiego "weselicha" to PRAWDZIWY NONKONFORMIZM, pojawia się pytanie, jak nazwać to dziecinne unikanie podpisania dokumentu w urzędzie? Chyba nonkonformizmem z tombaku. By nie sięgać po nazwę stopu, w warsztatowym żargonie zwanego "szajsmetalem", które to określenie rezerwuję dla tzw. "muzy" (nie mylić z muzyką).
      Pozdrawiam serdecznie.

      Usuń
    2. @Stary Niedźwiedź

      Nie będę się specjalnie mądrzył, bo z racji wieku nie mam wielkiego stażu małżeńskiego, ale podzielę się pewnym skojarzeniem. Małżeństwo przypomina mi palenie cygara. Jedno i drugie nie jest przeznaczone dla prostaków, luzaków i ludzi nieodpowiedzialnych. I podobnie jak dobre cygaro, tak i małżeństwo w trakcie swego "palenia" kilka razy zmieni swój "smak".

      Usuń
    3. @ Celsus
      Święta racja. Znam małżeństwa zawarte przez ludzi prostych, ale ze zdrowymi zasadami moralnymi, więc nie prostaków. I te się świetnie sprawdziły w działaniu. Natomiast oburącz podpisuję się pod diagnozą, że małżeństwo nie jest przeznaczone dla prostaków, luzaków czy nieodpowiedzialnych pętaków. Bo jak mawiali nasi dziewiętnastowieczni antenaci:
      Wpuścić chama do urzędu, atrament wypije.
      Pozdrawiam serdecznie.

      Usuń
    4. @ Grover

      Mowa raczej o ślubie cywilnym. Zresztą, nie krytykuję samej instytucji małżeństwa, tylko Wielkich Teoretyków, którzy obruszają się, bo inni mają w dupie "zwyczaje, które przetrwały tysiące lat".


      @ Stary Niedźwiedź

      To, że Ty określasz coś jako dziecinne, nie oznacza, że tak jest naprawdę. Dla mnie dziecinadą jest pouczanie innych, jak mają żyć. Dojrzali ludzie tak nie postępują.

      Nie rozumiesz pojęcia "nonkonformizm". Oznacza ono, że mam w dupie tradycję i obyczaje, które dla Ciebie są szalenie istotne. Musiałabym być okropną KONFORMISTKĄ, żeby żyć pod czyjeś dyktando. A tym właśnie byłoby drałowanie do USC.

      Oczywiście trochę (!) konformizmu nie zaszkodzi. Masz rację, można nie wyprawiać wesela. Można też olać dobre maniery, a nawet powinności wobec rodziny. Dla Ciebie to pewnie objaw nonkonformizmu, dla mnie - niekoniecznie.

      Usuń
    5. @Celsusie

      Małżeństwo nie jest dla prostaków i nieodpowiedzialnych pętaków? To dlaczego tylu prostaków i damskich bokserów na owo małżeństwo naciska ;) Nie oszukujmy się - to, że dwoje ludzi zawarło kontrakt nie znaczy automatycznie, że są odpowiedzialnymi ludźmi. Bo dla wielu na przykład ślub jest po to, żeby możliwie najszybciej zaanektować tę drugą osobę.

      Ja bym napisała: UDANY ZWIĄZEK to zasługa ludzi dobrych i odpowiedzialnych. Małżeństwo zawierają zarówno porządni, jak i hołota.

      Usuń
    6. @Kira

      A czym jest robienie wesela, bo tak wypada i tego oczekuje środowisko? ;)

      Usuń
    7. @Flavia

      A hołota nie popala cygar? :)

      Usuń
    8. @Grover

      Nie odebrałam tego tekstu jako krytykę osób, które ślub wzięły lub które darzą jakąś szczególną estymą instytucję małżeństwa. Każdy ma prawo żyć wedle swoich zasad. Ten tekst jest raczej o tym, że małżeństwo (dla jednych ma wymiar duchowy, dla innych jest kontraktem - myślę, że nie ma sensu, by ludzie nawzajem deprecjonowali swoje poglądy) nie jest i raczej nie będzie receptą na samotność czy naprawę relacji międzyludzkich.

      Usuń
    9. @ Celsus

      Możesz to nazwać konformizmem. Podobnie jak składanie życzeń na święta czy zmienianie majtek po każdej kąpieli.

      Usuń
    10. @Flavia,

      Nie odniosłem się tylko do samego tekstu, ale też do pola komentarzy i poglądów na tematykę w ogóle. Wątek ślubu kościelnego poruszyłem dlatego, że dotyczy on wciąż przytłaczającej większości osób zawierających związek małżeński i jest stosunkowo najczęściej zakłamywany przez osoby nie mające o jego istocie pojęcia.

      Usuń
    11. @Kira
      Składasz życzenia i zmieniasz majtki tylko dlatego, że tego oczekuje otoczenie?

      Usuń
    12. @ Celsus

      To pierwsze - w 80 % tak.

      To drugie - nie, robię to dla siebie. Ale wymóg kulturowy jest.

      Usuń
    13. @ Kira
      "Musiałabym być okropną KONFORMISTKĄ, żeby żyć pod czyjeś dyktando."
      Tą obroną "weselicha", nawiązującego do sarmackich tradycji, właśnie udowodniłaś, że niekiedy jesteś okropną konformistką. Bo bronisz czegoś, do czego wewnętrznie sama nie jesteś przekonana. Nie wmówisz mi, że taki wydatek uważasz za rozsądny, ale upierasz się, że tak trzeba.Bo inaczej co ludzie powiedzą.
      Pozdrawiam serdecznie

      Usuń
    14. @ Stary Niedźwiedź

      Nigdy nie twierdziłam, że jestem nonkonformistką totalną. To już ocierałoby się o głupotę, anarchię, a może nawet autyzm. :)

      Poza tym ludzie są mi... potrzebni. O! :)

      Usuń
    15. @ Kira
      Abyś mówiąc, że ludzie są Ci potrzebni O! (jak rozumiem, do kompletu energicznie zginasz rękę w łokciu) była przekonująca, w pierwszej kolejności wypadałoby wypiąć się na to, co nie pasuje do Twojego systemu wartości (nic na pokaz), nie da Tobie żadnych korzyści (chyba, że pod uwagę weźmiemy bolkowe "plusy ujemne") a do tego oznacza bezsensowne wydanie dużych pieniędzy. Wiele razy powtarzałaś, że nie zależy Tobie na opinii... . I tu padały różne niepochlebne określenia, najdelikatniej to nazywając. A ludzie myślący bez problemu zrozumieją, że małżeństwo na dorobku ma wiele pilniejszych wydatków, niż zmontowanie imprezy, na której osoby widziane góra dziesiąty raz w życiu objedzą się do zgagi i popiją jak nieboskie stworzenia. Więc skąd ta metamorfoza? I do tego obrona chyba najmniej tego godnej "tradycyjnej wartości", bo mającej swe źródła w epoce saskiej.
      Pozdrawiam serdecznie.

      Usuń
    16. @ Stary Niedźwiedź

      Żadnej metamorfozy nie było. To, w jakim stopniu i w jakich sytuacjach dopasowujemy się do społeczeństwa (lub choćby tylko do środowiska, w którym żyjemy), zależy od wielu czynników. Ale że w ogóle to dopasowanie ma miejsce, w to chyba nie wątpiłeś? ;) A może myślałeś, że na cudze wesele wybieram się w dresie, a do knajpy na spotkanie ze znajomymi w sukni balowej? ;)

      Nie muszę nikogo przekonywać, że jestem, jaka jestem. No chyba, że potencjalnego pracodawcę, gdyby któraś z moich cech mogła mi zapewnić dobrą posadę. ;)

      Usuń
    17. @ Kira
      Nie będę zatem dłużej przynudzać w kwestii "weselicha", zaliczając Twoje stanowisko w tej sprawie do kategorii "kobieca nieprzewidywalność". Co zawsze dodawało uroku piękniejszej połowie ludzkości.
      Grunt że w sprawach fundamentalnych, takich jak promiskuityzm, narkotyki czy aborcja, nasze poglądy są co najmniej bardzo bliskie.
      Pozdrawiam serdecznie.

      Usuń
  10. anonim anonimowy29.11.2014, 18:01

    "Taka jest istota ślubu kościelnego........ Może to brzmieć dla co poniektórych obco".

    Nie "może" ale brzmi.Stąd ta pierdykologia w wpisie Właścicielki bloga.
    Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tyle, że ja nie piszę o ślubie kościelnym. Wystarczy być choć trochę inteligentnym, żeby to zrozumieć.

      Usuń
    2. anonim anonimowy29.11.2014, 18:43

      " pozornie wieczna instytucja małżeństwa ma się kiepsko".

      Prawdopodobnie sama dobrze nie wiesz o czym piszesz.
      Dla ciebie ma to jakiekolwiek znaczenie:
      Ślub kościelny lub ślub cywilny?
      Co za dziwoląg w takim razie ta "instytucja małżeńska",która ma się kiepsko?

      Usuń
  11. @ Wszyscy

    Myślę, że moglibyśmy wypracować wspólne stanowisko. Albowiem pomimo drastycznych niekiedy różnic w systemach wartości, wyrośliśmy w tej samej kulturze, dotyka nas ta sama rzeczywistość, itp., itd.

    Małżeństwo wydaje mi się być czymś lepszym niż "kocia łapa", jeśli:

    - danej parze zależy na automatycznym dziedziczeniu po sobie (bez płacenia podatku od spadku, będącego zwykłym skur...stwem)

    - w związku pojawiły się dzieci

    - dzięki papierkowi z USC zmniejsza się ilość innych papierków do wypełnienia w urzędach

    - wspólne rozliczanie się z podatku dochodowego przyniosłoby znaczącą poprawę domowego budżetu

    Małżeństwo wydaje mi się NIE być czymś lepszym niż "kocia łapa", jeśli...

    ...w grę nie wchodzi żaden z powyższych czynników


    Pomijam ludzi traktujących małżeństwo jako sakrament.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. @Kira

      Po co wypracowywać wspólne stanowisko?
      Rozmawiamy sobie, ot co. Rozmowa nie musi doprowadzić do kompromisu, czy kapitulacji jednej ze stron.

      Usuń
    2. @ Kira
      Bardzo się cieszę, że udało mi się przekonać Ciebie do elementarnej prawdy. A mianowicie takiej, że gdy ten dokument może znacząco ułatwić życie, zapewnić w razie nieszczęścia automatyczne odziedziczenie istotnych dóbr przez drugą osobę bez łajdackiego zarówno co do swej natury jak i wysokości stawki podatku spadkowego, zmniejszyć wysokość haraczu płaconego fiskusowi czy zapewnić osobie niepracującej ubezpieczenie zdrowotneetc., to TEN "PAPIEREK" MA SENS. A unikanie go przestaje być demonstrowaniem pewnej oryginalnej postawy a staje się KRETYŃSTWEM. Buntem dla samego buntu, kontestacją dla samej kontestacji. Czyli czymś godnym bałwanów nie umiejących liczyć, choć rzekomo powinni.

      Usuń
    3. @ Celsus

      Oczywiście, że nie musimy się ze sobą zgadzać, ale jeśli jednak się zgadzamy, to temu nie zaprzeczajmy. ;)


      @ Stary Niedźwiedź

      Każda para powinna sama oszacować potencjalne zyski i straty.

      Usuń
  12. "Pomijam ludzi traktujących małżeństwo jako sakrament."

    Dlaczego w tak ważnej dyskusji pomijać większość ludzi, których takie postrzeganie małżeństwa dotyczy? Może warto jednak rozwinąć ten wątek, zamiast ograniczać go do poglądów wąskiej grupki osób, traktujących małżeństwo jak założenie spółki z ograniczoną odpowiedzialnością. Spółki, gdzie podstawowe parametry to suma korzyści dla obu stron i weksle zabezpieczające, na wypadek gdyby przedsięwzięcie się nie powiodło. Dla większości ludzi to wielowymiarowa duchowa forma wspólnego dzielenia uczuć, wzajemnej troski, oddania, wierności, potwierdzonych wzajemną przysięgą. a nie formalne udogodnienia w życiu codziennym, obliczone na jakiś zysk. Pozwoliłem sobie na tę refleksję, ponieważ dominujące tu poglądy na temat małżeństwa wydają mi się być mocno spłycone i sprowadzone do przyziemnej formy. Jeżeli kogoś uraziłem, to z góry przepraszam. Chciałem jedynie zwrócić uwagę czytelników na aspekty małżeństwa, które powinny być i często są najważniejszą przesłanką do powiedzenia sobie sakramentalnego "Tak". Dopowiedziała Pani, że chodzi tu bardziej o małżeństwa zawierane w trybie cywilnym, choć z tekstu to w żaden sposób nie wynika, zatem mam nadzieję, że moje przydługie rozwinięcie go wątek sakramentalny nie będzie potraktowane jako nadużycie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czcigodny Groverze
      Napisałeś o punkcie widzenia większości Polaków, dla których ślub ma w pierwszej kolejności składową religijną. Ale nie każdy został obdarzony łaską wiary. I dlatego tę kwestię pominąłem w swojej dyskusji z naszą Gospodynią. Aby uniknąć oskarżenia przez ateotaliban (wyjątkowo głupia, ale wszędzie sie wpychająca grupa) o nachalną katechezę. I wykazać, że nawet podchodząc do ślubu jak do umowy cywilnoprawnej, kontestowanie tej instytucji tak często przynosi kontestatorom ewidentne szkody, że prawie zawsze jest działaniem wbrew swoim interesom. Czyli gówniarskim odmrażaniem sobie uszu, na złość mamie.
      Jako ciekawostkę mogę podać, że wspomniana przeze mknie yndywydualystka, która ulokowała ponad sto tysięcy PLN w mieszkaniu, z którego usunięto ją kopniakiem na jej własne życzenie, do dzisiaj ma pretensje do wszystkich i do wszystkiego. Z wyjątkiem swego debilizmu.
      Pozdrawiam serdecznie.

      Usuń
    2. Korekta:
      Oczywiście "...wspomniana przeze MNIE yndywydualystka..."

      Usuń
    3. @ Grover

      Nie pisałam o sferze duchowej, ponieważ dla mnie małżeństwo byłoby właśnie kontraktem, nie sakramentem. Poza tym wpis dotyczy pewnej niespecjalnie mi miłej postawy, która każe postrzegać kobiety jako istoty zależne od mężczyzny.

      Usuń
  13. @ Celsus (komentarz z 30.11.2014, 13:10)
    12/10 :)
    Pozdrawiam serdecznie.

    OdpowiedzUsuń
  14. Pogląd dotyczący rzekomej znajomości myśli większości Polaków, a tym bardziej większości ludzi w kwestii podejścia do małżeństwa, jest tyleż podszyty fałszem, co megalomański. Wyraża dość typowe dążenie grup o totalitarnych zapędach do uszczęśliwiania jednostek na siłę. Równie dobrze można uważać, że "większość" Polaków żeni się/wychodzi za mąż z pobudek czysto merkantylnych (gdyż umieją i lubią liczyć) lub w wyniku presji otoczenia - podstaw do formułowania opinii tego typu oczywiście brak. Natomiast sprowadzanie złożonych motywacji osób unikających podpisywania urzędowego papierka potwierdzającego zawarcie związku małżeńskiego do kwestii szczeniackiego buntu muszę uznać za czysty kretynizm.
    Anty

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. @Anty...
      nieustanne podkreślanie, jakoby dla większości Polaków komponenta religijna /rzecz jasna według tej jedynej słusznej religii, bo inne to tylko jakieś tam "gusła"/ jest tak samo śmieszne w swojej neurotyczności, jak nieustanne podkreślanie, że żyjemy w kraju katolickim /gdzie katolicka większość osiągnęła już poziom 120%/, także nieustanne podkreślanie, że żyjemy w kraju demokratycznym, wolnym /także wolnorynkowym/, suwerennym, a wolności słowa jest w nim tyle, że brodzimy w niej po same uszy... jest tak samo śmieszne, jak za peerelu nieustanne podkreślanie, że cały naród popiera "socjalistyczną linię partii"...
      rzecz jasna na idiotów to działa i zaczynają w to wierzyć... ot, takie selektywne działanie magii opartej na "Zasadzie Goebbelsa"...
      ...
      zaś co do ostatniego zdania, to masz jak najbardziej rację... co prawda nie można zaprzeczyć, że zdarza się, iż unikanie formalnej rejestracji związku /czyli ślubu/ może mieć czasem podłoże "kontestacji dla samej kontestacji"...
      zaś pewne grupy poglądów upierają się, że z takie podłoże jest u /prawie/ wszystkich, gdyż pojąć nie potrafią banalnego faktu, o którym wcześniej wspomniała Marzena, że /cytuję/:
      "...ci którzy żyją ze sobą bez ślubu, nie robią tego ze strachu przed "papierkiem", tylko dlatego, że on nic dla nich nie znaczy, nie stanowi dla nich żadnej wartości dodanej. Po prostu"...

      Usuń
    2. @ PKanalia i Anty

      Komentarze zawierające krytykę zachowania czy przemycone aluzje ad personam (do moich gości) będą kasowane.

      Usuń
  15. Megalomaństwem jest dopiero wypowiadanie się na temat powodów, dla których Polacy biorą śluby (w przytłaczającej większości kościelne) przez środowiska ateotalibańskie, w których z różnych powodów ślub nie wchodzi w grę. A płytsza od kałuży na minute przed wyschnięciem złota myśl, doszukująca się w tej dyskusji zmuszania kogokolwiek do czegokolwiek, zainteresuje co najwyżej psychiatrę, specjalizującego sie w maniach prześladowczych.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. @ Stary Niedźwiedź

      Ciebie też muszę prosić o ograniczenie się do krytyki samych wypowiedzi, bez insynuacji, co za nimi może stać.

      Usuń
  16. anonim anonimowy01.12.2014, 11:52

    "Komentarze zawierające krytykę...itd".

    Ruki po szwam,tzw."komentatorzy.

    OdpowiedzUsuń
  17. Nie na temat, ale nie mam gdzie napisać.
    Uprzejmie informuję, że wczoraj napisałem wpis, więc już możesz mnie przywrócić w "polecanych". Bo rozumiem że usunęłaś mnie ze względu na zbyt małą aktywność?
    Jak przywrócisz to możesz skasować ten komentarz.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Witaj, MILKu. Niestety, za samą poezję linkować Cię nie będę. Zachęcam do prozy. :)

      Usuń
    2. A to jakieś warunki widzę? Rozumiem sens zaprzestawania polecania bloga ze względu na brak aktywności - wtedy można słusznie podejrzewać że autor bloga opuścił albo tym podobne. Ale nie rozumiem specjalnie sensu zaprzestawania linkowania z powodu formy zawartości. Oczywiście - to Twoja sprawa kogo linkujesz, ale staram się zrozumieć o co chodzi. Przecież nie linkujesz mnie dlatego, że zgadzasz się ze wszystkim co pisze, niemniej i tak bym zrozumiał jeślibyś przestała mnie linkować ze względu na jakąś bardzo kontrowersyjną tezę. Może bym się zdziwił, ale bym zrozumiał. Ale za to, że ostatnio piszę tylko wiersze?? Takie złe te wiersze czy co? W czym poezja gorsza od prozy? Poza tym były okresy że też publikowałem kilka wpisów z samymi wierszami pod rząd i jakoś z tego powodu nie zaprzestawałaś mnie linkować. Więc nie rozumiem co się teraz stało, a chciałbym. Oczywiście powtarzam: masz pełne prawo linkować co chcesz i za co chcesz, jednak byłbym wdzięczny za motywy decyzji. I za podanie, tak na przyszłość, kryteriów, które trzeba spełnić żeby być linkowanym. Bo za chwilę się okaże że proza też zła, bo nie na taki temat, jaki byś chciała. Nie żebym miał się jakoś tym kierować, ale dobrze by było wiedzieć.

      Zapraszam wszystkich:
      http://milkblog.cba.pl

      Usuń
    3. Twój smutek kroi me serce, zacny MILKu! :( Niestety, jestem nieugięta. Częściowo dlatego, że za poezją nie przepadam (aczkolwiek niektóre wiersze uważam za godne polecenia), częściowo dlatego, że Ty się akurat spełniasz w prozie i serdecznie Ci radzę do niej wrócić.

      Usuń
    4. Nie wiem czy się spełniam w prozie, to jest raczej publicystyka, opowiadania mi nie wychodzą, mam za dużo pomysłów, a za mało czasu. Wiersze się szybciej jakoś układa.
      A mogą być linki do prozy? Jeśli tak, to zaraz dam linka do komentarzy na gosc.pl, to będziesz mogła już mnie chyba spokojnie, z poszanowaniem Twojego własnego Schematu (właśnie tak! Bardzo dobrze, że go przełożyłaś nad krojące się serce:)) zacząć znowu linkować.

      Zapraszam wszystkich:
      http://milkblog.cba.pl

      Usuń
    5. @ MILK

      Są w życiu rzeczy ważne i... ważniejsze. Sprawiedliwość jest bardzo dobra. Miłosierdzie - jeszcze lepsze. Linkuję Cię.

      Usuń
    6. @ Kira
      Braku miłosierdzia akurat w tym przypadku nikt Tobie nie może zarzucić. Bo zamieszczając ten link, udowodniłaś że jesteś nieograniczenie miłosierna. Jaka szkoda że te linkowane POGLĄDY są jedynie niemiłosiernie ograniczone.
      Pozdrawiam serdecznie.

      Usuń
    7. @ Stary Niedźwiedź

      Niektóre z tekstów MILKa podobały mi się. Na przykład ten: http://milkblog.cba.pl/?p=831


      @ MILK

      Z krótkiej wzmianki w jednym z Twoich wpisów dowiedziałam się, że oglądałeś "Atlas chmur". Nie sądziłam, że taka popkulturowa produkcja może skusić tak poważnego człowieka, jak Ty. :) A może rozważyłbyś pisanie o sztuce, filmach, książkach? Coś mi mówi, że Twoje recenzje zyskałyby większą popularność niż to wieczne filozofowanie. Na razie bowiem piszesz dla szalenie wąskiego grona czytelników.

      Usuń
    8. O sztuce owszem, mógłbym pisać i przecież pisałem - ale zawsze w nawiązaniu do filozofii, polityki, bo przecież sztuka, wg mojej definicji, ma jakieś poglądy przekazywać. Natomiast walory estetyczne? O tym nie za bardzo bym wiedział jak napisać, nie byłoby tego dużo, poza tym nie za bardzo mi się chce. A po drugie poza tym: wbrew temu co Ci się może zdawać, nie oglądam "kina zaangażowanego", czytam też niezbyt często de facto. Popatrzmy... Co bym miał recenzować? Książki JKM-a? Michalkiewicza? Wielomskiego recenzowałem - nawet 2 książki. Powieści? Recenzuję, gdy spotkam ciekawe poglądy - jak u Rand chociażby. A z filmów? Sensacyjne, komedie czy co? Myślisz, że siedzę i oglądam bardzo ambitne filmy? Jeśli tak, to się cieszę, że robię takie wrażenie:) Ale tak wcale nie jest.
      Sztuka mnie nie fascynuje aż tak, żebym chciał i umiał o niej napisać coś więcej niż parę luźnych zdań. Jeżeli jednak mnie tak zafascynuje - to piszę. Ale wolę zdecydowanie pisać o poglądach, o filozofii, o polityce. De facto w kółko o tym samym innymi słowami. No i ulepszam argumenty, ulepszam moją filozofię - w zmierzeniu z kontrargumentami innych, a czasami i swoimi.

      Zapraszam wszystkich:
      http://milkblog.cba.pl

      Usuń
  18. @ Kira
    Swego czasu Jerzy Stuhr śpiewał tak drewnianym głosem, że widownia płakała ze śmiechu:
    Śpiewać każdy może,
    Trochę lepiej lub trochę gorzej.
    Czasami człowiek musi.
    Inaczej się udusi.
    Ja się wcale nie chwalę,
    Ja po prostu mam talent.
    Zamień "śpiewać" na "rymować" i będziesz miała credo poezji, niedocenionej przez profanów niegodnych tych strof, których sam Apollo by pozazdrościł.
    Pozdrawiam, ubawiony do łez.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. @ Kira
      A oto całość:

      Śpiewać każdy może,
      trochę lepiej, lub trochę gorzej,
      ale nie oto chodzi,
      jak co komu wychodzi.
      Czasami człowiek musi,
      inaczej się udusi,
      uuu

      Lubię piosenki, różne inne dźwięki
      szczególnie jak mnie co wzruszy
      rzuca mnie się na uszy.
      Teraz będę już szczery
      wybrałem drogę kariery,
      kariery na estradzie,
      na pewno sobie poradzę.

      Stoję przy mikrofonie,
      niech mnie który przegoni,
      różne sceny, brygady,
      już nie dadzą mi rady
      bo ja się wcale nie chwalę
      ja po prostu niestety mam talent.

      Jak człowiek wierzy w siebie,
      to cała reszta to betka,
      nie ma takiej rury na świecie,
      której nie można odetkać
      wejść na estradę i zostać,
      cała reszta to rzecz prosta.

      A ja wiem co jest grane,
      dlatego tutaj zostanę,
      będę śpiewał piosenki
      będą klaskać panienki
      będą dawać mi kwiaty
      będę teraz bogaty
      bo ja się wcale nie chwalę
      ja niestety mam talent
      jak głos wydaje z siebie
      wszyscy są w siódmym niebie

      Stoję przy mikrofonie,
      niech mnie który przegoni,
      wszystkie sceny, brygady,
      już nie dadzą mi rady
      nikt mnie tutaj nie kiwnie
      bo odczuje to dziwnie
      ja nikogo nie straszę,
      ja talentem niestety go gaszę.
      Bardzo lubię piosenki,
      i różne inne dźwięki
      szczególnie jak mnie co wzruszy
      rzuca mnie się na uszy
      Ja znam ładne szlagiery
      pójdę drogą kariery.

      :))))))))

      Usuń
  19. Przypominam tchórzliwemu Anonimowi Anonimowemu, że nie wolno u mnie krytykować OSÓB. A do krytyki twórczości każdy ma prawo. Jak się nie podoba - won!

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...