29.04.2014

Twój głos - mój los


Jakiś czas temu zadałam Wam pytanie: „Czy emigranci, który nie zamierzają NIGDY wracać do Polski, powinni mieć prawo do brania udziału w wyborach?” Odpowiedzieliście:

Oczywiście, przecież nadal są obywatelami Polski – 12 głosów

Trudno powiedzieć, to dość drażliwa kwestia – 6 głosów

Absolutnie nie! Przecież ich już sytuacja w Polsce nie dotyczy – 17 głosów

Nic mnie to nie obchodzi – 0 głosów


Osobiście przychylam się do opcji nr 3. Istnym kuriozum jest dla mnie sytuacja, w której ludzie mieszkający od lat za granicą i zarzekający się, iż nigdy do Polski nie wrócą, mają prawo wybierać okresowych zarządców państwa. Wszak konsekwencje wyboru tej czy innej partii do polskiego sejmu albo tego czy innego kandydata na polskiego prezydenta ponoszą wyłącznie ci, co mieszkają w Polsce na stałe. Ci zaś, którzy raz na zawsze opuścili ojczyznę, mogą sobie po wyborach co najwyżej popomstować lub poskakać z uciechy przed telewizorami, potem jednak beztrosko wracają do swojego życia, które w najmniejszym stopniu się nie zmienia.

28.04.2014

Nieczyste sumienie


Wczoraj wieczorem Tofik, ulubiony kotek Lubego, przyniósł dwie żywe myszy. Pierwsza uciekła na skutek jego nieuwagi i czmychnęła pod szafę. Jakiś czas później przyniósł drugą. Chcąc mu ją wydrzeć złapałam go wpół, na co kocina wypuścił zdobycz z pyszczka. I tak oto mieliśmy już drugą mysz, tyle, że za naszym przedmałżeńskim łożem.

Zaczęło się parogodzinne szaleństwo. Luby latał jak oszalały od jednego pokoju do drugiego i przy pomocy długiej linijki starał się wygarnąć zza mebli ukrywające się gryzonie. Świadomość, że szwendają się u nas dwie żywe myszy doprowadzała go do złości, a mnie do spazmów śmiechu.

Zabiegi Ukochanego nic nie dały. Podobnie jak wpychanie Rudego pod łóżko w nadziei, że dopadnie przynajmniej jednego intruza. W przeciwieństwie do szybkiego, zwinnego Tofika Rudolfo jest kotem ślamazarnym, biernym i łagodnym; najlepiej mu wychodzi klejenie się do nas i ślinienie z rozkoszy, gdy czochramy go po grzbiecie.

Ale nasza słodka pierdoła zrehabilitowała się (w oczach Lubego) parę godzin później, po powrocie ze swojego zwyczajowego nocnego spaceru. Usłyszawszy dobiegające z kąta chrobotanie myszy, Ruduś natychmiast zerwał się z moich zaanektowanych wcześniej kolan i pognał w te pędy na łowy. Jakiś kwadrans przed szóstą mysz została wygarnięta zza subwoofera i położona na podłodze. Rudy przycupnął obok i leniwie patrzył na agonię swej krwawiącej ofiary.

Ja również patrzyłam na przedśmiertne drgawki myszy, ale spokoju nie było we mnie za grosz. Jasnym było dla mnie, iż jedynym sensownym posunięciem byłoby dobicie cierpiącego maleństwa. Tylko jak to zrobić??? Ciapem? Piórnikiem? Ręką? Po parunastu sekundach zwierzątko przestało się trząść. Konkubent wziął je za ogon i szurnął z balkonu do ogródka. Zapewniał mnie potem, że mysz była już martwa, ja jednak nie dawałam temu całkowitej wiary.

Nie mogę sobie wybaczyć, że stałam jak dureń i niczego nie zrobiłam. Możecie się śmiać, ale dla mnie obojętność wobec czyjegokolwiek bólu jest złem. Pamiętam, jak prosiłam o dobicie potrąconego przez samochód psa; jak sama dobiłam (nogą) poszarpanego gołębia. Ale jak skrócić męki takiej małej myszki? :(

Gdzieś tam w naszych pokojach kryje się jeszcze druga...

26.04.2014

Ananke


Ambrose Bierce jest pisarzem tyleż interesującym, co zapomnianym (przynajmniej w Polsce). I o ile jemu jest to już jak mniemam idealnie obojętne, to Wy być może nieco na tym tracicie. Jego pesymistyczna, przesycona grozą twórczość nie każdemu przypadnie do gustu, ale myślę, że warto dać jej przynajmniej jedną szansę.

Tylko jak ma Was do tego przekonać taka marna imitacja krytyka literackiego jak ja? Potrafię co najwyżej opisać swoje subiektywne wrażenia z lektury, na ogół bez polotu, czasami wręcz bez ładu i składu. O dogłębnej analizie nie ma nawet co marzyć: nie znam się, nie rozumiem, mam zbyt ubogie słownictwo. Ot, natykam się czasem na coś, co do mnie przemawia, co mnie zachwyca, porusza, wzrusza, czasami wręcz ogłusza – i piszę o tym na swój nieudolny, nieskładny i nieporadny sposób, mając świadomość, iż przedstawiam zaledwie zarys dzieła, jego cień, sylwetę.

Dlatego wolę czasem oddać „głos” cudzym tekstom: opracowaniom, artykułom, streszczeniom, a wreszcie – Wikipedii. Tak jest i w tym wypadku:
Ambrose Gwinett Bierce (ur. 24 czerwca 1842, zm. w grudniu 1913 lub na początku 1914 roku prawdopodobnie w Meksyku) – dziennikarz, satyryk i nowelista amerykański, uczestnik wojny secesyjnej; także aforysta i filozof sceptyk. Często określany jako prekursor "czarnej literatury XX wieku", jeden z najwybitniejszych twórców wczesnej powieści grozy.
Bierce tworzy […] świat okrutny, pełen patologii i zboczeń, nie podległy żadnym zasadom moralnym. Groza Bierce'a jest niejako zaprzeczeniem transcendetnego, wypływającego z duszy, surrealistycznego strachu Edgara Allana Poego – autor "Jeźdźca na niebie" zwraca uwagę na grozę przynależącą do świata materialnego, "podskórną" i brutalną w swojej przyziemności. Opisy Bierce'a cechuje całkowita beznamiętność w przedstawianiu sadyzmu i okrucieństwa. Częste epatowanie krwią, nagromadzenie makabrycznych wątków dały zaczątek do traktowania horroru w kategoriach gore. Często nawiązywał do własnych doświadczeń wojennych oraz do pionierskiego życia w Północnej Ameryce, ukazując powszechną wówczas biedę, zacofanie i pijaństwo, które sprawnie zaprzęgał do potrzeb literatury grozy. Charakterystyczny dla grozy Ambrose Bierca jest model świata – to universum pozbawione wszelkiej przypadkowości, gdzie zbrodnie sprzed lat powracają, aby nakręcać spiralę wszechogarniającego koszmaru.

Od siebie mogę tylko dodać, iż typowy dla Bierce'a lakoniczny styl i oszczędność w słowach tylko wzmacniają serwowaną czytelnikowi makabrę. Pisarz nie szczędzi czytelnikowi drastycznych szczegółów, jest przy tym jednak zwięzły i treściwy; potrafi w kilku słowach oddać to, na co ktoś mniej sprawnie operujący językiem potrzebowałby paru akapitów.

Na własny użytek dzielę prozatorską twórczość Bierce’a na trzy rodzaje:
  • smakowite, acz tracące już myszką powiastki grozy
  • przesycone absurdem i makabrycznym dowcipem humoreski
  • gorzkie historyjki o tematyce wojennej (wojna secesyjna)

Pierwszy rodzaj posmakuje entuzjastom klimatycznego horroru z epoki. Drugi zyskałby – śmiem przypuszczać – uznanie tych, którzy wciąż się śmieją ze skeczy Monty Pythona, a zgorszenie ich jest prawdziwym wyzwaniem. Trzeci natomiast poleciłabym każdemu wrażliwemu człowiekowi, któremu nie obce są rozmyślania nad sensem życia, nieuniknionością cierpienia czy ustawiczną bliskością śmierci.

Poniższe opowiadanie jest taką właśnie przesyconą goryczą (anty)wojenną miniaturką. Okrucieństwo wojny zostało przedstawione nie pod postacią krwawej rzezi (choć i takie opisy się Bierce’owi zdarzały), lecz na przykładzie paru osób, które niezależnie od rangi są tylko sterowanymi przez wojenną biurokrację pionkami. Cała tragedia rozgrywa się sprawnie i po cichu, bez zbytecznego komentarza ze strony autora, który wysnucie morału pozostawia czytelnikowi.



Ambrose Bierce

FILOZOF

— Nazwisko aresztowanego?
— Skoro i tak mam je stracić o świcie, nie warto go ukrywać. Parker Adderson.
— Ranga?
— Raczej niewysoka. Oficerów nie wysyła się na przeszpiegi, bo można za to zapłacić głową. Jestem sierżantem.
— Z jakiego pułku?
— Pan wybaczy. Moja odpowiedź, o ile się orien­tuję, mogłaby panu dać pojęcie o tym, czyje oddziały znajdują się na pańskim odcinku. Sam właśnie przy­szedłem, aby się tego dowiedzieć. Ja zdobywam, ale nie udzielam informacji.
— Nie brak wam dowcipu.
— Jeśli ma pan cierpliwość poczekać do rana, zo­baczy pan, jak mi mina zrzednie.
— Skąd wiecie, że macie umrzeć jutro rano?
— Tak się zwykle dzieje ze szpiegami przychwy­conymi nocą. To jeden z milszych przywilejów tego zawodu.
Generał na tyle zrezygnował z powagi, jaka przy­stoi oficerowi o wysokiej randze i szerokiej sławie, że uśmiechnął się. Ale nikt z obecnych nie wziął uśmiechu za dobry znak. Nie był to wesoły ani zaraź­liwy uśmiech, nie dotarł ani do pojmanego szpiega, który go wywołał, ani do wartownika pod bronią, który wprowadził aresztowanego do namiotu i stojąc na uboczu obserwował go bacznie w żółtym blasku świecy. Wojak ów nie miał obowiązku uśmiechać się, został tu odkomenderowany w innym celu. Rozmowa potoczyła się dalej; miała charakter rozprawy sądo­wej, w której oskarżonemu grozi kara śmierci.
— Przyznaje pan więc, że jest pan szpiegiem. Przedostał się pan do mojego obozu, przebrany w mundur konfederacki, aby potajemnie zdobyć informacje do­tyczące liczebności i morale moich wojsk.
— Zwłaszcza liczebności, panie generale. Morale zdążyłem już poznać. Jest beznadziejne.
Generał znów się rozpromienił; wartownik we wzmożonym poczuciu odpowiedzialności przybrał jeszcze sroższą minę i jeszcze mocniej się wyprężył. Obracając na palcu szary kapelusz szpieg rozglądał się leniwie dokoła. Znajdował się w surowym oto­czeniu. Był to zwykły namiot ze ściankami, o rozmiarach osiem na dziesięć stóp, oświetlony ło­jową świecą wetkniętą w nasadę bagnetu. Bagnet tkwił w sosnowym stole, za którym siedział generał, zajęty teraz pisaniem. Zapomniał widocznie o nie pro­szonym gościu. Stary dywan zaściełał podłogę; wysłużony kufer ze skóry, dwa krzesła i zwój koców stanowiły prawie całe urządzenie namiotu. Pod ko­mendą generała Cleveringa konfederacka prostota i ubóstwo dekoracji osiągnęły szczyty doskonałości. Na wielkim gwoździu, wbitym u wejścia w słup na­miotu, zwisał pas z długą szablą, pistolet w pochwie i — ni stąd, ni zowąd — nóż myśliwski. Na temat tego absolutnie nieżołnierskiego oręża generał zwykł udzielać wyjaśnienia, że jest to pamiątka z cywila, z czasów pokoju.
Noc była burzliwa. Deszcz lał strumieniami i bę­bnił głucho w płachtę namiotu, którym targał porywis­ty wiatr, aż trzeszczały słupy i naprężone linki.
Generał skończył pisać, złożył karteczką i odezwał się do wartownika, który pilnował Addersona.
— Oddasz to, Tassman, szefowi sztabu. A potem wracaj.
— A więzień, panie generale? — spytał żołnierz sa­lutując; zerknął przy tym na nieszczęśnika.
— Rób, co ci mówię — odparł zwięźle dowódca. Żołnierz wziął karteczkę, odsunął płachtę namiotu i nurknął w mrok. Generał Clavering zwrócił swoją przystojną twarz w stronę szpiega, spojrzał mu w oczy dość łaskawie i powiedział:
— Paskudna noc, mój człowieku.
— Owszem, dla mnie.
— Domyśla się pan, co napisałem?
— Coś, co warto przeczytać. Staję się zarozumiały, ale śmiem przypuszczać, że wspomina się tam o mo­jej osobie.
— Owszem. Naszkicowałem rozkaz o pańskiej egze­kucji, który ma być odczytany po pobudce. Ponadto parę uwag dla szefa żandarmerii w sprawie przygo­towania tej imprezy.
— Mam nadzieję, panie generale, że impreza zo­stanie pomysłowo przygotowana, gdyż wezmę w niej osobisty udział.
— Czy pan ze swojej strony nie chciałby poczynić jakichś przygotowań? Nie życzy pan sobie kapelana chociażby?
— Cóż mi z tego przyjdzie, że i kapelan się nie wyśpi.
— Boże święty! Człowieku, czy ty chcesz iść na śmierć tylko z żartami na ustach? Nie wiesz, że to rzecz poważna?
— A skąd mam wiedzieć? Nigdy w życiu nie umar­łem. Słyszałem, że śmierć to sprawa poważna, ale od nikogo z tych, którzy jej doznali.
Generał milczał przez chwilę. Zaciekawiał go ten człowiek, a może i bawił — pierwszy raz zetknął się z kimś takim.
— Śmierć — powiedział — w każdym razie jest utratą. Tracimy to szczęście, jakie mamy, i to, które nas czeka.
— Stratę, której nigdy nie będziemy sobie uświa­damiać, można znieść ze spokojem, a przeto oczeki­wać jej bez obaw. Musiał pan zauważyć, panie gene­rale, że spośród wszystkich nieboszczyków, z jakimi ma pan przyjemność stykać się jako żołnierz, żaden nie zdradza oznak żalu.
— Jeśli śmierć nie jest stanem przykrym, to sam proces — sam akt umierania — wydaje się wyraźnie nieprzyjemny dla tego, kto nie stracił zdolności od­czuwania.
— Niewątpliwie ból nie jest przyjemny. Zawsze sprawia mi większą lub mniejszą przykrość. Ale ten, kto żyje najdłużej, jest najbardziej na tę przykrość narażony. To, co pan nazywa umieraniem, to po prostu ostatni ból — w istocie nie istnieje coś takiego jak umieranie. Powiedzmy na przykład, że usiłuję uciec. Pan wyciąga rewolwer, dyskretnie schowany na kolanach pod stołem, i...
Generał spąsowiał jak panienka, potem zaśmiał się cicho, pokazując lśniące zęby, kiwnął lekko głową i nic nie powiedział. Szpieg ciągnął dalej:
— Strzela pan i dostaję w żołądek. Padam, ale ży­ję. Leżę w agonii i za pół godziny jestem martwy. Ale przez te dwa kwadranse w dowolnym momencie byłem albo żywy, albo martwy. Nie ma stanu przej­ściowego... Kiedy mnie jutro rano powieszą, będzie zupełnie tak samo: gdy będę żywy, zachowam świado­mość, gdy martwy — stracę. Natura urządziła tę rzecz całkiem jakby w moim interesie, sam bym ją tak urządził. To takie proste — dodał z uśmiechem — aż wy­daje się, że w ogóle nie warto ludzi wieszać.
Po tych słowach zapadła długa cisza. Generał sie­dział nieporuszony, patrząc w twarz Addersona, ale wyraźnie nie słuchał tego, co ten mówił. Jak gdyby jego oczy sprawowały straż nad więźniem, gdy umysł zajmował się innymi sprawami. Wreszcie odetchnął głęboko, wzdrygnął się, jak obudzony z okropnego snu, i ten żołnierz, sługa śmierci, zawołał prawie niedosłyszalnie: — Śmierć jest straszna!
— Była straszna dla naszych dzikich przodków — powiedział z powagą szpieg — ponieważ nie dostawa­ło im inteligencji, aby wyodrębnić pojęcie świadomoś­ci od pojęcia form fizycznych, w których się ona ob­jawia. Podobnie jak małpa — na jeszcze niższym stopniu inteligencji — nie potrafi sobie wyobrazić do­mu bez mieszkańców i widząc zrujnowaną chatę do­patruje się cierpiącego w niej człowieka. Dla nas śmierć bywa straszna, gdyż odziedziczyliśmy skłon­ność do takiego myślenia. Stąd nasze pojęcie o innym świecie, uzasadniane przez dzikie i fantastyczne te­orie — tak jak nazwy miejscowości dają żer legen­dom, które je tłumaczą, a bezmyślne postępowanie — filozofiom, które je uzasadniają. Może mnie pan po­wiesić, panie generale, ale na tym pańska władza czynienia zła się kończy. Nie może mnie pan skazać na niebo.
Generał jak by tego nie słyszał; słowa szpiega skie­rowały jego myśli na nieuczęszczany tor, ale dalej biegły one samodzielnie ku własnym konkluzjom. Bu­rza ucichła i majestat nocy udzielił się jego refleksjom, nadając im posępny odcień metafizycznej trwogi. Być może był w tym element przeczucia.
— Nie chciałbym umrzeć... — powiedział. — Nie dzisiaj.
Przerwało mu — jeśli rzeczywiście zamierzał mówić dalej — wejście oficera sztabu. Był to kapitan Hasterlick, szef żandarmerii. Generał natychmiast otrze­źwiał; wyraz roztargnienia zniknął z jego twarzy. Ski­nął głową, gdy oficer mu salutował.
— Kapitanie — powiedział — ten człowiek to szpieg Jankesów. Został pojmany w obrębie naszych stano­wisk, miał przy sobie kompromitujące dokumenty. Przyznał się do winy. Jak z pogodą?
— Burza przeszła, panie generale, i księżyc świeci.
— To dobrze. Proszę wziąć pluton, odprowadzić na­tychmiast więźnia na plac i rozstrzelać.
Bolesny okrzyk wyrwał się z ust szpiega. Więzień rzucił się naprzód, wyciągnął szyję, wytrzeszczył oczy, zacisnął ręce.
— Boże mój! — wybełkotał chrapliwym głosem. — Pan nie mówi tego na serio! Pan zapomina... mam umrzeć dopiero z rana.
— Wcale nie mówiłem, że z rana — odparł zimno generał. — Pan sam to sobie wmówił. Umrze pan teraz.
— Ależ, generale, ja proszę... Ja błagam, aby pan pamiętał, mam być powieszony! Wzniesienie szubie­nicy zajmie trochę czasu, z dwie godziny, godzinę. Szpiegów się wiesza, tak mówi kodeks wojskowy. Przysługują mi pewne prawa. Na litość boską, gene­rale, niech pan się zastanowi, jak mało...
— Kapitanie, proszę wykonywać moje rozkazy.
Oficer dobył szabli i przenosząc wzrok na więźnia wskazał mu w milczeniu wyjście z namiotu. Szpieg ociągał się. Kapitan wziął go za kołnierz i popchnął lekko naprzód. Gdy mijali słup, zajadły człowiek sko­czył z kocią zwinnością, schwycił myśliwski nóż, wyrwał go z pochwy, odepchnął na bok oficera i z sza­leńczą furią rzucił się na generała. Zwalił go na zie­mię przygniatając własnym ciałem. Stół się przewrócił, świeca zgasła, walczyli po omacku w ciemnościach. Szef żandarmerii skoczył na pomoc dowódcy i sam się zwalił na kłębowisko walczących. Przekleństwa, zduszone krzyki bólu i wściekłości dobywały się z plą­taniny ciał. Namiot runął na nich, wśród krępujących fałd walka trwała dalej.
Wracając po wykonaniu rozkazu szeregowy Tassman zobaczył, co się dzieje, i domyślając się po trosze, co zaszło, rzucił karabin, chwytał na chybił trafił mio­tającą się płachtę i usiłował daremnie ściągnąć ją na bok. Wartownik zaś, który chodził tam i z powrotem i nie śmiał opuścić posterunku, choćby się niebo wa­liło na głowę — dał w górę ognia. Wystrzał postawił obóz na nogi; werble i trąbki odezwały się na alarm; W świetle księżyca wybiegali chmarą na wpół ubrani żołnierze dopinając po drodze mundury i ustawiając się w szereg na ostre komendy oficerów. Tak było trzeba, żołnierzom w szeregu nie udziela się panika. Stali pod bronią, podczas gdy sztab generała i ludzie z eskorty podnieśli namiot i rozdzielili zdyszanych i krwawiących uczestników tej niezwykłej potyczki.
Jeden tylko nie oddychał, był to kapitan. Nóż my­śliwski tak głęboko uwiązł mu w gardle, aż trzonek za­parł się końcem o szczękę i napastnik, który zadał cios, nie był w stanie uwolnić noża. Ręka zabitego zaciskała szablę tak mocno, że urągała sile żywych. Klinga splamiona była czerwienią aż po samą rękojeść.
Podniesiony na nogi generał osunął się z jękiem na ziemię i zemdlał. Prócz sińców miał dwie rany od sza­bli — przebite udo i pierś.
Szpieg ucierpiał najmniej. Poza złamaną ręką, jego obrażenia były takie, jakie mógłby odnieść w zwykłej bijatyce bez użycia broni. Znajdował się jednak w sta­nie oszołomienia i chyba nie zdawał sobie sprawy, co zaszło. Odsunął się od otaczających, skulił się na ziemi i niezrozumiale o coś się dopominał. Jego twarz spuchnięta i posiniaczona wyglądała spod zmierzwio­nych włosów, blada jak u trupa.
— To nie wariat — odparł na pytanie lekarz przy­gotowujący bandaże. — Jest chory z przerażenia. Któż to taki, nie wiecie?
Szeregowy Tassman zaczął wyjaśniać. Była to dla niego jedyna w życiu okazja; nie pominął niczego, co mogłoby w jakiś sposób podkreślić wagę jego osobiste­go udziału w wypadkach tej nocy. Kiedy skończył i był gotów zacząć od nowa, nikt nie zwracał na niego uwagi.
Generał właśnie odzyskał przytomność. Podniósł się na łokciu, rozejrzał dokoła i zobaczywszy szpiega pod strażą skulonego przy ognisku, powiedział zwyczajnie:
— Weźcie tego człowieka na plac i rozstrzelajcie.
— Generał majaczy — odezwał się stojący w pobli­żu oficer.
— Generał n i e majaczy — powiedział szef szta­bu. — Otrzymałem od niego na piśmie polecenie w tej sprawie. Tenże sam rozkaz przekazał Hasterlickowi — tu skinął ręką w stronę zabitego szefa żandarmerii — i zostanie, jak mi Bóg miły, wykonany natychmiast!
W dziesięć minut później sierżant Parker Adderson z armii federalnej, filozof i dowcipniś, klęcząc w świe­tle księżyca i skamląc o życie, został rozstrzelany salwą dwudziestu karabinów. Kiedy salwa naruszyła spokojne powietrze nocy, generał Clavering, leżąc blady i spokojny w krwawym poblasku ogniska, otwo­rzył wielkie niebieskie oczy, popatrzył łagodnie na zebranych i powiedział: — Ach, cóż za cisza!
Lekarz spojrzał na szefa sztabu smutno i wymownie. Powieki rannego powoli opadły i leżał tak kilka chwil, aż twarz jego zajaśniała uśmiechem; powiedział ci­cho: — Przypuszczam, że to właśnie śmierć — i tak odszedł ze świata.

22.04.2014

Człowiek bez skazy


Przez lata Jezus Chrystus kojarzył mi się raczej... negatywnie. Może dlatego, iż Jego imieniem wyciera sobie zbiorczą mordę obrzydliwa megakorporacja o nazwie Kościół Rzymskokatolicki? A może dlatego, że to samo robi cała czereda pseudochrześcijan, dla których niewierzący jest gorszym rodzajem człowieka? Lekcje katechezy też mi w odnalezieniu Jezusa nie pomogły. Każdego, kto optuje za utrzymaniem tego przedmiotu w szkole, zapytuję: Czy naprawdę tak bardzo ci, skarbeńku, zależy, by twoja pociecha w krótkim czasie znienawidziła religię?

Lecz wróćmy do Jezusa. Cóż ja tak naprawdę o Nim wiem? Otóż – bardzo niewiele. Czy Jezus był Synem Boga czy może jednym z wielu pojawiających się wówczas mesjaszy, który na swoje nieszczęście został potraktowany przez władze rzymskie zbyt serio? (Nazywano Go również prorokiem, pierwszym hippisem i/lub socjalistą, a nawet przybyszem z innej planety, ale tego typu teorie na razie sobie darujmy.) Czy słusznie uznano Go za wichrzyciela czy też padł ofiarą spisku Sanhedrynu? Czy naprawdę zmartwychwstał i poszedł do nieba? A może przez dwa dni (od piątku do niedzieli) znajdował się w stanie anabiozy?

Na te pytania jeszcze długo nie padnie wiarygodna odpowiedź. To jednak bez znaczenia, jeśli chodzi o ocenę samego Chrystusa. Jakiś czas temu, nie wiadomo skąd, pojawiło się we mnie przekonanie, że mam nie tylko pełne prawo, ale wręcz obowiązek samodzielnie interpretować Jego słowa. Nie musi stać między nami żaden kapłan, żaden teolog, żaden biblista. Nie muszę nawet być chrześcijanką. Ba, nie mogę – widzę w Nim bowiem raczej człowieka niźli Syna Boga. A był to człowiek doskonały, o czystej, nieskalanej moralnym brudem duszy; głoszący potrzebę darzenia miłością każdego człowieka bez wyjątku i przebaczania nieskończoną ilość razy, co jednak nie może się wiązać z pobłażliwością dla grzechu.

Ja z kolei jestem bardzo niedoskonała. Często ulegam nienawiści, niechęci, egoizmowi, pogardzie i wstrętowi do ludzi; osądzam ich i głoszę potrzebę wymierzania surowych kar za grzechy; szydziłam, szydzę i będę z nich szydzić. A jednak pomimo zatwardziałości w złych uczuciach czuję, że Chrystus ma rację. Że trzeba kochać, szanować i... chwytać za rękę, kiedy ktoś błądzi. A nie kopać w twarz. Wszystkie przepisy na godne, szczęśliwe życie bledną przy Jego naukach. Jego – podkreślam! Nie mylmy bowiem drogi, jaką wyznacza nam Chrystus, z bełkotem serwowanym przez Kościół.




Powyższy filmik dedykuję osobom religijnym pod rozwagę, poszukującym – ku refleksji, zaś ateistom – dla uśmiechu.

16.04.2014

Moralne mielizny sprzedaży bielizny


Parę dni temu natknęłam się na ten oto billboard:




Będąc osobą wyjątkowo mało spostrzegawczą zauważyłam przede wszystkim półnagą kobietę tudzież uwydatnione czerwonym kolorem słowo „rak”. Kiedy Luby zwrócił mi uwagę na zamieszczony poniżej napis, poczułam się dość dziwnie. Jakbym znalazła się nagle na innej planecie i patrzyła na kompletnie dla mnie niezrozumiały przekaz autorstwa obcej cywilizacji.

Po jakimś czasie zdałam sobie sprawę, że wciąż znajduję się na Ziemi. No tak, w dzisiejszych czasach dobry PR to podstawa. Tego typu działania są już praktycznie rzecz biorąc normą. Mnie co prawda połączenie zachęty do wykonywania badań profilaktycznych z reklamą rajstop wydaje się niesmaczne i obłudne, śmiem jednak przypuszczać, iż co niego punktów producentowi nabiło. Głównym (jeśli nie jedynym) celem tej kampanii była wszak popularyzacja określonej marki. I to się chyba udało.

11.04.2014

Kochaj bliźniego swego...


Na pytanie „Co myślisz o telemarketerach?” odpowiedzieliście następująco:

Serdecznie im współczuję – harują za grosze, a potencjalni klienci traktują ich jak śmieci – 5 głosów

Żal mi ich, lecz ich praca jest bardzo wątpliwa moralnie – 13 głosów

Są strasznie upierdliwi, powinni się wziąć za jakąś uczciwą robotę – 4 głosy

To zaszczuwające ludzi skurwysyny, których z całego serca nienawidzę – 3 głosy

Nie mam zdania – 1 głos


Widzę, że większość z nas jest rozdarta. Z jednej bowiem strony są to biedni ludzi, którzy ugrzęźli w paskudnej, nużącej, męczącej, stresującej i zapewne bardzo nisko płatnej robocie. Z drugiej strony wszakże, służą oszustom i naciągaczom. Kiedy sobie pomyślę, ilu ludzi nabrało się na zapewnienia, jakoby warto było zapłacić za wciskany im szajs (lub coś co najwyżej przeciętnego) horrendalnie wygórowaną cenę, nachodzą mnie mordercze myśli.

I pomyśleć, że dawniej, kierowana współczuciem i zrozumieniem dla siedzącej w słuchawkach bidulki, pozwalałam jej wygłosić standardową tyradę, a nawet wysłać zaproszenie na prezentację zachwalanego produktu (oczywiście później lądowało ono w koszu na śmieci). Tamtej miłosiernej Kiry już nie ma. Coraz częściej bezceremonialnie przerywam rozgadanej paniusi, dziękując i żegnając się w jednym zdaniu. Niekiedy odkładam słuchawkę bez słowa wyjaśnienia. Tylko patrzeć, jak puszczą mi hamulce i po usłyszeniu pierwszych słów dobrze znanej formułki wrzasnę po chamsku: „Spierdalaj!”


Bo i cóż innego można zrobić? Niestety  albo oni, albo my.

05.04.2014

Myślozbrodnia




Przedstawiający się jako Krzysztof Strug komentator ocenia postawę piosenkarki następująco:
"Artystka" chwali się tym, że nie czuje przywiązania do własnej Ojczyzny, że w chwili kryzysu, wojny zachowałaby się jak zwykły, tani tchórz, by ratować swoją dupę? Że nie ma żadnej wiary, ducha? Żadnych wartości ponad swoje gów.niane, krótkie i nieistotne istnienie na tym świecie ? I w tym kraju taka postać jest wynoszona na piedestał? […] Polska to konkretny byt, państwo, naród, kultura, miejsce na ziemi - to jest Polska. Te 38 mln ludzi łączy wspólnota mimo różnych interesów. Jeśli nie czujesz, że żyjesz we wspólnocie, we wspólnej tradycji, we wspólnym języku (w którym formułujesz własne myśli), w historii, kulturze to znaczy, że jesteś "materiałem odpadowym". Sorry że tak piszę, ale tak jest - tacy jak ty stanowią zagrożenie dla wspólnoty. […]

Wypowiedzi w podobnym tonie jest więcej.

Tak, panie Strug, Polski trzeba bronić. Trzeba bronić przed takimi ludźmi, jak pan. O czym już kiedyś pisałam, ale nigdy dość przypominania, że zagrożeniem dla naszego kraju są nie tylko obce wojska, ale także sami Polacy. A konkretnie ci, którzy pragną uczynić z niego więzienie – czy to w sensie dosłownym, czy metaforycznym.

02.04.2014

Wolnoć Tomku...


Przedstawiam wyniki ankiety, której pytanie brzmiało: Jakie działania powinien podjąć autor bloga, gdy zauważa, że komentujący obrażają się nawzajem?”:

W żadnym wypadku się nie wtrącać – 2 głosy

Starać się ułagodzić obydwie strony, a jeśli to nie podziała – odpuścić sobie – 3 głosy

Starać się ułagodzić obydwie strony, a jeśli to nie podziała – kasować komentarze – 1 głos

Starać się ułagodzić obydwie strony, później – kasować komentarze, a w przypadku recydywy – banować agresora – 2 głosy

Dać jedno neutralne ostrzeżenie, a jeśli to nie podziała – kasować komentarze – 4 głosy

Dać jedno neutralne ostrzeżenie, później – kasować komentarze, a w przypadku recydywy – banować agresora – 5 głosów

Opieprzyć tego, kto zaczął, a jeśli to nie podziała – kasować komentarze – 1 głos

Opieprzyć tego, kto zaczął, później – kasować komentarze, a w przypadku recydywy – banować agresora – 3 głosy

Nie mam zdania – 2 głosy


Czy nam się to podoba czy nie, właściciel bloga ma prawo zarządzać swoją własnością wedle swojego świętego widzimisię. Wolno mu głosić dowolne poglądy, obrażać wszystkich i wszystko, dopuszczać do głosu wybranych gości, innych zaś wyrzucać na zbity pysk. To samo się tyczy reakcji na potencjalny konflikt. Jeden bloger przyzwoli na pyskówki, drugi będzie je delikatnie moderować, jeszcze inny zafunduje kłótnikom solidny opieprz i może nawet ich zbanuje. Całkiem prawdopodobnym jest, iż zostanie później z tego osądzony, ale czy to go musi obchodzić? Powiedzmy sobie szczerze: nawet najmniej uprzejmy czy najmniej sprawiedliwy bloger przyciągnie spore grono czytelników, jeśli tylko będzie pisać ciekawie, zrozumiale i w miarę zwięźle.

Zakres wolności słowa, jaki wyznaczają swoim czytelnikom blogerzy, nie ogranicza się do prawa lub braku prawa do wyzywania się nawzajem. Czasami na cenzurowanym znajdzie się także światopogląd gościa. Przyjrzyjmy się zatem trzem blogom, których zarządcy przez zdołali w ciągu paru lat swej literackiej działalności zebrać całkiem pokaźne audytorium:

Blog PKanalii cechuje otwartość na wszelkie możliwe poglądy. Wiecznie wyluzowany i zlewający opinie innych właściciel potrafi spokojnie i bez moralizatorskich zapędów polemizować z odmienną opinią. Cenzura jest dlań złem, stara się więc nie ingerować w cudze przepychanki, co najwyżej zażegnując zarzewie konfliktu dowcipnym tekstem.

Z kolei w blogu Starego Niedźwiedzia swoboda wypowiedzi jest dość mocno ograniczona. Gospodarz postawił nie na egalitaryzm, lecz na swoiście rozumianą „elitarność”. Jasno to zresztą zaznacza, ostrzegając przypadkowych gości, że nie każdy jest u niego mile widziany. Jeśli zawita doń osoba o skrajnie odmiennych od gospodarza zapatrywaniach na kwestie etyczne czy obyczajowe, może być nieprzyjemnie. Stary Niedźwiedź najpierw próbuje znaleźć z gościem wspólny język, przekonać go do podstawowych (w jego mniemaniu) aksjomatów moralnych, kiedy jednak widzi, że ów jest „niereformowalny”, mniej lub bardziej dosadnie zachęca go do opuszczenia bloga.

Jakie zasady obowiązują u Dibeliusa, nie jest łatwym do odgadnięcia. Obdarzony sardonicznym poczuciem humoru bloger zachowuje się bardziej jak „szara eminencja” niźli pan i władca swoich wirtualnych włości. Dyskretny, niemal niewidzialny, z rzadka tylko przypomina gościom, że nie wszystko im wolno. W zasadzie można odeń wylecieć chyba tylko za obrazę uczuć religijnych. Deklaruje, co prawda, gotowość kasacji chamskich komentarzy, ale od bardzo dawna nie usunął żadnego, nawet wyjątkowo agresywnego.

Moja ocena działalności owych blogerów:

PKanalię i mnie często dzieli światopoglądowa przepaść. Przykładowo, ja jestem przeciwniczką zażywania jakichkolwiek substancji skutkujących tzw. zmianą świadomości; jedynymi narkotykami, na jakich ćpanie sobie od czasu do czasu pozwalam, są: alkohol (w małych dawkach), herbata, kawa (dodana do mleka) i czekolada. I tutaj PKanalia mógłby mi zarzucić hipokryzję, gdyż nie uważa alkoholu za bezpieczniejszą używkę od np. marihuany. A jednak tego nie robi; akceptuje moje stanowisko i nie usiłuje nawracać. Nigdy, nawet w przypadku kolosalnej różnicy zdań, nie zostałam przez niego obrażona, zbesztana czy wyśmiana. Facet umie polemizować grzecznie i bez wycieczek osobistych, zaś w przypadku niemożności dojścia do porozumienia odpuszcza sobie rozmowę lub zmienia temat.

Do Starego Niedźwiedzia nie zawitam nigdy, gdyż notorycznie okrasza swoje skądinąd ciekawe teksty chamskimi wstawkami, raz po raz atakując personalnie swoich ideologicznych oponentów (do których zresztą należę i ja). Jednak pomimo iż nie popieram okopywania się w szańcu jednakowych poglądów, podoba mi się, że ów pan otwarcie przyznaje się do cenzury i że nie ma żadnych wątpliwości, za co można dostać od niego kopa w dupę. Lubię klarownie sformułowane i stosowane wobec wszystkich dyskutantów zasady.

Obydwaj blogerzy są dla mnie przewidywalni, gdyż mają swój wyrazisty styl i trzymają się konkretnych wytycznych.

Inaczej ma się jednak sprawa z Dibeliusem. Nie ukrywam, że nie rozumiem jego blogowej polityki i nie jestem pewna, czy przypadkiem nie jestem u niego persona non grata. Lubię grać w otwarte karty, zwłaszcza z osobą, którą cenię za inteligencję, empatię oraz olbrzymi dystans do siebie tudzież wirtualnego świata. Niestety, o ile sam gospodarz zachowuje się wobec swoich rozmówców nienagannie, o tyle sposób, w jaki prowadzi swój blog, mocno mnie irytuje. Z jednej strony zapowiada usuwanie wulgarnych komentarzy, z drugiej jednak stawia na totalne „róbta, co chceta”. I tak oto obok spokojnej, kulturalnej wymiany opinii można zobaczyć ciągi wulgarnego poszczekiwania na siebie, długie, naszpikowane epitetami tyrady, a także całą masę mniej lub bardziej zawoalowanych złośliwości, pomówień, przytyków oraz wycieczek osobistych. Nie ma już zbijania argumentów przeciwnika, jest ordynarna pyskówka, a czasami nawet coś jeszcze gorszego: obrzydliwe, nikczemne oczernianie.

Oczywiście – i piszę o tym na samym początku – bloger ma prawo robić u siebie, co mu się żywnie podoba. Właściwie to nie zdziwiłabym się, gdyby po zapoznaniu się z moją opinią na swój temat Dibelius dał mi do zrozumienia, że mogę ją sobie wsadzić w wiadome miejsce. I że jeśli mi się u niego nie podoba, to mogę doń przecież nie zachodzić. W końcu sama swego czasu dołożyłam kilka kamyczków do lawiny chamstwa, czemuż więc teraz się ciskam? Ano temuż – odpowiadam sama sobie ;) – że staram się być lepsza. Dla swojego własnego dobra, owszem, ale także dla dobra bloga, który jest na tyle ciekawy, że przyciąga osoby o najrozmaitszych poglądach. Przy odpowiedniej moderacji (czyli upomnieniu co bardziej zacietrzewionych „polemistów”) mogłoby powstać miejsce swobodnej, nieskrępowanej cenzurą wymiany myśli. Jeśli jednak Dibelius woli „wolnoamerykankę” – trudno. Jeśli uzna, że w swojej krytyce przegięłam – drugie trudno. Mogę komentować, mogę też odejść. Napraszać się? W żadnym wypadku. Mam swoją godność i zwykle po dziesiątym upomnieniu już mnie nie ma. ;)

* * *

Piszę o blogerach, ale nie sposób nie zahaczyć i o samych dyskutantów. Ot, weźmy choćby ich absolutnie niepojęte dla mnie reakcje, gdy dochodzi do sytuacji zbanowania jakiejś osoby.

Przypadek pierwszy: zostajesz wyrzucony z czyjegoś bloga. Reakcja: wzburzenie, złość, rozżalenie, podsycane przez wirtualnych znajomych poczucie krzywdy, a później rozpamiętywanie tego wydarzenia w nieskończoność, wielokrotne wypominanie blogerowi cenzury, wypłakiwanie się w innych blogach.

Przypadek drugi: z czyjegoś bloga zostaje wyrzucona nielubiana przez nas osoba. Reakcja: szaleńcza, wręcz histeryczna euforia, pławienie się w aurze rzekomego zwycięstwa, a później uporczywe wyśmiewanie zbanowanego internauty i wielokrotne przypominanie mu, jak straszliwie – choć zarazem słusznie – został poniżony.

Są to zachowania durne, żałosne i kompletnie nie licujące z wiekiem dojrzałym. Jeszcze miotanych hormonami i ogłupionych współczesną popkulturą gimnazjalistów byłabym w stanie zrozumieć, ale dorosłych ludzi? Litości! Banicja z czyjegoś bloga nie ma żadnego znaczenia. Ani nie czyni z nas męczenników, ani nie pozbawia nas honoru. Naturalnie można się tym na jakiś czas przejąć, ale pieprzyć o tym przez następnych kilka miesięcy? Dla mnie to kosmos. Być może jest to wynikiem jakichś megakompleksów czy przesadnego zaangażowania w wirtualną dyskusję, ale wytłumaczenie tego zjawiska nie może być jednocześnie jego usprawiedliwieniem.

Równie niemądre jest wpychanie się do kogoś na siłę, odgrażanie się, że ktoś „pożałuje”, jeśli będzie o nas pisać, etc. Kto wchodzi do Internetu, musi się liczyć z potencjalną krytyką, odrzuceniem, szyderstwami, a nawet agresją. I chociaż słowa potrafią ranić jak kamienie, to nawet najpodlejsze z nich nie powinny wywierać zbytniego wpływu na nasze życie. Z pewnością warto zadbać, żeby na naszym własnym poletku nie było zbyt wiele łajna, ale na to, co ktoś tam u siebie na nasz temat wypisuje, nic nie poradzimy.

* * *

Jeśli kogoś powyższą charakterystyką cudzych blogów czy oceną zachowania internautów uraziłam, to pozostaje mi tylko wzruszyć ramionami i zapewnić, że – niezależnie od moich osobistych sympatii czy antypatii – nie było to moim zamiarem. Nie roszczę sobie prawa do pouczania kogokolwiek, po prostu przedstawiam swój punkt widzenia.

Oczywiście możecie teraz napisać, że sama zachowuję się jak mała, niedojrzała dziewczynka, skoro chce mi się pisać o takich pierdołach. :)

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...