26.06.2014

Fantasmagorie


Obrazy Jacka Yerki nieodmiennie wprawiają mnie w zachwyt. No, może nie wszystkie, ale zdecydowana większość z nich. Są urocze i dziwaczne zarazem; przyjazne i niepokojące; niewinne i lekko perwersyjne. Ni to sen nieskalanego grzeszną myślą dziecięcia, ni osobliwe fantazje samotnego ekscentryka. To jest świat, który coś obiecuje. Co? To już zależy od patrzącego.

Chętnie bym sobie w takim świecie od czasu do czasu pomieszkała. ;)
















































Więcej o twórczości Jacka Yerki tutaj. Zachęcam również do zajrzenia na oficjalną stronę artysty.

A co Wy myślicie o tych obrazach? Przemawiają do Was czy raczej Was odstręczają? A może w ogóle nie lubicie surrealizmu?

24.06.2014

Dokończenie dyskusji


Z uwagi na to, iż pod poprzednim tematem zebrało się 200 komentarzy (czyli maksymalna dozwolona ich ilość), dalszy ciąg dyskusji będzie mieć miejsce pod tym wpisem.

TEMATY:

1. Czy kobiety powinny mieć prawo do robienia absolutnie wszystkiego, co mogą robić mężczyźni? Czy ograniczenie tym pierwszym dostępu do pewnych zawodów może być w jakiś sposób uzasadnione? Czy kobieta może być dobrym żołnierzem, bokserem, strażakiem, piłkarzem? A może – jeśli już panie mają być pod ochroną – należałoby zakazać prostytucji z uwagi na fakt, iż jest ona nierzadko powiązana z handlem żywym towarem?


2. Tie Fighter napisał: „[...] mam 100% więcej szacunku do prostytutki, która rozstała się z profesją, niż do artysty, który się skurwił choć raz.”

Takie podejście jest mi obce. Nie ma wszak ludzi doskonałych. Jan Paweł II, Jerzy Owsiak, Lech Wałęsa, matka Teresa, Ghandi – oni wszyscy byli, są i pewnie jeszcze długo będą kreowani na tzw. autorytety. Tymczasem okazuje się, że każde z nich miało/ma większe lub mniejsze skazy. Oczywiście powiecie, że „skurwienie” to coś zupełnie innego niż „niedoskonałość”. Tylko czy aby nie nazbyt pochopnie szafujemy tym pierwszym słowem?


3. Stary Niedźwiedź napisał: „Uprzejmie informuję osoby próbujące wycierać sobie buzie nauką że wedle stanu tejże nauki na dzień dzisiejszy, niecałe 14 miliardów lat temu nie było czasu, przestrzeni, materii ani energii. Więc byłbym szalenie wdzięczny za rozwinięcie złotej myśli że praprzyczyną był "przypadek". Który istniałby poza czasem, przestrzenią, materią i energią.”

Stanowisko Starego Niedźwiedzia wydaje mi się logiczne. Kto wie, może jednak istnieje osobowa Praprzyczyna powstania Wszechświata? Cóż innego mogłoby stać za tzw. Wielkim Wybuchem?

21.06.2014

Zwierzęta myślą!


No proszę! Ciekawe, ile lat badań i ile pieniędzy było potrzebne, by dojść do wiekopomnego odkrycia, że ryby czują ból. :) No dobra, przyznaję – nie miałam pojęcia o tych „skomplikowanych relacjach”. Niby to logiczne, skoro wiele ich gatunków organizuje się w stada, ale do tej pory wydawało mi się, że rządzi tym wyłącznie instynkt.

Po cóż jednak wspominam o logice? Czy świat aby na pewno jest logiczny? Weźmy choćby takie ośmiornice, czyli zwierzęta – jakby nie było – na niższym poziomie rozwoju niż ryby. Tymczasem od dawna mówi się i pisze o tym, że te mięczaki są jednymi z bardziej inteligentnych zwierząt na Ziemi.




Nieprawdopodobne? Owszem. Jest to nie tylko niezgodne z przeciętnymi wyobrażeniami na temat tych głowonogów, ale także najzwyczajniej w świecie nielogiczne. Po cholerę ośmiornicy inteligencja??? Czy potrzebuje jej bardziej niż inne morskie stworzenia? Czy ma szansę ją szlifować, doskonalić się, uczyć, tworzyć narzędzia? Czy ośmiornice ewoluują? A może kiedyś staną się dominującym gatunkiem zwierząt?

Pytań jest wiele. I chyba warto je zadawać, szukać wyjaśnienia wątpliwości, zamiast tkwić w stanie błogosławionej (acz tylko pozornie) ignorancji. Tajemnice świata przyrody możemy zgłębić jedynie poprzez jej obserwację, a nie poprzez snucie pozornie logicznych rozważań o rządzących nią rzekomo prawach.

20.06.2014

Warto się czasem zatrzymać


Siedziała na przystanku, z którego odjeżdżał mój autobus. Nie była brudna ani nie śmierdziała, ale jej wygląd wskazywał na ubóstwo. Nie była również pijana, aczkolwiek wyczułam lekki zapach alkoholu dobywający się z jej ust. Poprosiła o pieniądze. Zwierzyła mi się, płacząc, że jakiś czas temu została pobita i okradziona przez znajomego, który zabrał jej również dokumenty. Głosem przepojonym rozpaczą i fatalizmem ni to zapytała, ni to stwierdziła, że chyba należałoby to zgłosić na policję. Powiedziała mi, gdzie jest „jej” komisariat, a ja wskazałam jej numer autobusu, którym mogłaby tam dojechać. Pożegnałam ją i pojechałam do miasta w przeświadczeniu, że za chwilę wstanie i rzeczywiście pojedzie na komisariat, by złożyć zeznania.

Kiedy jednak parę godzin później, po załatwieniu wszystkich swoich spraw, wróciłam na ten sam przystanek, ona ciągle tam była. Trochę poirytowana zaczęłam ją – najdelikatniej, jak umiałam – indagować o przyczyny tej bierności. Niewiele się dowiedziałam. Pod moimi naciskami zgodziła się, byśmy nazajutrz razem udały się na policję (nie zrobiłyśmy tego od razu, gdyż nie miałam już sił na jakiekolwiek dalsze wędrówki po mieście).

Następnego dnia stawiłam się o wyznaczonej godzinie na przystanku. Nie było jej. Co zresztą przewidział mój Luby, który się trochę z mojego zaangażowania podśmiewał. Kłębiły się we mnie dwa przeciwstawne uczucia: ulga i żal. Ulga, gdyż jestem osobą leniwą. Żal bo przecież mogło stać się coś złego. Tego jednak nigdy się już nie dowiem. Być może kobieta łgała w żywe oczy, byle tylko wzbudzić współczucie i naciągnąć kogoś na datek. Ale mogło też być tak, że znowu padła ofiarą przemocy.

Możecie mnie uznać za naiwną. I pewnie będziecie mieli rację. Lepiej chyba jednak być zbyt naiwnym niż kompletnie nieczułym. Lepiej dać wiarę i się zawieść niźli olać kogoś naprawdę pokrzywdzonego. To, rzecz jasna, ideał, którego często nie udaje mi się (przez lenistwo, strach, zbyt długie wahanie) osiągnąć. Nie uważam się za osobę szlachetną. Zazwyczaj przechodzę obojętnie obok człowieka wyciągającego rękę po wsparcie, a jeśli mnie nagabuje, po prostu odmawiam. Wolontariat? Odpada. Do pewnych rzeczy się nie nadaję. Jest we mnie sporo egoizmu i nawet się z tego cieszę. Ale ten egoizm ma swoje granice. Warto od czasu do czasu wyświadczyć drugiemu człowiekowi przysługę. Jest to, moim zdaniem, więcej warte niż karne płacenie podatków czy bycie tzw. dobrym obywatelem. Nie mówiąc o ślepym przestrzeganiu prawa.

A skoro już przy tym jestem: Blogerka Futrzak zamieściła – a właściwie to powieliła – prośbę o sprawienie drobnej przyjemności chłopakowi, który porusza się na wózku inwalidzkim. Chodzi o wysłanie do niego kartki z życzeniami. Drobnostka? Może. Ale jeśli miałoby mu to poprawić samopoczucie, to czemu nie?

Adres:

Rafał Kuszyk
ul. Garnizonowa 30/2
84-104 Rozewie

17.06.2014

Erozja sztuki



Może ja się nie znam. Może mam kiepski gust. Może jestem pozbawiona zdolności czytania pomiędzy wierszami. I może czyni mnie to profanem, który nie powinien przestępować progu świątyni sztuki, nie mówiąc o prawie do krytyce. Skoro już jednak miałam okazję zobaczyć tę sztukę, to pozwolę sobie na bezwstydne wyrażenie opinii: nie podobało mi się! Wystarczyło kilkanaście minut, bym stwierdziła, że pozostaje mi jedynie wyczekiwać z utęsknieniem na koniec spektaklu. W jego trakcie przyłapywałam się na załamywaniu rąk lub zaciskaniu pięści, co czasami było oznaką rozdrażnienia, a czasami dławiącej mnie nudy.

Naturalnie Szekspir nie jest świętą krową, której nie wolno tykać. Poprawki, skróty, wariacje czy nawet poważniejsze zmiany są jak najbardziej dopuszczalne. Ważne, żeby to wciąż był Bard z Avonu, a nie popłuczyny po nim. Jeśli reżyser na siłę udziwni czy uwspółcześni sztukę pisaną kilkaset lat temu, otrzymamy nie nową jakość, ale bylejakość. W tym wypadku zaserwowano nam dość męczące, momentami wręcz żenujące widowisko.

Największą wadą sztuki były niestrawne przeróbki, jak np. zrobienie z ekipy elfów czwórki trzęsących się emerytów, a z Tytanii przedwojennej gwiazdy u schyłku kariery. Ateńscy rzemieślnicy wydali mi się z początku zabawni, lecz później grający ich aktorzy nieco przeszarżowali. Reżyser naoglądał się chyba zbyt wielu komedii dla upośledzonej intelektualnie młodzieży. Chytrze przemycone wulgarne słówko, przebranie mężczyzny za kobietę, symulacja ruchów frykcyjnych czy podrygi gołego faceta w rytm techno miały zapewne rozbawić widza, puścić do niego oko: Patrzcie, ludziska, Szekspir może być fajny! Dla mnie jednak był to zaledwie kabaret i to nieszczególnie wysokiej próby. Mogłabym przymknąć oko na współczesne przyśpiewki na dworze Tezeusza czy szalejącego na scenie Puka (mocno przerysowana, acz zarazem całkiem udana kreacja), ale zidiociałego silenia się na bycie „cool” ścierpieć nie umiem.




Sztukę obrzydzała mi również paskudna, a jednocześnie – niestety! – dość popularna wśród młodych aktorów histeryczna maniera gry. Odgrywające miłosne rozterki dzieciaki skaczą, tupią, machają rękami, rozbierają się i obłapiają, nienaturalnie afektowanym głosem deklamują wykute na blachę formułki – i to wszystko jest cholernie sztuczne. Ból i cierpienie sygnalizowane są wrzaskiem i spazmami, pożądanie ciężkim sapaniem i chwytaniem za tyłek. Widać, że ci młodzi ludzie się starają, że zależy im, by właściwie odegrać swoją rolę. Kilka razy zresztą nieomal im się to udaje. Na ogół jednak koncertowo kładą powagę dramatycznych sytuacji, nie pozwalając tym samym widzowi na wejście w położenie i stan ducha bohaterów.

Kolejnym minusem była wizualna strona inscenizacji. Cóż, minimalizm nie zawsze się sprawdza. Uboga i jak gdyby naprędce sklecona scenografia to chyba grzech większości lubelskich spektakli. Kilka krzeseł, niewielkie podium, sztuczna trawa – a resztę niech sobie widz wyobrazi. Dodajmy do tego stroje z różnych epok i oto prezentowana historia zostaje całkowicie wyzuta ze swojej tożsamości. Na upartego można by to wytłumaczyć chęcią podkreślenia jej uniwersalności, ale z mojego punktu widzenia wygląda to raczej na zwykłe lenistwo i/lub cięcie kosztów. Pałac nie jest pałacem, las nie jest lasem, Ateny nie są Atenami (ani niczym innym). Na plus oceniam grę światła i dźwięku towarzyszącą rzucaniu uroku przez Oberona (psuła to nieco nadmierna ekspresja wcielającego się w tę postać aktora) tudzież ekstatyczny taniec bohaterów owładniętych czarami Puka. Były to jednak nieliczne jasne punkty przedstawienia.

Nie wiem, jaką ocenę wystawili panu Tyszkiewiczowi inni widzowie. Mogę się wypowiadać wyłącznie za siebie. Najwidoczniej albo teatr nie jest dla mnie, albo... współczesny teatr nie jest dla mnie. Na szczęście w Lublinie rozrywek kulturalnych w sezonie ogórkowym nie brakuje. A jeśli kino, operetka czy filharmonia zawiodą, zostaje przecież książka bądź rozmowa z inteligentnym człowiekiem.

16.06.2014

Panta rhei


Poprzedni wpis został zawalony komentarzami o charakterze mocno że się tak wyrażę ideologicznym. Nie ma co, trafili mi się zapamiętali w swych przekonaniach dyskutanci. ;)

Większość z Was ma swoje twarde zdanie na temat państwa, społeczeństwa, Unii Europejskiej, konfliktu prawa z sumieniem jednostki, współczesnej obyczajowości, obecnej ekipy rządzącej, etc. Ja natomiast coraz częściej przyłapuję się na tym, że to wszystko jest mi niemal całkowicie obojętne. Cóż ja zresztą mogę wiedzieć o świecie? O zachodzących w nim zmianach dowiaduję się z Internetu i/lub telewizji. A to są zwodnicze media. Wyłuskują fragmenty rzeczywistości i próbują przedstawiać jako całość. Czasami przemilczają istotne fakty. Czasami bezczelnie łżą.

Każdego dnia z drobniutkich okruszków prawdy lepimy sobie obraz otaczającej nas rzeczywistości. Mozolnie składamy strzępki informacji, pragnąc uzyskać wiedzę na frapujący nas temat. Często nasz wysiłek idzie na marne. Trwonimy cenny czas kłócąc się o pierdoły, dywagując o idealnym rządzie, idealnym społeczeństwie, idealnym modelu rodziny, idealnych relacjach międzyludzkich. Przeraża mnie to. Mówimy i piszemy, zamiast działać.  Poruszamy w blogach globalne problemy, zamiast próbować zmienić coś wokół siebie. Większość z nas nie ma niemal żadnego wpływu na to, jakie prawa zostaną uchwalone, na co pójdą publiczne pieniądze czy też ile się w Polsce będzie rodzić dzieci. Nie mamy żadnej pewności, czy za 100 lat Polska będzie w ogóle istnieć. A jednak uparcie wałkujemy takie tematy raz po raz, w złudnym przekonaniu, że nasze żarliwe dysputy zaowocują wymiernymi skutkami.

Nie zaowocują. Przepadną w wirtualnym szumie. A choćby nawet zostały zeń na jakiś czas wydobyte, przytłoczy je wkrótce nawałnica świeżych newsów. Nierzadko nagrodą za poświęcone na układanie pięknych tekstów godziny są zszarpane nerwy i wrzody w żołądku. To już lepiej byłoby napisać książkę i wydać ją choćby własnym sumptem. Książka jest czymś trwałym, poniekąd nieśmiertelnym. Wzgardzona i zapomniana, nawet po latach może zyskać niespodziewaną popularność. W przypadku bloga nie ma na to szans. Jest ich zresztą zbyt wiele, a toczące się w nich spory często odstraszają nowych czytelników.

Nie oszukujmy się zresztą, pewnych zmian powstrzymać nie zdołamy, choćbyśmy nawet zyskali posłuch milionów. Czy warto trawić czas na szukanie sposobów, jak uniknąć nieuniknionego? A może rozsądniej byłoby próbować minimalizować straty?

Poniższy tekst jest komentarzem do jednego z artykułów Frondy. Sami osądźcie, czy autor ma rację.

No właśnie...

06.06.2014

Zaczyna się od pieprzenia, kończy na dosalaniu


Tyle się pisze o tej całej „niezdolności do samodzielnego myślenia”. Każdy z nas przypisuje tę wadę innym, siebie mając za wyczulonego na każdy fałsz indywidualistę, który nigdy nie idzie za tłumem. A przecież niemal wszyscy poddajemy się cudzym opiniom, powtarzamy bezmyślnie zasłyszane gdzieś hasełka, zwroty, epitety, polemizując podpieramy się najbardziej idiotycznymi wymysłami tylko dlatego, że w pewnych kręgach zyskały popularność, etc, etc.

Twierdzimy na przykład, że coś jest niemoralne, gdyż jest obce naszej kulturze czy zakazane przez prawo; lub dlatego, że tak powiedział „powszechnie uznany autorytet”; lub dlatego, że „tak się nie robiło, nie robi i robić nie powinno”. Takie „argumenty” padają raz po raz, kładąc każdą dyskusję. Powołujemy się na jakieś śmieszne, rzekomo jednogłośnie zaakceptowane przez „wszystkich porządnych ludzi” kodeksy; stawiamy niepodważalne według nas założenia etyczne i na ich bazie wyprowadzamy całą – skądinąd logiczną – argumentację, jak powinno się żyć; własne, całkowicie subiektywne zapatrywania stawiamy na równi z namacalnymi faktami. Innymi słowy – bełkoczemy.

Po cholerę zatem rozmawiać, skoro każdy z nas żyje częściowo we własnym świecie? Łączy nas fizyka, chemia, biologia, geografia, matematyka. Dzieli filozofia, etyka, religia, sztuka, czasami nawet historia. Porozumienie jest możliwe chyba tylko w obliczu namacalnych i mierzalnych konkretów. Bo o moralności czy niemoralności danego postępowania możemy sobie pieprzyć bez końca, a i tak nie zdołamy nikogo przekonać.

03.06.2014

Sumienie contra sumienie


Deklaracja Wiary? Nie znam, nie czytałam. Nie interesuje mnie kolejna odsłona durnej wojenki polsko-polskiej. Walka zaczadziałego kościelną doktryną prawactwa z zaczadziałym pseudowolnością lewactwem będzie jeszcze trwać bardzo, bardzo długo, dopóki się wściekłe kundle z jednego i drugiego obozu nie pozagryzają (przepraszam wszystkie kundelki). Kilku blogerów poruszyło ten temat, ale ich notki wydały mi się stronnicze. Bo i jak może być inaczej? Prawo to prawo. Sumienie to sumienie. Czasami jedno wchodzi w konflikt z drugim. Co innego zresztą łamać prawo po cichu, bez rozgłosu, unikając tym samym przykrych konsekwencji, a co innego występować przeciwko niemu z otwartą przyłbicą.

Najmądrzej pisze Starszy: tego typu światopoglądowe deklaracje powinno się składać przed podjęciem pracy w państwowej placówce. Jest to – moim zdaniem rozwiązanie proste i uczciwe. A że nieco ryzykowne, bo mogłoby się skończyć koniecznością założenia własnej działalności? No i cóż z tego? Postępowanie w zgodzie z własnym sumieniem ma swoją cenę. Trud, znój, pot, łzy, czasami nawet upokorzenie – to wszystko czyni nas silniejszymi, mądrzejszymi, lepszymi.

Ale już nie cierpienie. A w każdym razie nie to potworne, towarzyszące człowiekowi w ostatnim stadium niektórych chorób. Zmieniające go w skamlący z bólu strzępek samego siebie, odbierające mu godność i resztki władzy nad swoim umęczonym ciałem. Takie cierpienie powinno być na wszelkie sposoby zwalczane. Dlatego – podobnie jak Starszy – uważam, że tylko ostatnie ścierwo odmówiłoby ulżenia w bólu umierającemu człowiekowi w obawie, iż ten mógłby na skutek przyjęcia zbyt dużej dawki morfiny zbyt szybko zejść z tego padołu. Najchętniej pokazałabym takiemu „lekarzowi”, czym jest prawdziwy ból.

O specjalistach odmawiających skierowania na badania prenatalne czy przepisania antykoncepcji hormonalnej mam niewiele lepsze zdanie. To już może nie ścierwa, ale na pewno debile.

Powyższe opinie nie powinny być w żadnym wypadku brane za aplauz dla fanatyków z przeciwnego obozu, czyli kurew domagających się aborcji na żądanie nawet w trzecim trymestrze ciąży czy postulujących eutanazję osób starszych i/lub niepełnosprawnych.

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...