31.05.2014

"Nic nie jest zapomniane. Nic nigdy nie będzie zapomniane."


Mam do tego serialu niemal nabożny stosunek. Był jednym z kamieni milowych mojej wczesnej młodości. Zachwycał, bawił i wzruszał. Wyraziści bohaterowie, ciekawa, pełna zwrotów akcji fabuła, urzekająca muzyka, piękne krajobrazy, do tego całkiem nieźle oddane (z punktu widzenia laika) realia epoki, bezboleśnie mieszające się z magią i pogańskim mistycyzmem. Przede wszystkim jednak ten serial miał duszę. To ona podtrzymała jego istnienie w zbiorowej pamięci, uchraniając je przed korozją zapomnienia. Jedynym zgrzytem była produkcja nowego sezonu po śmierci głównego bohatera, zastąpionego przez nową, na dość dziwnych zasadach wprowadzoną postać. Niemniej do końca cykl trzymał fason.

Kto wie, być może teraz, po latach, oceniłabym to dzieło surowiej. Wychwyciłabym błędy, nieścisłości i niedoróbki, a wiedząc, jak to się wszystko skończy, czułabym się lekko znużona. Ale to są drobiazgi. Chciałabym kiedyś ponownie zanurzyć się w świat tej wspaniałej, ponadczasowej baśni, która dawała mi siłę, by przetrwać w realnym świecie.



28.05.2014

Hmmm...


[...] w naszej tradycji pielęgnujemy opowieści, jak to od wszystkich dostawaliśmy w dupę. Prusacy nas germanizowali, Rosjanie rusyfikowali, a nikt nie wspomina o tym, że myśmy robili dokładnie to samo z Litwinami, Ukraińcami, Białorusinami, Łemkami. Kto był słabszy, tego gnietliśmy i dusiliśmy.
[...]

Kościół polski jako instytucja jest wrogiem prawdy, dobra i człowieka. W Kościele szwedzkim jedna trzecia osób płacących składki to ateiści. Ale tam ocalono Jezusa, który nie oceniał i przebaczał, więc Kościół stał się miejscem dialogu i spotkania. Natomiast z naszym betonem, z przyczółkami w Rwandzie nic się nie da zrobić. Polska mutacja katolicyzmu absolutnie nie zgadza się z tym, co niby głosi. Wolna wola w rozumieniu polskich biskupów ogranicza się do wolności rozumianej jako realizowanie ich nakazów. Jezus jest używany jako paralizator.

[...]

W chrześcijaństwie istnieje potencjał dobra, ale wszystko, co w moim rozumieniu kojarzy się z lepszym światem, jest przez wpływający na stanowienie prawa episkopat blokowane. A ten wszędzie widzi wrogów. Za mało mu było szataństwa w równouprawnieniu kobiet czy w gender, więc stworzył jego emanację w postaci animal rights, czyli praw zwierząt. To się świetnie wpisuje w tępe katolickie widzenie natury - dostaliśmy ziemię do rozpierdolenia, więc zabijajmy i żryjmy. Nie udawajmy, że zwierzęta nie czują albo nie myślą. Sonia wspomina, że trzykrotnie uratowały jej życie. Kochały ją bardziej niż ojciec i bracia.

[...]

Zwierzęta czynią z nas, też zwierząt, ludzi. [...] zrozumiałem na długo wcześniej, niż potrafiłem to wypowiedzieć, iż śmierć jest częścią życia i że nie sposób jej uniknąć. A ponieważ wiedziałem, że te moje podwórkowe zwierzęta kiedyś zginą, czy to z przyczyn naturalnych, jak jastrząb, czy z powodów żywieniowych, to wytworzyły się we mnie ogromne współczucie i empatia. I to nie dla ludzi, lecz dla zwierząt. Wolałem siedzieć w cuchnącym kurniku z kurami, które się rozgdakiwały, a jak się je drapało po szyi, to przymrużały powieki i zasypiały, a wtedy głowa im tak śmiesznie opadała. Wolałem siedzieć z kurami, karmić je ziarnem z dłoni, niż bawić się z rówieśnikami.

[...]

W świecie płytkim, szybkim, kolorowym i łatwym miłość jest seryjna, wielokrotna i najczęściej krótka. Mnóstwo osób ciągle się zakochuje i niektórym pewnie zdarzają się wielkie miłości, ale jemu się taka nie przydarzyła. Miłość jest dla niego jedną z wielu rzeczy, które można sobie kupić. Jak kolację, samochód, nowe ciuchy. Nasza cywilizacja popsuła miłość. [...] Czytała pani najnowszą książkę Michała Witkowskiego? Dostojewski miesza się z Grocholą, wysokie z niskim, rzeczy materialne z dobrami niematerialnymi. Podobne uczucie towarzyszy mi, kiedy oglądam wiadomości. Tu zabawny felietonik telewizyjny, tam trzęsienie ziemi, potem ślub księżniczki. Nasiąkając taką sieczką, można nabawić się wrażenia, że wszystko jest wymienne, a więc nieistotne. Miłość jest w naszej cywilizacji towarem: kup u nas, a dostaniesz 5 tysięcy zniżki na nowego volkswagena. Odhumanizowała się, odczłowieczyła, przestała być czymś wyjątkowym. Jej brak można sobie skompensować innymi dobrami.

[...]

Miłość do Boga nie uczyniła lepszą siostry Bernadetty. Ale w coś wierzyć musimy, więc wierzmy w miłość. Nawet gdyby ironia czy konsumpcjonizm nam nie pozwoliły jej praktykować. Weźmy wspaniałą ''Pieśń nad pieśniami''. Jej rdzeń jest miłością Oblubienicy i Oblubieńca, czystym uczuciem. A potem dopisano liczne pierdoły interpretacyjne. Że opiewa ona miłość Boga do narodu żydowskiego i inne takie algorytmy alegorii. Tymczasem idzie o miłość. Po prostu miłość dwóch osób. Aż tyle i tylko tyle. ''Pieśń nad pieśniami'' jest kolejnym dowodem na to, że bardzo trzeba się pilnować, żeby to, co jednostkowe i pojedyncze, nie zostało zawłaszczone przez zbiorowość. Żeby miłość nie została wykorzystana jako element zniewolenia czy podporządkowania.

[...]

Paulo Coelho jest świetnym przykładem najgorszej szmiry, ponieważ daje pozór kontaktu z mądrością. Jest przez to dużo gorszy niż np. panie Anna Ficner-Ogonowska czy Katarzyna Michala. One produkują teksty, które mają działać jak średniej jakości tabletki prozacu, a może nawet i dla niektórych viagry. Oferują czytelniczkom odpoczynek od bieżączki i to jest OK. Coelho natomiast czy Schmitt Éric--Emmanuel obiecują foliową głębię typu ''jeżeli czegoś pragniesz, to cały wszechświat ci sprzyja''. To nic nie znaczy. Zero. Nul.

[...]

Literatura ma więcej zastosowań niż chusteczki higieniczne. Może wzruszać, zabijać czas, dostarczać rozrywki, podniecać. Może też - choć to nieczęsto się zdarza - coś w nas, czytelnikach, zmieniać. Może uwierać, prowokować do przyjrzenia się sobie, a wtedy może się wydarzyć i tak, że będziemy lepsi albo spróbujemy coś zmienić. Albo choć czegoś nie robić.

Ignacy Karpowicz

(wywiad dla „Gazety Wyborczej” pt. „Chrystus jako paralizator”)

(link nie działa, trzeba wygooglować tytuł)


Wybrałam fragmenty, które mnie najbardziej poruszyły, z którymi się niemal całkowicie zgadzam i które uznałam za warte zapamiętania. Ten pierwszy może się wydawać kontrowersyjny z uwagi na niezbyt trafne porównanie naturalnej polonizacji z przymusową germanizacją czy rusyfikacją (co zauważyli komentujący), niemniej poruszył we mnie jakąś wewnętrzną strunę. Moi rodzice zawsze się oburzali, gdy choćby delikatnie sugerowałam, że Polacy również mają sporo za uszami. A przecież nie można lekceważyć wszystkich głosów krytyki płynących zza granicy (np. z Litwy). Polska była krajem tolerancyjnym, zdarzały się jednak przykre incydenty, o których my chcielibyśmy zapomnieć, ale nasi sąsiedzi nam na to nie pozwolą.

Oczywiście zachęcam – jak zawsze – do zapoznania się z całością wywiadu. W niektórych kwestiach zdecydowanie się z panem Karpowiczem nie zgadzam (przykładowo: ani nie jestem twardą ateistką, ani nie uważam za słuszne zastępowania dyktatu Kościoła Katolickiego lansowanym na siłę zachwytem nad każdą mniejszością i braniem pod swoje skrzydła każdego, kto jest – jak to całkiem ładnie ujął – „słabszy, mniejszy i uważany za gorszego”), lecz nie przeszkadza mi to w uznaniu go za człowieka wyjątkowo wrażliwego, obdarzonego wyrobionym sumieniem i przez to godnego wysłuchania.

27.05.2014

Eurowybory, psia mać...


Ostatnia niedziela upłynęła mi nad wyraz spokojnie. Jak zwykle zresztą. Aczkolwiek mniej więcej o wpół do ósmej wieczorem zaczął mnie kusić diabeł. „Idź na wybory, a co tam!” – podszeptywał. – „Zaznacz kogoś z partii Mikusia. Przecież lubisz tego wariata”.

Zacisnęłam zęby i oparłam się pokusie. Na szczęście w sukurs przyszło mi wrodzone lenistwo. Z pewnością bowiem przyjemniej było leżeć bezładnie na łóżku niż lecieć z wywieszonym ozorem do pobliskiego przedszkola, w którym mieści się lokal wyborczy dla mieszkańców naszego osiedla (no chyba, że coś się od ostatniego razu zmieniło i został przeniesiony gdzie indziej, ale wątpię).

Niestety, nie miałam na kogo głosować. Ostatnio Mikuś bardzo zmalał w moich oczach. Zniosę dziwaka, egocentryka, autystyka; durnia czy wręcz szkodnika – raczej nie. Na PO nie zagłosuję już nigdy. Rządzili wystarczająco długo i gówno się w tym kraju zmieniło. No chyba, że na gorsze. PiS? Nie, jeszcze nie. Narodowcy i Palimorda odpadają z definicji.

Tak więc zostałam w domu z błogim poczuciem, że nie przykładam ręki do tego żałosnego wyścigu po sute diety i apanaże.




Jak widać Mikuś i tak się załapał. :)

24.05.2014

Mam oczy. Mam uszy. Mam swoje zdanie.


Ostatni raz obejrzałam calutką Eurowizję dziesięć lat temu. I już nigdy nie udało mi się tego wyczynu powtórzyć. Po prostu nie mogłam się przemóc, by obejrzeć od początku do końca tak przykry dla moich uszu festiwal wokalnej bylejakości, banalności i tandety. Być może krzywdzę tymi słowami nieliczne wartościowe utwory, które miały nieszczęście trafić na ów pocieszny jarmark, ale o ile łyżka dziegciu może zepsuć beczkę miodu, o tyle kropelka miodu nie osłodzi wielkiej kadzi wypełnionej po brzegi nieczystościami. Eurowizja jest przecież hołdem złożonym popkulturze. A dzisiejsza popkultura stoi na wyjątkowo niskim poziomie.

Tego roku było jednak nieco inaczej. Ku zaskoczeniu chyba każdego przeciętnego zjadacza chleba (lub tego, co za chleb pragnie uchodzić) Eurowizja stała się przyczyną zażartych dyskusji na temat mniejszości seksualnych, pełnych patosu peror o upadku wartości, gorączkowych dywagacji nad kondycją naszej kultury, etc, etc. Wszystko dlatego, że pierwsze miejsce przypadło w udziale „kobiecie z brodą”. Histerię, jaka się przetoczyła przez polskie media w kilka godzin po ogłoszeniu werdyktu, najtrafniej skomentował Nitager. Nie pierwszy raz facet przebrał się za kobietę. I na pewno nie ostatni, zważywszy na obecne trendy. Jeśli ktoś jak nasi skretyniali politycy, celebryci czy księża robi z tego tak wielkie halo, to tylko ośmiesza swoją osobę, a przy okazji także zachwalane przez siebie idee.

Mnie natomiast wynik konkursu ani nie zgorszył, ani nie podniecił. Ot, symptomatyczny dla naszych osobliwych czasów zachwyt nad każdą seksualną – lub choćby kojarzącą się z seksem – odmiennością. Osoba łącząca w sobie cechy męskie i żeńskie musiała się wydać szanownym jurorom ucieleśnieniem europejskiego snu o absolutnej niedefiniowalności płci.

Z ciekawości wygooglałam sobie zdjęcie „pani” Wurst. Wyglądała obleśnie, czego zresztą nie omieszkałam skomentować u Dibeliusa. Postanowiłam jednak przemóc się i obejrzeć jej występ. No i cóż mogę rzec... Śpiewa naprawdę dobrze. A na pewno lepiej niż większość jej konkurentów. Wizerunek „śpiewaczki” może budzić niesmak, ale do samej piosenki trudno się przyczepić:




Po przesłuchaniu reszty utworów stwierdziłam, iż „pani” Wurst całkiem słusznie otrzymała pierwszą nagrodę. Gros występujących na Eurowizji śpiewaków powinno występować jako support naszych rodzimych zespołów disco polo.

Gwoli sprawiedliwości muszę przyznać, że trafiło się także kilka względnie dobrych utworów:


Czarnogóra



Szwecja



Rosja



Izrael



Węgry



Polscy reprezentanci wypadli całkiem nieźle. Od początku uważałam, że nie mamy nic zdatniejszego do zaoferowania (oczywiście z muzyki pop). Polska wysłała na Eurowizję to, co miała najlepszego: tanią pseudosłowiańską ludowiznę tudzież spocone i jak najbardziej słowiańskie cyce. Piękne dziewczęta ubijające sugestywnymi ruchami masło, lecący w tle teledysk o mocno erotycznym zabarwieniu, a także sama kręcąca ponętnie tyłkiem Cleo – to wszystko w połączeniu z zupełnie jednoznacznym przekazem piosenki miało zachęcić obcokrajowców do odwiedzenia naszego kraju. Kto wie, może zostawiliby tutaj nie tylko swoje pieniądze, ale i materiał genetyczny?



18.05.2014

Poznasz głupiego po mowie jego



No tak, w końcu zwierzęta to takie bezmyślne „żywe maszynki”. Tylko osoby poszkodowane na umyśle mogłyby się łudzić, że poszczególne osobniki jednego gatunku różnią się od siebie czymś więcej niż cechami fizycznymi.

A ja, naiwna, myślałam, że tacy ludzie już dawno wymarli...

17.05.2014

Nocni goście


Kiedy jeszcze mogłam je oglądać wyłącznie w telewizji czy na Youtube, wydawały mi się prześliczne, słodkie i mniamuśne. Rozczulały mnie bardziej niż króliczki, świnki morskie, szczurki, szynszyle, a nawet psy czy koty. Ot, takie śmieszne, oryginalnie wyglądające stworzonka. Z natury mało towarzyskie, są jednak – jak zapewniają eksperci całkiem łatwe do przyswojenia. Nieraz fantazjowaliśmy z Lubym, że kiedyś będziemy takiego słodziaszka mieli...

...no i mamy. Chociaż nie, to za dużo powiedziane. Na razie przychodzą do nas na wyżerkę, naturalnie po zapadnięciu zmroku, jak na zwierzęta nocne przystało. Zeszłej jesieni był tylko jeden. Na zimę zniknął; zaszył się pewnie gdzieś w ogródku, niekoniecznie naszym. W tym roku przychodzą już dwa: większy i mniejszy. Mama jest zachwycona i z niecierpliwością wyczekuje na młode.

Ja zaś zaczynam trochę kręcić nosem na te systematyczne wizyty. Przyznaję, zwierzaczki są cudne. Mam jednak do nich kilka zastrzeżeń.

Po pierwsze – wykazują się zdumiewającą żarłocznością: pochłaniają niemal jedną puszkę kociej karmy na dobę. Nie jest to może wielkie obciążenie dla domowego budżetu, ale gościnność powinna mieć swoje granice.

Po drugie – zanieczyszczają werandę. Co za chamstwo – pomyślałam ponuro, widząc potężne (jak na tak małe stworzenia) balaski przy szybie. Jak można srać tam, gdzie się jada?!

Po trzecie – mocno hałasują w nocy, wybierając resztki z blaszanych miseczek. (Chociaż to akurat aż tak bardzo nam nie przeszkadza; zamieszkujące nasze pokoje koty są znacznie bardziej wkurzające, gdyż o każdej porze dnia i nocy musimy z Lubym robić za odźwiernych, otwierając im drzwi balkonowe.)

Po czwarte – i najważniejsze – czy notoryczne dokarmianie dzikich bądź co bądź zwierząt nie jest w pewnym sensie... niewłaściwe? Co prawda nasi milusińscy jeszcze nie wchodzą do domu (i może nigdy nie wejdą), ale założę się, że zaprzestały już intensywnych polowań na pędraki. W końcu co wieczór czeka na nie smaczne, kaloryczne i gotowe do natychmiastowego spożycia jadełko. Nic dziwnego, że tyją na potęgę.

Jak to powiedział Lis z „Małego Księcia”? „Musisz być odpowiedzialny za to, co oswoiłeś”. A czymże jest bezustanne dokarmianie dzikiej zwierzyny, jak nie jej oswajaniem?






Miśka czujnie obserwuje...


Niestety, to najlepsze zdjęcia, jakie udało mi się im cyknąć. Jeże nie są specjalnie płochliwe, ale do pozowania też się nie rwą.

Od czego jednak mamy Youtube? ;)


Kilka faktów o jeżach europejskich:



Kilka faktów o afrykańskich jeżach pigmejskich:



Największe w Szwajcarii schronisko dla jeży:


12.05.2014

Hitler w wersji light







Po przeczytaniu wypocin redaktora Frondy naszła mnie myśl, iż chcąc być logicznym, powinien postulować karanie rodziców, których dzieci po wejściu w tzw. wiek produkcyjny zwieją z Polski lub podejmą pracę na czarno. Bądź co bądź ci pierwsi zawiedli cały naród, który liczył na kolejne pokolenie frajerów pracujących za tysiąc ileś tam złotych brutto na nie swoje emerytury. Przepraszam, jakich znowu frajerów! Chciałam napisać: odpowiedzialnych i wiernych obywateli. :)

Ale mniejsza o wewnętrzną spójność tekstu. Rzecz w tym, że Terlikowski jak zwykle trafił trafił kulą w płot. Celem życia jednostki nie jest budowanie dobrobytu państwa czy jak to określa w przypływie dziecinnej egzaltacji – przyszłości narodu. Mało kto jest w stanie odczuwać autentyczną więź z kilkudziesięcioma milionami rodaków. Mieszkający w Pcimiu Dolnym pan Nowak ma głęboko w dupie, czy będący rezydentem Koziej Wólki pan Maliniak będzie mieć opiekę na starość czy też utonie we własnych odchodach. Jeden i drugi powinni stworzyć sobie jakąś wspólnotę, ale na litość boską, nie z całym narodem, tylko z garstką ściśle wyselekcjonowanych osób!

Nie twierdzę, że taki twór jak państwo jest niepotrzebny. Pewnie, że jest. Nie mylmy jednak zdroworozsądkowej postawy polegającej na wspieraniu pewnych – bardzo nielicznych! – działań ukierunkowanych na polepszenie bytu ogółowi społeczeństwa z czymś, co promuje Terlikowski. A promuje on solidarność w jej najbardziej zbydlęconej formie. Coś, co na krótki czas zaistniało na kontynencie europejskim ładnych kilkadziesiąt lat temu w sąsiadującym z nami kraju. Tak jest, proszę państwa, uważam szanownego pana Terlikowskiego za „lajtowe” wcielenie Hitlerka.

Być może co wrażliwsi z Was nazwaliby go po prostu ultrasocjalistą i machnęli nań ręką. Terlikowski jest, jaki jest: stroszy piórka, podskakuje i próbuje dziobnąć boleśnie każdego, kto otwarcie deklaruje, że nie zamierza dokładać ani jednej gałązki do witego przezeń gniazdka. Pochwała konsumpcjonizmu (tak bowiem odbieram jego podkreślanie większej konsumpcji rodzin wielodzietnych) czy sugestia, by robić dzieci dla dobra społeczeństwa, są dla mnie tyleż śmieszne, co zadziwiające.

Czy powinnam się bełkotem pana T. niepokoić? Sama nie wiem. Skala zidiocenia polskiego społeczeństwa, mierzona choćby podatnością na populistyczne hasełka, jest przerażająca. Kiełkuje we mnie podejrzenie, iż za jakiś czas do naszego „Hitlerka light” dołączą inni. Już teraz zdarza mi się natknąć w Internecie na jemu podobnych wyjców, sfrustrowanych tym, że ich „poświęcenie dla narodu” nie zostaje należycie docenione. W końcu to ich dzieci będą – wedle ich gorących zapewnień – podcierać tyłki „bezdzietnym pasożytom”, kiedy ci już nie będą mogli sprawnie operować kończynami. Swoją drogą, ja bym własnemu dziecku takiego losu nie życzyła. No chyba, że za taką opiekę dostawałoby godziwą zapłatę. Tylko że wówczas nie byłoby to żadne poświęcenie, lecz zajebisty biznes. ;)

Tak jednak dzieciaci nie rozumują. W mniemaniu niektórych rodziców ich dzieci nawet te tępe, leniwe, podłe i zepsute, które po dorośnięciu staną się jeszcze bardziej tępe, leniwe, podłe i zepsute są skarbem, za który reszta narodu powinna ich całować po rękach (i nie tylko). Całkiem możliwe, że kiedyś zorganizują się w jakieś lobby i faktycznie przepchną dyskryminujące bezdzietnych ustawy. Marną wówczas będzie dla nas pociechą, jeśli podatkowe represje dotkną także katolickich księży (choć pewnie tak nie będzie).

Czy da się tego uniknąć? Zważywszy na demograficzne trendy nie bardzo. Uzyskanie przez „Hitlerka light” społecznego poparcia jest zapewne tylko kwestią czasu.

07.05.2014

Nienawiść


Mocno ich pan nienawidzi? zapytał nagle Staruszek Sasza.

Admirał Macomber przyjrzał mu się ze zdumieniem. 

Przyjacielu powiedział chwytając Staruszka Saszę za guzik. Musisz sobie przyswoić pewną ważną rzecz. I to przyswoić na zawsze. Nienawiść jest produktem rozkładu strachu. A ja nigdy nikogo i niczego się nie bałem. Owszem, drażnią mnie. Ale nienawidzieć? Byle odszczepieńców? Nigdy!

(Arkadij Strugacki, „Ekspedycja do piekła”)


Ciekawa teoria. Zgadzacie się z tym?

Nienawidzicie kogoś do szpiku kości? A może jest to bardziej pogarda lub obrzydzenie?

06.05.2014

Tolerancja po polsku



Po przeczytaniu tego artykułu z miejsca uznałam pana Piętę za ostatnie ścierwo. Jak inaczej bowiem określić człowieka, który chciałby odebrać dziecko jego matce, bo ta żyje w „niewłaściwym” związku???

Później na chwilę przystopowałam. Przecież mogę się mylić. Kto wie, może chłopczyk został adoptowany? To by trochę zmieniło moje spojrzenie na poglądy pana posła (czyt. uznałabym go co najwyżej za ograniczonego urzędasa). Ale zaraz, jaki sąd w Polsce pozwoliłby lesbijkom adoptować dziecko???

I faktycznie – sama Fronda (cofnęłam się do wcześniejszego artykułu) oznajmia, iż Julian jest dzieckiem „jednej z pań”. Jest więc oczywistym, iż poseł Pięta chciałby się bez najmniejszego powodu wpierdolić pomiędzy kobietę a jej biologiczne dziecko. Wracam zatem do swojej pierwotnej opinii na temat tego pana: jest to ostatnie ścierwo, bydlę, skurwysyn, śmieć i gówno. I nazwę tak każdego, kto chciałby odbierać dzieci ich biologicznym rodzicom w innym przypadku niż zagrożenie zdrowia czy życia tych pierwszych.

A tak swoją drogą, to inny polityk pieprzył – a właściwie to pieprzyła – coś o jałowości pewnych związków...




Że co? Że jedna z lesbijek nie może być nazywana matką, gdyż nie jest z dzieckiem w najmniejszym stopniu spokrewniona? Ależ macie rację. Tylko co z tego? To właśnie ona będzie je wychowywać, podobnie jak wychowują nie swoje dzieci miliony ojczymów i macoch. I przypuszczam, że wywiąże się z tego zadania lepiej niż wielu „normalnych” rodziców.

03.05.2014

Przymierze


Ech, łezka się w oku kręci... To była świetna kreskówka ze świetnymi piosenkami. Poniższy utwór dedykuję tym z moich wirtualnych znajomych, którzy na dźwięk słowa „tęcza” robią się podejrzliwi. Kochani, nie ma się czego bać! :)



02.05.2014

Ku chwale postępu!


Stach uszy zatkał, nogami zatupał.
- Gdzież oni, ci prości, szczęśliwi ludzie! - załkał. - Co z nich zrobiłeś? Co zrobiłeś z tą rajską okolicą! Z polami! Płacząca brzoza pod kurhanem - ścięta!
- Orać przeszkadzała! - krzyknął za mnie sołtys.
- Maliny przy Bartoszowej drodze, bzy, czeremchy - wyplenione. Krzyża, Jakubowego krzyża na rozstajach - nie ma!
- Drogę trzeba było poszerzyć...
- Kurhan spłantowany! Rzeka zmeliorowana!
- Nowoczesna gospodarka, panie Staszku, nie toleruje takich senty...
- Czy wy nie widzicie, co się stało ze świętym żytem? - zamachał Stach rękami, wydawało się, że zaraz ciśnie w nas swoim neseserkiem. - Nie słyszycie, o czym szumią kłosy? O wydajności z hektara szumią! O skrobi! O kaloriach!
- Deficyt paszowy zmusza nas, panie Staszku, do wielu... - próbował perswadować sołtys, lecz Stach się zapienił.
- A krowy na pastwiskach! - darł się. - Boże! Czy snują się jak kiedyś po wygonie? Czy porykują do nieba? Nie! One żrą, obżerają się na wyścigi! Dalibóg, one ścigają się, która więcej mleka uciuła! Która tłustsze! Boże, nawet krowy, nawet one już gonią za sukcesem, za modą!
Wyprostek nadbiegał, w kombinezonie był. Spoconą ręką otarł czoło.
- Stachu! - rzekł sapiąc. - Wracaj! Lucernę trzeba, Stachu...
- Lucernę! - przerwał mu Stach i zamierzył się w ojca neseserkiem. - A na co ojcu ta lucerna? Te maszyny! Te chlewnie, obory!
- Nie znasz się, nie gadaj! - ofuknął go stary.
- Kiedyś, jak jeszcze byłeś ciemnym chłopem, miałeś czas i poleżeć sobie w chłodku pod jabłonią. I na przyzbie posiedzieć. I różaniec zmówić... A teraz? Harujesz jak wół tymi maszynami, latasz jak oparzony, zamiast, jak kiedyś, kosą sobie, pomaleńku.
- Kosą za wolno - rzekł Wyprostek.
- A dokąd ci tak spieszno? Do zawału? - jęknął Stach.
- Kiedy ja już nie chcę być ciemny - rzekł Wyprostek.
- Miasto czeka na jego chleb, a nie na różaniec i przysłowia - zauważył trzeźwo sołtys. Stacha poniosło.
- Miasto?! - wrzasnął. - Takie same darmozjady jak i wy!
- Nie jesteśmy darmozjadami - odparł sołtys godnie. - Wzięliśmy na swoje barki usługi...
- Usługi?! Ech, wy, cwaniacy! Wydrwigrosze! Nie chcę mieć nic wspólnego ni z wami, ni z tą spustoszoną okolicą! Wyjeżdżam!
- Dokąd? - spytałem krótko.
Stach nie odpowiedział. Zakręcił się w miejscu i, splunąwszy w naszą stronę, ruszył w pole, na przełaj, do lasu.
- Dokąd? - powtórzył moje pytanie sołtys.
- Do afrykańskiej puszczy? - zawołał Maciej. - Kiedy i tam już koleje i rafinerie...
- Wracaj! - krzyknął Wyprostek, ale nadaremnie. Wielkimi krokami, przygarbiony, z neseserkiem w prawicy, oddalał się Stach w stronę puszczy. Ludoman? Naturszczik? Hippis? Co z nim się stało?
- Może mu się w mieście nie wiedzie? - wyraził przypuszczenie ojciec.
- A może przyjechał pokazać się, pomądrzyć - a tu my nie gorsi? - zastanawiał się sołtys, jak i my zdziwiony zachowaniem się Tomaszowego syna. - No, muszę wracać, plaża nie  strzeżona - rzekł i, uruchomiwszy silnik, odpłynął z warkotem.
I my ruszyliśmy w stronę ośrodka. Grzyb nastawił przesłonę i sfotografował nas - mnie i Malwinę - na tle mostu.
- A może mu o Malwinę poszło? - zastanawiała się głośno matka. - Ech, Marian, Marian - westchnęła. - Taka dziewczyna! A ty...
- Do żeniaczki ty nie namawiaj! - ofuknął ją ojciec.
- Kto tu mówi o żeniaczce... - skrzywiła się matka. - Oni nawet jeszcze ze sobą nie spali.
- Nie? - zdumiał  się ojciec.  - Naprawdę, Malwino ? Jeszcześ z nim nie spała?
- Nie układało się jakoś - wyjaśniła.
- A co? Kompleksy? Zahamowania? - Ojciec przyjrzał się mi badawczo.
- Weźcie pokój w hotelu i już! - doradziła matka. - Szkoda ciał, póki młode.
- A co to, domu nie mają? - obruszył się ojciec. - W domu przecież mogą.
Malwina zwróciła ku mnie swoje oczy przepaściste, błękitne.
- I co ty na to, Marian? - spytała swoimi zmysłowymi jak zwykle ustami. - Pracę kończę o dwudziestej. Przyjść?


To jedna z najzabawniejszych książek, jakie miałam okazję czytać. Krótka, ale treściwa, do tego napisana piękną, soczystą polszczyzną. Zero patosu, dłużyzn czy przynudzania. Smakowita, acz dobrotliwa zarazem kpina z nadgorliwych społeczników, pragnących wyzwolić prosty lud spod jarzma ciemnoty i zabobonu, przypadnie do gustu nie tylko prawicy. ;)

Polecam!




Streszczenie tutaj.

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...