24.10.2014

Rodzicielstwo - czy tylko dla wybranych?


Czasami nam się wydaje, że jesteśmy od innych o wiele, wiele mądrzejsi. A co za tym idzie, lepiej byśmy pokierowali cudzym życiem. Doradzilibyśmy wzięcie kredytu w tym, a nie innym banku; odradzilibyśmy kupienie domu na wsi; żyjącym w konkubinacie znajomych zalecilibyśmy wzięcie ślubu; młode małżeństwo namówilibyśmy na dzidziusia; wychowalibyśmy cudze dzieci.

I wielu przypadkach mielibyśmy pewnie rację. Nasza rada mogłaby ustrzec kogoś przed popełnieniem koszmarnego błędu. Ale czy to oznacza, że powinniśmy bezustannie kogoś pouczać? Wszak za nikogo życia nie przeżyjemy. Warto ostrzegać ludzi, warto im doradzać – ale z umiarem! Bądź co bądź to nie my poniesiemy konsekwencje, jeżeli nasze zalecenia przyniosą więcej złego niż dobrego.

A propos wychowywania dzieci – wczoraj zawitał do nas mój ukochany braciszek z córeczką. Ucieszyliśmy się z odwiedzin, zwłaszcza mama i Nuka (nasz duży pies), które okazywały Poli najwięcej atencji. W pewnym momencie trzeba było przy pomocy paru klapsów spacyfikować tę drugą, gdyż w porywie miłości zaczęła skakać na dziewczynkę. Jak już kiedyś wspominałam, nie jest to zbyt dobrze wychowany pies.

Pod koniec wizyty mój brat zrobił coś, co mnie trochę zirytowało, a mianowicie dał córce smoka. Ta praktyka drażniła mnie już wcześniej, cóż dopiero teraz, kiedy dziecko ma niespełna dwa lata. Mocno zniesmaczona, po raz pierwszy pozwoliłam sobie wyrazić krytyczną opinię na ten temat. Zrobiłam to jednak w sposób oględny i kiedy brat zbył mnie uwagą, że „ona tego chce”, zamknęłam się. Jestem w końcu tylko ciocią. Smoczek wydaje mi się obleśny, a zarazem zbędny, ale nic mi o jego rzekomej szkodliwości nie wiadomo. Muszę zatem uszanować wolę brata i bratowej, którzy postanowili córce w tej kwestii ustępować.




Czasami wraz z Lubym dywagujemy, jak też byśmy chcieli wychowywać nasze potencjalne potomstwo. Oboje zgadzamy się co do tego, że musielibyśmy wyprowadzić się na tyle daleko, by rodzice nie mogli się wtrącać w nasze metody ani nie próbowali narzucić celów. Dzieciństwo jest najważniejszym okresem naszego życia, nabiera się wówczas przyzwyczajeń, które mogą nam towarzyszyć aż do śmierci. Najchętniej w ogóle bym nie dawała dziecku smoczka, a na słodycze czy telewizję pozwoliła tak późno, jak to tylko możliwe. I bez przesady z zabawkami; Pola ma ich multum, a i tak najchętniej bawi się tym, co akurat nawinie jej się pod rączki. Nasze dziecko chowałoby się w otoczeniu zwierzaków, słuchałoby muzyki klasycznej, nauczyłoby się czytać w wieku 5-ciu lat, od maleńkiego wdrażałoby się w obowiązki domowe, itp., itd.

Nie obrażę się, jeśli napiszecie, że są to wywody rozmarzonego teoretyka. Jak by to było naprawdę Bóg jeden wie. Jedno jest pewne: nie życzylibyśmy sobie z Lubym nawału cudzych rad, nie mówiąc o nakazach czy zakazach ze strony domorosłych moralizatorów. Nie po to decydowalibyśmy się na dziecko, żeby kształtować jego charakter czy kręgosłup moralny według cudzych założeń. Naturalnie każdy będzie miał prawo ocenić, czy nasze wysiłki przyniosły dobre czy złe owoce. Ja przecież robię to samo, oceniając wychowanie cudzych dzieci. Przypuszczam, że popełnimy sporo błędów; będziemy pewnie wzywani do szkoły, dziecko będzie miało opinię trudnego, może nawet aspołecznego. A może jednak nie? Może będzie ciche, grzeczne, skore do współpracy? Nie wiem i nie zamierzam się tym specjalnie przejmować. Wychowamy je po swojemu, ustępując tylko wobec zaleceń lekarza, ewentualnie mądrych pedagogów. Albowiem wychowanie dziecka jest prawem i obowiązkiem jego rodziców (lub prawnych opiekunów), a nie całego społeczeństwa.

(Wbrew obawom niektórych moich gości, taki pogląd nie oznacza przyzwolenia na każde kurewstwo. Bicie, poniżanie czy zaniedbanie powinno skutkować umieszczeniem dziecka w placówce opiekuńczej, a w drastycznych przypadkach – całkowitym odseparowaniem go od rodziny. Są to jednak sytuacje absolutnie wyjątkowe.)

18.10.2014

"Bacz, byś nie zgłupiał od mądrości swojej"


Filozofia zawsze budziła moją głęboką nieufność, a nawet niechęć. Na początku było to zwykłe uprzedzenie laika do nieznanej mu i nierozumianej przezeń dyscypliny. Kiedy już jednak zetknęłam się z tym przedmiotem (najpierw w liceum, potem na studiach) utwierdziłam się w przekonaniu, że nie ma on zbyt wiele wspólnego z prawdziwą nauką, ta bowiem bada rzeczywistość, podczas gdy filozof onanizuje się rozważaniami typu „Czym jest byt?” lub „Czy prawdziwe poznanie jest możliwe?”, nie osiągając wszakże nigdy intelektualnego ani duchowego orgazmu, lecz definitywnie grzęznąc na mieliźnie własnych rojeń.

Wirtualne kontakty z absolwentami tego kierunku również nie pomagają. Czego bowiem mogłabym się od nich dowiedzieć o otaczającym mnie świecie? Mogę co najwyżej dostać burę za „niewłaściwe” użycie takich terminów jak „logika”, „moralność” czy „prawda”. ;) Tiaaa... Rozmowa z filozofem to ciężka sprawa. Wiedzą mojej głowy nie napełni, będzie chciał za to wydrzeć prawo do domorosłego mędrkowania – bo przecież on to studiował, ja zaś jestem tylko amatorem. :)

Zdania na temat przydatności filozofii są podzielone. Jedni jej bronią, inni – wykpiwają. Faktem jest, że dawni myśliciele dali podwaliny pod powstanie prawdziwej nauki: starali się odkryć rządzące światem prawa, łączyli przyczynę ze skutkiem. Jednak i oni nie byli wolni od pokus kreowania rzeczywistości. Tym bardziej nie mogą od tego uciec dzisiejsi adepci filozofii, którzy zdają się być do szczętu zanurzeni w abstrakcji. Wymyślają lub przynajmniej modyfikują zastaną rzeczywistość, wprowadzając w dyskurs publiczny najrozmaitsze idee.




Odłóżmy jednak te ponure rozważania na bok. Filozofów można się bać, można ich nie lubić, ale można też im współczuć. Społeczeństwo zaetykietowało ich jako nieprzydatnych do niczego dziwaków, którymi być może i są, ale niekoniecznie z własnej winy. Prawdopodobnie część z nich nie umiała się w niczym innym odnaleźć, oddawszy zaś filozofii jeśli nie duszę, to przynajmniej rozum, muszą się jakoś dowartościować, choćby poczuciem wyższości nad zakorzenionym w przyziemności pospólstwem. I niech im będzie na zdrowie, byleby nie zamęczali nas swoimi oderwanymi od życia teoryjkami.

* * *

Pod poprzednim wpisem z wielkim nadęciem perorowaliśmy o oddawaniu czci Szatanowi. W ramach odprężenia proponuję Państwu lekturę pewnego uroczego opowiadania, którego treść zahacza zarówno o filozofię, jak i o konszachty z diabłem. Autorem jest jeden z naszych najdowcipniejszych pisarzy, znany z wysmakowanego języka i rozbrajającego poczucia humoru. Tekst został ściągnięty z Internetu i porównany z wersją książkową, która wymusiła wprowadzenie paru kosmetycznych poprawek. Bon appetit!




Kornel Makuszyński

MEFISTOFELES


Filozof pewien położył się na łożu i obrócił się twarzą do ściany, aby umrzeć; myślał biedak, że to tak łatwo. Filozof to jest zawsze człowiek naiwny, taki, który sądzi, że można umrzeć przez roztargnienie albo wtedy, kiedy się komu podoba. A to nieprawda.

Umrzeć wolno człowiekowi, który tego nie chce. Można ominąć to prawo, chcieć i powiesić się, ale przecież filozof nie będzie się wieszał, jak byle jaki rozsądny człowiek.

Oto filozof ten przeszedł wszystko piekło ziemskie. Był pełen wiedzy, jak encyklopedia na raty; miał loty górne i spadał, zaplątawszy się w druty telefoniczne; miał pomysły ogromne, ale nie mógł znaleźć wydawcy; wiedział tyle, ile nie wiedział żaden z jego współczesnych. I nie zdało mu się to na nic. Więc przyszła na niego najpierw zgryzota i smutek, a potem melancholia, nieskończona melancholia, stworzenie, które powiek nie ma u oczu, melancholia, wychudła utrzymanka poetów, kuzynka nocy i śmierci.

Filozof siadywał w wypłowiałym fotelu i patrzył przed siebie. Na oczach miał mrok, który się w nie sączył z mózgu. Przyszła na niego bezwładność, a pierś mu gniotło coś niezmiernie ciężkiego, czego nie mógł zepchnąć ostatnim wysiłkiem chudych, wyschłych ramion, które były już tak chude, że nieraz nocą fosforyzowały w nich stare kości.

Filozof martwiał w swoim fotelu. Ile razy podchodziła ku niemu dobrze skrojona świadomość rzeczy, obracał się do niej tyłem z tą nieskończoną pogardą, która cechuje mędrców. (Wszak i Sokrates obracał się często tyłem do świata).

Chciał zwiędnąć tak i usnąć, aby się nie zbudzić, co się okazało rzeczą niewykonalną ze względu na trzepanie dywanów na gankach kamienicy, w której, jak wypłowiała lwica w klatce, zamknięta była dusza filozofa.

Dziś upił się melancholią jak fałszowanym winem i spowiadał się jej. Oto uczynił wiele i nie dokonał niczego. Życie zdało mu się jak wąska przestrzeń pośród wysokich, odrapanych murów, nie szanowanych bynajmniej przez psy i ludzi co gorzej wychowanych. Przeszedł przestrzeń i w ciemności o mur uderzył głową, tą głową, która była jak magazyn, jak spichlerz, co się przed szczurami ostał.

Zwątpienie zezowate i natarczywe podeszło ku niemu.

Filozof zwiesił głowę i milczał.

— O czym milczysz? — zapytało zwątpienie.

— O śmierci…

— O śmierci… — powtórzyło bardzo suchotnicze echo nie zamiatanego od urodzenia pokoju.

Filozof postanowił umrzeć.

I tak trwał w tym postanowieniu, a ono w nim. Dreszcz po nim przeszedł od czasu do czasu, rozpacz drapała go w plecy. Nie miał na świecie niczego, niczego nie chciał od życia.

— Nie ma ratunku! — rzekł sobie filozof — niechaj mi życie poda czarę z cykutą.

Ale życie to nie jest kelner – i filozof trwał dalej w postanowieniu swoim.

— Śmierć — mówił filozof w pustkę – jest kroplą ostatnią. Gorycz napełniła mnie po brzegi, a przeto umrę.

Rzekł, złożył starannie na krześle ubranie i położył się, aby umrzeć.

W łóżku rozparła się samotność.

— Posuń się — rzekł filozof — ja będę umierał…

Leżał tak już dwa dni — i nic.

W mózgu czuł wir, który zaczął szaleć. Z powały padał mu na oczy jakby czarny śnieg; w ustach czuł czczość i nudę. Coś w nim drgnęło.

— To śmierć — pomyślał filozof.

— To ja — obruszył się żołądek i warknął.

Więc się biedny, zbankrutowany filozof wpatrzył w sufit i czekał.

Pająk ogromny krążył nad nim i snuł sieć. Na dworze padał deszcz i noc w zabłoconych butach, ociekająca wodą, tłoczyła się do przybytku śmierci. Chciał jej bronić wstępu, wołał coś w stronę drzwi biedny filozof, ale go odsunęła brutalnie i zasypała mu ciemnością oczy.

Jęknął tylko i obezwładniał.

Leżał tak długo i słuchał. Noc włóczyła się po izbie, łaziła po półkach, bo skrzypiały jak pod czyimiś stopami, szeleściła kartkami książek, dzwoniła palcami o szyby. Słyszał jej kroki: chodziła miarowo, jak człowiek, który się zamyślił i chodzi cicho. Widocznie przystanęła obok łóżka; schyla się i zimnymi rękoma wodzi po twarzy.

Pot mu wyszedł na czoło.

Zaszeleściła jak powiew:

— To ty?...

— Ja jestem… Umieram…

— Nie umrzesz.

— Muszę…

— Nie umrzesz; będziesz żył jeszcze długo….

— W męce?!

— W męce… Nie krzycz tak głośno! W męce będziesz i nie znajdziesz tego, czego szukasz.

— Ooo!… Ooo!…

— Nie znajdziesz…

Zaczęła chodzić miarowymi krokami. Przystanęła na chwilę, kiedy w oddali zaczął dzwonić zegar na jakiejś wieży; liczyła pewnie swój czas, albowiem wczoraj zarżnięto w kamienicy ostatniego koguta.

A filozof coś postanowił.

Wstawał blady z łoża boleści i chwiał się na nogach, koło których jaki głupszy powój mógłby się snadnie owinąć, wziąwszy je za dwie tyki. Zapalił świecę i szklanymi oczyma rozejrzał się dokoła.

Noc. Cisza…

Noc, zmrużywszy oczy przed światłem, przesiąkła przez szyby i wyciekła za nie. A on wyglądał strasznie: siedział w koszuli jak w całunie trupim i z wytężeniem wpatrywał się w karty jakiejś potwornej księgi, po których skakały, jak pchły, czarne litery. Chwila była okropna. Wszystka krew uciekła mu z twarzy, włosy miał rozwiane i brudną koszulę. Czytał coś półszeptem i podnosił się jednocześnie z fotelu. Aż za chwilę szept stał się krzykiem jakby mordowano rzeźnika. Filozof stał wspaniały w krwawym świetle dychawicznej świecy, która czyniła ostatnie wysiłki, aby z siebie cokolwiek wydobyć światła. Filozof ręce wyciągał sztywnie w górę i wołał, wołał, jakby kogoś na ratunek.

Filozof zaklinał diabła.

Chwila tej strasznej ciszy, która poprzedza rzeczy wielkie; wszelki krzyk i szmer wszelki stanęły w cieniu z otwartymi na poły ustami, nie śmiejąc siebie dokończyć. Zdawało się, że komnata jest ogromnym wnętrzem dzwonu, w którym do brązowych ścian tulą się echa konające i w którym serce, od nagłych rozgrzane uderzeń, umarło i stało się sztywnym.

Była chwila takiego oczekiwania, które mrozi krew w żyłach, jeżeli człowiek nie ma zwapnienia aorty; tego czekania, że tak powiem, w trumnie, zanim uderzą młotkiem w gwóźdź ostatni; tego oczekiwania, którego mękę przeżywa człowiek przed otwarciem testamentu ciotki, która się między mumie przeniosła.

Straszna chwila — i drugiej takiej nie mógłby przeżyć filozof czcigodny, pod którym nogi, z rzadka obrosłe, drżały, jakby nie wiedząc, co właściwie innego w sytuacji takiej z sobą uczynić. Filozof patrzy, sam nie wiedząc gdzie, wzrokiem, który był gotów na przyjęcie diabła. Zaprawdę, był to wzrok szatański.

Aż nagle… och!… serce filozofa poderwało się z miejsca jak spłoszony zając – nagle ozwał się w kącie suchy trzask. Ktoś niewidoczny potarł zapałkę o pudełko… Przeto świeca filozofa targnęła silniej trzewiem z nici i rozbłysła jaśniej. Filozof ani drgnął, tylko nogi pod nim drżały lekkomyślnie na rachunek własny.

Z mroku zakurzonego kąta wyszła przepyszna postać. Trochę z oberwańca, trochę z arystokraty. Senatorski, pyszny nos, rozstrzelone, zamglone nieco oczy. Brwi pięknie zrosłe nad czołem. Wysoki, chudy, bardzo wymizerowany pan. Strój mocno zaniedbany, atłasowy i niegdyś może czarny. Szpada u boku niepomiernie długa na powiązanych w guzy jedwabnych sznurkach. Zadzierżyste obuwie, wykrzywione histerycznie, choć nie bez pewnego rodzaju pijackiej fantazji.

Figura rozdęła nozdrza i z politowaniem obejrzała się po pokoju; potem zwróciła się w stronę filozofa, którego noga lewa nie wiedziała, co czyni prawa.

Podszedł bliżej i wziął się pod boki.

— Pan mnie prosił o przyjście?

Filozof dobył z siebie jakąś zbankrutowaną resztkę głosu:

— Ja, panie.

Figura zrobiła grymas.

— Pan nie mógł wybrać lepszej pory? Czas jest psi.

— Umierałem…

— To trzeba było umrzeć; któż panu przeszkadzał?

— Nikt; ja właściwie chciałem, ale nie mogłem umrzeć.

— Chciał pan, ale pan nie mógł… Niech pan usiądzie i niech się pan okryje kołdrą; zimno jest, a pan tylko w koszuli.

Filozof posłusznie spełnił zlecenie, potem usiadł.

Figura, usiadłszy również, patrzyła na niego znudzona:

— No i cóż?

Filozof spojrzał śmielej.

— Powiem, tylko z kim mam…?

— Mefisto! Mógłby pan być tyle bystry, żeby mnie poznać. Łażę po wszystkich wariatach.

— Mefisto!…

— A tak… Każda chórzystka poznałaby mnie od razu. A czymże pan jest z przeproszeniem?

— Filozof.

Mefisto jakby połknął muchę.

— Jeszcze jeden? No, i czegoż pan?

— Przecież pan chyba wie…

— Nic nie wiem, nic nie wiem. Niech się pan streszcza i mówi prędko, bez przenośni i bez kwiatów! Mój czas jest drogi.

Filozof zaparł dech w piersi, a potem:

— Ja,. widzi pan, jestem zbankrutowany filozof… Jak by to panu powiedzieć, zupełnie jak Faust…

Mefisto gwizdnął na temat z Boity.

— Patrzcie! jak Faust!…

— Tak, panie, jak Faust. Zupełnie jak on.

— Ile pan ma lat?

— Siedemdziesiąt.

— Ładny wiek… I nie może pan umrzeć?

— Chciałem.

— Przecież tyle jest środków.

— Jestem filozof, panie…

— No i cóż?

— Filozof nie umiera, jak diurnista, co się kocha nieszczęśliwie. A zresztą, ja uprawiam zawodowo optymizm.

— Słusznie… Słusznie…

Mefisto patrzył bezczelnie.

— I czego pan chce?

Filozof zrobił gest teatralny:

— Młodości! Życia! Powrotu!

Mefisto wziął się za boki i z zadowoleniem rozparł się w fotelu.

— Czy podobna?! Młodości?!…

— Tak, i życia, i powrotu!

Filozof szalał.

— I za to pan daje?

— Pan nie wie? Duszę!

Mefisto skrzywił się z politowaniem.

— Czegoś lepszego pan nie ma?

— Co takiego? — zdumiał się filozof.

— No, czegoś lepszego?

— Nie rozumiem pana. Daję to, coś pan zawsze brał i co mam w sobie najlepszego.

Mefisto się niecierpliwił.

— Bynajmniej, kochany panie. Pan myśli, że dla mnie dusza to taki nadzwyczajny ananas, a pan się myli. To dobre dla pańskiego biografa albo dla reportera, który doniesie o pańskiej śmierci. Co ja zrobię z pańską duszą? Wierzy pan w piekło?

— Nie…

— No, widzi pan! I czegóż pan chce, do stu diabłów? Co z pana za filozof?

Filozof chwycił się za głowę.

— Jak to? Więc co pan właściwie robi?

Mefisto skrzywił się wesoło.

— Kto? Ja? Robię to, czego by nie robił nikt, gdyby robił to, co ja robię.

— Pan drwi… Pan zawsze drwił.

— I teraz, filozofie, widząc, że się pan kurczy jak wielka własność szlachecka. A pan mnie nudzi.

Filozof miał minę złą.

— Więc panu nic po duszy?

— Nie mam magazynu tandety.

— I pan mnie nie odmłodzi?

— Nie jestem obowiązany. Idź pan do fryzjera.

— Więc po co żeś pan przyszedł?

Mefisto był poirytowany. Spojrzał na filozofa jak na wariata.

— Pan się pyta, po com przyszedł? A czemuś się pan darł jak niemowlę, jakby panu zęby rwali? Co mnie to obchodzi, żeś pan zbankrutował razem ze swoim systemem? Co to w ogóle kogo obchodzi? Przyszedłem, bo takie już mam niemądre przyzwyczajenie. A pan pewnie myślał, że ja panu na poczekaniu sprokuruję młodość i piękną kobietę na pociechę nowego życia. Nie, panie, ja nie jestem stręczyciel…

— Aleś pan niegdyś stręczył…

— To pana niech nie obchodzi Zresztą inne były czasy, inni ludzie. A co pan jest?

— Jak to co?

— Zlepek, zdrutowany garnek; powywracał pan do góry nogami to, co stało na głowie, i zdawało się panu, żeś dokonał wielkich rzeczy. Płodził pan filozofię na temat końca nosa. Zdawało się panu, żeś pan zrobił rewolucję, a pan jest błazen.

Filozof zgrzytnął wspomnieniem zębów:

— Panie!

Mefisto się tymczasem rozsierdził.

— …Jęczał pan, udawał pan prawowiernego, czytał pan „Głos Organistów”. I za to zrobili pana suplentem. Czyż nie tak? No, niechże pan powie? Czyż nie tak?

Filozof spokorniał.

— Nie szło, więc pan stanął na głowie, tłukł pan głową o mur, wrzeszczał pan wniebogłosy i groził pan końcem świata. Coś pan tym pewnie wytargował. Ma pan jeszcze tę czerwoną krawatkę?

Filozof skłonił głowę na piersi.

— …A widzi pan. Na starość pan filozofem został. Myśmy już takich widzieli… Mełł pan otręby jak wiatrak, co kto gdzie panu nasypał w gardło. Pan myślał, że duszę można obracać na rożnie jak kurczę i polewać zgniłym sosem. A tak nie można… Zresztą, proszę pana! Takich jak pan jest milion. Byle idiota kładzie teraz mokry parasol do łóżka, a sam staje w kącie i myśli, że już filozofem został. Co pan wie? Platona pan umie na pamięć? Ja także. I to już wszystko?

— Napisałem traktat…

— O czym takim?

— O moralności kłamstwa.

— Pan?

— Ja…

Mefisto spojrzał niechętnie.

— Więc to pan spłodził… A ja o ten traktat podejrzewałem jeszcze marniejszą figurę. Pański traktat? Poza na rewolucyjność, gadanie bez przekonań, filozofia bez kręgosłupa, rzecz przy tym tchórzliwa, szablon i nędza. Ohydna prawda wyłazi z pańskiego kłamstwa, jak wnętrzności z rozprutego żelaznego brzucha, ta podła prawda, która tylko dlatego chodzi naga, bo jest żebracza i nie ma się w co przyodziać. Głupia prawda, filozofie!

— Pan się diablo uprzedził, Mefistofelu…

— Nie, kochany panie, tylko pan pochodzi z tej czeredy, która szpik ma w kościach wyschły do cna i nie widziała nigdy słońca. Pan się, filozofie, wywodzi z tego ohydnego tłumu, który dusze powyciskał jak cytryny, tak, że zgniłe są, pomarszczone i żółte. Niekształtną pałubę z życia sobie pan zrobił na starość i czci pan bałwana. Pan nie umiał być lekkomyślny nigdy i w niczym. Szaleństw od pana się już nie żąda. Pan, drogi filozofie, nie miał odwagi skoku, pan wciąż tylko pełzał, gryząc ziemię jak gad. A to może dobre dla chwały niebieskiej, po odpowiednim nawróceniu się, dla uczynienia zadość formalnościom. Dedalom i innym takim aeronautom wstęp do nieba wzbroniony.

Spojrzał na filozofa spode łba.

— Pana to dziwi, co ja mówię, nieprawdaż?

— W istocie…

— Nic nie szkodzi… Cieszy mnie, że pana jeszcze cokolwiek dziwi. Człowiek, który się już niczemu nie dziwi, ma pewnie znieczulony mózg. Paralysis… A widzi pan, ja to mówię, gdyż ja jestem stary romantyk. Na tym wykrzywionym obuwiu mam jeszcze pył z lepszych dni… Widzi pan — o! szpadę jeszcze noszę, bo mnie to bawi, tak bawi mnie i przypomina mi rzeczy milsze ponad wszystko. Miałem swoje piękne szaleństwa, a teraz żyję wspomnieniem, poezją wspomnień i poezją szaleństw, po których mi nie zostało nic, prócz tej długiej szpady i tego koguciego ogona, co mi się nad czołem chwieje…

Skłonił głowę na piersi i zamyślił się. Długie nogi wyciągnął przed siebie i milczał długo. Potem, odetchnąwszy, zaczął mówić ciszej i jakby ze smutkiem:

— A wie pan co? Nie powinienem tego mówić, ale mnie pana żal… Mnie wszystkich żal, wszystkich zmarnowanych pysznych głów, wszystkich tych dusz, które by mogły jak latarnie morskie świecić na fundamencie skał, a świecą zgniłym próchnem, które obnoszą nocami, bo się wstydzą dnia. Ot, Lucyferowie z prowincji! I pana mi żal… Ale pan w sobie nie ma nic, no nic!… Żeby jaki łachman, w którym chadzał niegdyś poeta czy rycerz. Nic… nic… Mumia pan jest, zawinięta w śmiertelne zgło — mumia, z tych, które życie sobie fabrykuje do swojego muzeum. Pan i panu podobni jesteście jak ryby nasolone filozofią, aby nie było czuć zgnilizny. Jesteście liście, które w błoto spadły. A to już wstrętne… Bo widzi pan filozofie, ja mam swoją poezję i dlatego żal tak przeze mnie w twoją stronę złorzeczy. Wspomnienia mnie kolą w oczy, jak gdybym w słońce patrzył! Ot, i na co mi przyszło!… Niech pan sam powie! Włóczę się jak nędzarz, co majątek stracił, i nie mogę na nic patrzeć bez żalu…

Głos mu bardzo drżał.

Filozof spojrzał na Mefistofela zaciekawiony. Zdawało mu się, że w tym niezmiernie miłym, dźwięcznym głosie zadrgały łzy. Chciał zagadać, ale Mefisto położył sobie rękę
na oczy i tak trwał.

— Lascia, ch’io pianga… — szepnął z patosem, jak stary aktor.

Chwila ciszy, jakiejś bardzo pięknej ciszy, która nie śmie odetchnąć, byle tylko uszanować milczenie.

Mefisto brzęknął szpadą.

— Melancholik jestem… Melancholia mnie gryzie jak rdza moją szpadę. I oczy  mnie od czasu do czasu pieką. Płakał pan kiedy?

— Nigdy…

— To źle. Ja płakałem, może być dlatego, że mam trochę kobiece usposobienie, a może i dla czego innego. Wtedy zwykle czytam Danta. To mnie uspokaja, kiedy po raju z Dantem błądzę…

— Pan tak poezję kocha?

— Kocham! Sam jestem trochę poeta, podobno stylowy nawet. Wydzwaniałem niegdyś rymy szpadą, że mi wiersze spływały krwią. Lubiłem awanturę piękną, złocistą, bajeczną awanturę, która niepokoiła noc i ludzi, szaleństwa do niczego niepodobne… Zdawało mi się nieraz, że jak rycerz trubadur szaleję pięknie… Co mówię! Jak św. Jerzy! O, filozofie! Śpiewałem madrygały i całowałem róże… Wychował mnie wiek, który piersi miał szerokie, wiek, co na mieczu spał i na lutni. Piękny wiek… Tak jest! Kocham poezję i wściekłość mnie bierze na myśl, co ze mnie zrobił taki gbur Marlowe lub inny jemu podobny. A wy? Wy wszyscy jesteście suchotnicy i dlatego znieść was nie mogę, antypodów własnego myślenia, manekinów, rafinowanych fałszerzy wartości wszelkich.

Filozof spojrzał smętnie, jak dziecko.

— Nie ma nadziei?

— Żadnej, filozofie. Będzie gorzej. Wszystko jest jałowe i wszystko jest mdłe; nie macie płuc ani nie macie serc, macie mózgi i macie żołądki. To miało walor , kiedy trzeba było zakuty plebejski tłum namówić do powrotu w rzymskie mury. A dziś? Gdzie są wasze serca? Imitacje, szczątki, wspomnienia serc?! Jesteście jak automaty w muzeum woskowych figur, najmądrzejszych, jakie były kiedykolwiek. I płodzicie w dalszym ciągu, ludzie bez fantazji, dla zachowania gatunku, który by należało zachować w spirytusie…

— Tak… — jęknął filozof.

— Niech nie życie stwarza was, lecz wy stwarzajcie życie. Bezczelnym trzeba być, aby cię nie zagłuszył grzmot, byle dzwon, byle krzyk. Urodzić w sobie trzeba odwagę, aby ci nie drżały nogi, filozofie, jak w chwili, kiedyś mnie ujrzał… Filozofia? Powieś najpierw ją, a potem siebie. Mózg ci rozcieńcza i pęta ci nogi. Filozofie! Czy byś potrafił, na przykład, na moim płaszczu wznieść się ze mną w chmury?

Filozof milczał.

— A widzisz… A byli tacy, co latali i ocierali się o gwiazdy i myli zbrudzone w szynkowni ciała w powodzi słońca. Byli tacy i byli piękni. Wznieś się tak, a będziesz pierwszy wśród pierwszych. Ty myślisz, że idziesz na czele, a ty tylko uciekasz, filozofie. To nie nietzscheanizm. Tak jest! Uciekasz przed wszystkim, a szczególnie przed tą hołotą, która się tobą bawi, bo jej jesteś potrzebny. Ty jesteś dla niej pajac i nic więcej. I rozpacz cię dlatego żre i umrzeć chcesz – tchórz pan jest, kochany panie…

— Tchórz, powiadasz?

Filozof mówił bezdźwięcznie i bardzo cicho.

— Tak, tchórz. Podłości i szarzyźnie pluje się w pysk i nie robi się dyskusji. A ty uciekasz. Niech ktoś w tłumie krzyknie, a ty podnosisz połę chlamidy i gubiąc złote myśli, uciekasz jak stary jeleń. Czy ustąpiłem kiedy tłumowi? Nigdy. I tłum mnie za to czci, a ja nim gardzę. To nie jest arystokratyzm, to filozofia, która siebie czcić każe i bóstwa w sobie szuka. Ale tobie tłum jest potrzebny. Ty, nawet uciekając, starasz się nie zginąć tłumowi z oczu. Chcesz, aby cię tłum widział. Nie miałeś nigdy odwagi samotności, a to jest wielka odwaga.

Mefisto westchnął ciężko i na gardzie szpady wsparł obie ręce.

— Tak… tak, filozofie, rzeczy są przykre. Stwórz sobie tedy romantyzm i szalej. Wtedy będziesz piękny. Szalej! Szaleństwo jest czymś pod słońcem najpiękniejszym, jak burza, jak wulkan, jest wyzwoleniem duszy, jest hymnem krwi i serca. Niszcz i łam, aby ktoś mógł budować, jeśli ty już nie zdołasz. Może kto zbuduje Babel?… Kto wie?… A potem odejdź w samotność…

Spojrzał na filozofa, który jakby zastygł w bólu; więc Mefisto głos podniósł :

— …albo ukochaj, ukochaj coś do szaleństwa! Nie kobietę! Szkoda czasu i atłasu, który jej kupisz na suknię. Z kobiety uczyń sobie epizod, jeden akt wesoły, piosenkę, pijaństwo nocy po dniu, w którym znużyłeś duszę, bo inaczej stracisz to, coś zdobył. Każ jej odejść w chwili stosownej…

Filozof patrzył na niego i nie słyszał już nic. Twarz miał Mefisto zmęczoną bardzo i gorzko uśmiechniętą.

Przez okno tłoczył się brudny świt, bezbarwny i nędzny.

Mefisto powstał.

— Ja pana pożegnam…

— Już?

— Już! Dzień wstaje.

Filozof spojrzał przez łzy.

— Jak to – i nic?

— Cóż ma być?… Chociaż żal mi pana. Nawet bardzo mi pana żal. Nie odmłodzę pana, bo to żaden interes dla mnie, dusza pańska przyda się psu na buty, ale coś bym dla pana chciał uczynić.

Zamyślił się, szeroko rozkraczywszy nogi. Filozof patrzył błagalnie w oczy jego, jak zgłodniały pies.

— Widzi pan, ja mam trochę wpływów, filozofie, więc jedno panu zrobię. Postaram się o to, abyś pan został docentem prywatnym na uniwersytecie. Zgoda?

Filozof się zatoczył i nie mógł wymówić słowa.

Mefisto skinął mu ręką, podniósł kołnierz czarnej niegdyś peleryny i rozpłynął się w kącie w mgłę.

Filozof stał jak słup soli bydlęcej.

Zdaje się, że myślał ciężko. Pot mu spływał wielkimi kroplami z czoła.

Potem się powiesił na klamce.

O, filozofie!…

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...