26.02.2014

"Król jest nagi!"




Po zapoznaniu się z powyższym artykulikiem ogarnął mnie zarówno niesmak, jak i rozbawienie.

Zniesmaczyła mnie własna ignorancja. Wydawało mi się bowiem, iż słowo „lublinianin” należy pisać z dużej litery. Tymczasem taka reguła obowiązuje w przypadku mieszkańców Lubelszczyzny, a nie samego Lublina, o czym poinformował mnie życzliwie Słownik Języka Polskiego.

Rozbawiona zaś jestem dlatego, że oto pracującej w ZUSie biurwie przydarzył się taki cudowny lapsus. :) A może to nie był lapsus? Może poczuła przemożną, wynikającą z wyznawanych zasad moralnych chęć ostrzeżenia petenta, że jego wizja spokojnej starości raczej się nie ziści? A może wręcz przeciwnie – okrutnie sobie z biednego frajera zadrwiła? Jakiekolwiek intencje by nią nie kierowały, powiedziała prawdę.




Oczywiście możecie teraz powiedzieć, że:
  • była to prawda brutalna, podana bez stosownego znieczulenia
  • prawie na pewno nijak się owemu nieszczęsnemu człeczynie nie przyda (bo i cóż on może?), wywołała natomiast u niego frustrację
  • a w ogóle, to kto powiedział, że tak być musi? Może jednak Polki zaczną rodzić więcej dzieci, które po ukończeniu edukacji znajdą dobrze płatną pracę (zamiast – jak dzisiejsze pokolenie nieudaczników – obijać się i pozostawać na garnuszku rodziców do 30-tego któregoś roku życia)?

Tym samym urzędniczka sprzeniewierzyła się nauce Sokratesa, który radził, by każdą informację przesiać przez trzy „sita”. Nie mówiąc już o złotej zasadzie Marka Aureliusza, który powiedział: Panie, daj mi cierpliwość, abym umiał znieść to, czego zmienić nie mogę; daj mi odwagę, abym umiał konsekwentnie i wytrwale dążyć do zmiany tego, co zmienić mogę; i daj mi mądrość, abym umiał odróżnić jedno od drugiego.




Możecie też powiedzieć coś zgoła przeciwnego: że owa nadmiernie szczera pani zgoła niepotrzebnie wyszła ze swojej skądinąd dobrze opłacanej roli profesjonalnej doradczyni, mającej wyjaśniać profanom zawiłości związane z obowiązkowym ubezpieczeniem emerytalnym, albowiem tragiczna sytuacja ZUSu jest tajemnicą poliszynela. Każdy chyba słyszał lub czytał, iż jest to instytucja złodziejska, obarczona w dodatku olbrzymimi długami, a resztki pieniędzy trwoniąca na głupoty. A nawet gdyby było inaczej, to przecież – jak każda piramida finansowa – prędzej czy później musiałaby upaść...




Po co o tym piszę? Przecież i tak jestem w KRUSie. I zamierzam pozostać w nim jak najdłużej. Niby więc nie powinno mnie to wszystko obchodzić, prawda?




A jednak temat ZUSu nierzadko gościł w moim starym blogu. A i tego, jak widać, nie ominął. Jest coś takiego w katastrofach, że przyciągają naszą uwagę; im gorszy kataklizm, tym bardziej nas fascynuje. Oto natura człowiecza w całej swojej krasie: w pierwszym rzędzie jesteśmy ciekawscy, później dopiero – współczujący. A że nieuchronne bankructwo ZUSu będzie dla społeczeństwa prawdziwym – choć z dawien dawna zapowiadanym – wstrząsem, to i nic dziwnego, że zawładnęło wyobraźnią tysięcy Polaków. I nie wiem, jak Wy, ale ja uznam za godny rozpatrzenia każdy pomysł, który pozwoliłby ten proces przyspieszyć. :)

24.02.2014

De gustibus...


O mało nie padłam ze śmiechu, kiedy mój zacny ojciec oznajmił, iż jeden z jego studentów uparł się, by pisać pracę magisterską z Terry'ego Pratchetta. A konkretnie – z „Piramid” i „Muzyki duszy”. Wnioskując z miny ojca, nie był tą decyzją zbytnio uszczęśliwiony. Spytałam, czy książka jest (w myśli dodając „chociaż”) zabawna. Skrzywił się i odparł, że nie. „Ach, ojcze! – pomyślałam wówczas z rozbawieniem. – Padłeś ofiarą trwającej od ponad dekady Pratchettomanii!” Kiedy po jakimś czasie znowu go spytałam o wrażenia z lektury, skrzywił się i odparł: „Pratchett jest do dupy”.

Pod wpływem tej – jakby nie było – błahostki naszły mnie wspomnienia. Dziewczęciem będąc, zauważyłam, iż moi rówieśnicy (wówczas uczniowie szkoły podstawowej) szaleją na punkcie „Sagi o ludziach lodu” tudzież Williama Whartona. Ponieważ mądre naśladownictwo wspomaga rozwój tak jednostek, jak i cywilizacji, stwierdziłam, że warto osobiście sprawdzić przynajmniej jeden z tych literackich tropów. Nabyłam „Franky’ego Furbo” i zagłębiłam się w lekturze. Po parunastu stronicach wymiękłam. Nudy na pudy. Może nie dorosłam do historii o mówiącym lisie?

Kilkanaście lat później próbowałam „wejść” w Coelho. Gdzieś po drugiej czy trzeciej stronie stwierdziłam, że to nie dla mnie. I chociaż „Alchemik” był prezentem, bez wahania się go pozbyłam.

Znajomy zachęcił mnie do sięgnięcia po Pilipiuka, a w szczególności – cykl o Jakubie Wędrowyczu. Zakupiłam na próbę „Weźmisz czarno kure”. Pierwsze opowiadanie zachwyciło mnie; następne było niezłe; kolejne – znośne; czwartego nie zdołałam doczytać i odłożyłam książkę w poczuciu osobliwego przesytu. Podobnie jak „Dziennik Bridget Jones”, była to lektura strawna wyłącznie w małej dawce.

Przesłuchałam parę opowiadań Kinga z tomu „Szkieletowa załoga” i stwierdzam, że raczej nie sięgnę po którąkolwiek z powieści. Nie, to nie jest zły pisarz. Kreuje całkiem wiarygodne światy, zaś umiejętnie pleciona fabuła do końca pozostawia nadzieję na przyjemnie szokujący finał. Niestety, owa nadzieja niemal zawsze okazuje się płonna.

Czego nawet nie tknęłam? Sapkowskiego, Rowling, Martina. O Stephanie Meyer nie wspominając. Wystarczy mi, że miałam nieszczególną przyjemność obejrzenia ekranizacji ich dokonań – czasem w całości, a czasem fragmentarycznie. No, trochę z tą „nieprzyjemnością” przesadzam. Pierwszy „Harry Potter” był zachwycający. Ale oglądałam go mając zaledwie 21 lat i byłam wówczas na tyle dziecinna, że po seansie długo nie mogłam przeboleć, iż nie jestem o dziesięć lat młodsza i nie mogę – na podobieństwo trójki głównych bohaterów – załazić za skórę dorosłym idiotom. (Teraz, jako w pełni dojrzała kobieta, mogę to robić bez uciekania się do pomocy magicznej różdżki. ;))

Z czego to wynika? Być może ze zbyt wygórowanych oczekiwań. Pamiętacie jeszcze skok Baumgartnera? Przez dwie i pół godziny wznosił się w szczelnej kapsule ku niebu, by w końcu się zatrzymać na wysokości niemal 40 km. Wypełniając krok po kroku niezbędne procedury rozhermetyzował kabinę, wypełzł ostrożnie na zewnątrz, a potem runął w dół. Ech, żebyśmy mogli chociaż podziwiać widoki z zamieszczonych na hełmie skoczka kamer... Nic z tego. Mogliśmy jedynie obserwować maleńką kreskę pikującą w dół, która przez pewien czas koziołkowała, potem znowu sunęła prościutko, a w końcu otworzyła się nad nią czasza spadochronu. Kiedy stopy śmiałka dotknęły ziemi, poczułam coś, czego trochę się wstydzę: lekkie rozczarowanie. Czyżbym liczyła na to, że coś się stanie? Oj, nieładnie z mojej strony. Przecież każde odstępstwo od dokładnie zaplanowanej i skrupulatnie monitorowanej akcji oznaczałoby dla Baumgartnera mniej lub bardziej poważne kłopoty. Dlaczego zatem nie wiwatuję na cześć śmiałka, który pobił trzy rekordy i przekroczył prędkość dźwięku? Skąd ten zawód? Odpowiedź brzmi: spodziewałam się „czegoś więcej”.

Tak samo jest z literaturą. Chcę „czegoś więcej” niż pseudofilozoficznego bełkotu czy banalnej intrygi w jeszcze banalniejszej scenerii. W ciągu ostatnich lat stałam się szalenie wybredna i niecierpliwa (przyznaję, iż jest to w znacznej mierze efekt nadużywania Internetu) i nie silę się na dłuższe obcowanie z lekturą, jeśli nie wciągną mnie pierwsze trzy strony.

Fantastykę – i owszem – lubię, lecz zdecydowanie wolę horror lub science fiction niż typową fantasy. Choć i ten rodzaj literatury miałby u mnie spore szanse, gdyby tylko raczył się wygramolić z beznadziejnych, zgranych do cna schematów i porzucić magiczno-smoczo-wampirzy grajdołek. Kiedy przeglądam recenzje nowości i natykam się w opisie fabuły na wzmiankę o osieroconym dziecięciu wychowywanym przez czarownika/szamana, które to dziecię jest ostatnim potomkiem królewskiego rodu i – prędzej czy później – musi walczyć o odzyskanie należnego mu tytułu (oczywiście w towarzystwie wojowniczej baby, dowcipkującego przydupasa tudzież wiernego wierzchowca, którym niekoniecznie musi być koń), to już wiem, że to nie jest książka dla mnie.

Naturalnie czytelnik zmiennym jest. To, co kiedyś odrzucał jako nudne i głupie, może mu się nagle szalenie spodobać. I na odwrót – uwielbiane dawniej lektury stają się dlań straszliwie męczące. Tak więc nie zarzekam się, że nie sięgnę nigdy po Coelho czy Whartona, tak ja nie mogłabym przysiąc, że nie tknę nigdy owoców morza. Jednak na dzień dzisiejszy zarówno za tego typu literacką, jak i morską strawę – podziękuję.

21.02.2014

Mój ulubiony aktor


nigdy nie dorówna popularnością takim tuzom przemysłu filmowego, jak arcywspaniały Sean Connery, wszechstronny Tom Hanks czy uwielbiany na całym świecie Johnny Depp. Mimo to od wielu lat pozostaje dla mnie niekwestionowanym władcą ekranu. Ma w sobie to nieuchwytne „coś”, co sprawia, że w moim prywatnym rankingu wyprzedza wielu aktorów o znacznie lepszym warsztacie.

Pierwszą większą rolę otrzymał mając 42 lata. Kreacja inteligentnego łotra przyniosła mu rozgłos, ale także – ku Jego ubolewaniu – zaetykietowała Go jako typowy „czarny charakter”. Chętnie angażowany do ról aroganckich, cynicznych złośliwców, potrafi nadać każdej z odgrywanych przez siebie postaci jakiś „ludzki” rys, oddać jej wewnętrzne rozdarcie, ukazać targające nią namiętności, nie pozwalając tym samym widzowi na jej jednoznaczny osąd.

Patrząc na Jego dorobek filmowy odnoszę wrażenie, iż zawsze – jeśli chodzi o karierę – dokonuje przemyślanych wyborów. Wystąpił w ekranizacjach powieści takich pisarzy jak Jane Austen, Patrick Süskind czy Joanne Rowling. Grał u Kevina Smitha i Tima Burtona. Wcielał się w genialnego fryzjera, ducha zmarłego kochanka, ambitnego znawcę win, a od niedawna możemy go podziwiać jako prezydenta Stanów Zjednoczonych (oczywiście nie obecnego). Nie ominął go chyba żaden gatunek filmowy. Bardzo często występuje z Emmą Thompson, którą zresztą obsadził w jednej z głównych ról we własnym filmie.

Trudno go uznać za typowego przystojniaka. Cechuje Go jednak swoisty seksualny magnetyzm, któremu zawdzięcza zakwalifikowanie się do grona najseksowniejszych aktorów. Nierzadko sama Jego obecność przyćmiewa resztę obsady. Obdarzony niezwykle zmysłowym głosem o głębokiej barwie, potrafi zrobić z niego znakomity użytek. To właśnie Jemu dostają się często najbłyskotliwsze, a zarazem najbardziej uszczypliwe kwestie, które dla wzmocnienia efektu cedzi przez zaciśnięte zęby. Jeśli jeszcze do tego przeszywa rozmówcę wzrokiem, osiąga piorunujący efekt.

Będąc tzw. aktorem charakterystycznym, którego znakiem rozpoznawczym jest oszczędny styl gry i stonowana mimika, nie umiałby wiarygodnie zagrać każdej możliwej postaci. Nie widzę Go jako wariata, nieudacznika, menela czy ekstrawertycznego dowcipnisia. Swój komediowy potencjał ujawnia w rolach sarkastycznych malkontentów, ewentualnie facetów nieporadnych i zagubionych (choć nigdy głupich). Sceny miłosne wychodzą mu fatalnie; sam ich zresztą nie lubi. Całkiem dobrze za to odnajduje się w tragedii, o ile tylko nie wymaga się od Niego nadmiernej ekspresji uczuć.

Jest dla mnie uosobieniem profesjonalizmu, a zarazem niezwykłej skromności. Podczas wywiadów sprawia wrażenie nieco spiętego, wręcz zakłopotanego nadmierną atencją – istne przeciwieństwo wyluzowanego, gadatliwego celebryty. Traktuje chyba rozmowy z prasą jako efekt uboczny swojego zawodu. Nigdy jednak nie okazuje zniecierpliwienia i odpowiada uprzejmie na każde, najgłupsze nawet pytanie.

Z ciekawostek: Jest Anglikiem, którego ojciec był Irlandczykiem, zaś matka – Walijką. Gdyby Anthony Hopkins odrzucił rolę Hannibala Lectera w „Milczeniu owiec”, otrzymałby ją właśnie On. Jego odwieczną miłością jest teatr; to od niego zaczęła się Jego przygoda z aktorstwem; nieraz odrzucał rolę w filmie, gdyż kolidowała z występem na scenicznych deskach. Uwielbia podróżować.

Od kilkudziesięciu lat żyje z tą samą kobietą. Nie mają dzieci.

Taki właśnie jest ten „mój ulubiony aktor”. :) I właśnie dzisiaj skończył 68 lat.

Sto lat, AKTORZE!!!




A teraz powiedzcie mi szczerze: Czy wiecie, jak się ten pan nazywa? ;) Wstrzymajcie się przez chwilę z dalszą lekturą i zastanówcie...


[ .............. ]


I co, kojarzycie Go? ;)

Jeśli tak, to szacun. Wasza filmowa wiedza wykracza poza znajomość sztywnego zestawu hollywoodzkich przystojniaków.

A jeśli nie, to szkoda. Będę Go musiała Wam przedstawić. :)



20.02.2014

17.02.2014

Niebiańskie murmurando


Szanowne Koty!

Było listopadowe popołudnie 1999 roku. To wtedy właśnie zawitał do nas jeden z Was. Był to wspaniały, chadzający własnymi ścieżkami kocur, który postanowił najwyraźniej zacumować gdzieś na stałe. Od niego wszystko się zaczęło. Następny delikwent pojawił się, co prawda, dopiero rok później, ale potem poszło już „z górki”. Jeden po drugim, bezdomne lub niezadowolone z warunków, jakie zaoferowali Wam pierwotni właściciele, kierowałyście swoje kroki do nas, by – sterroryzowawszy nas swoimi cudownymi żółtymi ślepkami – domagać się azylu.

Jak mogę podsumować te kilkanaście lat spędzonych w Waszym towarzystwie? Cóż, nie zawsze było miło. Nie oszukujmy się, nie jesteście wzorem grzecznego i posłusznego zwierzątka. Bywacie upierdliwe i namolne. Kąsacie rękę, która Was karmi. Grzeszycie obżarstwem, a potem rzygacie bez opamiętania na dywan. Szczacie złośliwie na buty. Bijecie się nawzajem po mordach. Podczas pieszczot niemiłosiernie nas obśliniacie. Zamiast grzecznie spać w nogach, zajmujecie całą długość łóżka; a czasami – co gorsza – szerokość. Musimy Was bez przerwy wpuszczać i wypuszczać na zewnątrz. Znęcacie się nad myszami. Ogryzacie nasze rośliny. Rozsiewacie wszędzie kłaki. Przynosicie pchły. O tym, co znajduję czasami w wannie, wolę nawet nie wspominać. Przyznam się szczerze, że czasami mam Was serdecznie dosyć.

Ale przy wszystkich swoich wadach i tak jesteście najwspanialszymi zwierzętami, jakie kiedykolwiek zdołał udomowić człowiek. Słuszność miał Leonardo da Vinci, mówiąc, iż „najmarniejszy kot jest arcydziełem”. Każdy z Was jest inny, niepowtarzalny, wyjątkowy. Nigdy nie zamieniłabym Waszej błogosławionej obecności na czystsze podłogi, grubszy portfel czy święty spokój. Kochane i wierne, jesteście najwspanialszą – wybaczcie mi to niezręczne słowo – ozdobą naszego domu. Każdego domu.

Kochani, mali przyjaciele...










Proszę Was o jedno: szanujcie psy. One też Was kochają. Na swój sposób. :)



16.02.2014

Szósty stopień moralności: Nie jestem jedną z was


Pewien internauta zauważył w jednym z odwiedzanych przezeń blogów, iż zamieszczona w nim treść (nie wiem, czy chodziło o sam wpis, czy o któryś z komentarzy) ociera się o łamanie prawa. I w związku z tym rzuca – niejako w przestrzeń – filozoficzne pytanie:

Taki dylemat może mieć tylko osoba, która zarówno szanuje prawo, jak i wyznaje swoistą zasadę lojalności wobec tu: wstawić dowolny rodzaj powiązania z drugim człowiekiem. Czyli przeciwieństwo mnie samej. ;) Albowiem ja:
  • Nie szanuję prawa.
Oczywiście nie postuluję powrotu do właściwej zwierzętom anarchii. Na to nie może sobie pozwolić nawet najmniejszy ludzki kolektyw, pragnący zachować jaką taką spójność, a cóż dopiero mówić o wielomilionowym narodzie. Tym bardziej, że większość przepisów ma jakiś tam – mniejszy lub większy – sens. To nie oznacza jednak konieczności gięcia karku przed każdym wymysłem ustawodawców.
  • Nie jestem lojalna*.
Jestem... nie, przepraszam, staram się być – dobra. A uczciwe starania w tym zakresie wymagają wyrzeczenia się solidarności ze współplemieńcami.

W związku z tym uważam, iż w przypadku, gdy właściciel witryny robi coś wyjątkowo niemoralnego, a jest na to paragraf, to złożenie doniesienia do prokuratury jest czymś tak naturalnym, jak bezwzględne odparcie czyjegoś ataku (niezależnie od tego, czy agresorem jest tępy osiłek w dresie czy napastliwa staruszka), choćby nawet otoczenie uznało, że przekroczyliśmy granice obrony koniecznej. O ile, rzecz jasna, chcemy mieć czyste sumienie. Dotyczy to zresztą każdego przypadku łamania prawa oraz naszych zasad moralnych jednocześnie.

Oczywiście jestem w stanie zrozumieć powody, dla których decydujemy się pozostać bierni. Być może z owym niemoralnie postępującym blogerem łączy nas nić przyjaźni. Być może uważamy, że do takich, a nie innych czynów zmusza go trudna sytuacja, której nie jesteśmy w stanie należycie ocenić. Może też być tak, iż zostaliśmy wychowani w kulcie ślepej lojalności wobec „naszych” i/lub nienawiści wobec „onych” (pokłosie poprzedniego systemu, który promował cwaniactwo i łamanie lub przynajmniej naginanie prawa). Najczęściej jednak, jak mniemam, do głosu dochodzi wpajana nam w dzieciństwie żelazna zasada: Nie skarż, nie donoś, nie pytluj językiem. A czasami jeszcze: Nie sądź, żebyś nie był sądzony. Czyli rasowe pranie mózgu, mające na celu wyrugować z jednostki indywidualną moralność.

Ja to wszystko wiem, rozumiem i – z bólem – toleruję. Ale nie akceptuję. I jeśli nie składam doniesienia na osoby popełniające jakieś wyjątkowe świństwo, to tylko dlatego, że nie wiem, gdzie i jak należałoby to zrobić (ale to kwestia paru chwil, żeby się dopytać, prawda?) lub zwyczajnie brak mi wiary w polski wymiar sprawiedliwości. Przykładowo, gdybym dostrzegła, iż jakiś człowiek znęca się nad zwierzęciem lub rozprowadza narkotyki wśród młodzieży, to z o wiele większą chęcią przyczyniłabym się do brutalnego samosądu takowego delikwenta, niźli powiadomiła policję lub prokuraturę. Wynika to jednak z czystego pragmatyzmu i lenistwa, na pewno nie z – tfu! – solidarności z drugim człowiekiem. Albowiem tej nie ma we mnie za grosz. 




**********************************************


12.02.2014

Trajektoria ciał niebieskich


Najpierw pomyślałam, że to musi być żart. To przecież niemożliwe. A jednak. Oni naprawdę to zrobili. Proszę państwa, uwaga, uwagaChińczycy spowolnili ruch ziemi! Powiedzieć, że ten news mnie zaskoczył, to nie powiedzieć niczego. To wręcz przekracza moje zdolności pojmowania. Oto, do czego może doprowadzić kombinacja rozbuchanych aspiracji oraz zaciekłej determinacji w działaniu. Jak to u Chińczyków...




Cóż to za byt niepojęty – człowiek! Toż on zamachu na autonomię własnej planety dokonał! Mikroskopijna drobinka żyjąca pomiędzy jednym mrugnięciem gwiazdy a drugim; niepokorna cząsteczka materii miotana przez kosmiczne siły, których nie jest w stanie ogarnąć swoim ułomnym aparatem poznawczym, umiejscowionym na szczycie topornej wieży z mięsa. Oburzać się czy podziwiać należy? Bezczelny to, ale przy tym wielce pomysłowy robaczek. Ujarzmił powietrze i morskie otchłanie. Drąży ziemię i stapia metale. Wystrzeliwuje się próżnię, pokonując ekstremalne temperatury. Wciąż obserwuje, bada, porównuje. Szuka, docieka, rozważa. Woli zrobić trzy kroki naprzód, a później dwa w tył, niźli stać w miejscu. Oświetla sobie drogę ku prawdzie prymitywnym łuczywem skleconym z garstki informacji, które wydarł kosmicznej pustce. Jeszcze fizycznie poza nasz Układ Słoneczny sięgnąć nie może, ale już teraz ośmiela się rzucić wyzwanie starym teoriom, pewnikom, dogmatom.

Jak choćby tutaj:




Słońce zdegradowane do roli zwykłego towarzysza kosmicznej podróży? Jakoś trudno mi w to uwierzyć. Dziwnym by jednak było, gdyby siły oddziałujące na gwiazdę nie miały żadnego wpływu na resztę obiektów Układu Słonecznego. Wszyscy krążymy wokół jądra galaktyki, która z kolei krąży wokół... no właśnie czego? Kolejna zagadka dla ciekawskiego robaczka, który uporczywie, krok po kroku (trzy do przodu, dwa do tyłu), odkrywa tajemnice Wszechświata.

08.02.2014

Cel uświęca środki?



Podejrzewałam, że tak będzie. To było dla mnie absolutnie oczywiste. Ci, którzy temu zaprzeczali, zdumiewali mnie swoją krótkowzrocznością. Chociaż w tym wypadku można chyba mówić o zaawansowanej jaskrze.

Bo czy naprawdę tak trudno było przewidzieć, że jeśli gwałt ma być ścigany z urzędu, to zgwałcona kobieta musi zeznawać? Co to jest, jakaś wyższa matematyka??? Bo dla mnie jest to działanie na poziomie 2 + 2 = 4.

Ustawodawców nie musi obchodzić psychiczny stan ofiary; nie musi ich obchodzić zapewnienie jej pomocy, wsparcia, ochrony przed kolejnym stresem. Ich obchodzą tylko i wyłącznie wyniki. Czytaj: dopadnięcie sprawcy i przymknięcie go. I ja to rozumiem. Pierwszym zadaniem prawa stanowionego – będącego wszak zbiorem bezdusznych przepisów – jest utrzymanie w państwie porządku. Czasami za wysoką cenę.

Ale czy tak samo powinni rozumować tzw. zwykli ludzie? Czy ci z Was, którzy opowiadali się za ściganiem gwałcicieli z urzędu, pomyśleli o potencjalnych następstwach ustanowienia takiego prawa? A może kołacząca się w Waszych głowach myśl: Gwałciciel może zaatakować ponownie!” zabiła w Was resztki empatii i wrażliwości? Bo inaczej się tego nie da określić.

Wiem, że nie zmienię Waszych przekonań. Wy zaś nie zmienicie moich. Uważacie, że w imię „wyższego dobra” można poświęcić ofiarę zwyrodnialca i przemielić ją przez policyjno-sądową maszynkę. Dla mnie natomiast najważniejsze było, jest i będzie dobro zgwałconej kobiety; jej powrót do równowagi psychicznej, do normalnego funkcjonowania. Przymuszanie ofiar do składania zeznań to wyjątkowo odrażające skurwysyństwo, którego chyba nigdy nie zaakceptuję. Piszę chyba, gdyż kto wie, może kiedyś, dzięki medialnej indoktrynacji, zamienię się w emocjonalnego trupa, który w pogoni za wynikami (nazywanymi obłudnie sprawiedliwością) stratowałby niewinnego człowieka.

Słowo daję, przypomina mi się Balladyna”, a konkretnie torturowana matka, której jedynym przewinieniem był odmowa wskazania sprawczyni swojego własnego nieszczęścia. Nie przypuszczałam, że podobny absurd ziści się w prawdziwym życiu. I to przy aprobacie sporej rzeszy obywateli.

05.02.2014

Głupota jest rodzaju żeńskiego



Po lekturze tego tekstu po raz kolejny zaczęłam porównywać swój naród z innymi. Czy to możliwe, by zachowanie będące połączeniem ohydnego wścibstwa z równie ohydną głupotą było tolerowane na Zachodzie? A może – jak podejrzewam – opisane tutaj zostały typowo polskie przywary?

Do tego dochodzi niewesoła refleksja, iż być może pogardliwy stosunek Janusza Korwin-Mikkego do kobiet jest jednak w pewnej mierze uzasadniony. Czy mężczyzna zachowałby się w podobny sposób wobec spotkanej po latach koleżanki? Czy drążyłby temat, wymądrzał się, udzielał „dobrych" rad?

A kobiety jakoś się nie krępują. Otwierają uszminkowane jadaczki i pytlują bezmyślnie ozorem. Niedobrze się robi. Rzekomo rozsądniejsze, mądrzejsze, obdarzone intuicją i wyczuciem, w rzeczywistości są... nie, nie gorszą wersją mężczyzny, ale... ale czasami mi się wydaje, że niektóre robią mojej płci fatalną reklamę.

Tak, trzeba spojrzeć prawdzie w oczy, miłe panie: to nie mężczyźni węszą zazwyczaj wokół naszych macic. Czynią to inne kobiety. Zwłaszcza te z najbliższego otoczenia. „Kiedy dziecko, kiedy dziecko, kiedy dziecko??? Bo ja bym chciała! Ja bym chciała! Ja bym chciała... mieć wnuka/prawnuka/siostrzenicę”. Matki, babcie, ciocie, siostry, szwagierki, sąsiadki, koleżanki. Rozbawione, bezmyślne mordy, pustka w oczach – efekt tępoty, czasami występującej solo, a czasami w duecie z niewyobrażalnym wręcz egoizmem.

Najgorsze jest to, że takie pytania, rady i nalegania padają nie raz, nie dwa, nie trzy, lecz niezliczoną ilość razy. Znam tylko jeden sposób, by położyć im kres: chamstwo. Kilka strasznych, okrutnych słów, które potrafią zabić tę chorobliwą ciekawość, tę odrażającą skłonność do wpychania się w nie swoje organy rozrodcze i udzielania młodej kobiecie pouczeń. Niestety, zamordowane zostają również dobre relacje. Czasami na zawsze.

Kobiety, czemuście takie głupie?!?



04.02.2014

Meandry filantropii


Na pytanie, kto otrzymałby od Was darowiznę w wysokości 10 000 zł, odpowiedzieliście:

Schronisko dla zwierząt – 7 głosów

Wielodzietna rodzina – 3 głosy

Organizacja pomagająca ofiarom przemocy – 1 głos

Niesamowity artysta – 0 głosów

Dom dziecka – 3 głosy

Dom opieki dla osób starych i niepełnosprawnych – 4 głosy

Zespół młodych, bardzo zdolnych naukowców – 9 głosów

Pragnąca wyrwać się z przestępczego półświatka prostytutka – 8 głosów


Zdaję sobie sprawę, że opinia trzydziestu paru osób nie jest reprezentatywna dla całego społeczeństwa. Szczerze powiedziawszy, to cieszę się, że chociaż tyle do mnie zajrzało i raczyło wypełnić ankietę. To bardzo miłe, wszystkim dziękuję.

Co mi dają te ankiety? Dość płytki wgląd w duszę moich gości – zarówno tych stałych, którzy czytują mnie regularnie, jak i sporadycznych, odwiedzających mnie co dopiero wtedy, gdy już im się naprawdę bardzo nudzi; a także tych jednorazowych, którzy wdepnęli tu chyba przez przypadek i po kliknięciu na jedno z kółek zniknęli raz na zawsze.

Jak pokazują owe skromne wyniki, najchętniej pomoglibyście ludziom młodym, inteligentnym i zaangażowanym w tworzenie lepszego świata. Albo prostytutce marzącej o tzw. normalnym życiu. Ciepłe uczucia wywołuje w was również schronisko dla zwierząt. Z kolei utalentowany artysta jest – ani chybi – uważany za personę niewartą złamanego grosza. ;)

Ja również najchętniej bym (chyba) wsparła albo zwierzęta, albo człowieka, któremu pieniądze pozwoliłyby zacząć wszystko od nowa. Chociaż serce mi się ściska również na myśl o domu dziecka czy domu opieki dla starców; ten drugi przybytek jest dla mnie nawet istotniejszy – dziecko bowiem na szansę zostać adoptowane, zaś starzy ludzie mają przed sobą tylko śmierć.

Nie spodziewałam się, że wielodzietna rodzina otrzyma aż trzy głosy. ;) Jeśli już miałabym wesprzeć takową, to tylko, gdyby to była rodzina dobrze mi znana i rokująca na właściwe wychowanie dzieci. No, ewentualnie, gdyby to była rodzina „polskich” Amiszów, gdyż podobają mi się ci prości, uczciwi i – jak mi się zdaje – całkiem sympatyczni ludzie.

Oczywiście zapewne żadne z nas nigdy tak dużej kwoty na jakikolwiek szczytny cel nie wpłaciło i raczej nie wpłaci. Ale już wysłanie charytatywnego SMSa, wrzucenie paru złotych do puszki kwestarza (niekoniecznie z okazji WOŚP) czy oddanie starych rzeczy znajomemu biedakowi leży w zasięgu każdego z nas. Chcielibyśmy wierzyć, że nasze datki nie zostaną zmarnowane; że coś dobrego z nich wyniknie, jak choćby chwilowa ulga w cierpieniu. Tylko wtedy nasza pomoc ma sens.

Komu warto dawać pieniądze? Jakie organizacje warto wspomagać, jakich ludzi? A może lepiej dawać jedzenie, niepotrzebne nam już koce, ubrania, buty, książki?

03.02.2014

Pytania i odpowiedzi (1)


Czy to znaczy, że w realu jesteś fałszywa /bo tam kogoś grasz/, a tutaj na blogu, nie?

(Odnosi się ono do moich słów: "Oczywiście w realu zachowuję się inaczej. Ale o tym pisałam setki razy. Tutaj nie zamierzam nikogo grać. Ani dopasowywać się do niczyich życzeń.")

W realu cechują mnie te same poglądy, zasady moralne i upodobania, co tutaj. Niemniej rzadko je ujawniam – bo i po co? Mam się narażać na dyskretne ziewanie, uśmiech politowania, niezrozumienie? Na wściekłość tych, których ośmieliłabym się ocenić? Bo w to, że moja ewentualna szczerość zmieniłaby świat na lepsze, nie wierzę. Poza wirtualem liczą się czyny, nie poglądy. Nie mówiąc już o poglądach kogoś takiego jak ja, czyli nic nie znaczącej drobinki.

W Internecie mogę opisywać swoje życie, zahaczając przy tym o życie moich bliźnich. Mogę snuć rozważania o tym i o owym, nie martwiąc się, że zanudzam słuchacza (gdyż potencjalny czytelnik może na te moje wypociny machnąć ręką i odejść w siną dal). Mogę OSĄDZAĆ – wszystkich i wszystko. Nie udaję odważnej, bo i cóż to za odwaga – walić paluchami w klawiaturę, skrywszy się uprzednio pod wymyślonym nickiem? Pozorna, lecz jakże kusząca anonimowość sprawia, że jesteśmy tutaj znacznie bardziej szczerzy i odważni, niż po odejściu od komputera. Zadajmy sobie zresztą pytanie, czy bezgraniczna otwartość miałaby w realu jakikolwiek sens. Któż by chciał wysłuchiwać naszych śmiesznych żalów, pretensji, marzeń, fantazji?

Nie jestem też w stanie wyobrazić sobie owocnego prowadzenia z obcymi ludźmi zażartych dyskusji. Już dawno temu pisałam (odnośnie różnic pomiędzy realem a wirtualem): „I tu, i tam nadmierna szczerość bywa odbierana jako bezczelność, głupota, chamstwo, pycha. […] O ile jednak Internet jest jeszcze ostoją wolności słowa (w sensie – można bezpiecznie wyrazić swoje zdanie), o tyle tzw. real rządzi się nieco innymi prawami. Po odejściu od komputera lepiej się dwa razy zastanowić, nim wdamy się w spór z otoczeniem [...] nie warto: wdawać się w gorące polemiki ze zwolennikami/przeciwnikami PiSu, próbować przekonać do swoich racji zagorzałego patriotę/kosmopolitę, starać się zmienić punkt widzenia osoby wierzącej/niewierzącej bądź też udowadniać oponentowi wyższości aborcji nad oddaniem dziecka do adopcji (lub na odwrót). Tego typu miłe, lecz bezproduktywne – i dość ryzykowne – zabawy są odpowiednie dla Internetu właśnie.” (Wyrwane z kontekstu, całość tutaj.)

Oczywiście z biegiem lat ewoluujemy – i tu, i tam. A przynajmniej ja ewoluuję. Dzisiejsza Kira, pomimo iż nazywa nieco ironicznie samą siebie paskudną, wredną babą”, jest w porównaniu ze swoimi dawnymi wirtualnymi wcieleniami uosobieniem spokoju, cierpliwości i grzeczności. Za to moje realne „ja” stało się znacznie bardziej wulgarne, nerwowe i zgorzkniałe. Nad czym zresztą ubolewam i staram się z tym walczyć.


Z jednej strony krytykujesz to ogromną państwo za pazerność na podatki ściągane od ludzi, nie wahasz się nazywać je "największym złodziejem", a z drugiej strony masz opory przed wykorzystaniem "Chomika", bo "to już chyba jakieś wykroczenie"?

Nawet jeśli to wykroczenie, to po pierwsze - dopuszcza się go "Chomik", a nie Ty, a po drugie - skoro masz taką opinię o państwie w którym żyjesz, to dlaczego jesteś wobec niego aż tak do bólu lojalna? Bo rozumiem, że wolisz płacić, chociaż nie musisz tego robić, jeśli się zalogujesz na "Chomiku"?

W moim przypadku nie ma mowy o jakiekolwiek lojalności wobec państwa. W ogóle słowo „lojalność” bardzo źle mi się kojarzy ze ślepym posłuszeństwem, kumoterstwem, bezmyślnością. (Zły to ptak, co własne gniazdo kala – mówią o ludziach, którzy choćby i zasłużenie krytykują własne środowisko, rodzinę, współpracowników, rodaków. Ja jestem takim właśnie „złym ptakiem”. ;))

Dlaczego nie umieszczam swoich plików na rozmaitych pirackich serwisach? Dlaczego wolę się nie logować, jeśli nie muszę? Bo się boję. O ile ściąganie jest jeszcze tolerowane (choć pewnie do czasu), o tyle zamieszczanie plików w Sieci z pewnością można by podciągnąć pod jakiś paragraf. Że niby to nie ja nielegalnie rozpowszechniam, tylko Chomik? Nie, takie tłumaczenie jest niepoważne. Wątpię, bym nawet tutaj, w moim najwłaśniejszym blogu, miała prawo umieszczać zgrane z moich najwłaśniejszych płyt filmy czy utwory muzyczne. Wolę nie ryzykować. Wyjątek czynię tylko dla literatury, dzieląc się z Wami opowiadaniami czy fragmentami powieści.

A może się mylę? Może jestem zanadto ostrożna? Ci, którzy znają prawo lepiej ode mnie, proszeni są o zabranie głosu.

* * *

Gdyby ktoś jeszcze chciał mnie kiedyś o coś zapytać, to śmiało. Nie obrażę się, zapewniam. Najwyżej zignoruję pytania dotyczące mojego prywatnego życia. Szczerość nie oznacza ekshibicjonizmu. ;)

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...