30.01.2014

Zapomniana diwa


Co się stało z tą piękną kobietą? Dlaczego nigdzie jej nie widać, nie słychać? Dlaczego wszelakie gale, otwarcia, kiermasze i uroczystości są „uświetniane” przez najróżniejsze dziadziejące matuzalemy, które już dawno powinny ustąpić miejsca młodszym i – wybaczcie – zdolniejszym, a Jej nikt nie zaprasza?

Nie, nie chodzi o to, że stary piosenkarz to zły piosenkarz. Nie śmiałabym tak napisać o Karelu Gottcie czy Stanie Borysie. Ale to są wyjątki. Kiedy widzę przy mikrofonie Rynkowskiego, Krawczyka, Rodowicz, Borysewicza czy innego „wiecznie młodego” pieśniarza, to aż mnie skręca. Bynajmniej nie z rozkoszy. Chrapliwe, przepite głosy, zgrane do cna przeboje. No ale zapraszają ich. Płacą im grubą kasę za najbardziej nawet żenujący występ. A o Niej chyba zapomnieli...

Tak, wiem, co powiecie: to kwestia gustu. Jedni lubią Bajm, inni Budkę Suflera, jeszcze innych kręci Perfect. Mnie zaś zachwyca właśnie Ona. I jestem pewna, że gdyby tylko mogła, gdyby dano jej szansę, to brylowałaby w mediach, przyćmiewając tych wszystkich żałosnych chałturników, z których część rozsypuje się ze starości, a część – z nadmiernego chlania i dawania sobie w żyłę.

Ale zaraz... A może Ona już nie chce? Może czuje się wypalona? Może ma dla siebie zbyt dużo szacunku, by wałkować stary repertuar, a na nowy nie ma już sił, chęci, pomysłu? Hmm...

Tak czy siak, chylę przed Panią czoło, Pani Zdzisławo. Jest Pani cudowna.







29.01.2014

O, słodka naiwności - jakżeś wciąż popularna!


Po spłodzeniu dwóch tekstów o konkubinacie (tu i tu) wydawało mi się, że nie mam już na ten temat nic do dodania. Oto jednak Erinti odniosła się do „oddalenia” przez prezydenta Francji Pierwszej Konkubiny – no i naszło mnie, żeby sobie troszkę z miłą blogerką popolemizować. ;) Albowiem:

Prim0 – nie lubię uogólnień, a sugestia, że małżeństwo lepiej służy kobiecie niż konkubinat, jest takim właśnie paskudnym uogólnieniem (podobnie jak teksty typu: „Praca jest, tylko trzeba chcieć ją znaleźć” czy „Polska to katolicki kraj”).

Secundo – obudziłam się w środku nocy po sześciu i pół godzinie snu i stwierdziłam, że nie ma już co spać, skoro i tak niedługo czeka mnie poranny spacer z psami. ;)

Przede wszystkim zarzekam się, że gdyby nie zacna Erinti, to zapewne cały ten „skandal” zostałby przeze mnie potraktowany na zasadzie głupawej ciekawostki, którą nie warto zawracać sobie głowy. Ot, kompletne pierdoły, jak zresztą 90% newsów. Cóż mnie bowiem może obchodzić rozpad związku jakichś obcych ludzi? Mało to mam tego wokół siebie? Ludzie się schodzą i rozchodzą – ot, życie. Gorzej, kiedy za owo zejście czy rozejście się trzeba płacić największemu złodziejowi naszych czasów, czyli państwu.

Rozstała się jedna z wielu znanych par. No i co z tego? A, przepraszam, mamy tutaj jednak poważną niestosowność: facet beztrosko swoją kobitkę zdradzał. Tyle że, jak czytamy we Frondzie, stałość w uczuciach nigdy nie była jego mocną stroną. Ot, niedojrzały kurdupelek, niespecjalnie nawet przystojny, dzierżący wszakże tak lukratywne stanowisko, że mało która mogłaby mu się oprzeć. Idę o zakład, że nawet gdyby raczył był poślubić panią Trierweiler, to ta prędzej czy później musiałaby znosić albo jego ciche zdrady, albo przykrości publicznego rozwodu. Tak więc w tym przypadku można mówić wyłącznie o szczęściu. A że bolało? Zawsze boli! Papierek z urzędową pieczątką przed tym nie uchroni.

Moja osobista deklaracja moralna: nie wolno zdradzać. Poprzez zdradę rozumiem nie tylko współżycie seksualne, ale także zbyt śmiały flirt, mogący teoretycznie doprowadzić do jakiegoś, hmm, zbliżenia. Kto uważa, że wierność należy się wyłącznie żonie, zaś kochance już nie bardzo, ten najwidoczniej wyznaje odmienną moralność od mojej.

A teraz pochylmy się nad samym rozstaniem, czyli zjawiskiem najzupełniej w naszej kulturze normalnym (a już o niebo lepszym od tkwienia w martwym związku). Czy „oddalona” kochanka naprawdę budzi się „z ręką w nocniku”? Cóż, to możliwe – jeżeli zgodziła się na ten układ wbrew sobie. Zauważcie jednak, iż dla takich niewiast papierek nie byłby żadnym ratunkiem. Albo się jest rozumną, szanującą się kobietą, albo tępą, pozbawioną godności dziwką. Dla tych pierwszych konkubinat jest świadomym wyborem; te drugie do końca życia pozostaną ofiarami losu, chylącymi głowę przed kaprysami kochanka/męża i pozostającymi (choćby tylko emocjonalnie) na jego łasce i niełasce.

Ślub nie ratuje przed rozpaczą. Ani nawet przed – całkiem dosłownie rozumianą – biedą. Kiedy mężczyzna pomiata partnerką, traktując ją jak kuchtę z trzema otworami na penisa; kiedy ją potem wymienia na „nowszy model”, najczęściej młodszy i bezdzietny; kiedy olewa płacenie alimentów na dzieci, notorycznie zgrywając przed sądem biedaka – to ów nieszczęsny papierek niewiele kobiecie pomoże. A jeśli jeszcze była ona wcześniej tzw. niepracującą matką, to przysłowiowy „nocnik” wypełnia się po brzegi (choć w tym ostatnim przypadku ponosi po prostu konsekwencje własnej lekkomyślności).

Dlatego gardzę deklaracjami, przysięgami, zapewnieniami. Wszelkimi! Wielkie słowa chwytają za serce, ale to czyny – te wielkie i te małe – zmieniają świat (lub przynajmniej nasze życie). Współczuję tym, którzy nie będąc chrześcijanami, wierzą w moc urzędowej formułki, mającej rzekomo zapewniać kobiecie dobre samopoczucie. Michelle Obama mogłaby im coś o tym opowiedzieć...

26.01.2014

Maleńkie, skromne, czarujące...


Wyznanie: Przepadam za malutkimi domkami! Są prześliczne! Tak, wiem, brzmi dziecinnie. ;) Ale chyba już na tyle dobrze mnie znacie, by wiedzieć, że gdy opisuję jakieś frapujące mnie zjawisko, cała powaga, jaką powinna się odznaczać niespełna 33-letnia kobieta, znika jak „sen jaki złoty”. No spójrzcie tylko! :)












To właśnie w takich cudeńkach można – nie, przepraszam! – trzeba realizować szlachetną ideę minimalizmu. Niewielki metraż wymusza żelazną dyscyplinę w utrzymaniu porządku oraz rezygnację z posiadania nadmiernej ilości przedmiotów.












Co prawda kiedy tak się nad tym dłużej zastanowię, to stwierdzam, że moja wymarzona chatynka powinna być jednak… nieco większa. Nie oszukujmy się, te wszystkie genialnie zaprojektowane maleństwa niespecjalnie pasują do naszego klimatu. W cieplejszych rejonach świata mieszkaniec takiej chałupki, zmęczywszy się przebywaniem w jej ciasnych wnętrzach, może w każdej chwili wyjść na zewnątrz i rozkoszować się otwartą przestrzenią. My, Polacy, takiego komfortu nie mamy i przez niemal pół roku musimy znosić potworności zimowej aury. W związku z tym nasze domy i mieszkania nie mogą nam służyć wyłącznie jako skrzyżowanie sypialni z łaźnią, jak by to było w przypadku prawdziwego tiny house. Ten, kto spędza w czterech ścianach większą część życia, z pewnością chciałby móc w swoim domu pobiegać, poskakać, pobawić się ze zwierzętami, zaprosić większą liczbę gości. Pogodzeniem idei budowlanego minimalizmu z polskimi warunkami pogodowymi (oraz kulturowymi) mógłby być domek z ogromnym salonem oraz paroma znacznie mniejszymi izdebkami (sypialnie, kuchnia, dwie łazienki). Rozkład pomieszczeń powinien zapewniać maksymalne wykorzystanie miejsca (zero zaułków, załomów, niepotrzebnych wnęk), zaś ich wystrój – łatwe i szybkie sprzątanie. To ostatnie umożliwiłoby dość, hmm, niecodzienne rozwiązanie: połączenie kuchni z łazienką (dla niektórych skandal ;)).

Jak by to mogło wyglądać? Poniżej przedstawiam kilka narysowanych w programie Paint schemacików. Prościuteńkie i kompletnie nieprofesjonalne, dają jednak jako takie wyobrażenie, o czym mi się zdarza (aż nazbyt często ;)) fantazjować:






 








 










Jak widać, niektóre z tych domków są całkiem spore. Niemniej w ostatecznym rozrachunku i tak byłyby tańsze w utrzymaniu, niż „zdobiące” nasz kraj wielkie, a szkaradne potworki, rujnujące właścicieli comiesięcznymi rachunkami za ogrzewanie. To propozycja i dla biednych, i dla minimalistów z powołania, i dla takich wygodnisiów, jak ja. ;)

Niestety, na razie mogę sobie tylko pomarzyć... :)

24.01.2014

Frasunki pani N.


Znajoma rodziców, pani N. (jest to pierwsza litera jej imienia) zakupiła ponad dziesięć lat temu spory kawałek ziemi (kilka hektarów) wraz ze zrujnowanym dworkiem. Od tego momentu w jej życiu nastąpiły poważne zmiany. Postronny obserwator uznałby zapewne, że są to zmiany na gorsze; być może nawet pozwoliłby sobie na użycie słowa „gehenna”. Ja jednak – mając na uwadze, iż nie mam wglądu w umysł czy duszę pani N. – powstrzymam się od takich kategorycznych sądów.

Przede wszystkim ów dworek wraz z otaczającym go podobno wspaniałym parkiem jest zabytkiem. Na każdą poważniejszą naprawę tego uroczego, lecz straszliwie zaniedbanego domku, ba, nawet na wycięcie jednej jedynej gałęzi któregokolwiek z rosnących na działce drzew potrzebna jest zgoda konserwatora zabytków. A taki delikwent chce, jak wiadomo, „w łapę”. Na to pani N. jest albo zbyt uczciwa, albo zbyt biedna. To ostatnie nie jest wynikiem zbyt niskich zarobków, tylko jej szalonej niegospodarności tudzież braku rozsądku.

Kolejnym problemem pani N. są wredni sąsiedzi. Wcześniej mogli swobodnie przejeżdżać przez działkę, co znacznie skracało im drogę do miasta czy innych wsi. Nowa właścicielka położyła tym praktykom kres i tym samym wkroczyła z częścią wieśniaków na wojenną ścieżkę. Rozkopywanie sadzonek, ukręcanie gałęzi, by uschły, niszczenie mienia, wyzwiska – to wszystko spotkało i nadal spotyka nieszczęsną panią N. Odbyło się już parę rozpraw sądowych, ale nie przyniosły one specjalnej poprawy. Policja? Spisze zeznania i odjedzie. Nawet najbardziej agresywna z tej bandy sąsiadka, która ma podobno „coś z głową”, nie została w żaden sposób ukarana.

Wszystko to wiem z relacji moich rodziców, których poczciwa pani N. traktuje niczym parę darmowych psychoterapeutów. Za jej plecami (czyli przede mną) wylewają na nią gorzkie słowa, wypominając jej, że zawsze mówi tylko o sobie, jest męcząca, upierdliwa, lekkomyślna, etc, etc. Ja jednak myślę, iż w głębi duszy cieszą się z jej istnienia. Cóż może nas spotkać lepszego od zetknięcia się z człowiekiem, przy którym my sami wypadamy wręcz wyśmienicie? ;) Z całą pewnością bowiem na tle pani N. – będącej zmanierowaną, dość egocentryczną damulką, która udaje „wielką panią”, choć tak naprawdę ledwo wiąże koniec z końcem (powód: patrz wyżej) – moi rodzice wyglądają na cudownie prostolinijnych, twardo stąpających po ziemi i nad wyraz roztropnych ludzi. Za to pani N. wychodzi na kompletną idiotkę.

Ja z kolei lubię tę zagubioną, czepiającą się swoich śmiesznych fantazji kobietę. Rozpaczliwie próbuje wyrwać dla siebie coś z życia, urządzić kawałek świata po swojemu. Jest w tym bardzo podobna do mnie, może stąd ta sympatia. Nie twierdzę, że jest starszą (o ponad trzydzieści lat) wersją mnie; nie jestem nawet w jednej ćwierci tak wytworna jak ona. ;) Niemniej kiedy słucham opowieści o jej szarpaninie z podłymi ludźmi, przypominają mi się własne przeżycia i staję całym sercem po jej stronie. Stąd też stanowcze oświadczenia ojca, iż najsensowniej by było szybko sprzedać felerną posiadłość, napotykają mój delikatny sprzeciw. Kto wie, może to wszystko przynosi jej więcej radości niż przykrości? Czy w przeciwnym wypadku chciałoby jej się użerać z pazernymi urzędasami? Czy znosiłaby niepojęte dla mnie akty wrogości ze strony agresywnego wiejskiego bydła?

Czasami się zastanawiam, co bym zrobiła miejscu pani N. Czy postawiłabym na pokorę i przeczekanie gniewu wieśniaków czy może starałabym się jakoś bronić? A może uciekłabym stamtąd, jak mam to w zwyczaju, gdy wdepnę w toksyczne środowisko? Nie mam bladego pojęcia. Załóżmy jednak, że postanowiłabym zatrzymać nieruchomość – co wówczas? W państwie prawa wszystko załatwiłoby... no, kto powie? Prawo! A w pieprzonej, nierządnej Polsce? Cóż, pozostawię to Waszej domyślności. Moje poglądy znacie: ten, kto atakuje niewinnego człowieka (czy to będziemy my, czy nasza rodzina, czy ktoś zupełnie nam obcy), zasługuje na solidną karę. A że jak to się mówi w miłości i na wojnie wszystkie chwyty dozwolone... ;)

20.01.2014

Idą zmiany?


Przepraszam, że o polityce, ale tym razem króciutko. Chcę bowiem tylko napisać:

W PEŁNI SIĘ ZGADZAM Z PROPOZYCJAMI PANA DAVIDA CAMERONA.

18.01.2014

A w Lublinie...



Zachęcam do przeczytania całego artykułu (jest krótki). Następnie warto się zapoznać z reakcją moich „ziomali” na to chuligańskie wydarzenie.

Mój komentarz:
To, że muzułmanie (będący często Arabami) robią burdel w Europie zachodniej, nie oznacza, że każdy człowiek o śniadej skórze musi być terrorystą. A tak się często o nich myśli. Ohydne...

Odpowiedzi:
  • jak ci beda kazali lazic z zakryta glowa to sie przekonasz jacy sa i beda cie skazywali na smierc za krzyzyk na szyi, zal mi ludzi ktorzy mysla ze sa tacy cosmopoliyczni i sadza ze islam im odpusci bo poki jest ich nieco mniej to sa skryci a i tak rzadza sie jak u siebie, polecam ci wyjazd do arabii wlasnie i tam zacznij sie rzucac twoj leb wrocilby osobno od tulowia,...
  • NA WSZELKI WYPADEK TRZEBA JEDNAK UWAZAC ICH ZA ISLAMISTYCZNYCH BANDYTOW ZWLASZCZA GDY SA Z ARABI SAUDYJSKIEJ GDZIE PANUJE WAHABIZM NAJBARDZIEJ RADYKALNY ODLAM WIARY W PROROKA. CHLOPCY MOZE TAM TROSZKE PRZESADZILI ALE NIECH OBCY WIEDZA ZE SA NIE U SIEBIE . AMEN
  • Zgadza się. Nie każdy muzułmanin to terrorysta,ale każdy terrorysta to muzułmanin.Więc szach i mat matole!

Zwracam się teraz do jednego z moich czytelników, który występuje tu pod pseudonimem Mędrek. Drogi Mędrku, jeśli jeszcze raz zaczniesz mi wmawiać, że Internet nie ma nic wspólnego ze światem, który mam za oknem, to padnę ze śmiechu. Zarówno w wirtualu, jak i w realu, Polacy zachowują się jak bydło tępe, bezmyślne, agresywne, półpiśmienne, ogłupione przez każdego hochsztaplera czy szaleńca, który obieca motłochowi wódę i/lub igrzyska. Jeżeli takie überbydlę powie reszcie całkiem już przeciętnego bydła, iż nie ma żadnej różnicy pomiędzy terrorystą a stojącym spokojnie człowiekiem, to bydło tylko groźnie zamuczy i pójdzie nawalać „ciapatych”. Bo przecież każdy Arab marzy, by jak najszybciej wprowadzić w Polsce prawo szariatu (podobnie jak każda feministka, by krzewić w żłobkach gender, zaś Jerzy Owsiak, by rozpić, upalić i skurwić niewinną polską młodzież).

Na to się nic nie poradzi, proszę państwa. Nie wygra się z überbydlęciem, niezależnie od tego, czy jest nim popularny bloger, polityk, celebryta czy insza persona, lubująca się w szczuciu jednych na drugich. Nie wygra się też z legionem ordynarnych zakapiorów, których takie überbydlę pozyska. O kretynach, którzy zaczną mi pewnie wypominać, że broniąc tych konkretnych Arabów staję po stronie wszystkich muzułmańskich skurwysynów, nie warto nawet wspominać (wiem, że tacy też do mnie zaglądają).

17.01.2014

Pogawędka


Gram w literaki z 27-letnim facetem. Rozmawiamy:

Ja: Witam.

Gracz: siemanko

Gracz: co kirasz?

Ja: ?

Ja: O co chodzi?

Gracz: o nosek

Ja: ?

Gracz: co wachasz

Ja: NIC

Gracz: jak nic

Gracz: a powietrze? heh

Ja: Wiesz, nie znam się na młodziezowym slangu. Czyżby mój nick z czymś Ci się kojarzył?

Ja: młodzieżowym

Gracz: już nie rób z siebie takiej starej ;) owszem. z wachaniem

Gra się kończy. Przegrałam.

Ja: Dzięki.

Ja: Na razie.

Odchodzę.


Ten króciutki dialog uzmysłowił mi, że:

1) Żaden nick nie jest w stu procentach bezpieczny. To, co dla mnie było neutralną zbitką czterech liter, dla innych może stanowić sugestię, jakobym umilała sobie życie przyjmowaniem donosowo najrozmaitszego świństwa.

2) Jestem odmieńcem. Białym irysem na tle niebieskich. No dobra, zawsze to wiedziałam, lecz teraz odczułam to jakby... boleśniej. Jaki normalny człowiek przestrzega zasad ortografii i interpunkcji??? Niemal wszyscy bełkoczą, dukają, mamlają, używają skrótów, olewają znaki diakrytyczne  i czują się z tym wyśmienicie.

Takie czasy?

15.01.2014

Czysty seks


Parę dni temu natrafiłam na pewien teledysk. Od tej pory obejrzałam go chyba z kilkadziesiąt razy. Kiedy coś mnie naprawdę zafascynuje, potrafię to oglądać (słuchać, czytać, etc) raz po raz, aż do przesytu. To jest właśnie to, co uwielbiam w erotyce: lekka perwersja, zmysłowość, wyrafinowanie, tężejący w pożądaniu nastrój. Taniec kobiety jest ostry, ale nie wulgarny; mężczyźni zabawni, ale nie śmieszni. Do tego scena z kotem, splecione w uścisku nagie ciała, „bójka” przy barze – wszystkie te na pozór chaotycznie wplecione elementy tworzą spójną, przesyconą seksem całość.

Poniżej wklejam link (nie każdy film da się umieścić bezpośrednio we wpisie). Jakość obrazu pozostawia sporo do życzenia, ale myślę, że warto to przeboleć. Jestem ogromnie ciekawa Waszych opinii. ;)

12.01.2014

W krainie lemingów


Niedawno poznaliście moje alter ego – Le Minga. Przyzwyczajajcie się do niego, albowiem jeszcze nieraz tu zagości w ramach gościnnych występów. Dorobiwszy się osobistego Mr Hyde’a muszę go teraz karmić i pielęgnować. ;) Uwaga – lepiej go nie prowokujcie, gdyż za pazuchą kupionego w second-handzie płaszcza od Armaniego skrywa Zestaw Małego Eutanazisty! ;)

No dobrze, żarty żartami, ale kim jest właściwie taki Le Ming? Otóż jest to – jak się zapewne domyślacie – jeden z podgatunków leminga. Na ogół nazywa się lemingiem osobę o poglądach ultralewicowych, bezkrytycznie wierzącą we wszystko, co napisze „Gazeta Wyborcza” lub co powiedzą w TVNie, z wielką pobłażliwością odnoszącą się do rządów Donalda Tuska, zaś na widok Jarosława Kaczyńskiego reagującą atakiem epilepsji. Jest to tylko część prawdy. Istnieją bowiem również lemingi konserwatywne, liberalne, katolickie. Poniżej przedstawiam podstawowe typy:


Le Ming

Gorliwy wyznawca szeroko rozumianego postępu (przez co rozumie konieczność wymieniania co parę miesięcy elektronicznych gadżetów, żon/kochanek, przyjaciół tudzież autorytetów moralnych). Wyzwolony z samodzielnego myślenia, bezkrytyczny czciciel Unii Europejskiej, w której upatruje zbawienia przed polską kołtunerią. Będąc entuzjastą tzw. miękkich narkotyków oraz promiskuitywnego seksu (zwłaszcza doodbytniczego), optuje jednocześnie za zakazem wędzenia mięsa czy uprawiania ziół w przydomowym ogródku. Jak sam uparcie utrzymuje, toleruje każdego człowieka bez wyjątku (jedyny warunek: nie może być biały i musi popierać prawo do aborcji do dziesiątego roku życia dziecka). Uważa się za kosmopolitę, chociaż jest zwykłym oikofobem. Inne Le Mingi poznaje najczęściej w kolejce do wenerologa.


L'Eming

Mocno popieprzone na umyśle skrzyżowanie kibola z szeregowcem Ku-Klux-Klanu. Zafiksowany na czystości swojej rasy ksenofob. Wszelkie doniesienia o dyskryminacji czarnych, gejów czy kobiet traktuje jak wyssane z palca bajeczki, mające na celu pognębienie Białego Heteroseksualnego Mężczyzny, który wymyślił, a potem przez wieki umacniał Najwspanialszą z Cywilizacji. Każda biała kobieta związana z Murzynem (lub – co znacznie gorsze – Arabem) jest dla niego szmatą. Porządne są tylko te, które rodzą BIAŁE dzieci dla jego świętej ojczyzny. Podkreśla konieczność uczciwego płacenia podatków, ale jeszcze nie teraz, bo „nie mamy polskiego rządu”. Rzekomy wróg socjalizmu, w rzeczywistości wydarłby ostatni grosz z dłoni przymierającej głodem wdowy, gdyby tylko mógł dzięki temu sfinansować powtórkę marca ’68.

Przykładowy fragment pamiętnika L’Eminga:
Styczeń jest dla mnie najtrudniejszym miesiącem. Zwykle z niepokojem wyczekuję zdradzieckiego ataku kwestarzy spod znaku czerwonego serduszka, przeżywając istny horror, gdy tylko dojrzę ich na horyzoncie. Teraz jednak znalazłem na nich sposób: widząc szwendającą się w pobliżu bandę małoletnich chuliganów z puszkami natychmiast do nich podbiegam i zanim się zdążą odezwać, wyciągam banknot. Oczywiście fałszywy; będąc – powierzchownym, ale jednak – katolikiem nie mogę wspierać tej diabelskiej inicjatywy, której głównym celem jest destrukcja naszej cywilizacji.
Szkoda, że Kowalski się wyprowadził. Ech, to był gość... Prawdziwy patriota. Fajnie się z nim opony przekłuwało tym wszystkim wrogim Polsce skurwysynom, co głosowali na PO. Do jego mieszkania wprowadził się jakiś pedał. Niby ma dziewczynę, ale to pewnie przykrywka, bo słyszałem, jak chwali jej fryzurę i nowe buty. Właśnie takie drobnostki zdradzają te odrażające, odpowiedzialne za niż demograficzny cioty. Wczoraj przypadkiem się spotkaliśmy przy monopolowym; zboczeniec posłał mi typowo pedalski uśmieszek. Czy to przypadkiem nie podpada pod molestowanie?

Le-min'g

Z opisanym wyżej L’Emingiem dzieli często zoologiczną nienawiść do wszystkiego, co kojarzy mu się z lewicą (Owsiak, feminizm, gender), jest jednak o wiele bardziej czuły na punkcie swojej religii, obce traktując w najlepszym wypadku z pobłażaniem. Relaksuje się układając puzzle z dokupywanych za grube pieniądze zmumifikowanych kawałków katolickiego świętego. Każdy, kto ośmieli się przy nim wspomnieć o zbrodniach Kościoła Rzymskokatolickiego (odbieranie potomstwa niezamężnym matkom, gwałcenie dzieci) jest dlań zatwardziałym wrogiem chrześcijaństwa, dla którego nie ma miejsca w tym kraju (a może i na tej planecie). Uprawia seks przed ślubem, stosuje antykoncepcję, a od czasu do czasu zdradza męża/żonę, pamięta wszakże, by dzień święty święcić (najlepiej w hipermarkecie). Na każdym kroku powtarza, że każdy ateista to gej, mason, Żyd i komunista, a prawdopodobnie także seryjny morderca.

Przykładowy fragment pamiętnika Le-min'ga:
Znowu atakują naszego Przenajświętszego Ojca. Wstyd i hańba! Opluwają Go, szkalują, rzucają Nań kłamliwe oskarżenia. A powinni całować po rękach i dziękować Bogu, że mogą oddychać tym samym powietrzem, co On. Ileż ten wspaniały, szlachetny człowiek musi wycierpieć przez tych pozbawionych duszy wyznawców Belzebuba... Zabić takiego to mało. Ja bym takiego parszywca zapędził do kopalni na ciężkie roboty, a jego majątek przeznaczył na Przenajświętsze Radio.
W zeszłym tygodniu znowu odwiedziła nas Krysia. Nie wiem, czy powinniśmy się z nią nadal przyjaźnić. Bądź co bądź jest po rozwodzie – jeszcze mi dzieci zdemoralizuje. Głupia baba, czepiała się Maćka, że ją zdradza. A jak ma nie zdradzać, do ciężkiej cholery, jak ta pinda na niego policję nasłała, bo ją raz czy dwa uderzył? Wielkie mi co – lekkie pacnięcie w brzuch. Nawet do szpitala nie poszła. A Maciek to dobry mąż i ojciec, pieniądze zarabia, mało pije, a że od czasu do czasu żonę moresu nauczy czy zabawi się z jakąś poznaną w knajpie wywłoką, to i cóż z tego? Nie sądźcie, abyście nie byli sądzeni... W końcu to i tak lepiej, niż by miał być – tfu! – gejem czy jakim inszym pedofilem.
A propos pedofilii. W dzisiejszych czasach wystarczy, że jeden pyskaty (pewnie po puszczalskiej mamusi) bachor poskarży się, że mu katecheta rękę w majtki wsadził, a już jest afera nie z tej ziemi. Ja bym takiemu bękartowi nogi z dupy powyrywał! Przecież potem taki nieszczęsny duchowny musi chodzić na policję, składać zeznania i tłumaczyć tym wszystkim zlewaczałym kretynom, że to całe macanie było tylko niewinnym żartem (bo i czym niby miałoby być???). Te psy niewierne zaszczują każdego, kto kocha Pana Boga...

Lemmy Ing

Ślepy na rzeczywistość ultrakorwinista-darwinista, mający hopla na punkcie wolności i prawa własności. Dostaje piany na pysku na samą myśl, że nie można prowadzić auta po pijaku czy obedrzeć własnego psa żywcem ze skóry. Jednocześnie całkowicie zakazałby aborcji, nawet w przypadku zagrożenia życia matki. Marzy mu się przywrócenie monarchii, gdyż demokracja to rządy debili (debil – osobnik nie głosujący na UPR), których w dawnych dobrych czasach oćwiczyłby batem za samą wzmiankę o rzekomej równości wszystkich obywateli. Z całego serca nienawidzi socjalistów (czyli każdego, kto uważa, że pracodawca powinien zapewnić podwładnym dostęp do wody pitnej i nie ma prawa robić im rewizji osobistej przed wypuszczeniem do domu) i obiecuje im stryczek, jak tylko ten kraj „znów będzie normalny”. Tradycjonalista i przeciwnik pracy zawodowej kobiet, wobec których zresztą zachowuje się jak prawdziwy dżentelmen (bije wyłącznie otwartą dłonią).

Przykładowy fragment pamiętnika Lemmy’ego Inga:
Wracając wczoraj z opery dostrzegłem mojego dawnego kolegę ze szkoły, jak myszkował za spożywczakiem w poszukiwaniu wyrzuconego jedzenia. Odrażające. Zero godności. Starałem się go ominąć, lecz zauważył mnie i zapytał, czy nie pożyczyłbym mu dziesięciu złotych. Ohydny nierób. Gdyby tylko chciał, zarabiałby kupę kasy. Wystarczyło tylko zacisnąć zęby i przez pewien czas (pięć, dziesięć lat) pracować po dwadzieścia godzin na dobę za 500 zł, zamiast pyskować szefowi, domagając się prawa do korzystania z toalety (tak jakby nie można było wytrzymać ośmiu godzin bez sikania). Wyjąłem portfel i pokazałem, że mam same stówy, więc z pożyczki nici. Jeszcze tego brakowało, żebym rozdawał byle niedojdzie rentę po moim śp. tatusiu...
Mam pewien problem. Zdarza mi się czasami natknąć w telewizji na rozmowę z Januszem Korwin-Mikkem. Zwykle po paru minutach patrzenia na Mistrza i chłonięcia Jego słów dostaję bolesnej erekcji. Wiem, to normalne, ale ostatnia utrzymała się przez prawie cztery godziny. Co z tym fantem począć?
Oho! Znowu się zaczyna. Czy naprawdę mój drogi sąsiad musi bić swoją żonę właśnie o tej, jakże nieludzkiej porze? A ona – czy nie mogłaby się ograniczyć do dyskretnego pojękiwania, zamiast płakać i krzyczeć, wzywając Bogu ducha winnych sąsiadów na pomoc? Co ona sobie wyobraża? Przecież żaden porządny człowiek nie będzie się wtrącać w czyjeś pożycie intymne. Jeśli ją sąsiad zatłucze, to dostanie czapę, ale na razie musimy zacisnąć zęby i uszanować ich prywatność.

Wszystkie lemingi bez wyjątku łączy głębokie, niemożliwe do wyrugowania przekonanie, iż:
  • tacy jak oni są filarem zdrowego społeczeństwa, zaś cała reszta to – w najlepszym wypadku! – durnie i/lub pasożyty
  • ich media (prasa, portale, kanały telewizyjne) zawsze mówią prawdę, ich politycy są kryształowo czyści, a ich matki z pewnością dobrze się za młodu prowadziły; z kolei wszyscy inni łżą na potęgę, manipulują, kradną, gwałcą i kurwią się po barowych kiblach

[tu: miejsce na wasze spostrzeżenia – jakie jeszcze znacie cechy wspólne lemingów?]


* * *

Jakby ktoś mnie pytał, dlaczego moim alter ego musi być właśnie Le Ming, wyjaśniam:

Ganiąc zanurzoną w fanatycznym patriotyzmie konserwę (zwłaszcza tę liżącą dupę klerowi), wyrobiłam sobie reputację osoby przechylającej się światopoglądowo na lewo (przynajmniej obyczajowo). Postanawiam zatem od czasu do czasu zmienić kurs i zaprezentować Wam przerysowany (lecz tylko odrobinę!) wizerunek osoby, której mózg przeżarła ideologia zgoła odmienna od tej, z której na co dzień szydzę.

A poza tym... ja się po prostu nie umiem zgrabnie wcielić się w pozostałe typy lemingów. Może dlatego, że bardziej mnie brzydzą niż bawią.

11.01.2014

Ohyda


Na pytanie, czy wolicie psy czy koty, odpowiedzieliście następująco:

Zdecydowanie psy – 7 głosów

Raczej psy – 2 głosy

Zdecydowanie koty – 6 głosów

Raczej koty – 1 głos

Lubię zarówno psy, jak i koty – 17 głosów

Nie lubię ani psów, ani kotów – 0 głosów


Najwidoczniej odwiedzają mnie wyłącznie zagorzali miłośnicy zwierząt. ;) Wydawać by się mogło, że piśmienna część społeczeństwa dojrzała w końcu do tego, by dostrzec w naszych czworonożnych podopiecznych czujące, a nawet myślące istoty. Bo przecież wiemy, że one czują i myślą – prawda?

Dlatego właśnie po przeczytaniu komentarza Marzeny poczułam się tak, jakby ktoś wylał na mnie kubeł zimnej wody. Nie mając zbyt intensywnej styczności z ludźmi czy zwierzętami (poza naszą skromną czeredką), myślałam, że stosunek tych pierwszych do tych drugich uległ znacznej poprawie. Niestety, myliłam się. Oddaję głos osobie, która poświęca swój czas, siły i pieniądze (a zapewne także i nerwy) na polepszenie bytu maltretowanych zwierzaków:
Nie prowadzę domu zastępczego dla zwierząt ale w praktyce zajmuję się każdym porzuconym psem, kotem w naszej okolicy. Ostatnio zrobiłam awanturę w urzędzie gminnym i wydębiłam tam pomoc dla porzuconego szpica - na szczęście szybko znalazł dom w dobrej rodzinie, z dużym podwórkiem i zamiłowaniem do wielkich psiaków. Niestety, ale co drugi porzucony pies jest bity! Widać, jak reaguje na wyciągniętą, ludzką dłoń. Takie psy na ogół reagują agresją wobec mężczyzn, bo to oni na ogół są ich katami. Dwa lata temu zabrałam zagłodzonego niemal na śmierć, jedzonego żywcem przez pasożyty, owczarka belgijskiego - suczkę - od miejscowego proboszcza. Wystarczyły zwykłe środki przeciw pasożytom i pełna miska plus regularne spacery - dzisiaj Diana waży 70 kg i jest piękna. Niestety, nadal nienawidzi mężczyzn. Gdy wyzdrowiała zamieszkała u mamy wraz z małym przybłędą, którego traktuje, jak syna - do dzisiaj to mama wychodzi z nią na spacery, musi być zamykana, gdy tata wychodzi na podwórko - rzuca się, jak wściekła. Jedynym mężczyzną, którego kocha i wielbi, jest mój Mężczyzna - to dlatego, że bardzo mi pomagał, gdy ją leczyliśmy, taką kupkę kostek bez sierści, pokrytą wrzodami i popękanym, śmierdzącym niewiarygodnie ciałem. Suczki często są wyrzucane na bruk po odkarmieniu miotu, widać to po ich opuchniętych sutkach :( Mieszkam w topólce siedem lat, a to oznacza ok. trzydzieści psów i kilkanaście kotów - szkoda, że ich nie zapisywałam. Ostatnie koty, które odchowałam, aż trafiły do nowych domów, to trójka słodziaków wyrzuconych w środek lasu w zamkniętym szczelnie kartonie! Szok! Gdyby nie psy, tzw. kościelne {co oznacza - zamknięte w ciasnych klatkach bez jedzenia i picia} które karmię wraz z jedną panią z mojej miejscowości, szczepię na własny rachunek i wyprowadzam regularnie z moją siostrzenicą, które zaprowadziły nas do swojego znaleziska, kocięta umarły by z głodu w tym kartonie :( Co za okrucieństwo! Proszę, niech nikt nie dziwi się, że ludzie są okrutni wobec zwierząt. Są i to bardzo. Polacy to zwykłe świnie wobec czworonogów i tyle! Sorry, za chaotyczną wypowiedź ale wzburzyło mnie zdziwienie jednej z uczestniczek rozmowy, jakoby jej znajoma przesadzała mówiąc o traktowaniu psów w Polsce. Nie przesadzała.

Podziwiam Cię, Marzeno. I żałuję, że w chwili obecnej nie mogę nic dla Ciebie zrobić. Jesteś mi duchowo znacznie bliższa niż większość mojego narodu, składającego się w ogromnej mierze z tępego, bezmyślnego bydła, któremu nie powierzyłabym opieki nawet nad chomikiem.

Tym, którzy porzucają zwierzęta, biją je, głodzą czy w jakikolwiek inny sposób dręczą, życzę wszystkiego najgorszego.

09.01.2014

Z pamiętnika Le Minga: Oceniam "Hobbita"


Wczoraj udaliśmy się – w nieśmiertelnym składzie: mama-Luby-ja – na kolejną część przygód dzielnego hobbita. Weszłam na salę ok. piętnaście lub dwadzieścia minut po czasie (najpierw czekałam na Lubego, który mocno się spóźnił, później strawiłam kilka minut w toalecie, gdyż – jak wszystkim wiadomo – kobieta powinna dobrze wyglądać nawet w pomieszczeniu całkowicie spowitym ciemnością) i trafiłam dokładnie na początek filmu. Obłożeni kurtkami oraz – jak typowe prostackie lemingi – dużym popcornem i colą, wybałuszyliśmy ślepia w ekran i zatonęliśmy w świecie nadętych elfów, grubiańskich krasnoludów, orków-dresiarzy tudzież zdradzającego pierwsze objawy demencji czarodzieja (to bezustanne szeptanie do siebie raczej normalne nie jest; ktoś powinien się zająć nieszczęsnym staruszkiem; nie mówię, żeby od razu eutanazja, ale...).

Po seansie w głowie kłębiło mi się mnóstwo sprzecznych ze sobą opinii. Pod względem technicznym film jest naprawdę niezły. Ale pod względem fabularnym już nie jest tak różowo. Nachodzi mnie refleksja, iż być może ta pozornie baśniowa historia nie jest wcale tak niewinną, jaką by się mogła na pierwszy rzut oka wydawać. Kto jak kto, ale Le Ming wyniucha najmniejszy sprzeciw wobec obowiązującej wszystkich światłych ludzi ideologii, wytropi każdą polityczną i/lub wychowawczą niepoprawność i wywlecze na światło dzienne każdą aberrację od jedynie słusznego stanu rzeczy – choćby nie wiem jak przemyślnie się one skrywały pod dekoracjami fantastyki. A w filmie Petera Jacksona jest takich kwiatków od groma i jeszcze ciut.

Porównując barbarzyński, kompletnie nieuporządkowany świat z filmu z naszą wspaniałą, ujętą w karby drobiazgowego prawa i kontrolowaną przez dziesiątki urzędników rzeczywistością mogę tylko westchnąć z ulgą, że nie mieszkam w tym pierwszym. Ta ciągła konieczność decydowania o własnym życiu; ten straszliwy przymus bycia samodzielnym, odpowiedzialnym za siebie i za innych, a nawet – brrr! – dzielnym. Przecież to jest nie do udźwignięcia dla normalnego człowieka! Jeśli przyjdzie Wam oglądać wspaniałe wizualnie, lecz wielce niebezpieczne z punktu widzenia pedagogiki społecznej dzieło Petera Jacksona, zwróćcie, proszę, uwagę na kilka znamiennych szczegółów, które jasno pokazują, dlaczego każdego dnia powinniśmy dziękować, że nie żyjemy w żadnym cholernym Śródziemiu, tylko w kraju objętym pieczą wspaniałej, wszechmogącej Unii Europejskiej, która pilnuje nas na każdym kroku, dba o nasze dobre samopoczucie, pełne żołądki (zwłaszcza, jeśli jesteśmy niepracującymi imigrantami) oraz możliwość natychmiastowego zaspokojenia potrzeb seksualnych.

Pierwszym, co się rzuca w oczy, jest skandaliczny stosunek głównych bohaterów do zwierząt. Mieniąc się entuzjastką przyrody nie mogę przejść do porządku dziennego nad faktem, iż oto zbieranina obdartych chłystków, z których co najmniej połowa ma pewnie wyroki w zawieszeniu, bez żadnych przeszkód idzie ubić tak rzadkie zwierzę, jakim bez wątpienia jest smok. (W dodatku smok mówiący, a nawet – powiedziałabym – gadatliwy.) Co prawda skrywa on w głębi swych trzewi nielegalne źródło ogrzewania, ale to jeszcze nie powód, żeby go napastować. Co można z takim smokiem zrobić? Odpowiedź jest banalnie prosta: złapać, zakolczykować, zaczipować, odstawić do rezerwatu, a potem co roku dostarczać trzy tuziny nieletnich dziewic oraz tyleż prawiczków (zbieranie takowych należałoby rozpocząć przed okresem wakacyjnym). W żadnym wypadku nie zabijać! To przecież nie ludzki płód...

Ale czy można się dziwić, że krasnoludy są ekologicznie nieuświadomione? Wszak cały ten świat jest kwintesencją chaosu, bezprawia tudzież kompletnego zacofania. Wyprawa czternastu żądnych przygód awanturników zostaje „zorganizowana” nie wedle uznanych w całym cywilizowanym świecie reguł (zakup oferty w biurze podróży, ubezpieczenie, kontrakt z przewoźnikiem, etc), lecz wedle ich osobliwego widzimisię. Ot, gromadka lumpów wybiera się na dziką wycieczkę, nie raczywszy nawet dokonać najniezbędniejszych szczepień. Tak właśnie wygląda rzeczywistość pozbawiona prawa i porządku: każdy robi, co chce, chodzi, gdzie chce, śpi, gdzie chce, pewnie nawet z kim chce... No, to ostatnie jest akurat zupełnie normalne (pod warunkiem, że używamy atestowanej prezerwatywy), lecz cała reszta to przykład godnej potępienia anarchii. Jeśli Wasze dzieci zamiast grzecznie palić marychę zaczną interesować się dalekimi podróżami czy podejmowaniem niebezpiecznych wyzwań, będziecie wiedzieli, kogo za to winić.

Zapomnijcie o jakiejkolwiek dbałości o bezpieczeństwo. Scena z Gandalfem wspinającym się po stromych skalnych schodach mówi sama za siebie: poczciwina o mało nie spada w otchłań! A wystarczyłoby zamontować barierki na skraju przepaści, wcześniej zaś – tabliczki ostrzegające przed śliskim podłożem. Ale kto by o tym pomyślał, prawda? Podobnie jak o podjeździe dla niepełnosprawnych, który ułatwiłby takowym wejście na Samotną Górę. A już zabawa w kuźniach należących do dawnego domostwa Thorina woła o pomstę do nieba – czy nikt tych krasnoludów nie uczył zasad BHP?!

Na tle wzmiankowanych nieprawidłowości drobnostkami wydają się: leczenie jednego z bohaterów hodowanym pokątnie zielskiem, nielegalny spływ w beczkach w dół rwącej rzeki czy swobodne noszenie broni białej. O to, czy wynajem kuców czy łodzi odbyły się zgodnie z zasadami obowiązującymi w rozumnie zarządzanym kraju, nie warto nawet pytać (słowo „licencja” pada w filmie tylko raz, poza tym wszystkie transakcje odbywają się w obrębie tzw. szarej strefy).

Jednak prawdziwym wstrząsem był dla mnie widok nadjeziornego miasta. Koszmar wszystkich projektantów przestrzeni publicznej! Pokraczne, pozbawione wyjść przeciwpożarowych domy aż się proszą o kontrolę inspektora budowlanego. Całą osadę można podsumować słowami: brud, smród i ubóstwo. Jak to zresztą zwykle bywa u pozbawionych opieki państwa dzikusów. W takich właśnie warunkach jeden z bohaterów wychowuje troje małoletnich dzieci (zapewne nie słyszał o czymś takim jak antykoncepcja). Czy muszę dodawać, że w naszym normalnym, przewidywalnym świecie coś takiego byłoby niemożliwe? Pierwsza bym doniosła, że dzieciaki zamiast chodzić do szkoły, palić aromatyczne zioło i uprawiać bezpieczny seks muszą zajmować się domem. (A przecież dwójka z nich to dziewczynki! Co z takich wyrośnie???) Zważywszy zaś na to, że ich ojciec to nie wykazujący żadnego szacunku dla władzy i łamiący przepisy wichrzyciel, do tego biedny jak mysz kościelna i kombinujący na prawo i lewo, jak by tu nielegalnie dorobić, nie ulega wątpliwości, że mamy do czynienia z wymagającą urzędniczej interwencji patologią.

Zaniepokoiło mnie również, że niemal wszystkie postacie w filmie są białe oraz – co jest już poważnym nadużyciem – heteroseksualne. (Na szczęście wśród ludzi zauważyłam jedną Murzy... ups! osobę białą inaczej.) Jeszcze przed seansem czytałam w pewnym blogu, że podobno zaiskrzy pomiędzy elfem a krasnoludem. Kiedy więc na scenę wkroczył piękny, metroseksualny Legolas, miałam pełne prawo oczekiwać, że to on stanie się obiektem westchnień jednego z kompanów Thorina. Wątek międzygatunkowego, jednopłciowego romansu byłby istną perełką wychowawczą (wszak to młodzież jest głównym adresatem tego filmu). Niestety otrzymujemy sztampowy flircik pomiędzy mężczyzną a kobietą – tak jakbyśmy nie mieli już tego serdecznie dosyć...

Do tego dochodzi szowinizm. W drużynie krasnali nie ma żadnej kobiety, zaś w skład elfiej straży wchodzi tylko jedna. Będąc wszakże nie mniej waleczną niż jej męscy koledzy (zawsze podobały mi się wątłe niewiasty kładące pokotem paru zwalistych jak góra mięsa napastników naraz) stanowi jeden z nielicznych jasnych punktów tej nafaszerowanej testosteronem bajeczki. Szkoda, że reżyser nie posunął się nieco dalej i nie uczynił z bitnej elfki (Jezu, dlaczego Word zamienia mi to słowo na „fleki”? :/) bojowniczki o wyzwolenie uciśnionych sióstr spod jarzma samczoelfiej dominacji.

Po tym, co napisałam, może Wam się wydawać, że nie tęskno mi do zobaczenia ostatniej części trylogii. Nic bardziej mylnego. Z ogromnym napięciem wyczekuję na rozwiązanie jednej z najistotniejszych w tym cyklu kwestii, a mianowicie: co zrobi Thorin po odzyskaniu rodzinnych precjozów czy zapłaci uczciwie podatek od wzbogacenia czy też bezczelnie się od tego wymiga? Wszak każda, absolutnie każda transakcja, nawet polegająca na odzyskaniu należnego człowiekowi (czy krasnoludowi) spadku, musi zostać uwzględniona w zeznaniu podatkowym. Jeżeli pan Jackson stanie na wysokości zadania i nagnie historię tak, by Thorin zawitał do urzędu skarbowego i uiścił daninę, jestem gotowa wybaczyć mu pozostałe niedociągnięcia.

07.01.2014

Podróże kształcą. Podobno.



Szczerze powiedziawszy, zamurowało mnie. Czegoś takiego nie napisał ani nie powiedział żaden znany mi konserwatysta, choćby nie wiem jak bardzo był ograniczony i/lub zakochany w Kościele. Tym bardziej dziwi mnie ta wypowiedź, która padła z ust nie otumanionej Radiem Maryja staruszki, lecz inteligentnego i oczytanego człowieka, do tego znanego i cenionego podróżnika, pisarza, dziennikarza i publicysty. Czy naprawdę ksiądz-pedofil czy też ksiądz prowadzący po pijaku są dla pana Cejrowskiego „równiejsi” od zwykłych kryminalistów??? Jeśli tak, to mogę to skomentować tylko gorzkim westchnieniem. Zawsze jest mi bardzo, bardzo przykro, kiedy ktoś okazuje się być niegodnym pozytywnych uczuć, które doń wcześniej żywiłam.

04.01.2014

Zmysłowa zabawa


Szanowni Państwo, bez zbędnych wstępów zapraszam do wypełnienia poniższego testu.

Ready, steady... GO! :)


TEST


1. Przypomnij sobie moment, gdy ktoś zrobił na Tobie niezwykłe wrażenie. Co było w tej osobie najbardziej atrakcyjne, co Cię do niej najbardziej przyciągnęło?
a) Jej wygląd

b) Coś, co Ci powiedziała lub to co o niej usłyszałeś

c) Sposób, w jaki Cię dotykała lub coś, co czułeś

2. Przypomnij sobie swoje najpiękniejsze wakacje, najpiękniejszy urlop. Co najbardziej utkwiło Ci w pamięci?
a) Wygląd tego miejsca

b) Muzyka lub inne dźwięki, które do tej pory pamiętasz

c) Uczucia, które łączą się z tym pobytem

3. Gdy jedziesz samochodem w jaki sposób orientujesz się gdzie jesteś?
a) Obserwujesz znaki drogowe, zerkasz na ekran GPS lub używasz mapy

b) Mówisz do siebie, jak masz jechać

c) Wyczuwasz intuicyjnie, gdzie jesteś

4. Jeśli masz w pracy do wykonania jakieś zadanie jest ono bardziej zrozumiałe jeśli:
a) Jest opisane lub pokazane na wykresie

b) Jest dokładnie wyjaśnione

c) Czujesz, o co chodzi

5. Jeśli masz nawał problemów, które Cię przygnębiają, pomaga Ci gdy:
a) Zapiszesz je na kartce i wyraźnie je zobaczysz

b) Porozmawiasz o nich z kimś bliskim, aż zabrzmią mniej groźnie

c) Znajdziesz sobie wygodną pozycję i postarasz się wyczuć swoje alternatywy

6. Jest Ci łatwiej być z przyjaciółmi gdy:
a) Komunikują swój punkt widzenia jasno i zwięźle

b) Mają przyjemny ton głosu i wiesz, że Cię słuchają

c) Czujesz, że rozumieją, co im chcesz przekazać

7. W czasie podejmowania decyzji pomaga Ci gdy:
a) W wyobraźni stworzysz obraz wszystkich możliwych rozwiązań

b) Stworzysz sobie wewnętrzny dialog na temat możliwości

c) Postarasz się sprawdzić swoje uczucia na temat poszczególnych rozwiązań

8. Którą z wymienionych grup faworyzujesz?
a) Fotografię, malarstwo, czytanie, oglądanie filmów

b) Muzykę, koncerty, grę na instrumentach, szelest liści, szum morza

c) Ćwiczenia fizyczne, masaż, dotyk, uczucie ciepła słonecznego

9. Gdy kupujesz sobie ubranie:
a) Przyglądasz się mu dokładnie i wyobrażasz sobie siebie ubranego w tę część garderoby

b) Przeprowadzasz dialog z kimś lub sobą samym, czy to kupić czy nie

c) Dotykasz, aby wyczuć, czy jest to rzecz, której noszenie będzie sprawiało Ci przyjemność

10. Uprawiając ulubiony sport lub ćwiczenia fizyczne masz największą satysfakcję, gdy:
a) Patrzysz w lustro na swoją poprawiającą się sylwetkę

b) Słuchasz komplementów na swój temat

c) Czujesz, że uzyskujesz coraz lepszą formę

11. Gdy coś liczysz sprawdzasz wynik poprzez:
a) Patrzenie na numery, aby sprawdzić, czy wszystko jest w porządku

b) Liczenie jeszcze raz wszystkiego w myśli

c) Śledzenie cyfr palcami

12. Gdy nie jesteś pewien pisowni jakiegoś słowa, sprawdzasz to przez:
a) Patrzenie na to słowo

b) Powtarzanie głośno lub półgłosem

c) Intuicyjne wyczucie co do prawidłowości tego słowa

13. Najlepiej uczyłeś się przedmiotu gdy:
a) Podobał(a) Ci się nauczyciel(ka)

b) Przedmiot był ciekawy i interesująco wyjaśniany

c) Byłeś bardzo zaangażowany i podekscytowany, gdy się go uczyłeś

14. Gdy kogoś nie lubisz, natychmiast doświadczasz tego uczucia gdy:
a) Widzisz, że się do Ciebie zbliża

b) Gdy próbuje do Ciebie mówić

c) Gdy czujesz, że jest w pobliżu

15. Gdy jesteś na plaży napawa Cię radością:
a) Widok plaży, jasność słońca, kolor morza, niebieskie niebo

b) Szum przelewających się fal, dalekie odgłosy ptaków, gwar ludzi

c) Ciepło słońca, gorący piasek, temperatura wody, przyjemność smarowania się olejkiem, zapach wody morskiej

16. W czasie rozmowy na spotkaniu towarzyskim lub zabawie doświadczenia stają się zupełnie inne, gdy:
a) Światła zostaną przyćmione lub rozjaśnione

b) Zmienia się rytm muzyki

c) Zmienia się temperatura w pomieszczeniu

Rozwiązanie:

Większość a – jesteś wzrokowcem.

Większość b – jesteś słuchowcem.

Większość c – jesteś kinestetykiem.


Test został przeze mnie żywcem zerżnięty z tego oto tekstu. Będzie Wam pomocny, jeśli Wasze wyniki nie dały jednoznacznej odpowiedzi, kim jesteście. ;)

Jeśli chodzi o mnie, to mam w sobie po trosze z każdego – jak to jest ładnie określone w artykule – „systemu reprezentacji”. Ale w największej mierze jestem kinestetykiem. Nienawidzę stać bez ruchu; jeśli nie siedzę lub nie leżę, to cały czas chodzę, wiercę się lub poruszam w inny sposób. Najlepiej mi się słucha muzyki, gdy mogę przy niej tańczyć lub chodzić w kółko. Kiedy jestem podekscytowana skaczę. Kiedy jestem zła lub sfrustrowana też skaczę (tylko bardziej zaciekle :)). Mijając jakiś obiekt często go dotykam, sprawdzam jego fakturę, twardość i temperaturę. Mam kiepski węch, a mimo to lubię wąchać. ;) Lubię być zadbana, lecz nie szanuję ubrań; rzucam je byle gdzie, przez co szybko się brudzą, miętoszą, zużywają. Najlepiej pamiętam to, w czym bezpośrednio uczestniczyłam, czego dotknęłam, powąchałam lub co poczułam. Sprawia mi przyjemność sam proces pisania niektórych słów; rozkoszuję się wodząc piórem lub długopisem po papierze. Mam głupi zwyczaj trzymania w dłoni zupełnie niepotrzebnych mi w danej chwili rzeczy (chusteczki, nożyczki, książka), a nawet noszenia ich ze sobą do sąsiedniego pomieszczenia. Podczas rozmowy zdarza mi się przesadnie gestykulować. Długie przemowy śmiertelnie mnie nudzą.

Znalazłoby się wszakże i parę cech wzrokowca. Często przerywam czytanie i zaczynam gapić w przestrzeń, pozwalając myślom gonić po bezdrożach wyobraźni. Dzięki częstemu obcowaniu ze słowem pisanym nie mam problemów z ortografią (a przynajmniej tak mi się wydaje). Lepiej zapamiętuję twarze, sylwetę i ubiór niż imiona. Przeszkadzają mi czasem drobnostki w wizualnym „układzie” otoczenia, jak choćby większy paproch czy krzywo ułożone przedmioty. Odprężam się pisząc – czy to ręcznie, czy na komputerze. Nie potrafię zachować kamiennej twarzy, ukryć kłębiących się we mnie uczuć; często reaguję nazbyt emocjonalnie. Jestem beznadziejnym mówcą, mój język się plącze, nie umiem dobrać słów, poza tym wolę nie zwracać na siebie uwagi

Ale i słuchowiec czasami ze mnie wyłazi. Unikam patrzenia obcemu rozmówcy prosto w oczy, za to nadstawiam uważnie uszu. Prowadzę intensywne wewnętrzne dialogi, przechodzące nierzadko w gorące dysputy. ;) Nigdy nie czytam pospiesznie, przeciwnie – delektuję się słowami jak dobrą herbatą (chyba, że natrafiam na niemożebnie nudny fragment, np. długi opis); zdarza się, że czytam na głos, zwłaszcza to, co sama napiszę, by sprawdzić, czy dane zdanie dobrze brzmi. Żeby się skoncentrować, potrzebuję bezwzględnej ciszy. Z lubością omawiam po wielekroć frapujące mnie kwestie. Często nucę. Kiedy słucham muzyki, nie mogę tego robić na pół gwizdka – muszę się na niej skupić, chłonąć ją każdym porem.

Tyle o mnie. Teraz wasza kolej. ;)

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...