31.03.2014

Coś


Podczas naszego pierwszego, dość zresztą krótkiego spaceru po Starym Gaju, natknęliśmy się z Markiem na takie „coś”:




Cóż to, do diaska, może być? Gniazdo os? Narośl chorobowa? Kto wie, proszony jest o zabranie głosu. Kto nie wie, może sobie pogdybać. ;)

30.03.2014

Tak! Tak! Tak!


Właśnie tak! Muszę to napisać, bo inaczej rozpęknę się na kawałki! A zatem piszę: JEST CUDOWNIE! Przepełnia mnie ogromna wdzięczność, radość i... niedowierzanie. Chciałabym paść na kolana i dziękować – Bogu, naturze, przypadkowi...? A może globalnemu ociepleniu? Sama nie wiem... Wprost nie mogę uwierzyć, że było tak dobrze, tak cudownie, tak... Ech, słowa nie oddadzą mojego stanu duszy. Dość powiedzieć, że jestem naprawdę zadowolona.

O co chodzi? Pozornie o błahostkę, z której Wy, zabiegani, zapracowani i pożyteczni dla społeczeństwa, będziecie sobie zapewne z politowaniem pokpiwać. Ale dla mnie jest to coś naprawdę ważnego. Niespełna pół roku temu przygotowywałam się mentalnie na nadejście pory złowieszczego mroku, przerażającego zimna i skrzypiących nieprzyjemnie pod nogami brył lodu, jęcząc w duchu: „Byle do wiosny, byle do wiosny...” Każdej jesieni z przygnębieniem wyczekuję pierwszego uderzenia chłodu, pierwszego przymrozku, pierwszych opadów śniegu. Z niechęcią wyjmuję ciężkie kurty, czyszczę ciężkie buciory. Cóż bowiem można lubić w zimie? Przejmujące do szpiku kości wichry, tnące twarz śnieżne bicze tudzież paskudne, przyprawiające o mdłości, wbijające w człowieka tysiące szpil zimno; czyhające na kierowców śnieżne zaspy i gołoledź; wszechobecne oblodzenie, które potęguje prawdopodobieństwo połamania nóg lub utraty paru zębów podczas wyprowadzania naszego nieokrzesanego psa; trwające milenia noce przeplatane parominutowymi dniami – to wszystko sprawia, że ta pora roku jest mi szczególnie nienawistna. Zważywszy zaś na to, jak okropną była zima 2012/2013 i jak długo trzymała nas w kleszczach mrozu, oczekiwałam najgorszego.


Wielkanoc 2013 – wizualna powtórka Bożego Narodzenia


Tymczasem... Tymczasem... Tymczasem... Tymczasem zostałam wspaniale zaskoczona. Mieliśmy wspaniałą, cudowną, przyjazną i zajebiście fajną zimę. A że była przy tym brzydka, szara i mokrawa? Dla mnie to drobnostka. Ważne, że pogoda była – jak na tę porę roku – wyśmienita. W styczniu doświadczyliśmy, co prawda, parunastu dni mrozu (aczkolwiek nie tak znowu strasznego), ale poza tym słupek rtęci cały czas górował nad zerem. Tym samym nie doświadczyliśmy również zbyt wiele śniegu czy lodu. Kiedy luty dobiegał końca, chciało mi się skakać z radości, że złowieszcze prognozy, jakoby to zima miała jednak uderzyć z całą mocą zdychającego zwierzęcia, które chce ostatkiem sił zatopić kły w triumfującym przedwcześnie rywalu, okazały się być błędne. Wygrało ciepło, światło i życie. Bezapelacyjnie.

A teraz mamy już wiosnę. Ciągle jeszcze nieśmiała, nieszczególnie ładna, przypominająca raczej późną jesień niż początek okresu wegetacyjnego, powoli rozgaszcza się i obejmuje we władanie coraz większe połacie naszego kraju. Dzień się wydłuża, temperatura dobija do dwudziestu paru stopni Celsjusza, trawa staje się coraz bardziej jędrna i nabiera soczystej zieleni, pojawiają się pierwsze pąki kwiatów, pierwsze zboża.










Bądź błogosławiona, panno wiosno!



25.03.2014

Piękna muzyka, mądre słowa


Jak już kiedyś pisałam, bywa, że natykam się na dzieło, które sprawia, że zapominam o bożym świecie. Dobra muzyka jest jak dobre wino potrafi upoić, ale bólu głowy nie przysporzy. ;) Dzisiaj właśnie upijałam się bezwstydnie pewną wspaniałą pieśnią, która oczarowała mnie i pochłonęła bez reszty na ładnych kilka godzin. Audialna przyjemność została w tym przypadku zwielokrotniona, gdyż do tego samego tekstu zostało skomponowanych kilkadziesiąt różnych utworów – wszystkie według jednej linii melodycznej, a zarazem każdy inny, niepowtarzalny.


Pierwotnie pieśń „Ye Jacobites” była atakiem na powstańców i zawierała odniesienia do współczesnych im miejsc, postaci i wydarzeń. W 1791 została przerobiona przez szkockiego poetę Roberta Burnsa i ociosana z politycznych naleciałości, zyskując tym samym ponadczasowy charakter.


Robert Burns
YE YACOBITES

Ye Jacobites by name lend an ear, lend an ear,
Ye Jacobites by name lend an ear,
Ye Jacobites by name
Your faults I will proclaim,
Your doctrines I must blame,
You shall hear, you shall hear
Your doctrines I must blame, you shall hear.

What is right and what is wrong by the law, by the law
What is right and what wrong by the law
What is right and what is wrong, by short sword or by long,
A weak arm or a strong for to draw, for to draw,
A weak arm or a strong for to draw.

Ref. Ye Jacobites...

What makes heroic strife famed afar, famed afar,
What makes heroic strife famed afar,
What makes heroics strife, to whet the assassin's knife,
Or haunt a parent's life with bloody war, bloody war,
Or haunt a parent's life with bloody war.

Ref. Ye Jacobites...

Then let your schemes alone in the state, in the state,
Then let your schemes alone in the state,
Then let your schemes alone, adore the rising Sun,
And leave a man undone to his fate, to his fate,
And leave a man undone to his fate.

Czasami w refrenie zamiast „faults” występuje słowo „fautes”, a zamiast „must” – „maun”. Z kolei w ostatniej zwrotce then może być zastąpione przez and, a let your schemes” przez leave your schemes”.


Tłumaczenie toporne, lecz miejcie na uwadze, że nie używam angielskiego na co dzień (tata dokonał merytorycznej korekty przekładu, jednak poetycką stroną tekstu się nie zajmował ;)):


Robert Burns
WY, JAKOBICI

Wy, jakobici z nazwy, skłońcie ucha, skłońcie ucha,
Wy, jakobici z nazwy, skłońcie ucha,
Wy, jakobici z nazwy, obwieszczę wszem i wobec wasze winy,
Muszę winą obciążyć wasze doktryny,
Wysłuchacie mnie, wysłuchacie mnie,
Muszę winą obciążyć wasze doktryny, wysłuchacie mnie.

Co jest dobre, a co złe – według prawa, według prawa,
Co jest dobre, a co złe – według prawa, według prawa
Co jest dobre, a co złe, według noża lub miecza,
Dobytego przez silne lub słabe ramię.

Co sprawia, że rozsławiona heroizmem walka
Co sprawia, że rozsławiona heroizmem walka
Co sprawia, że rozsławiona heroizmem walka przywołuje nóż zabójcy
Lub czyha na życie rodzica krwawą wojną?

Zostawcie więc swoje plany w spokoju,
Zostawcie więc swoje plany w spokoju,
Zostawcie więc swoje plany w spokoju, podziwiajcie wschodzące słońce,
I zostawcie nieszczęsnego człowieka w spokoju jego losowi.

Poniżej przedstawiam dziesięć wersji „Ye Jacobites”, z trzema moimi ulubionymi na początku:























Gdyby Burns mógł to usłyszeć... :)

19.03.2014

Eudajmonizm w praktyce


Człowiek jest bogaty proporcjonalnie do liczby rzeczy, bez których może się obyć.

Henry David Thoreau



Poniższy filmik przedstawia wywiad z człowiekiem, który odrzucił stereotypowe pojęcie sukcesu i postawił na subiektywne zadowolenie z życia.




Można? Można! :)

Więcej o Jay’u Shaferze i jego tumbleweed house tutaj.

(Dla dociekliwych: przelicznik stóp na metry.)

18.03.2014

Oikos


Czym jest Polska?

Polska to państwo. Źle zarządzane, rozkradane, przeżarte przez nepotyzm i korupcję. Pazerne i nieuczciwe, brudne i zwyrodniałe. Rozrywane przez rozmaite lobby, masakrowane przez partyjne rozgrywki, zawłaszczone przez Kościół. Ta Polska mnie przeraża.

Polska to naród. W dużej mierze zawistny, tępawy, prostacki. Religijny tą śmieszną bezmyślną religijnością, która sprawia, że w niedzielę „wierzący” Polaczek może się schlać w trzy dupy, ale już pracy podjąć mu nie wolno. Przypadkowa zbieranina ludzi, warczących na siebie nawzajem, gdyż i pracy, i powietrza dla wszystkich brakuje. Tą Polskę pogardzam.

Polska to tożsamość. Symbole, barwy, znaki. Pamięć, tradycja, obyczaj. Język i kultura, historia i plany na przyszłość. Ta Polska nawet mnie ciekawi. Ale mnie ciekawi wiele rzeczy.

Jest jeszcze inna Polska. To mój dom, moje serce, moje korzenie. Moje miejsce na Ziemi. Przynajmniej na razie. Tę Polskę kocham.

Ile można zrobić dla własnego domu? Czy należy go bronić za wszelką cenę? Tkwić w nim, nawet jeśli straty przewyższają korzyści? Nie mnie to oceniać. Rozumiem i w pełni popieram tych, którzy stąd uciekli. Bywa, że zawodzi nas własny ojciec; bywa, że wstydzimy się swojej matki; bywa, że rodzonemu bratu trzeba przylać w mordę. Nic więc w tym nie ma dziwnego, że i ojczyznę musimy niekiedy porzucić, jeśli nie spełnia naszych oczekiwań.

Dopóki jednak miłość do Polski-domu przewyższa strach przed Polską-państwem tudzież niechęć do Polski-narodu, dopóty warto o tę Polskę walczyć. Może nie do ostatniej kropli krwi, ale z pewnością nie tylko do pierwszej. Ja już tutaj chyba zostanę. Dlatego nie jest mi wszystko jedno, co się z tym krajem stanie.

Możecie wierzyć lub nie, ale zapewniam Was, iż nie przemawia przeze mnie żaden pieprzony patriotyzm. Nie ma mowy o szacunku dla przodków czy solidarności z rodakami. To czysto zwierzęcy przymus obrony swojego legowiska. Każdy, kto bezcześci mój dom, jest mi wrogiem. Najeźdźcy stojący u granic; fanatycy religijni i niereligijni, pragnący wychowywać cudze dzieci – czy to według ideologii gender, czy to na lekcjach religii; zbrodniarze, przekupni sędziowie, chroniący przestępców prokuratorzy, tuszujący błędy kolegów lekarze, nieudolna i zblazowana policja, olewający swoje obowiązki urzędnicy; ciemne bydło powtarzające bezmyślnie za jebanymi „autorytetami moralnymi”, że każdy, kto nie robi bachorów dla Polski, a zakupów wyłącznie w polskim sklepie, to „egoistyczny hedonista”; cyniczni politykierzy z bożej łaski, którzy uważają, że moralność dotyczy tylko szarych ludzi, ale już osób zarządzających państwem – niekoniecznie; i wielu, wielu innych ludzi. Ci wszyscy, którzy stoją za upadkiem Polski-państwa oraz Polski-narodu, ci wszyscy, którzy chcieliby zamienić mój dom w burdel – ich wszystkich z całego serca NIENAWIDZĘ.

Tak, wiem, to też są ludzie. Biedne, nieszczęśliwe zwierzęta. Tak jak biednymi, niewinnymi zwierzątkami są karaluchy, które jednak bezlitośnie tępimy, deklarując jednocześnie sympatię dla zwierząt „wyższego rzędu”. Z bólem serca (bo jest mi z tego powodu cholernie przykro) stwierdzam, że tak samo trzeba postępować z naszymi bliźnimi: jednych wspierać, innych tępić.

15.03.2014

Incydent


Moi rodzice mieli wczoraj nieprzyjemną przygodę. Wrócili właśnie z psami ze szczepienia i postawili samochód tam gdzie zwykle, czyli na ulicy Gen. Zajączka. Wówczas naskoczyła na nich mieszkająca w pobliżu młoda kobieta, która w bardzo wulgarnych słowach zażądała przestawienia samochodu. Ojciec się zlisił i oznajmił, że zrobiłby to, gdyby odezwała się do nich uprzejmie. A tak – nic z tego. Gonieni przez agresywną, miotającą obelgami furiatkę, rodzice poszli do domu.

Niestety, pomimo iż prawdopodobnie nie była to osoba do końca normalna, zachowała jednak przytomność umysłu i zrobiła coś zarówno niefajnego, jak i skądinąd całkiem rozsądnego: sfotografowała telefonem większego z naszych psów, który był, co prawda, na smyczy, ale za to bez obowiązkowego kagańca na pysku. I zadzwoniła na policję.

Rodzice zrelacjonowali nam to wydarzenie w zaledwie kilku słowach, nie paląc się do opisywania szczegółów. Mieli przy tym bardzo strapione miny i byli lekko podminowani. Współczułam im, zastanawiając się jednocześnie, jak bym się zachowała, gdyby to mnie spotkało coś takiego. Czy starałabym się ułagodzić agresywną pannę? Czy raczej przysoliłabym jej w gębę i poprawiła kopniakiem? A może zwiałabym, mając na uwadze nie tylko swoje bezpieczeństwo, ale i wrażliwość psów, które – jak mówiła mama – były zachowaniem nieznajomej przerażone? Sama nie wiem. Znam już siebie na tyle dobrze, by nie wykluczać, iż mogłoby być baaaardzo nieprzyjemnie. Tylko wrodzone tchórzo... ekmmm... rozwaga hamuje moją – również wrodzoną – nerwowość. Jestem na tyle rozsądna, by unikać fizycznej konfrontacji z silniejszymi.

Byłam też niezmiernie ciekawa, co będzie, jak przyjadą gliny. Jak długo i z jaką intensywnością będą przesłuchiwać rodziców? Okazało się, że nic z tych rzeczy. Nawet nie weszli do domu. Jak twierdził tata, chcieli się szybko pozbyć kłopotu i doradzili mu jedynie, by w przyszłości miał przy sobie kaganiec. I po strachu. Cała ta histeria z chowaniem psów w naszym pokoju była zgoła niepotrzebna.

Z jednej strony cieszę się, że wszystko rozeszło się po kościach, ale z drugiej... Cóż, każdy kij ma dwa końce. Oczywistym jest, że kiedy to my coś przeskrobiemy, niezborność i lenistwo polskiej policji wydają nam się darem z nieba. Pogada z nami taki mundurowy, może nawet trochę nas opieprzy – i na tym się skończy. Co jednak będzie, kiedy to my zgłosimy jakieś wykroczenie? Lub wręcz padniemy ofiarą przestępstwa? Czy wówczas nasze służby zachowają się profesjonalnie i przymkną agresora czy może tylko pogrożą mu palcem i wrócą na posterunek?

10.03.2014

Uprzedzenie


D. H. Lawrence
WĄŻ

Przypełznął wąż do korytka wody
W dzień bardzo gorący, kiedy ja, w piżamie, rozgrzany upałem
Przyszedłem się napić.

W głębokim cieniu wielkiego drzewa, co rodzi chleb świętojański o dziwnym zapachu,
Schodziłem po schodach z dzbanuszkiem
I musiałem czekać, przystanąć i czekać, bo tam był on u strumienia przede mną.

Wyszedł z mroku ze szpary w glinianym murze
I żółtobrunatną ospałość toczył na miękkim spodzie brzucha krawędzią koryta z kamienia,
I oparł szyję na kamiennym dnie,
A kiedy woda z kurka kapała małymi światłami,
Wysączał ją wyciągniętą paszczą,
Przełykał wolno płaskimi dziąsłami i całą długością miękkiego tułowia,
W milczeniu.

Było więc moje korytko zajęte,
Ja zaś, przybysz spóźniony, czekałem.

Uniósł głowę znad wody, jak to czynią krowy,
I zwrócił na mnie wzrok mętny, jak znad wodopoju,
I mignął widlastym językiem, namyślał się chwilę,
I opadł, i jeszcze pił trochę,
Brunatny jak ziemia i jak ziemia złoty wychynął z płonących trzewi ziemi
W lipcowy dzień, na Sycylii, pod Etną dymiącą.

Uczony głos we mnie rzekł:
Trzeba go zabić,
Bo na Sycylii czarne węże są nieszkodliwe, złote zaś jadowite.

A głosy we mnie mówiły: Gdybyś był mężczyzną
Chwyciłbyś kij, uderzył go, zatłukł.

Lecz czy muszę wyznać, że go pokochałem,
Szczęśliwy, że przyszedł jak gość, pełen spokoju, napić się z korytka
I odszedł w pokoju, pogodzony, niewdzięczny
W płonące trzewia tej ziemi?

Czy to było tchórzostwo, że nie śmiałem go zabić,
Czy też perwersja, że rozmawiać z nim chciałem?
Czy może pokora, żem się zaszczycony poczuł?
Bardzo zaszczycony.

Ale wciąż te głosy:
Zabiłbyś węża, gdybyś go się nie bał!

Bałem się naprawdę i bardzo się bałem
Ale i tak tym bardziej byłem zaszczycony
Że z mej gościnności korzystał
Gdy wyszedł z wrót ciemnych tajemniczej ziemi.

Napił się do syta
I uniósł głowę, sennie, jak pijany,
I śmignął językiem w powietrzu jak rosochata noc tak czarnym,
Jakby oblizywał wargi,
Rozglądał się jak bóg, nie widząc, w powietrzu
I głowę odwracał powoli
I powoli, bardzo powoli, jakby w śnie potrójnym
W kolistych skrętach całą swą długością sunął ociężale
I wpełzał z powrotem w szczelinę spękanego muru.

A kiedy wsuwał głowę w tę okropną dziurę
I wolno wpełzał, wyżej wchodząc, coraz głębiej wężowymi ruchy
Coś jak groza, jak protest przeciw tej ucieczce w czarną obrzydliwą jamę
Przeciw odchodzeniu z własnej woli w ciemność i powolnemu znikaniu
Ogarnęły mnie, gdy swój odwrót zaczął.

Rozglądnąłem się wokół, odłożyłem dzbanek,
Podniosłem kłodę sękatą
I cisnąłem nią z trzaskiem w kamienne koryto.

Myślę, że go nie trafiłem,
Lecz nagle część jego ciała, pozostała w tyle, zadrgała konwulsją w niegodnym pośpiechu,
Zygzak błyskawicy zniknął
W czarnych wargach ziemi rozwartej pod murem
Na który w upalne południe patrzałem w zachwycie.

I pożałowałem zaraz
Myśląc jaki nędzny, wulgarny, jaki podły czyn!
Pogardzałem sobą i głosami przeklętej ludzkiej uczoności we mnie.

I pomyślałem o albatrosie
I zapragnąłem by wąż mój powrócił.

Bowiem zdał się królem.
Królem na wygnaniu, nie koronowanym, w podziemnej krainie
Lecz który teraz znów ma mieć koronę.

Tak zepsułem spotkanie z jednym z panów
Życia
I mam za co odprawiać pokutę:
Za małość.



D. H. Lawrence
SNAKE

A snake came to my water-trough
On a hot, hot day, and I in pyjamas for the heat,
To drink there.

In the deep, strange-scented shade of the great dark carob-tree
I came down the steps with my pitcher
And must wait, must stand and wait, for there he was at the trough before me.

He reached down from a fissure in the earth-wall in the gloom
And trailed his yellow-brown slackness soft-bellied down, over the edge of the stone trough
And rested his throat upon the stone bottom,
And where the water had dripped from the tap, in a small clearness,
He sipped with his straight mouth,
Softly drank through his straight gums, into his slack long body,
Silently.

Someone was before me at my water-trough,
And I, like a second comer, waiting.

He lifted his head from his drinking, as cattle do,
And looked at me vaguely, as drinking cattle do,
And flickered his two-forked tongue from his lips, and mused a moment,
And stooped and drank a little more,
Being earth-brown, earth-golden from the burning bowels of the earth
On the day of Sicilian July, with Etna smoking.

The voice of my education said to me
He must be killed,
For in Sicily the black, black snakes are innocent, the gold are venomous.

And voices in me said, If you were a man
You would take a stick and break him now, and finish him off.

But must I confess how I liked him,
How glad I was he had come like a guest in quiet, to drink at my water-trough
And depart peaceful, pacified, and thankless,
Into the burning bowels of this earth?

Was it cowardice, that I dared not kill him?
Was it perversity, that I longed to talk to him?
Was it humility, to feel so honoured?
I felt so honoured.

And yet those voices:
If you were not afraid, you would kill him!

And truly I was afraid, I was most afraid,
But even so, honoured still more
That he should seek my hospitality
From out the dark door of the secret earth.

He drank enough
And lifted his head, dreamily, as one who has drunken,
And flickered his tongue like a forked night on the air, so black,
Seeming to lick his lips,
And looked around like a god, unseeing, into the air,
And slowly turned his head,
And slowly, very slowly, as if thrice adream,
Proceeded to draw his slow length curving round
And climb again the broken bank of my wall-face.

And as he put his head into that dreadful hole,
And as he slowly drew up, snake-easing his shoulders, and entered farther,
A sort of horror, a sort of protest against his withdrawing into that horrid black hole,
Deliberately going into the blackness, and slowly drawing himself after,
Overcame me now his back was turned.

I looked round, I put down my pitcher,
I picked up a clumsy log
And threw it at the water-trough with a clatter.

I think it did not hit him,
But suddenly that part of him that was left behind convulsed in undignified haste.
Writhed like lightning, and was gone
Into the black hole, the earth-lipped fissure in the wall-front,
At which, in the intense still noon, I stared with fascination.

And immediately I regretted it.
I thought how paltry, how vulgar, what a mean act!
I despised myself and the voices of my accursed human education.

And I thought of the albatross
And I wished he would come back, my snake.

For he seemed to me again like a king,
Like a king in exile, uncrowned in the underworld,
Now due to be crowned again.

And so, I missed my chance with one of the lords
Of life.
And I have something to expiate:
A pettiness.

Taormina, 1923

08.03.2014

Ludzio(filia/fobia)


Mój stosunek do ludzi jest dość, hmm, skomplikowany. Można by powiedzieć, że do tej pory, pomimo 33 lat na karku, mam kłopot z przyjęciem adekwatnego do nich podejścia. W zasadzie to zmagają się we mnie dwie różne postawy: jedna czysta i niewinna, druga – skalana chłodną kalkulacją i egoizmem.

Ta pierwsza wymaga ode mnie iście chrześcijańskiej miłości bliźniego. Czyli traktowania go jak siebie samego, powstrzymywania się od ferowania wyroków oraz bezgranicznej niemal szczerości, otwartości i prawdomówności (ot, takie serce na dłoni). Jakiekolwiek podejrzenia odnośnie karygodnych postępków owego bliźniego muszą zostać potwierdzone, a i nawet potem nie warto o nich paplać. Jeśli już bowiem musimy osądzać, to czyńmy to z umiarem i miłosierdziem.

Druga postawa jest skrajnie odmienna. Nie, nie nakazuje mi czynienia zła, broń Boże! Ale nie ma już mowy o żadnej ufności czy pobłażliwości. Moi pobratymcy to złośliwe, tępe i cholernie zawistne stworzenia, które zamiast piąć się w górę, dążyć do szczęścia, duchowego rozwoju, etc, wolą pozostać w swoim cuchnącym bagienku, pilnując wszakże, żeby nikt inny również się zeń nie wydobył. Pobłażliwość w sądach jest przez nich brana za słabość; nadmierna szczerość i otwartość – za głupotę. Przeczuleni na swoim punkcie, nie znoszą krytyki, a cudze sukcesy traktują niemal jak afront. Tak więc – gęba na kłódkę! Ujawnianie poglądów czy pogaduszki o sprawach prywatnych ograniczyć do grona najbardziej zaufanych osób. Osądzać surowo i bez ceregieli, nigdy jednak otwarcie. Bo i po cóż robić sobie niepotrzebnie wrogów?

Ktoś powie, że te dwie postawy mogą ze sobą współistnieć. Można przecież być grzecznym i powściągliwym w realu, zaś otwartym i boleśnie wręcz szczerym w Internecie – prawda? Tyle tylko, że obydwie te postawy są złe. Pierwsza, bazująca na pozytywnym myśleniu, jest jednak dość niemądra; druga, choć znacznie bardziej rozsądna, sączy w serce jad. Dlatego od wielu lat cyzeluję trzecią postawę, polegającą na postrzeganiu ludzi jak zwykłych zwierząt, zdolnych do czynienia tak dobra, jak i zła. Taka percepcja bliźniego pozwala mi zachować względem niego odpowiedni dystans. Możliwa staje się zarówno serdeczność tudzież zrozumienie, jak i nieufność czy nawet głęboka niechęć.

Tylko czy aby na pewno człowiek jest zwykłym zwierzęciem? A jeśli tak, to czy zwierzę może mieć duszę?

06.03.2014

Dziewczynka i jej dręczyciel


Do czego może się przydać znajomość języka angielskiego osobie, której zawód nie ma z tym językiem nic wspólnego? Oczywiście powiecie: do komunikacji oraz do rozumienia. To drugie jest nawet ważniejsze. Weźmy choćby taki Youtube – toż to kopalnia genialnych filmów, filmików i filmiczków! Niestety, rzadko wyposażonych w polskie napisy. O ile w przypadku amatorskich nagrań nie ma to większego znaczenia, o tyle profesjonalne obrazy wymagają od widza, by nie tylko podziwiał widoki, ale także rozumiał, o co w danym dziele chodzi.

Nie bez kozery zahaczam o angielski. Film, który mam zamiar Państwu zaprezentować, można obejrzeć na Youtube wyłącznie w oryginale. Jeśli czujecie się na siłach zmierzyć z obcym językiem, gorąco zachęcam do obejrzenia niepokojącego, dusznego, przykrego, a zarazem fascynującego „Closet Land”.

Nie każdemu się ta produkcja spodoba. Jest to okrutna przypowiastka o pozornie demokratycznym, w rzeczywistości zaś niemalże totalitarnym państwie, w którym wszelkie obywatelskie prawa i swobody mogą zostać w każdej chwili zniesione. W filmie występują tylko dwie osoby (nie licząc właścicieli pojawiających się przez parę chwil dłoni): autorka książek dla dzieci, której twórczość analizowana jest pod kątem ewentualnej krytyki rządu, oraz wypytujący ją śledczy. W tę drugą postać wcielił się mój ulubiony aktor (wówczas zaledwie 45-letni). Ta rola to majstersztyk! Istna perełka w karierze Rickmana. Śledczy jest zarówno katem, jak i ofiarą Systemu; jego okrucieństwo jest wpisane w standardowe procedury przesłuchania. Czasem grzeczny, skory do pomocy, być może nawet autentycznie współczujący przetrzymywanej kobiecie, kiedy indziej beznamiętny biurokrata, działający wedle ściśle określonego schematu, w zakres którego wchodzą także a może przede wszystkim psychiczne i fizyczne tortury. Świetna rola.

I świetny film.

Zapraszam na seans:


CLOSET LAND


A jeśli komuś ułatwiłoby to oglądanie, oto wersja z angielskimi napisami.

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...