30.09.2014

Pytania i odpowiedzi (2)


prawda wyjdzie na jaw, gdy zajdziesz w niespodziewaną ciążę i zadasz sobie pytanie: "ojejku, co mam teraz z tym fantem robić?"...
czy cierpieć dla idei i spaprać sobie życie, czy kierować się "głosem serca"?... czy tym, co naprawdę chcesz, by dla Ciebie było najlepsze, czy tym, co inni uważają, że dla Ciebie jest najlepsze?...

Za takie pytanie przeciętna kobieta pewnie by się obraziła. Ja jestem jednak kobietą nieprzeciętną. A przynajmniej nieprzeciętnie odporną na teksty, które osobie o delikatniejszej konstrukcji psychicznej wydałyby się prostackie lub wręcz obelżywe. Tak czy siak, z chęcią odpowiem autorowi tego pytania.

No więc miałam kiedyś okazję do przemyślenia tej sprawy. Było to we wrześniu 2009 lub 2010 roku. Byliśmy wówczas z Lubym na wsi. W pewnym momencie stwierdziłam, że muszę być w ciąży, gdyż... no cóż, kto zna fizjologię kobiety, ten wie, o co chodzi. Stało się: zawaliliśmy sprawę i zostaniemy rodzicami. Wierzcie mi, coś takiego zmienia człowieka. Przyznaję, trochę się bałam. Przede wszystkim jednak rozsadzało mnie poczucie wyjątkowości. Oto ja, Kira, mam zostać matką! :) Możecie się śmiać, ale czułam się tak, jakbym była pierwszą istotą we Wszechświecie, w której rozwija się nowe życie. :)

Wkrótce pomyłka wyszła na jaw. Odetchnęłam, gdyż nie był to dobry czas na dziecko. Ale owe buzujące we mnie pozytywne emocje, jakich doświadczyłam w ciągu kilku dni rojenia o ciąży, na zawsze utrwaliły się w mojej pamięci.

Zadaję sobie pytanie, czy w ogóle byłabym w stanie dokonać aborcji. I odpowiadam samej sobie: nie wiem. Mam nadzieję, że nigdy nie znajdę się w takiej sytuacji, w której musiałabym wybierać pomiędzy oddaniem dziecka do adopcji a jego uśmierceniem. Jedno i drugie mogłoby mi zrujnować psychikę. Tylko wyjątkowo naiwna osoba mogłaby ulec durnej propagandzie, jakoby to aborcja była zwykłym „zabiegiem”, po którym można wrócić do dawnego życia jak gdyby nigdy nic.




Wbrew temu, co insynuują niektórzy, środowiska prolajfowe nie wyprały mi mózgu. Jestem w stanie zrozumieć kobietę, która marzy o natychmiastowym pozbyciu się brzemienia. Przypuszczam, że niejedna na wieść o ciąży przeżywa istne katusze. Kotłują się w niej strach, wstyd, złość, a może i żal, że oto kończy się nieodwołalnie pewien etap i że trzeba będzie podjąć się jednego z najtrudniejszych zadań na świecie: wychowania człowieka. Dlatego też w tym przypadku potępiam czyn, okazując wszakże wyrozumiałość dla tej, która się doń posunęła.

Niemniej o tych, którzy opowiadają się za nieograniczoną „swobodą wyboru”, mam zdecydowanie kiepską opinię. Tacy ludzie jawią mi się nie jako dobroczyńcy kobiet, lecz jako niemądre i nie do końca ukształtowane moralnie stworzenia.

Po pierwsze aborcja rzadko kiedy jest dobrym rozwiązaniem problemu. Powtórzę to, co powiedziała mi dawno temu moja matka: po iluś tam latach od zabiegu kobieta mogłaby spojrzeć na swoje siedzące przy stole dzieci i pomyśleć, że to, którego się pozbyła, mogłoby siedzieć tam wraz z nimi. Te proste, lecz jakże trafne słowa zrobiły na mnie duże wrażenie. Czasu nie da się cofnąć. Niektóre nasze wybory mogą nam zatruć resztę życia.

Po drugie ten „zabieg” z całą pewnością nie może być uznany za neutralny moralnie. Bądź co bądź jest on zabójstwem istoty jeśli nie ludzkiej, to z całą pewnością wyższego rzędu. A jeśli założymy, że istnieje obiektywne Dobro i obiektywne Zło (czyli niezależne od widzimisię większości bądź uwarunkowań kulturowych), to czy nie należałoby uznać, że w tę drugą opcję wpisuje się właśnie przerwanie linii życia takiej istoty? Bo jeśli nie to jest Złem, to co mogłoby nim być???

To tyle z mojej strony, przepraszam za przynudzanie.

24.09.2014

Czas spokojnego umierania


Wczoraj oficjalnie stwierdzono zgon lata. Noc zaczęła pożerać dzień. Przed nami ostatnie ciepłe tygodnie. Najpóźniej za miesiąc drzewa zapłoną żółcią i czerwienią, uświetniając w ten sposób pożegnanie złotej polskiej jesieni i zapowiadając nadejście pory chłodu i ciemności.




Poniższy wiersz omawialiśmy na studiach, nie pamiętam już jednak, jak go wówczas interpretowaliśmy. Dzisiaj odbieram go tak, jak zapewne odebrałby go – w moim przekonaniu – czytelnik prosty, niewyrobiony i niedociekliwy, czyli dosłownie, bez szukania drugiego dna, bez wnikania w okoliczności powstania utworu czy intencje autora. I właściwie – czy to źle? Dobre dzieła wymykają się ograniczeniom czasu i kultury, w których powstały. Czy tak właśnie jest z wierszem Dylana Thomasa? Osądźcie sami.

Dylan Thomas
NIE WCHODŹ ŁAGODNIE DO TEJ DOBREJ NOCY

Nie wchodź łagodnie do tej dobrej nocy,
Starość u kresu dnia niech płonie, krwawi;
Buntuj się, buntuj, gdy światło się mroczy.

Mędrcy, choć wiedzą, że ciemność w nich wkroczy -
Bo nie rozszczepią słowami błyskawic -
Nie wchodzą cicho do tej dobrej nocy.

Cnotliwi, płacząc kiedy ich otoczy
Wspomnienie czynów w kruchym wieńcu sławy,
Niech się buntują, gdy światło się mroczy.

Szaleni słońce chwytający w locie,
Wasz śpiew radosny by mu trenem łzawym;
Nie wchodźcie cicho do tej dobrej nocy.

Posępnym, którym śmierć oślepia oczy,
Niech wzrok się w blasku jak meteor pławi;
Niech się buntują, gdy światło się mroczy.

Błogosławieństwem i klątwą niech broczy
Łza twoja, ojcze w niebie niełaskawym.
Nie wchodź łagodnie do tej dobrej nocy.
Buntuj się, buntuj, gdy światło się mroczy.



Dylan Thomas
DO NOT GO GENTLE INTO THAT GOOD NIGHT

Do not go gentle into that good night,
Old age should burn and rage at close of day;
Rage, rage against the dying of the light.

Though wise men at their end know dark is right,
Because their words had forked no lightning they
Do not go gentle into that good night.

Good men, the last wave by, crying how bright
Their frail deeds might have danced in a green bay,
Rage, rage against the dying of the light.

Wild men who caught and sang the sun in flight,
And learn, too late, they grieved it on its way,
Do not go gentle into that good night.

Grave men, near death, who see with blinding sight
Blind eyes could blaze like meteors and be gay,
Rage, rage against the dying of the light.

And you, my father, there on the sad height,
Curse, bless me now with your fierce tears, I pray.
Do not go gentle into that good night.
Rage, rage against the dying of the light.

18.09.2014

"Każdy ma jakiegoś bzika, każdy jakieś hobby ma..."


Bardzo lubię lato i wczesną jesień. Nie tylko względu na pogodę (lubię ciepło, ale już upałów nie znoszę na równi z mrozem) czy dłuższy dzień (jestem dzieckiem światła ;)), lecz także na obfitość kwiatów, owoców i nasion. Od dziecka lubiłam łazić po trzcinieckich polach i wybierać spomiędzy przeoranych bruzd gleby kamienie (szczególnie krzemienie). Jakiś czas później doszły płody ziemi. I tak oto...




Trzeźwo myślący człowiek zadałby mi z pewnością pytanie: Po cholerę to wszystko zbierasz? No cóż, tak naprawdę to... nie wiem. Można kolekcjonować znaczki, filmy, figurki, choroby weneryczne i wiele innych kosztownych rzeczy. Ja natomiast lubię podnosić z ziemi to, co wydaje mi się ładne. Parę kasztanów i żołędzi wsadziłam nawet do doniczek, ale prawdopodobnie zgniją w ziemi, podobnie jak wysiane wcześniej pestki jabłka, śliwki, orzecha, klonu czy banana (wpakowałam do ziemi nawet zieloną szyszkę, co dla każdej rozsądnej osoby byłoby idiotyzmem, gdyż jest to tylko „spichlerz” nasion, które w dodatku nie miały szans się z niego wydostać).

Tutaj muszę zaznaczyć, iż do powyższego, ilustrującego mojego zbierackiego fioła zdjęcia trafiła tylko garstka zebranych przeze mnie kasztanów. W rzeczywistości było ich dużo więcej.




Od tego czasu minął tydzień i moje zbiory zdążyły się już porządnie zeschnąć (to ich największa wada: szybko tracą blask). Zastanawiałam się, czy nie powinnam ich wyrzucić, znalazłam jednak w Sieci przepis na nalewkę z tych pięknych owoców:
Składniki: 50 g suszonych kwiatów kasztanowca (dostępne w sklepie zielarskim), 50 g suszonych kasztanów lub 100 g młodych niedojrzałych kasztanów, 1 l wódki.

Wykonanie: Kasztany pokrój na małe kawałki zaś kwiatki rozkrusz palcami i przełóż do dużego (około 1,5 l) słoika. Całość zalej litrem wódki i odstaw na dwa tygodnie (10-14 dni). Przez ten czas kilka razy potrząśnij słoikiem. Po upływie dwóch tygodni przecedź zawartość słoika przez gazę i przelej do ciemnej, szklanej butelki. Przechowuj w ciemnym i chłodnym miejscu.

Przeznaczenie: Stosować jak maść na oparzone bądź odmrożone miejsca lub dla poprawy krążenia czy uśmierzenia bólów reumatycznych. W przypadku zapalenia żołądka lub jelit pić przez 30 dni, trzy razy dziennie po 40 kropli. Korzystne także przy przeroście prostaty.

Bardzo mi się ta receptura spodobała (całość tutaj). W rezultacie w moim domu pojawiła się wczoraj kolejna partia lśniących, świeżutkich kasztanów. (Już wiem, co czują grzybiarze, gdy wpadną w amok szperania w runie leśnym. ;))




Spróbuję się obyć się bez kwiatów kasztanowca i zaleję wódką sam miąższ. Czeka mnie masa upierdliwego obierania. Ufff...



13.09.2014

Spryciarze


Pan T. wraz ze swoim młodym pomagierem w końcu zakończył robotę (z niespełna tygodniowym opóźnieniem, ale przecież co nagle, to po diable) i opuścił mieszkanie moich rodziców. Nie powiem, całkiem ładnie położyli gres na kuchennej ścianie czy kafelki w piwnicy. Fachowcy z nich znośni. Pozostawili jednak po sobie dość przykre wspomnienia. Już pierwszy rzut oka na pana T. pozwolił mi wyrobić sobie o nim dość niepochlebną opinię: typowy chytry cwaniaczek, który zawsze „da sobie radę”. Na każde pytanie miał gotową odpowiedź, którą artykułował bez chwili wahania czy namysłu. Kombinować też umiał. Zamiast od razu powiedzieć, ile będą kosztować poszczególne prace, wolał zostawić tę nowinę na koniec, a potem zaśpiewać sobie cenę z Księżyca. Kiedy moja mama (finansująca – do spółki z Lubym – wykańczanie mieszkania) nalegała na podanie konkretnych kwot, pan T. zawsze ją zbywał jowialnym zapewnieniem, że jakoś „się dogadają”. No i „dogadali się” – oczywiście z korzyścią dla niego.

O człowieku świadczą drobiazgi. Weźmy choćby zapaskudzenie muszli klozetowej odchodami – czy naprawdę zerknięcie za siebie po spuszczeniu wody jest takie trudne? Dochodzi do tego podpieprzenie taniej wody kolońskiej, po której zostało tylko opakowanie. Wyjątkowo żałosna kradzież. No chyba że rację ma Luby, który przypuszcza, iż któryś z panów połasił się na jednorazowe psiknięcie i przypadkiem stłukł buteleczkę. Coś takiego byłabym skłonna zakwalifikować jako wypadek.

Tak czy siak, cieszę się, że już ich nie ma. I mam nadzieję, że mama nie skusi się na zlecenie panu T. roboty przy naszym balkonie (już nie w jej mieszkaniu, a w naszym domu). Są przecież inni fachowcy – tańsi, uczciwsi i może nawet lepsi.

W ogóle cwaniaczki, krętacze tudzież tym podobne „obrotne” stworzenia budzą moją głęboką odrazę. Nie znoszę balansujących na granicy prawa naciągaczy czy namolnych sprzedawców, co to łapią (czasami wręcz dosłownie) człowieka za rękę i wciskają swój – często kiepski, a niemal zawsze absurdalnie przeszacowany – towar. Niedawno kupiłam parę ryneczek oscylujących na granicy świeżości malin. Zapewne przepłaciłam, ale to pestka. Był to w końcu rodzaj jałmużny. Pomyślałam, że być może jestem ostatnią szansą owej stojącej przy wejściu na targ starszej pani, by mogła pozbyć się reszty przejrzałych owoców (zbliżał się wieczór, inni sprzedawcy dawno już się zwinęli). Szybko jednak pożałowałam, że podeszłam. Najwyraźniej cwana baba uznała, że znalazła frajerkę, której uda się wcisnąć cały swój towar. A ja aż tak szlachetna nie jestem. Poza tym bardzo nie lubię, kiedy ktoś mnie chwyta za rękę czy na siłę wpycha swoje specjały. Prymitywizm takich zagrań potrafi mi zepsuć humor na cały dzień.

Nie umiem mydlić ludziom oczu, rozpychać się łokciami, iść do celu po trupach. Może się kiedyś tego nauczę. Najwidoczniej życie nie dało mi jeszcze wystarczająco mocno w kość.

12.09.2014

Przemoc bywa uzasadniona


Jestem mocno zdegustowana wyrażonym w moim blogu poglądem, jakoby to złodziejowi nie należał się solidny wpierdol, a jedynie przytrzymanie go za rączkę i doprowadzenie na komisariat. Do tej pory myślałam, że taka postawa cechuje jedynie zidiociałych lewaków. Myliłam się.

Oczywiście sama jestem zdania, że w 99 % przetrącenie kości należy się złodziejowi (wandalowi, chuliganowi, etc) jak psu buda. Można oczywiście próbować doprowadzić go na policję, ale to już wersja dla idealistów. Dlaczego?

Po pierwsze, w walce z takim ścierwem nawet silny mężczyzna stałby na gorszej pozycji, gdyż ścierwo wie, że i tak jest już notowane, a zatem może się bronić wszelkimi dostępnymi dlań metodami. Na pomoc ze strony gapiów nie ma zwykle co liczyć. Co innego, gdy złodziej jest młody i/lub słaby, a co innego, gdy wygląda na silnego i do cna zepsutego skurwysyna. W tym drugim wypadku naiwnością byłoby przypuszczać, iż zwykli przechodnie zechcieliby wesprzeć zaatakowaną osobę.

Po drugie, nawet jeśli ścierwo zostanie zakute w kajdanki, to prawdopodobnie i tak zostanie wkrótce wypuszczone z aresztu ze względu na niską szkodliwość czynu. W takim właśnie zasranym kraju żyjemy, czy nam się to podoba czy nie.

Po trzecie, kradzież jest po prostu niemoralna i należy się za nią kara. Koniec, kropka.

Tak więc profilaktyczny wpierdol ze strony samozwańczego mściciela byłby tutaj jak najbardziej na miejscu. Nie ukrywam, że byłabym cholernie z siebie zadowolona, gdybym po przyłapaniu jakiegoś rzezimieszka na próbie dokonania mniejszego lub większego świństwa mogła go porządnie pokiereszować. :) I od razu zastrzegam, że za żadne skarby świata nie chciałabym nikogo zabić. Odebranie komuś życia to ostateczność, do której wolałabym się nie posuwać nawet w przypadku zetknięcia się z seryjnym mordercą. Co najwyżej odcięłabym mu kończyny, a następnie przypaliła i obandażowała kikuty. ;)




Jeśli uznacie mnie teraz za człowieka niecywilizowanego i bezczelnie olewającego prawo, z miejsca przyznam Wam rację. Wyznaję pogląd, iż prawa należy przestrzegać, jeśli jest dobre i mądre (jak na przykład obowiązujący w tym blogu regulamin, który jest niemal idealny ;)). Jeśli natomiast prawo bardziej chroni przestępców niż uczciwych ludzi, to mam je baaaardzo głęboko w dupie. Fanatycznymi legalistami powinni być sędziowie, policjanci, prawnicy i politycy. Bo oni to prawo tworzą, oni z niego żyją, oni za nie odpowiadają. Pozostali obywatele powinni się kierować przede wszystkim zdrowym rozsądkiem tudzież moralnością.

11.09.2014

Geizm nasz powszedni


Ankieta „Homoseksualizm to dla mnie” przyniosła następujące wyniki:

coś znacznie lepszego od heteroseksualizmu (zachwyt) – 63 głosy

coś trochę lepszego od heteroseksualizmu (aprobata) – 367 głosów

całkiem normalna orientacja seksualna (akceptacja) – 227 głosów

coś raczej obojętnego, acz zarazem odrobinę intrygującego (obojętność z domieszką ciekawości) – 3 głosy

coś absolutnie obojętnego, nad czym się raczej nie zastanawiam (obojętność idealna) – 8 głosów

coś lekko nienaturalnego, acz zarazem obojętnego (obojętność z domieszką czujności) – 6 głosów

lekka dewiacja, z którą nie chciał(a)bym mieć nic do czynienia (tolerancja) – 11 głosów

obrzydliwa dewiacja, której jednak nie należy penalizować (tolerancja z zaciśniętymi zębami) – 129 głosów

zboczenie, które należałoby penalizować (nietolerancja) – 44 głosy


Cóż mogę rzec... Nie oburzam się na tych, dla których „normalna rodzina to chłopak i dziewczyna” (czy jak tam to leciało...).




Nie dziwię się również tym, którzy dopuszczają inne modele związków.






Ale żeby się tym zachwycać? Lub przeciwnie – chcieć wsadzać za to do kicia? No błagam Was. :))) Po prostu zrobiliście sobie ze mnie niezłe jaja. :)

Mój wybór padł na opcję „obojętność z domieszką ciekawości”. Geje są dla mnie swoistą ciekawostką, której jednak nie poświęcam zbyt wiele uwagi. Nie podoba mi się cechujące niektórych z nich zniewieścienie, podobnie jak nachalna promocja „tolerancji” w popkulturze, ale są to przecież drobnostki. Widok całujących się mężczyzn przyprawiłby mnie co najwyżej o niesmak, na pewno nie o skręt kiszek. A już to, co mogliby robić ze sobą w sypialni czy w jednym ze swoich klubów, w najmniejszym stopniu mnie nie obchodzi.

I tutaj przyznaję: nie jestem sprawiedliwa. Do lesbijek podchodzę już z pewną dozą podejrzliwości, która łatwo mogłaby przekształcić się w niechęć. Świat pozbawiony męskiego pierwiastka wydaje mi się pusty i jałowy. Być może mężczyźni umieją żyć bez kobiet, ale kobiety bez mężczyzn po prostu głupieją.

Czasami zastanawiam się, czy homoseksualizm ma w ogóle jakiś sens. Czy natura miała jakiś cel w „produkcji” biedroniowatych czy też jest to jeden z jej licznych błędów? Pierwszą teorię wspiera obserwacja przyrody. Wiele zwierząt prowadzących stadny tryb życia tworzy rodziny lub klany, w których tylko jedna para się rozmnaża, zaś reszta osobników wspiera ją w wychowywaniu potomstwa. Być może z ludźmi powinno być tak samo: senior rodu mógłby scedować kontynuację linii genetycznej na jednego, góra dwóch synów (albo nawet i córki), pozostałym dzieciom sugerując wejście w rolę kochających wujków i cioć. Takiego właśnie zadania mogliby się podjąć skupieni wokół dzieciatego rodzeństwa geje i lesbijki.

Oczywiście taki scenariusz zakładałby powrót do modelu silnej, zwartej, lojalnej i – najprawdopodobniej – patriarchalnej rodziny. I właśnie dlatego śmiem przypuszczać, iż nie ma on najmniejszych szans na realizację. Tak ceniona w dzisiejszym świecie wolność osobista wymaga oderwania się od zobowiązań wobec rodziców, rodzeństwa, a nawet swoich dzieci (których zresztą z każdym rokiem pojawia się coraz mniej). Skutkiem takiego nastawienia jest postępująca atrofią więzów rodzinnych, będącą z kolei prostym przepisem na przykrą, samotną starość.

Wciąż jednak większość z nas decyduje się mieć dzieci. Nie są one gwarantem przyjemnej starości, ale choćby nawet odwiedzały nas raz do roku, to lepsze to niż nic. W przeciwieństwie do gejów lesbijki mogą się w całkowicie naturalny sposób dorobić własnej progenitury. Postrzegam to jako odchył (w końcu maluch powinien mieć ojca), ale każdemu, kto chciałby rozdzielić kochającą matkę z jej dzieckiem, odcięłabym ręce. Przestaliśmy wpieprzać się w życie samotnych czy nieletnich matek, to i lesbijkom dajmy spokój.

Adopcja to już inna para kaloszy. Pierwszeństwo powinny mieć pary heteroseksualne. Oddanie dziecka parze gejów czy lesbijek mogłabym zaakceptować tylko w dwóch przypadkach:

  • jeden z gejów lub jedna z lesbijek byłaby z dzieckiem spokrewniona
  • dziecko nie miałoby szans na przysposobienie przez parę hetero

We wszystkich innych przypadkach poradziłabym spragnionym rodzicielstwa homoseksualistom przygarnięcie bezdomnego zwierzaka. Dyskryminacja? Możliwe. Ale nie przemawiają przeze mnie uprzedzenia, tylko pragmatyzm i znajomość ludzkiej natury. Ojciec i matka są dla dziecka archetypami męskości i kobiecości. Archetypami czego byłoby dwóch panów czy dwie panie? No, czego? Hę?

Przypuszczam zresztą, że o prawo do adopcji nie walczą zwykli, poczciwi homosie, tylko gejowscy celebryci. Odróżnijmy przeciętnych, nie wadzących nikomu gejów czy lesbijki od prących chorobliwie na szkło ekshibicjonistów. Doskonale rozumiem, że ci drudzy mogą wywoływać odruch wymiotny. Ale żeby czepiać się tych pierwszych, którzy chcieliby co najwyżej móc się ujawnić? Litości! Może gdyby Polacy nie węszyli tak zaciekle wokół cudzej dupy i nie zamęczali swoich krewnych, znajomych czy współpracowników pytaniami o rodzinę, partnera, etc, to i homoseksualiści przestaliby narzekać, że nie mogą odpowiadać na tego typu pytania zgodnie z prawdą. Marzy mi się, że kiedyś moi rodacy nabiorą trochę zachodniej ogłady i przestaną wtykać nos w cudzą... pościel. Nie ma pytań – nie ma kłamstw. Nie ma kłamstw – nie ma frustracji, że się kłamie. A co za tym idzie – nie ma parcia na „coming out”. I problem z głowy.

05.09.2014

Z pamiętnika Le Minga: Wyjdźmy w końcu z tego czwartorzędu!


Niby mamy XXI wiek. Postęp techniczny i moralny idą ze sobą łeb w łeb. Tymczasem w samym sercu Europy istnieje kraj, w którym nagminnie łamane są prawa człowieka. Mowa oczywiście o Polsce, będącej czymś w rodzaju europejskiej Arabii Saudyjskiej, z tym że tam rządzi islam, a u nas chrześcijaństwo. Władzę w państwie dzierży wszechwładny Kościół Rzymskokatolicki, przed którym nie ma ucieczki. Cierpią zwłaszcza kobiety. Religijni dewianci prześladują niezamężne matki, palą żywcem nieślubne dzieci, a bezdzietne mężatki uważają za gorszy gatunek człowieka. Tych ostatnich nie ma zresztą zbyt wiele, gdyż prędzej czy później każda zaobrączkowana kobieta musi zajść w ciążę. W przeciwnym wypadku czeka ją ekskomunika lub coś jeszcze gorszego.

A przecież ciąża potrafi zrujnować nie tylko figurę, ale i zdrowie. Gdzieś tam – nie pamiętam, gdzie dokładnie – czytałam, że w 99 % przypadkach dochodzi do bardzo poważnych powikłań, ciążowy brzuch zostaje do dziesięciu lat po porodzie, a w trakcie samego porodu często dochodzi do eksplozji odbytu. Zdarza się nawet, że dziecko przebija się przez powłokę brzuszną, zabijając tym samym swoją matkę. Tych, którzy nie umieją sobie tego wyobrazić, zachęcam do obejrzenia poniższego filmiku, przedstawiającego podobny wypadek:




Co byłoby wybawieniem dla uciemiężonych niechcianym macierzyństwem Polek? Oczywiście aborcja na żądanie. I nie ma tak, że do pewnego momentu można, a później już nie. Przecież, do jasnej cholery, kobieta ma prawo się rozmyślić nawet pod koniec ciąży. Jej ciało, jej sprawa. Tak mówią mądrzy ludzie i każdy, kto ma własny rozum, będzie to po nich karnie powtarzać.

Niestety, ku mojemu ubolewaniu siła kościelnej propagandy jest porażająca. Nawet rozsądne, zdawałoby się, niewiasty pieprzą coś o „dzieciach nienarodzonych”, o tym, że aborcja to „złooooooooooo”, że należy się zabezpieczać, a jak zabezpieczenia zawiodą, to trzeba ponieść odpowiedzialność i tym podobne banialuki. XXI wiek, proszę państwa, a one same nakładają sobie średniowieczne kajdany! Bywa, że nawet agnostyczki czy ateistki utożsamiają przerwanie ciąży z morderstwem. Wynika z tego jasno, że pranie mózgu, jakie przeszły w dzieciństwie na lekcjach katechezy, rzutuje także na ich dorosłe życie. Pozornie zerwały z Kościołem, w rzeczywistości jednak ciągle są pod wpływem chorej ideologii „pro-life”. Bo przecież same do takich idiotycznych wniosków dojść nie mogły.

A już najgłupsze są te z „prolajfistek”, które robią nam, kobietom wyzwolonym, pogadanki o antykoncepcji. Że niby są pigułki, prezerwatywy, globulki – więc po co walczyć o aborcję? Przepraszam bardzo, a co, jeśli owe środki zawiodą? Mam rodzić, bo nie zauważył, że mi się plasterek odkleił od tyłka? A w ogóle to wytłumaczcie mi, kościelne oszołomy, po cholerę kobieta miałaby się truć chemią, jeśli nie ma stałego partnera? Przecież nie jesteśmy wróżkami, by wiedzieć, czy danego dnia będziemy uprawiać seks czy nie. W każdej chwili i w każdym miejscu – w pracy, w urzędzie czy nawet w parku – możemy spotkać kogoś interesującego, kogo zapragniemy obdarzyć odrobiną namiętnych czułości. (Jak mówi znane ludowe przysłowie: Myjcie się, dziewczyny, bo nie znacie dnia ani godziny.) A do najbliższego sklepu, gdzie sprzedają prezerwatywy, może być przecież daleko. I co, mam sobie odmówić tej niewinnej przyjemności? Mam zrezygnować z odbycia szybkiego i satysfakcjonującego obydwie strony stosunku w moim lub jego samochodzie? Tylko mi nie wmawiajcie, że można się przecież umówić na seks kiedy indziej. Erekcja nie trwa wiecznie, kochani.




Naturalnie w pewnych miejscach prawdopodobieństwo zainicjowania genitalnej zażyłości wzrasta. Dyskoteki i bary sprzyjają zawieraniu niezobowiązujących znajomości, które mogą się zakończyć niechcianą ciążą. Dla konserwatystów i katolickich oszołomów jest to sprawiedliwa kara za grzech uprawiania seksu. To właśnie oni doprowadzili do tego, że w tym skądinąd nowoczesnym i zamożnym kraju nie można się uczciwie wyskrobać, tylko trzeba kombinować jak koń pod górę. A kiedy jakaś biedulka na własną rękę próbuje się pozbyć obmierzłego brzemienia (jak inaczej można pisać o czymś, co nie tylko potwornie deformuje ciało, ale także mocno ogranicza możliwość uprawiania radosnego, spontanicznego seksu?) i dochodzi do ewentualnych powikłań, ci chorzy ludzie umywają ręce. A przecież gdyby aborcja była dozwolona bez ograniczeń (a najlepiej – refundowana przez państwo), to do takich sytuacji by nie dochodziło. Proste i logiczne. Szkoda, że nie dla każdego.

Na szczęście nawet w kołtuńskiej Polsce zachodzą pozytywne przemiany. Oto grono światłych, popularnych w środowisku inteligentnych ludzi pań, które w pocie czoła działają na rzecz postępu oraz wyzwolenia swoich sióstr spod jarzma katotalibanu.


















To właśnie te dzielne, szlachetne, wspaniałe kobiety uświadamiają przedstawicielki swojej płci, że troska o „dzieci nienarodzone” (swoją drogą, głupszego zwrotu chyba nie ma) jest często oznaką zaburzeń psychicznych, a już na sto procent – obciachem w gronie samodzielnie myślących ludzi. Piękne, mądre, eleganckie, spełnione zawodowo i prywatnie, powinny być wzorem dla wszystkich polskich kobiet. Jeśli Polska ma dołączyć do intelektualno-moralnej czołówki, to tylko dzięki ich niestrudzonej walce z ciemnogrodem, w którą wkładają nie tylko wiele serca, ale także innej części ciała (obecnie przez wzgląd na katolickich oszołomów zakrytej).

A teraz zwracam się do wszystkich rodziców małoletnich córek. Powiedzcie mi tak szczerze, z ręką na sercu: czy chcecie, żeby Wasze dziewczęta wyrosły na zahukane, rok w rok zachodzące w ciążę kołtunki czy raczej na nowoczesne, wyzwolone ze społecznych konwenansów kobiety, które nie będą się wstydzić swoich naturalnych potrzeb? Jeśli to drugie, to zapoznajcie je z poglądami przedstawionych tutaj wybitnych polskich feministek. Gwarantuję Wam, że po roku wzorowania się na nich Wasze córki zdobędą wielu nowych przyjaciół (zwłaszcza płci męskiej) i uzyskają opinię fajnych i otwartych (ewentualnie rozwartych, ale to w sumie wszystko jedno). I walczcie ostro o legalną aborcję na żądanie! Chyba nie chcecie przedwcześnie zostać dziadkami?

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...