19.11.2014

Między gwiazdami, między wymiarami


Ten film miał potencjał. To mogła być piękna opowieść o potędze miłości lub szaleńczej próbie ratowania ludzkiego gatunku. Lub przynajmniej niezła space opera. Właściwie to trudno powiedzieć, co poszło nie tak...




Czego tutaj nie napakowano... Mamy wielokrotnie przewijający się wątek miłości (zwłaszcza pomiędzy ojcem a córką); mamy tunel czasoprzestrzenny i czarną dziurę; mamy niby-duchy, niby-kosmitów i piąty wymiar (pokazany zadziwiająco trójwymiarowo ;)); no i coś, co jest ostatnio nader częstym motywem w blockbusterach: rychłą zagładę ludzkości*. Cóż jednak z tego, skoro każdy z tych elementów wydaje się być zaledwie szkicem, a nie pełnym obrazem? Rozpacz ojca mającego świadomość, że prawdopodobnie już nigdy nie ujrzy swoich dzieci, szalona wyprawa w Kosmos, lądowanie na dwóch planetach, skok w czarną dziurę – wszystko to zostało pokazane poprawnie, nie przeczę. Ale poprawność nadaje się do telewizji, nie na duży ekran. W głowę zachodzę, jak to możliwe, że niespełna trzygodzinna produkcja wygląda na pilot serialu, którego fabuła ma być w zamierzeniu rozwinięta w następnych odcinkach.

Żebyście mnie dobrze zrozumieli: po pierwsze, to nie jestem specjalnie rozczarowana. Film nie jest ani dobry, ani zły. Ot, przeciętna, czyli niezbyt mądra hollywoodzka historyjka, podszyta – jak to mówi mój Ukochany – „typowym amerykańskim patosem”. Momentami daje do myślenia, wzrusza, porusza, itp., itd., znacznie częściej jednak nuży i męczy. Cały czas łapałam się na myśli, że to wszystko już było – i to znacznie lepiej (czyt. sprawniej, ciekawiej, bardziej przekonująco) opowiedziane.

Po drugie, nie czepiam się również typowych dla hollywoodzkich obrazów kretynizmów. Nie gorszy mnie ani wysłanie na najważniejszą rzekomo wyprawę wszechczasów garstki ledwo przeszkolonych ludzi i robota, ani mistyczne wręcz spojrzenie na czarną dziurę jako na swoisty wehikuł czasu, ani kompletnie niewiarygodne z psychologicznego punktu widzenia zachowania bohaterów. To przecież tylko bajeczka dla mas.

Czepiam się tego, że tę bajeczkę można było przedstawić tak, żeby zapadła w pamięć. A mnie została w głowie tylko osobliwa muzyka i kilka co ciekawszych kadrów. Można popatrzeć na ładnie się starzejącego Matthew McConaughey’a, zachwycić się przeuroczą Mackenzie Foy, popodziwiać wiarygodne ponoć zdjęcia kosmicznej pustki. Ale zważywszy na rozbuchane oczekiwania widowni, to chyba trochę za mało.

Jeśli ktoś oczekiwał, że końcówka udzieli odpowiedzi na pytania o przyszłość zagrożonej ludzkości, ten dozna lekkiego zawodu. Może i słusznie, w końcu to nie przygody na dalekich rubieżach Kosmosu są tutaj najważniejsze, a dramat rozdzielonej rodziny. Zastanawiam się, czy nie lepiej by było, gdyby reżyser pokusił się o pewien niezbyt fajny, ale zarazem mocny chwyt: otóż zarówno dewastujące Ziemię katastrofy naturalne, jak i ekspedycja w Kosmos powinny się okazać... przykrym snem głównego bohatera. Rozwiązanie dziwaczne, nieuczciwe wobec widza i szalenie ryzykowne, niemniej w przypadku tej właśnie produkcji przemianowanie space opery na somnambuliczne miraże mogłoby się opłacić. W momencie, gdy protagonista styka się z umierającą córką, pozwalamy mu przebudzić się z koszmaru. Do zlanego potem i łzami mężczyzny powoli dociera, że nie opuścił planety, a tym samym problem z ginącymi uprawami jest wciąż aktualny. Ale może da się go rozwiązać w jakiś normalny sposób, bez konieczności wchodzenia w pakt ze stukniętym profesorkiem, bez wyruszania na straceńczą misję, bez porzucania dzieci?

Ale skończyło się, jak się skończyło. Daję „Interstellar” mocną trójkę i... raczej odradzam wypad do kina, zwłaszcza jeśli nie jesteście miłośnikami gatunku (swoją drogą, ani to melodramat, ani porządne science fiction). Gwoli uczciwości dodam, że gdyby ten obraz powstał dziesięć lat temu, oceniłabym go zapewne znacznie przychylniej. Mam jednak trzydzieści kilka lat i dziesiątki seansów filmów fantastycznych za sobą. Ciężko mnie zadowolić. Nie kierujcie się zatem moją opinią, gdyż być może przemawia przeze mnie zepsuta malkontentka. ;) Recenzje są w większości pozytywne, a widzowie na ogół zadowoleni, o czym świadczą dyskusje na stronie filmu.

* * *

* Czasami odnoszę wrażenie, że ludzie czekają na tę apokalipsę jak na zbawienie. Koniec świata byłby wszak kresem codziennego znoju, użerania się z rodziną i sąsiadami, a przede wszystkim – z poczuciem absolutnego bezsensu własnego żywota. Niestety dla nas, meteory wciąż omijają naszą planetę, a i my sami nie nadążamy jej wystarczająco szybko i efektywnie zatruwać. I wciąż po niedzieli przychodzi cholerny poniedziałek, kiedy trzeba zwlec się z łóżka i zapierniczać do znienawidzonej roboty.

16 komentarzy:

  1. hm... czyli mam rozumieć, że pomimo poprawności warsztatowej za dużo naćkano grzybów w jeden barszcz?... no cóż... zapewne kiedyś, gdy łykałem wszystkie "space opery" /filmowe i książkowe/, jak leci niczym pierogi w jednej z moich ulubionych knajpek, poszedłbym na to bezdyskusyjnie, ale po tej recenzji?... zwłaszcza, że te "pierogi" w końcu zaczęły mnie kiedyś nudzić...
    ...
    a co do odnośnika, to chyba raczej jest odwrotnie... ludzie tworzą sobie różne ragnaroki, armageddony czy inne apokalipsy dlatego, bo wierzą, że to nie nastąpi /a przynajmniej nie wierzą, że nastąpi/... tymczasem to już trwa, tylko bardzo ślamazarnie, więc żyjąc i percepując świat innym tempem na co dzień tego nie zauważamy... tak jak obserwując drzewo nie zauważamy, że ono rośnie... tylko od czasu do czasu nachodzi spostrzeżenie /przykładowo/: "co?... tak mało rysi iberyjskich zostało?... no patrzcie państwo, co to się wyprawia... a tyle ich jeszcze się pętało po okolicy"...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hmm, może jednak nie warto się sugerować moim zdaniem? Może odebrałbyś ten obraz inaczej?

      Tak, masz rację, koniec świata raczej nie nastąpi w jeden dzień.

      Usuń
    2. @Kira...
      na proces decyzyjny "czy iść na jakiś film, czy nie?" ma wpływ całe mnóstwo czynników... czyjeś recenzje nie są u mnie bynajmniej tym najważniejszym... wyjątkiem była kiedyś, wiele, wiele lat temu pewna pani z wypożyczalni video... gdy szedłem wymienić kasety, moja Mama często mówiła: "wiesz, weź coś takiego, no, takiego dla mnie"... zgodnie z życzeniem na koniec całej procedury mówiłem w wypożyczalni "poproszę jeszcze coś takiego, no wie pani, coś dla mamy"... okazywało się, że Mama zawsze była zadowolona, co więcej, ten film wszystkim w domu się podobał /dodam, że gatunkowo te filmy były raczej nieklasyfikowalne, ot takie "middle of the road", jednak ambitniejsze od "kina familijnego"/...

      Usuń
  2. Czcigodna Kiro
    Filmów z gatunku SF po prostu nie oglądam, gdyż dedykowane są widowni, która za diabła nie zdałaby matury z fizyki. Gdy Kaczor Donald, siedząc w łódce, zaczął dmuchać w żagiel a łódka popłynęła, było to komiczne, bo mieściło się w konwencji absurdalnego poczucia humoru ponadczasowych kreskówek Disney'a. A to, co pokazują na tych filmach, jest jedynie porażająco głupie. I dlatego Milom pisząc o tym nurcie kina, używa określenia SyF.
    Pozdrawiam serdecznie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. @ Stary Niedźwiedź

      Ależ to oczywiste, że nie kieruję swojej amatorskiej recenzji do osób mających większe niż przeciętne pojęcie o prawach fizyki. ;) Aczkolwiek Christopher Nolan (reżyser) długo konsultował się przed przystąpieniem do kręcenia zdjęć z fizykiem teoretycznym (wiem to z działu "Ciekawostki" ze strony filmu).

      Nie ma co się boczyć na SF. Nawet najbardziej wyuzdana wyobraźnia nie zaszkodzi, jeśli będzie ją kontrolować rozum.

      Usuń
  3. Mam wrażenie, że fanatycy końca świata to ludzie, dla których taki koniec oznaczałby w końcu jakieś przeżycie w ich jałowym bytowaniu. Apokalipsa, wojna - to katastrofa, nie wielka przygoda.

    P.S. Kiro, recenzja -jak zawsze - świetna :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki, ale to czysta amatorszczyzna. Polecam recenzje na stronie filmu.

      Usuń
    2. Wolę Twoją "amatorszczyznę"! Nie doceniasz swoich umiejętności, polotu w budowaniu opowieści o opowieści ( tym razem filmowej, jednakże czytałam już inne Twoje recenzje, więc mam wyrobioną opinię).

      Usuń
    3. @ Marzena

      Cóż, dziękuję. Aczkolwiek nie mam lekkiego pióra, a i weny często brakuje.

      Usuń
  4. Kiro - i ja, jak Marzena, uważam, że ładnie , ciekawie piszesz. A SF - cóz, nie przepadam, może zniechęcona filmami z mojej młodości, piekielnie naiwnymi . To, że odrealnione to jakoś mi nie przeszkadza, widomo- konwencja

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. @ An-Ka

      A co lubisz?

      Usuń
    2. Ooo... nie mam jakiegoś umiłowanego gatunku, lubię obyczajowe (nie romanse) , lubię dobre thrillery, komedie - obejrzę, ale musi być naprawdę dobra. Dobrym filmem z epoki tez nie pogardzę

      Usuń
  5. Mnie także nie interesują filmy SF. SF tworzy co najwyżej osobliwą scenografię. Nie mam jednak wygórowanego gustu. Lubię na przykład filmy o rekinach - ale ukazujące ich humanizm.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O, to muszą być dzieła z wyższej półki. Chętnie bym któreś z nich obejrzała. Z potworną nietolerancją wobec rekinów można walczyć jedynie uświadamiając ludzi, jak wrażliwe i pełne wewnętrznego ciepła są to stworzenia. (A że jest to ciepło stygnących błyskawicznie w ich żołądkach zwłok, to już mniejsza...)

      Usuń
  6. "I wciąż po niedzieli przychodzi cholerny poniedziałek, kiedy trzeba zwlec się z łóżka i zapierniczać do znienawidzonej roboty."

    Jakiej "roboty",jeżeli to nie tajemnica?

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...