22.08.2014

Poczet grzechów polskich


Oto wyniki ankiety wielokrotnego wyboru „Które z grzechów głównych popełniasz bardzo często?”:

Pycha – 5 głosów

Chciwość – 2 głosy

Nieczystość – 6 głosów

Gniew – 16 głosów

Zazdrość – 4 głosy

Nieumiarkowanie w jedzeniu i piciu – 15 głosów

Lenistwo – 22 głosy

W żadnym z nich się nie zatracam – 6 głosów


Nie będę oryginalna – ja także najczęściej grzeszę lenistwem oraz gniewem (mam na myśli niesłuszny i wyniszczający gniew).

Pozostałe grzechy nie są zbyt częstymi gośćmi w moim życiu. Chciwość, pycha, nieczystość (rozumiana jako seks przed ślubem ;)), nieumiarkowanie w jedzeniu i piciu – dość rzadko. Co prawda pożądam pewnych dóbr materialnych, bywam zarozumiała i mam fatalne nawyki żywieniowe, ale nie zatracam się w tym.

Zazdrość nie nawiedza mnie prawie nigdy (nie mówiąc o zawiści). Czasami czuję się źle, gdy porównam się z innymi (zwłaszcza z moimi rówieśnikami), wynika to jednak ze świadomości, iż nie spełniam oczekiwań moich bliskich. Sama z siebie raczej nie snuję bezsensownych rozważań nad swoim miejscem na drabinie społecznej. A już zazdrość o mężczyznę to coś, co naprawdę trudno mi zrozumieć. Może dlatego, że darzę mojego Lubego bezgranicznym zaufaniem?

Zastanawia mnie, dlaczego wśród grzechów głównych nie ma okrucieństwa, głupoty, obojętności, skąpstwa, chamstwa. Czyżby wynikały one pośrednio z tych wymienionych? A może w czasach, kiedy układano ten zestaw, te wady były w pewnych okolicznościach do przyjęcia?

Nie dziwi mnie natomiast nieobecność na tej liście tchórzostwa czy hipokryzji. Są to bardzo ludzkie przywary, których nie umiałabym nigdy potępić. Nie krytykuję osób, które działają na miarę swoich predyspozycji fizycznych i psychicznych (zwrócą uwagę niegrzecznemu dziecku, ale dorosłemu wandalowi już nie; atakują jedną religię, drugiej nie tykając; krytykują ludzi w Necie, zaś w realu unikają konfliktów) czy starają się wybielić w cudzych, a często i własnych oczach. Strach i obłuda są obecne w życiu większości z nas. Ci zaś, którzy się od tych grzechów odżegnują, powinni zrobić solidny rachunek sumienia, czy przypadkiem nie zgrzeszyli kłamstwem. ;)

17.08.2014

Niezwykła podróż Christophera McCandlessa


Ta historia wydarzyła się naprawdę. Był rok 1990. 22-letni Christopher McCandless właśnie ukończył studia. Wydawało się naturalnym, że ów zdolny, pracowity i mający wszelkie zadatki na zrobienie kariery młodzieniec podejmie regularną pracę, założy rodzinę i będzie żyć jak większość ludzi sukcesu. On jednak wybrał inną drogę. Napakowawszy sobie głowę filozofią spod znaku Thoreau, Jacka Londona oraz im podobnych entuzjastów „prostego życia”, oddał przeznaczone na studia fundusze organizacji charytatywnej, spakował najniezbędniejsze rzeczy i wyruszył na wielką włóczęgę po Ameryce Północnej. Nocował pod gołym niebem lub u napotkanych przygodnie ludzi. Przemierzał dzikie ostępy, ale i wielkie metropolie (głównie po to, by zarobić na dalszą podróż). Był wolny jak ptak, wciąż jednak czuł pewien niedosyt. Nie wystarczało mu, że porzucił dostatki cywilizacji, że uwolnił się w znacznej mierze spod władzy prawa i pieniądza. Jego wielkim marzeniem było sprawdzić się w starciu z naturą.

W końcu wylądował na Alasce. To właśnie tam w sierpniu 1992 roku grupa myśliwych znalazła jego wynędzniałe zwłoki.




Najpierw powstała o tym książka: „Into the wild” Jona Krakauera. Jeszcze jej nie czytałam.

Widziałam za to nakręcony na jej podstawie film. Znakomicie zrealizowany i naprawdę wiarygodnie zagrany. Poruszający i dający do myślenia. Jeśli macie czas, by usiąść na dwie i pół godziny przed telewizorem lub ekranem komputera, gorąco Wam go polecam. Momentami się dłuży, ale warto go obejrzeć w skupieniu, bez przełączania na inny kanał. To nie jest szybka jazda bez trzymanki z kilkunastoma zwrotami akcji, tylko niespieszna ballada o poszukiwaniu swojego miejsca na świecie, o próbie zmierzenia się nie tylko z przyrodą, ale i samym sobą.




Zarówno pisarz, jak i reżyser odwalili kawał dobrej roboty: odwiedzili wszystkie miejsca, w których wedle ich wiedzy mógł przebywać młody wędrowiec, przepytali pracujących z nim ludzi, zapoznali się z wysłanymi do przyjaciół listami, przestudiowali jego osobiste notatki. Co jednak doprowadziło do tragicznego końca, tego mogli się tylko domyślać. Z drugiej strony – czy było to wycieńczenie niedożywionego organizmu, czy zatrucie jagodami, czy nawet choroba – to bez znaczenia. Istotne jest to, że Christopher McCandless umierał SAM. I że ta potworna samotność przytłaczała go na równi ze świadomością nieuchronnie zbliżającej się śmierci.

Wszystko zaczęło się od czegoś dobrego: od ucieczki ze świata fałszywych relacji międzyludzkich, zabijającej duszę monotonii tudzież wszechobecnego materializmu. Zżerające Christophera pragnienie wyrwania się ze złotej klatki dobrobytu, jaki przypadał w udziale amerykańskiej klasie średniej, zaowocowało decyzją tyleż szaloną, co całkowicie zrozumiałą: odrzuceniem wszystkiego, co krępuje człowieka, co nie pozwala mu być sobą. Tym czymś były pieniądze, zwierzęta, prawo, konwenanse. I przede wszystkim – ludzie. To właśnie oni wydawali się młodemu idealiście największym ograniczeniem. Dzicz, ku której przez dwa lata wędrówki kierował swe kroki, jawiła mu się jako ucieleśnienie marzeń o wolności właśnie z racji cechującej ją nieobecności człowieka. Christopher chciał być sam. Całkowicie i bezdyskusyjnie sam.

A przecież to właśnie inni ludzie zaszczepili w nim tę przemożną tęsknotę za absurdalnie idealizowaną dziczą. To czytani przezeń z wypiekami na twarzy i cytowani z nabożeństwem pisarze i filozofowie zasiali w nim potrzebę porzucenia rodziny i przyjaciół oraz rozdania całego swojego majątku. To za ich poduszczeniem uciekł ze świata, który należało raczej próbować naprawić niż stawiać na nim krzyżyk. Jego naiwne marzenia o „prawdziwym życiu” nie należały zatem tylko do niego. Byli przed nim inni, równie zapamiętali w swej niechęci do cywilizacji i rozkochani w fantastycznej wizji powrotu na łono natury. I zapewne będzie po nim jeszcze wielu takich.

Ów bunt przeciwko cywilizacji ma zresztą miejsce cały czas, choć zazwyczaj w znacznie łagodniejszej wersji. Niejeden zamożny, odpasiony i śmiertelnie znudzony rozbuchanym konsumpcjonizmem człowiek doświadcza podobnej pokusy – z tą wszakże różnicą, że jej nie ulega. Paradoksalnie to właśnie oderwanie się od naszych zwierzęcych korzeni i wyrobienie w sobie poczucia piękna, dobra i mądrości umożliwiło nam spojrzenie na otaczający nas świat przyrody z innej, bardziej uduchowionej perspektywy. Idealizujemy naturę, mitologizujemy ją i rozpaczliwie za nią tęsknimy. Jesteśmy jedynymi zwierzętami, które są w stanie zachwycać się drzewami, górami, rzekami, chmurami oraz... innymi zwierzętami. I niekiedy, podobnie jak Christopher McCandless, łudzimy się, że możliwym jest przedzierzgnięcie się na powrót w człowieka pierwotnego. Albo raczej – w jego filmową wersję, czyli skrzyżowanie muskularnego Tarzana z wrażliwym na uroki otoczenia poetą.

Jest to złudzenie tyleż naturalne, co wyjątkowo niemądre. Takie stworzenie nigdy bowiem nie istniało. Nie mogło. Albo jest się człowiekiem dzikim, czyli wyzbytym uczuć wyższych, albo cywilizowanym i zarazem owymi uczuciami wyższymi spętanym. A sama natura? Opiewana w setkach pieśni i poematów, uwieczniona na niezliczonej ilości płócien, jest w rzeczywistości wyjątkowo okrutna, bezduszna i absolutnie obojętna na kłębiące się w niej cierpienie. Każde żywe stworzenie, łącznie z nami, jest dla niej tylko mięsem w tymczasowym ruchu, którego jedynym celem jest dostarczyć budulca innym żywym stworzeniom. Nie ma w niej miejsca na najdrobniejszą refleksję nad życiem, jest tylko samo życie: bezmyślnie rozmnażające się, odżywiające, wydalające i wymieniające z otoczeniem gazy. I ta uwielbiana przez Christophera McCandlessa natura bardzo szybko pokazuje mu jego miejsce w szeregu.

A jak to jest z tą znienawidzoną przezeń cywilizacją? Jeżeli film naprawdę rzetelnie oddaje realia jego wędrówki, to wyraźnie widać, że na swojej drodze spotykał głównie dobrych, życzliwych mu ludzi. Notatki młodego podróżnika (na których opierał się reżyser) wskazują na to, iż pod koniec życia zdał sobie sprawę, jak wielkim błędem było odrzucenie wszystkich współplemieńców. Znalazł u nich wsparcie, serdeczność, przyjaźń, miał nawet szansę na miłość. Ale wydawali mu się balastem, którego należało się szybko i bezboleśnie pozbyć. Zaślepiony wizją całkowitej samotności, zapomniał, że to właśnie oni byli jego inspiracją (książki) i ostoją. Zresztą, czy to nie zabawne, że na swoje schronienie na Alasce wybiera porzucony autobus, będący jedyną w promieniu wielu mil oznaką bytności człowieka?

Nie pamiętam, co czułam, patrząc na powolne konanie Christophera. Być może pociekła mi łza czy dwie, to wszystko. Znacznie bardziej było mi żal jego rodziców, których opuścił bez słowa wyjaśnienia. Ich niewyobrażalną rozpacz mógłby zrozumieć tylko ten, kto sam doświadczył zaginięcia dziecka. Wstrząsnęła mną scena, w której ojciec beztroskiego włóczęgi w pewnym  momencie nie wytrzymuje nerwowo i siada na środku ulicy, by zapłakać bezgłośnie z tęsknoty za swoim dawno nie widzianym synem. Jest jakby gdyby ukoronowaniem wcześniejszych scen, w których stykający się z Christopherem ludzie pytają go z troską, czy jego rodzice wiedzą, co się z nim dzieje.

Każdy może wyciągnąć z tego filmu taki morał, jaki mu będzie pasował. Jedni uznają, że mimo wszystko decyzja o porzuceniu gnijącej w sytym samozadowoleniu cywilizacji była słuszna; i że lepsza śmierć w dziczy z głodu niż na zawał serca z przepracowania. Drudzy doszukają się w filmie apoteozy człowieczeństwa, będącego naturalną przeciwwagą dla bezduszności natury. Jeszcze inni będą woleli powstrzymać się od wszelkich sądów i skupić na podziwianiu wspaniałych krajobrazów. W każdym razie warto obejrzeć.

13.08.2014

Rozmawiasz czy monologujesz?


Zdaje mi się, że się znowu z niektórymi osobami nie zrozumiałam. Powtórzę więc po raz kolejny i mam nadzieję, że ostatni:

Człowieka dojrzałego od niedojrzałego odróżnia między innymi sposób prezentowania oraz obrony swoich racji. Człowiek dojrzały może polemizować, kłócić się, upierać przy swoim zdaniu. Będzie miał jednak świadomość, iż dla drugiej strony jest – wybaczcie mi tę brutalną szczerość – nikim. Co, rzecz jasna, oznacza, że jego moralność też jest dla rozmówcy bez znaczenia. W związku z tym jeśli naprawdę zależy mu na przekonaniu go do swoich poglądów, powinien poszukać argumentów, którymi by mógł wesprzeć swoje wywody.

Argumentem z całą pewnością nie jest stwierdzenie typu „Jesteś fałszywy/nieuczciwy/głupi”, „Nie masz honoru”, „Każdy porządny człowiek...”, „Prawo moralne wymaga”, etc. To jest tylko opinia.

Argument to liczący się w danej dyskusji FAKT.

Jeśli ktoś swoje osobiste opinie myli z faktami, to nie dogada się z nikim, kto wyznaje choćby odrobinę odmienny system wartości. Wystarczy najdrobniejsza różnica, by pojawił się konflikt. Przekonanie, że to my jesteśmy w nim górą, jest najczęściej złudzeniem.

11.08.2014

Kultura pożera religię


Pokłóciłam się kiedyś z pewną grupą osób o ocenę Święta Zmarłych. Stwierdziłam, że niemożliwym jest szczera i dogłębna refleksja nad śmiercią na zawołanie, bo tak wypada. Bardzo mi przykro, ale coroczny kolektywny pęd na groby pachnie mi bezdusznym konformizmem. Gdzie w tym szacunek dla prochów bliskich, gdzie autentyczna duchowość?

Ale trudno się mówi, takie są polskie obyczaje. Zapewne i my z Lubym udamy się w tym czasie na cmentarz. Choć najprawdopodobniej postaramy się tam wybrać dzień lub dwa wcześniej, co by uniknąć przewalających się pomiędzy grobami tłumów oraz wyjątkowo niesmacznego widoku straganów z cukierkami, wiatraczkami i mieczami świetlnymi.

Czy to się komuś podoba czy nie, rezultatem sprzęgnięcia religii z kulturą jest zubożenie tej pierwszej. Ot, weźmy choćby ten nasz typowo polski, jarmarczny katolicyzm: dziecinny, nadęty, nieco zblazowany, kłujący w oczy złotem, zapychający nos kadzidłem, wwiercający się w uszy przenikliwym głosem intonującego pieśń kapłana, stał się jednym z głównych elementów polskiego folkloru. I bardzo dobrze. Zapewnił szaremu człowiekowi odskocznię od miałkości dnia codziennego, obdarował odrobiną piękna i wzniosłości (pamiętacie, jak przeżywała coniedzielną mszę Jagna z „Chłopów”?).

Ja również lubię od czasu do czasu wejść do kościoła, nacieszyć się atmosferą, posłuchać muzyki. Msza jest dla mnie widowiskiem, na które mogę wejść bez biletu. Jedynym warunkiem jest wcielenie się w rolę grzecznego widza. Czasami się zastanawiam, czy wierzącym podoba się, że ateiści i agnostycy wizytują ich ceremonie, traktując świątynię jak kino, teatr lub filharmonię. Nie, nie mam wyrzutów sumienia. Kościoły są dla wszystkich. Szanujmy je zatem.

09.08.2014

Możecie to nazwać dyskryminacją. Trudno.


Parę dni temu miałam wątpliwą przyjemność poczynienia pewnej obserwacji. Oto przed autobusem, którym akurat jechałam, sunął wózek inwalidzki. Na wózku – babinka. Jak wygląda taki śmieszny, poruszający się z niezbyt dużą prędkością pojeździk pomiędzy śmigającymi samochodami tudzież zwalistymi autobusami? Jak dla mnie – idiotycznie. Dużo bym dała, by poznać myśli kierowców, którzy musieli wlec się w żółwim tempie za tą poczciwą starowinką. :)


Tak mniej więcej wyglądał ten wehikuł ;)


Można się z tego śmiać, ale można też zgrzytać zębami. Zezwalające (lub nakazujące, licho wie) na takie zachowanie przepisy uważam za kretynizm, z którym należałoby się w końcu rozprawić. Gdyby to ode mnie zależało, takie wózki nie miałyby prawa wjeżdżać pomiędzy samochody. To samo tyczy się rowerzystów, będących zapewne zmorą większości kierowców. Nie tylko ograniczają prędkość jazdy innych pojazdów, ale w dodatku wymuszają konieczność wykonywania specjalnych manewrów wymijających, co by taki delikwent nie został odrzucony na bok przez podmuch powietrza (tak mnie przynajmniej uczono na kursie prawa jazdy). Nie mówiąc już o furmankach, które bardzo rzadko, ale ciągle jeszcze wpychają się w ruch drogowy. Po jezdni powinny się poruszać wyłącznie szybkie, nie tamujące ruchu pojazdy i basta!

Dla rowerów oraz zmotoryzowanych staruszków i inwalidów pozostają ścieżki rowerowe tudzież... chodnik. Nie jest to wyjście idealne, ale i tak lepsze od blokowania drogowych pasów. Co z furmankami? Powinny raz na zawsze zniknąć z ulic większych miast. W mniejszych można je jakoś przecierpieć, o ile nie będą blokować ruchu. Zważywszy jednak na to, iż samochodów wciąż przybywa, prędzej czy później nawet niewielkie mieściny będą zmuszone wprowadzić odpowiedni zakaz.

07.08.2014

Polaryzacja wartości


Jeden ze stałych komentatorów tego bloga napisał, iż jest „absolutnie przeciwny zakazom organizowania jakichkolwiek demonstracji ostentacyjnie prezentującej pewne poglądy i postawy, czy będzie to parada gejów, kilkuosobowa pikieta (którą, nota bene, w Polsce władza może zgodnie z prawem w każdej chwili rozpędzić), "marsz życia", procesja, czy też pochód organizacji neofaszystowskiej zorganizowany z okazji święta narodowego. Każdy ma prawo do pokazania światu swojego "widzimisię", a krytyka tego pokazu to już rzecz gustu i indywidualnego odbioru.

Swego czasu wyraziłam podobny pogląd. Tolerancja dla „odmienności” (rozumiana jako brak agresji) wydawała mi się (i w zasadzie nadal wydaje) jedynym przepisem na w miarę pokojową koegzystencję zróżnicowanych ideowo środowisk. Niech każdy mówi, co chce, pisze, co chce, ocenia wszystkich i wszystko, jak chce – i po problemie.




Jednak wielu moich rodaków myśli inaczej. I nie muszą to być osoby nietolerancyjne, zacofane czy choćby wierzące. Nawet zatwardziałemu ateiście nie muszą się podobać zachodzące w błyskawicznym tempie przemiany, których forpocztą wydają się być niektóre demonstracje czy pochody. Zbyt natarczywie lansowana „postępowość” drażni, podobnie zresztą jak zakuwanie „niedopasowanych” jednostek w kajdany uświęconych tradycją obyczajów. Zaś odbieranie prawa do swobodnego wyrażania poglądów wywołuje automatyczny sprzeciw zarówno u konserwatystów, jak i u liberałów.

Czy istnieje choćby cień szansy na porozumienie pomiędzy zwolennikami otwarcia przestrzeni publicznej dla każdego a zwolennikami zakazu „nieprzyzwoitych” parad? A może jedni i drudzy powinni się spotkać w pół drogi? To ostatnie wyjście wydaje mi się najrozsądniejsze. Albowiem jeszcze chyba nigdy tak nie było, żeby jakaś grupa (czy to będą chrześcijanie, czy ateiści, czy geje, czy przeciwnicy „gejowskiej propagandy”) dawała się tłamsić bez końca. Jeśli jedni przegną i uzyskają zbyt dużą przewagę, to drudzy zejdą na jakiś czas do podziemia, następnie zaczną prowadzić walki partyzanckie, a po jakimś czasie zorganizują się w regularne „oddziały”. I tak w koło Macieju. Czy tego właśnie chcemy???

01.08.2014

Dowód?


Jest ich mnóstwo. Rozlokowane na całej kuli ziemskiej, widzialne jedynie w dużej wysokości, wciąż pozostają jedną z największych zagadek, z jakimi zetknęła się ludzkość. I, co ciekawe, wciąż pojawiają się nowe.




Artykuł jest króciutki, bo i cóż można napisać o takim zjawisku, poza odnotowaniem faktu, że zaistniało? Piktogramy, agroglify czy po prostu kręgi – jak zwał, tak zwał – towarzyszą człowiekowi od niepamiętnych czasów. Niektórzy twierdzą, że są dziełem człowieka (tak właśnie tłumaczy się powstanie rysunków z Nazca). Inni upierają się, że przynajmniej część z nich musiały wykonać istoty stojące na wyższym poziomie rozwoju technicznego. Spór między jednymi a drugimi pozostaje nierozstrzygnięty.












A do której teorii Wy się przychylacie? Czy to ludzie stworzyli te wszystkie niesamowite obrazy (w zbożu i nie tylko), czy może jednak trzeba dać wiarę teoriom o wizytach kosmitów? A może uważacie, że jest to zjawisko pochodzenia naturalnego?

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...