31.07.2014

Jakże nisko upadliśmy...


Po serii dość przykrych wpisów miałam wrzucić jakiś pozytywny, ale... nie mogę. Znowu zamieram z przerażenia kondycją moralną i duchową współczesnego człowieka. 
Napadnięta dziewczyna została brutalnie powalona na ziemię. Kobiety zdarły z niej górną część ubrania, okładały ją pięściami, kopały i wyzywały. Wszystko dlatego, że jedna z napastniczek stwierdziła, że ta miała romans z jej mężem.

Ludzie stoją i bezmyślnie się gapią, bierni niczym wypchane pakułami kukły. Policja nie reaguje. Co to, kurwa, za świat?!

I przypomina mi się, jak podczas powrotu z Nocy Kultury zobaczyliśmy z Lubym bójkę dwóch mężczyzn. Choć słowo „bójka” jest tu raczej nie na miejscu, gdyż jeden z nich szybko uzyskał przewagę nad drugim, powalił go na ziemię i zaczął kopać. Zebrała się wokół nich grupka osób. Nikt nie kiwnął palcem, byłam więc gotowa sama coś zrobić: wrzasnąć na kopiącego, błagać go, by przestał. Ale Luby złapał mnie za rękę i pociągnął za sobą. Jakiś czas później minęła nas jadąca w przeciwną stronę karetka pogotowia.

Wypominałam później Lubemu, że nie pozwolił mi zareagować. Na co ten ofuknął mnie i wyjaśnił, że jego zadaniem jest mnie chronić. Poza tym słyszał, jak agresor krzyczy do rzekomej ofiary: „Do dziewczyny z nożem?!” Sapnęłam z przejęcia i przyznałam, że jeśli faktycznie tak było, to kopany zasłużył na swój los.

Z drugiej strony, coś trzeba było zrobić. Nie potępiam każdego samosądu, ale o ile jestem w stanie zrozumieć motywy działania człowieka, który spuszcza łomot bandziorowi, o tyle bierność tłumu przeraża mnie. Pół biedy, jeśli gapie są przekonani, że kopany dostaje za swoje. Gorzej, jeśli nie reagują niezależnie od tego, kto bije, a kto jest bity. Tępe zombie wyciągające swoje komórki, iPhony, smartfony czy inne urządzenia z kamerą, żeby później wrzucić kilkunastosekundowy filmik na Fejsa czy inny gówniany portal społecznościowy.

Tylko czy można ich za to winić? Zostali przecież pozbawieni nie tylko broni, ale także jaj i rozumu. Zwłaszcza rozumu. Albowiem to nie jest zwykły strach przed ryzykiem. To jest kompletne odmóżdżenie, któremu poddawani jesteśmy od najmłodszych lat. My już nawet nie wiemy, jak obronić samych siebie, nie mówiąc o obronie bliźniego.

Na pociechę zostaje nam dziesiąta muza. My, wymoczkowaci, słabi, żałośni, ślepi, głusi i BIERNI, dostajemy na pociechę zmyślonych superbohaterów, którzy z uśmiechem na ustach ratują świat. Po wyjściu z kina możemy sobie pomarzyć, że my również dalibyśmy w mordę atakującemu przechodnia rzezimieszkowi lub powstrzymali demolującego przystanek łobuza.

A przecież wielu z nas nie zadzwoniłoby nawet na policję. Byliby zajęci filmowaniem.

29.07.2014

Wiwisekcja nienawiści


Nienawiść – najsilniejsze uczucie występujące w świecie ludzi. Potworna, niszcząca siła, żerująca na swoim nosicielu, łapczywie sycąca się cierpieniem jego wrogów i spychająca go w czeluście zła. Krotko żyje wdzięczność, szacunek, sympatia. Nawet miłość może umrzeć, wygasnąć, zwiędnąć, wyblaknąć, przerodzić się w mdłe przywiązanie. Nienawiść goreje wiecznym ogniem, spalając na popiół każdego, kto się jej oddał. Można ją przyrównać do rozsiewającej trujące opary rośliny, którą wielu z nas troskliwie i z poświęceniem pielęgnuje, zamiast czym prędzej wyrzucić na śmietnik.

Taką właśnie trującą (acz zarazem wspaniałą) rośliną jest film „Co się zdarzyło Baby Jane?”. Przesycony jadem, zgorzknieniem i – najpierw psychiczną, potem fizyczną przemocą, genialnie odmalowuje bolesny los dwóch samotnych, starzejących się i skazanych na siebie sióstr: przykutej do wózka, wymagającej ciągłej opieki Blanche oraz trawionej wyrzutami sumienia, narastającą złością tudzież rozpaczą za utraconym życiem Jane. Chorobliwe fantazje tej drugiej o powrocie na scenę podsycane są przekonaniem, że to właśnie Blanche jest przyczyną wszystkich jej niepowodzeń. W pewnym momencie czara goryczy się przelewa, przemieniając Jane z normalnej, choć mocno zrzędliwej opiekunki w nieczułego, sycącego się bezradnością kalekiej siostry potwora.




Z portalu Filmweb.pl można się dowiedzieć, że odtwarzające główne role aktorki nienawidziły się również prywatnie. Ironia losu? A może właśnie to pozwoliło Bette Davis tak znakomicie wcielić się w okrutną, a przy tym skrajnie nieszczęśliwą kobietę? Co prawda kibicowałam Joan Crawford (będącej swego czasu – zupełnie jak jej bohaterka ubóstwianą i zapewne mocno idealizowaną przez masy, dopóki przybrana córka nie wywlekła na światło dzienne podłego charakteru gwiazdy), ale to brzydkiej, paskudnie się starzejącej Davis należą się oklaski. Jest na przemian absurdalnie histeryczna i przerażająco spokojna, kapryśna jak dziecko i przewrotna jak wiedźma; zarazem wredna i czuła, naiwna i bystra, tragiczna i komiczna. Do końca nie wiadomo, jak daleko się posunie, by osiągnąć swoje wyimaginowane cele.

Koniec filmu jest niejasny. Zgodnie z obowiązującym wówczas kodeksem Haysa źli ludzi muszą ponieść zasłużoną karę, lecz przypadek sióstr Hudson wymyka się jednoznacznej ocenie. Sparaliżowana Blanche wydaje się być ofiarą, a jej osuwająca się w obłęd siostra katem. Obydwie jednak mają coś na sumieniu. Obydwie są też na swój sposób okaleczone i zależne jedna od drugiej. Prędzej czy później musi dojść do rozliczenia się z przeszłością. Nie przynosi ono jednak ulgi, nie rozwiązuje problemów, nie daje szansy na lepszą przyszłość. Bo przyszłości siostry Hudson już nie mają.



27.07.2014

Polaczki



Może i faktycznie pan Motyliński nie powinien był upubliczniać rachunku za zakupy dla bezdomnego. Ale czy rzekome „chwalenie się” swoim dobrym uczynkiem jest powodem, by obrzucać człowieka obelgami albo niszczyć mu mienie? Nie, nie jestem w stanie tego pojąć...

Przypomina mi się historia związana z działką w miejscowości M., którą w 2010 roku nabył mój Ukochany. W dniu zakupu znajdował się na niej sprawnie działający kran. Ponieważ jednak trochę przeciekał, Ukochany i ja pojechaliśmy tam parę dni później, żeby go wymienić. Tyle, że z kranu nie dało się już wycisnąć ani jednej kropelki. W pocie czoła dokopaliśmy się do zaworu wody. Okazało się, że ktoś go dokumentnie zakręcił, a potem urżnął uchwyt. O wodzie można było zapomnieć.

To wydarzenie tylko pogłębiło moją niechęć do ewentualnego osiedlenia się w miejscowości M. Niby wszystko w niej było: poczta, oddział banku, sporo sklepików. Nie podobała mi się jednak namolność byłego właściciela działki, pana A., który zanadto się narzucał się ze swoim niespecjalnie nam miłym towarzystwem, wykorzystując przy okazji techniczne zdolności Ukochanego i prosząc go o jakieś drobne naprawy. A teraz jeszcze doszła świadomość, że stawiając na niewielkim skrawku ziemi nasz wymarzony domek skazalibyśmy się na życie wśród ludzi tak niskiego kalibru, że aż zdolnych do ciężkiej harówki (odkopanie zaworu, ucięcie go metalową piłką i jego ponowne zakopanie), byle tylko dokuczyć no właśnie, komu? Sprzedającemu działkę panu A. (podobno nie był zbyt lubiany) czy jej nowemu właścicielowi?


Działka w 2010 roku


Ale cóż, tacy właśnie są Polacy. Ganiają co niedzielę do kościółka, przyjmują komunię, pewnie się nawet od czasu do czasu modlą – ale jakoś się do praktykowania nauk Chrystusa nie palą. Zawistny jest ten nasz polski narodek, oj, zawistny. Prymitywny i złośliwy, chytry i cwaniacki. Tutaj trzeba się rozbijać łokciami, gryźć o każdy ochłap, kopać pod sobą dołki, giąć się w ukłonach przed silniejszym (utytułowanym, majętnym, wpływowym), a słabszego lub zwyczajnie mniej przebojowego traktować jak istotę niższego rzędu. Z kolei ci, którzy się czegoś dorobili, wolą ukrywać swój status majątkowy, nie wychodzić przed szereg, nie wyróżniać – poznali już bowiem siłę polskiej zawiści, która każdego, komu się powiodło, każe wyzywać od złodziei i krętaczy. Ci na górze depczą tych na dole; ci na dole plują na tych na górze. Homo homini lupus est.

A może raczej: Polonus Polono lupus est?

26.07.2014

Ludzie są różni. Zaakceptuj to.


Uważam mojego ojca za człowieka, który niemalże ociera się o mądrość. Szanuję jego opinie, o ile tylko są wyrażane w sposób uprzejmy i wyważony. Nie znoszę natomiast, gdy krytykuje moje postępowanie na zasadzie „tak się nie robi i koniec!”.

– Naprawdę nie wiesz, jak się robi, a jak się nie robi?! – zdarzało mu się krzyczeć, kiedy popełniłam według niego jakiś szczególnie niestosowny postępek.

Odpowiadałam wówczas ze złością:

– Nie, nie wiem, „jak się robi”! I nic mnie to nie obchodzi!

Odpowiedziałabym dosadniej, ale mój tata jest w gniewie nieobliczalny. Podobnie zresztą jak ja. ;) (To głównie po nim odziedziczyłam temperament.)

Oczywiście przesadzam. Trochę mnie jednak obchodzi, „jak się robi” – ale wyłącznie wtedy, gdy w grę wchodzą dobre obyczaje. Jestem skłonna w 99 % nagiąć swoje mocno rozwydrzone widzimisię do obowiązującej w danym miejscu i czasie etykiety. (Ten jeden procent dotyczy przypadków, gdy dochodzi do poważnego konfliktu pomiędzy dobrymi manierami a moim sumieniem.) To właśnie szacunek dla dobrych obyczajów – wespół ze strachem przed ewentualnymi konsekwencjami – każą mi zachowywać się w miarę poprawnie wobec nielubianych osób. Można by nieco cynicznie powiedzieć, że dobre obyczaje wspierają obłudę, gdyż prędzej czy później obsmaruję te osoby za ich plecami ale czyż nie na tym polega poprawne współżycie z bliźnimi, by nie być z nimi do końca szczerym? Ja też wolę, żeby obcy ludzie byli wobec mnie bardziej uprzejmi niż szczerzy. A co o mnie mówią potem, to już ich sprawa.




No dobrze, ale co innego obyczajność, a co innego gust, moralność, przekonania, przyjaźnie oraz – i to był zazwyczaj punkt zapalny moich utarczek z tatą – szeroko rozumiany styl życia. Ktoś, kto wymaga ode mnie podporządkowania się w tych sferach zasadzie „tak się robi/tak się nie robi”, od razu wydaje mi się mocno podejrzany. Jestem w stanie ścierpieć pouczenia najbliższych, jeśli jednak próbują mnie „wychowywać” obcy ludzie, to mogę tylko uznać ich za wyjątkowo głupich i bezczelnych.

Ale dlaczego piszę „mnie”? Jest to przecież równie okropne, gdy dotyczy kogoś innego. Wręcz nie mieści mi się w głowie, że można kogoś strofować za „niewłaściwe” poczucie humoru, preferencje polityczne, upodobania seksualne, sposób spędzania wolnego czasu, wybór przyjaciół czy brak szacunku dla „jedynie słusznych” wartości. Strofowanie to coś zupełnie innego niż merytoryczna krytyka czy jednorazowe wyrażenie negatywnej opinii. To próba narzucenia komuś swoich przekonań. Takie działanie kończy się zwykle kompromitacją strofującego.

Nie warto ustawiać innym życia – ani realnego, ani wirtualnego. Możemy się przecież omijać. Prawda?

14.07.2014

Syrena


Cóż ja bym mogła Wam napisać o Sarze Brightman? Że jest utalentowana, ambitna, niebanalna? Że została obdarzona cudownym, przesłodkim głosem, którego skala pozwala jej realizować się zarówno w popie, jak i w operze czy musicalu? Banały! Po prostu jej posłuchajcie, może również się do niej przekonacie.


Przecudnie i folkowo:



Słodko i popowo:



Ostro i metalowo:



Wzniośle i klasycznie:



Melancholijnie i jazzowo:


11.07.2014

Chrześcijaństwo


nie jest złą religią. Ale tylko pod tym warunkiem, że idziemy za Chrystusem, a nie za tymi, którzy mienią się jego sługami. Możemy się licytować, czy na przestrzeni dziejów Kościół Rzymskokatolicki uczynił więcej dobra (pomoc ubogim, tłumaczenie dzieł starożytnych myślicieli, wspieranie kultury, sprzeciw wobec aborcji) czy raczej zła (nadużywanie władzy, uczestniczenie w odbieraniu dzieci niezamężnym matkom, ukrywanie pedofilów); możemy się wykłócać, czy jest zaledwie megakorporacją, która utrzymała się tak długo przy władzy głównie dzięki intrygom i przemocy, czy może jednak czymś więcej; możemy oskarżać jego funkcjonariuszy o chciwość, głupotę i fanatyzm lub chwalić ich za altruizm, mądrość i ofiarność – ale do niczego nie dojdziemy. Może więc jeśli już musimy wyznawać jakąś religię – sięgajmy zawsze do źródła, czyli samego Chrystusa?

Ilu Polaków to prawdziwi chrześcijanie? Ilu ludzi na świecie to prawdziwi chrześcijanie? Co czyni człowieka chrześcijaninem, a co mu to uniemożliwia? Czy można być chrześcijaninem poza Kościołem? Czy można być chrześcijaninem, jeśli nie uznaje się boskości Chrystusa?

I najważniejsze pytanie – czy chrześcijanie są lepsi od niewierzących? Czy chrześcijaństwo jest drogą do Prawdy i Zbawienia? Czy jakakolwiek religia jest drogą do Prawdy i Zbawienia?



10.07.2014

Polski survival


Cenię spryt, zaradność i umiejętność przetrwania w surowych warunkach. Może dlatego, że sama tych zalet raczej nie posiadam? Ale chciałabym! I dlatego każdą sensowną naukę radzenia sobie w życiu (cóż za pojemny zwrot! ;)), która nie stoi jednocześnie w sprzeczności z moimi zasadami moralnymi, uznam za godną przyswojenia.

Ot, weźmy choćby imperatyw napełnienia żołądka. Dysponując więcej niż skromnymi zasobami gotówki nie możemy za bardzo wybrzydzać. Tym bardziej więc należy docenić pomysłowość piątki młodych mężczyzn, którzy udowodnili, że na upartego człowiek może się wyżywić za 120 zł na miesiąc (aczkolwiek z uwzględnieniem jednego dnia ścisłego postu tygodniowo).




Komu mogłyby się spodobać zaprezentowane w filmiku przepisy? Z pewnością komuś, kto gorączkowo zmaga się z wydatkami na jedzenie i jest w stanie przeboleć konieczność parodniowej eksploatacji zupy, będącej najpierw rosołem, potem barszczem, a na końcu zamieniającej się w sos. Czyli niemałej części społeczeństwa.

08.07.2014

Najcenniejszy skarb na świecie? Proste! Jest nim Twoje dziecię!


Standardowa realizacja obowiązku szkolnego wydaje się wielu Polakom oczywistością, której kwestionowanie zasługuje w najlepszym wypadku na postukanie się w czoło. Przyzwyczajeni do życia w ośmiogodzinnym kieracie pracy, do bezmyślnego wykonywania poleceń, do konformizmu nie tylko zewnętrznego, ale i wewnętrznego (nie wypada źle myśleć o swojej ojczyźnie, trzeba kochać babcię, tylko Bóg ma prawo osądzać, etc), do narzucania dzieciom schematów, które kiedyś narzucili nam nasi rodzice i/lub opiekunowie, nie umiemy – i nie chcemy! – wyjść z wyżłobionych przez lata kolein i przestawić się na inny styl życia. Szkoła jest jak świnka czy ospa wietrzna cholernie nieprzyjemna, ale każde dziecko powinno ją przejść.

Przypuszczam, że tak właśnie myślą setki tysięcy polskich rodziców. Ktoś nie zaznajomiony z historią naszego kraju i nie oswojony z naszą specyficzną mentalnością mógłby powiedzieć, że najwyraźniej celem owych rodziców jest uczynienie ze swych pociech otępiałych z przepracowania robocików, które najpierw w szkolnym, a kilkanaście lat później w korporacyjnym gmachu będą posłusznie i bez cienia refleksji wypełniać setki kretyńskich zadań. Tymczasem taka postawa wynika głównie ze zwykłej niewiedzy lub też niechęci do wychodzenia poza uświęcony tradycją schemat.

Albowiem istnieje wyjście – może nie idealne, ale pod wieloma względami lepsze od szkolnej urawniłowki. Jest nim wciąż wzbudzająca w Polsce wiele kontrowersji edukacja domowa. Jako że szkoła w swej klasycznej wersji budzi moją odrazę, darzę rodziców, którzy decydują się na taki krok, głębokim podziwem (o ile ta decyzja nie wynika wyłącznie z ich przekonań światopoglądowych, lecz także z autentycznej troski o intelektualny i społeczny rozwój ich potomstwa).

Kilka faktów na ten temat:
Edukacja domowa na poziomie, który umożliwia dziecku utrzymanie się na poziomie reprezentowanym przez średniego ucznia normalnej szkoły, nie zabiera aż tyle czasu, co nauka w szkole. Wydaje się, że można bezpiecznie założyć, że formalna nauka (pod kątem egzaminów, które dzieci obowiązane są zdawać) zabiera dzieciom edukowanym domowo ok. 2 godzin dziennie przez jakieś dwa miesiące w każdym semestrze. Oczywiście, wiele zależy od uzdolnień i inteligencji dziecka, ale trzeba sobie uświadomić, że czas spędzony w szkole to przede wszystkim dzwonki, sprawdzenia obecności, odpytywanie, sprawdzenia pracy domowej, a tylko ok. 20 minut na każdej lekcji to prawdziwa "nauka". "Nauka" w cudzysłowie, gdyż często jest jedynie wykład, niezrozumiały dla części dzieci, samodzielne przeczytanie fragmentu podręcznika, zanotowanie słowo w słowo podawanego przez nauczyciela tekstu, przepisanie z tablicy. Nauka w domu rządzi się innymi prawami. Rodzice spędzający sporo czasu ze swoim dzieckiem są w stanie zorientować się, jaki styl się odpowiada jego uzdolnieniom i nie marnować czasu na nieefektywne, niedostosowane do dziecka techniki. Często szczególnie w przypadku chłopców w wieku kilku, kilkunastu lat, których roznosi energia, dużo bardziej efektywne są własne doświadczenia i "praca w terenie" niż siedzenie nad podręcznikiem czy książką. Rodzice wiedzą również, co dziecko już wie, a czego jeszcze nie wie, bo systematycznie je obserwują, nie ma więc konieczności przeprowadzania testów, nie mówiąc już o wystawianiu jakichkolwiek ocen. Znając swoje dziecko rodzice są w stanie podać mu pewne porcje materiału wtedy, kiedy jest na nie gotowe, często wiele lat wcześniej niż przewiduje to program szkolny, i wykorzystać jego naturalną chęć poznawania, odnosząc się jednocześnie do jego doświadczenia i jego wiedzy osobistej, a nie kompletnie oderwanych od jego doświadczeń przykładów z podręcznika. Dzieci edukowane domowo większość czasu każdego dnia spędzają na samodzielnym czytaniu książek, również podręczników, uczeniu się przy pomocy rozmaitych programów multimedialnych i filmów i przede wszystkim rozwijaniu różnych własnych zainteresowań, często poza domem - większość wiedzy zdobywają niejako "przy okazji", a rolą rodziców jest przede wszystkim wyłapanie "dziur" w ich wiedzy, które utrudnią im zdanie egzaminów, i odpowiednio wczesne ich załatanie.
 (Link do całego artykułu znajduje się jak zwykle zresztą pod tekstem.)

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...