28.11.2014

A jednak fantazje...


Zawsze mnie śmieszyło twierdzenie, że jeśli coś funkcjonowało przez tysiące lat, to głupotą byłoby z tego rezygnować. Jest to pogląd zupełnie nie przystający do czegoś, co nas często gwałtownie ustawia do pionu, a mianowicie – rzeczywistości. Czy nam się to podoba czy nie, czasy się zmieniają, a wraz z nimi zmieniają się także nasze potrzeby, pragnienia i priorytety. Wiele „zjawisk”, które dawniej faktycznie były całkiem przydatne, musiało odejść w zapomnienie. Monarchia legła w gruzach; niewolnictwo zniesiono; a i pozornie wieczna instytucja małżeństwa ma się kiepsko.

To, że ktoś na to narzeka, jest rzeczą całkowicie naturalną i zrozumiałą. Niektórzy jednak mocno w swoich utyskiwaniach przesadzają. Spotkałam się bowiem w Sieci z sugestią, że rezygnacja z małżeństwa jest idiotyzmem, gdyż – uwaga, uwaga! – samotna kobieta może na starość zdechnąć z głodu. Cóż, rozumiem, że we dwójkę zawsze raźniej, ale wyjść za mąż ze strachu przed biedą? Coś takiego poniża kobietę w moich oczach. Trudno też nazwać to rozumnym posunięciem, gdyż akt ślubu niczego nie gwarantuje. A jakoś nie chce mi się wierzyć, żeby szanującej się niewieście chciało się na stare lata walczyć w sądzie o alimenty.

Jeszcze gorzej jest decydować się w podobnym celu na potomstwo. Naturalnie jeśli byliśmy dobrymi rodzicami, to mamy prawo oczekiwać, że nasze dorosłe już dzieci będą nas od czasu do czasu odwiedzać, a może i dorzucą trochę grosza. Oczywiście jest to wariant optymistyczny, zakładający, że nasze potomstwo nie spieprzy po studiach za granicę. Ale nawet ta przyjemna wersja nie powinna zakładać, że dzieci będą lekarstwem na nędzę czy samotność. Nie wspominając o jakimś przykrym wydarzeniu losowym, tfu, tfu! Gdyby ktoś mi zasugerował, że w razie ciężkiej, przykuwającej mnie do łóżka choroby to nie pielęgniarz, a moje własne dziecko powinno podcierać mi tyłek, uznałabym go za istotę mocno poszkodowaną na umyśle.

I niezależnie od tego, jak wiele osób będzie się moim stanowiskiem oburzać, zdania nie zmienię. Małżeństwo nie jest receptą na przykrą, samotną starość. Receptą na takową jest wzajemna miłość, a ta nie wymaga zaprzysiężenia. Zaś ewentualnej nędzy zaradzić mogą tylko własne pieniądze. Takie są FAKTY. Albowiem w przeciwieństwie do zadufanych w sobie Wielkich Teoretyków, którzy lepiej wiedzą, jak powinno wyglądać cudze życie, nie opieram się na własnym doświadczeniu, tylko na obserwacji świata. Nie mówiąc już o tym, że brakuje mi tego typu – że tak to delikatnie ujmę – mentalności, która pozwoliłaby mi choćby przez minutę rozważać wzięcie ślubu dla korzyści majątkowych.

25.11.2014

Wiedza versus fantazje


Jednym z bardziej niemądrych poglądów, z jakimi się zetknęłam w swoim życiu, jest ten o zdobywaniu wiedzy o świecie. Nie mam tu bynajmniej na myśli wiedzy specjalistycznej, wymagającej obcowania z naukowymi opracowaniami danego problemu, tylko tzw. znajomość życia, realiów, natury ludzkiej, etc. Otóż pogląd ten mówi, że świat poznajemy poprzez własne doświadczenie. Jest to, rzecz jasna, czysty idiotyzm, w który wierzyć mogą tylko osoby uwięzione w kręgu własnych fantazji.

Tak naprawdę wiedzę o świecie można zdobyć wyłącznie poprzez... obserwację świata. Tylko uważne studiowanie ludzkich (i zwierzęcych) zachowań, cierpliwe wysłuchiwanie cudzych historii tudzież zdolność wyjścia poza swoje ograniczone „ja” umożliwi nam poznanie otaczającej nas rzeczywistości. Naturalnie jednym z jej elementów jest także to, co się przydarza nam samym, niemniej dopiero przez porównanie naszych losów z losami bliźnich będziemy w stanie orzec, co jest regułą, a co wyjątkiem.

Innymi słowy, wiedzą o świecie mogą się poszczycić mądrzy, pokorni i nie uprzedzeni obserwatorzy, a nie osoby bazujące na własnym, czyli jednostkowym doświadczeniu.

Dlatego właśnie
  • nie mający żadnej styczności z narkotykami terapeuta MOŻE wiedzieć o skutkach ich zażywania więcej niż zatwardziały narkoman
  • żyjący w celibacie ksiądz MOŻE wiedzieć o seksie (jako takim) więcej niż małżeństwo
  • osoba bezdzietna MOŻE wiedzieć o prawidłowym wychowaniu dziecka więcej niż rodzic
  • bezrobotny MOŻE wiedzieć o planowaniu pracy więcej niż ktoś, kto pracuje

Wystarczy, że każda z tych osób poza czystą teorią zapozna się z doświadczeniem wielu innych ludzi. I nieistotnym jest, w jaki sposób zdobędzie tę wiedzę – czy poprzez rozmowę, czy poprzez lekturę cudzych wynurzeń. Ważne, że ją ma.

Najgorszą zaś rzeczą, jaką można zrobić, jest odrzucenie cudzych doświadczeń; uznanie ich za wymysł, przesadę, absolutny wyjątek. Taka pycha zostaje prędzej czy później ukarana.

23.11.2014

Hej, drugi człowieku! Wiedz, że...


...nie obchodzi mnie, kim jesteś. Obchodzi mnie, jaki jesteś. Mam gdzieś, czy nazywasz się konserwatystą, liberałem czy socjalistą. Istotne jest to, jakie masz zasady i jak bardzo starasz się ich nie łamać.

Wychodząc z takiego założenia mogę przyjąć najrozsądniejszą postawę na świecie: oceniać ludzi po ich czynach, czasami słowach, ale nigdy po tym, jaką opcję światopoglądową, polityczną czy religijną reprezentują.

W dużym skrócie: szanuję tych, którzy są – w moim przekonaniu – dobrzy i mądrzy. A bardziej szczegółowo? Cóż, cenię takie przymioty, jak rzetelność, uczciwość, słowność, odpowiedzialność. Zachwyca mnie wrażliwość i empatia, chęć niesienia pomocy bliźniemu i zwierzętom. Mile widziana odwaga, chociaż jej brak potrafię łatwo wybaczyć.

Czego nie cenię? Solidarności ani lojalności, prowadzą one bowiem do mentalności Kalego. Mogę zrozumieć dzielenie ludzi na „swoich” i „onych”, kiedy się walczy (dosłownie!) o przeżycie, ale nie w cywilizowanym świecie, gdzie nasza ocena danej osoby powinna zależeć od jej czynów, a nie tożsamości.

Nie dzielę również ludzi na honorowych i niehonorowych, na szanujących się i nieszanujących, na godnych szacunku „panów” i na „chamów”, którzy mają tym pierwszym czyścić buty. Nie moja to bajka. Do „wykwintnego towarzystwa” się nie pcham, a sugestie, że powinno mi na przynależności do takowego zależeć, traktuję jako objaw zdziecinnienia.

Nie znoszę fanatyzmu, pychy, głupoty. Współczuję ludziom, którzy każdą krytyczną wypowiedź o konkretnym człowieku podciągają pod walkę z jakąś ideologią, filozofią bądź religią; którzy nie dostrzegają własnej śmieszności, gdy po raz kolejny wypominają komuś bytność w „niewłaściwym” miejscu (blogu) czy uprzejmą rozmowę z „niewłaściwym” człowiekiem (internautą); którzy samych siebie czy osoby ze swojego grona wychwalają pod niebiosa, zaś swoim oponentom odmawiają najmniejszej zalety. Współczuję i... omijam takich z daleka. A przynajmniej staram się.

Zastanów się, drugi człowieku, czy jesteś w stanie zaakceptować moje zasady. Jeśli nie, to po prostu odejdź.

19.11.2014

Między gwiazdami, między wymiarami


Ten film miał potencjał. To mogła być piękna opowieść o potędze miłości lub szaleńczej próbie ratowania ludzkiego gatunku. Lub przynajmniej niezła space opera. Właściwie to trudno powiedzieć, co poszło nie tak...




Czego tutaj nie napakowano... Mamy wielokrotnie przewijający się wątek miłości (zwłaszcza pomiędzy ojcem a córką); mamy tunel czasoprzestrzenny i czarną dziurę; mamy niby-duchy, niby-kosmitów i piąty wymiar (pokazany zadziwiająco trójwymiarowo ;)); no i coś, co jest ostatnio nader częstym motywem w blockbusterach: rychłą zagładę ludzkości*. Cóż jednak z tego, skoro każdy z tych elementów wydaje się być zaledwie szkicem, a nie pełnym obrazem? Rozpacz ojca mającego świadomość, że prawdopodobnie już nigdy nie ujrzy swoich dzieci, szalona wyprawa w Kosmos, lądowanie na dwóch planetach, skok w czarną dziurę – wszystko to zostało pokazane poprawnie, nie przeczę. Ale poprawność nadaje się do telewizji, nie na duży ekran. W głowę zachodzę, jak to możliwe, że niespełna trzygodzinna produkcja wygląda na pilot serialu, którego fabuła ma być w zamierzeniu rozwinięta w następnych odcinkach.

Żebyście mnie dobrze zrozumieli: po pierwsze, to nie jestem specjalnie rozczarowana. Film nie jest ani dobry, ani zły. Ot, przeciętna, czyli niezbyt mądra hollywoodzka historyjka, podszyta – jak to mówi mój Ukochany – „typowym amerykańskim patosem”. Momentami daje do myślenia, wzrusza, porusza, itp., itd., znacznie częściej jednak nuży i męczy. Cały czas łapałam się na myśli, że to wszystko już było – i to znacznie lepiej (czyt. sprawniej, ciekawiej, bardziej przekonująco) opowiedziane.

Po drugie, nie czepiam się również typowych dla hollywoodzkich obrazów kretynizmów. Nie gorszy mnie ani wysłanie na najważniejszą rzekomo wyprawę wszechczasów garstki ledwo przeszkolonych ludzi i robota, ani mistyczne wręcz spojrzenie na czarną dziurę jako na swoisty wehikuł czasu, ani kompletnie niewiarygodne z psychologicznego punktu widzenia zachowania bohaterów. To przecież tylko bajeczka dla mas.

Czepiam się tego, że tę bajeczkę można było przedstawić tak, żeby zapadła w pamięć. A mnie została w głowie tylko osobliwa muzyka i kilka co ciekawszych kadrów. Można popatrzeć na ładnie się starzejącego Matthew McConaughey’a, zachwycić się przeuroczą Mackenzie Foy, popodziwiać wiarygodne ponoć zdjęcia kosmicznej pustki. Ale zważywszy na rozbuchane oczekiwania widowni, to chyba trochę za mało.

Jeśli ktoś oczekiwał, że końcówka udzieli odpowiedzi na pytania o przyszłość zagrożonej ludzkości, ten dozna lekkiego zawodu. Może i słusznie, w końcu to nie przygody na dalekich rubieżach Kosmosu są tutaj najważniejsze, a dramat rozdzielonej rodziny. Zastanawiam się, czy nie lepiej by było, gdyby reżyser pokusił się o pewien niezbyt fajny, ale zarazem mocny chwyt: otóż zarówno dewastujące Ziemię katastrofy naturalne, jak i ekspedycja w Kosmos powinny się okazać... przykrym snem głównego bohatera. Rozwiązanie dziwaczne, nieuczciwe wobec widza i szalenie ryzykowne, niemniej w przypadku tej właśnie produkcji przemianowanie space opery na somnambuliczne miraże mogłoby się opłacić. W momencie, gdy protagonista styka się z umierającą córką, pozwalamy mu przebudzić się z koszmaru. Do zlanego potem i łzami mężczyzny powoli dociera, że nie opuścił planety, a tym samym problem z ginącymi uprawami jest wciąż aktualny. Ale może da się go rozwiązać w jakiś normalny sposób, bez konieczności wchodzenia w pakt ze stukniętym profesorkiem, bez wyruszania na straceńczą misję, bez porzucania dzieci?

Ale skończyło się, jak się skończyło. Daję „Interstellar” mocną trójkę i... raczej odradzam wypad do kina, zwłaszcza jeśli nie jesteście miłośnikami gatunku (swoją drogą, ani to melodramat, ani porządne science fiction). Gwoli uczciwości dodam, że gdyby ten obraz powstał dziesięć lat temu, oceniłabym go zapewne znacznie przychylniej. Mam jednak trzydzieści kilka lat i dziesiątki seansów filmów fantastycznych za sobą. Ciężko mnie zadowolić. Nie kierujcie się zatem moją opinią, gdyż być może przemawia przeze mnie zepsuta malkontentka. ;) Recenzje są w większości pozytywne, a widzowie na ogół zadowoleni, o czym świadczą dyskusje na stronie filmu.

* * *

* Czasami odnoszę wrażenie, że ludzie czekają na tę apokalipsę jak na zbawienie. Koniec świata byłby wszak kresem codziennego znoju, użerania się z rodziną i sąsiadami, a przede wszystkim – z poczuciem absolutnego bezsensu własnego żywota. Niestety dla nas, meteory wciąż omijają naszą planetę, a i my sami nie nadążamy jej wystarczająco szybko i efektywnie zatruwać. I wciąż po niedzieli przychodzi cholerny poniedziałek, kiedy trzeba zwlec się z łóżka i zapierniczać do znienawidzonej roboty.

10.11.2014

Patrzymy i oceniamy


Jak już nieraz wspominałam, nie znoszę wpieprzania się z butami w czyjeś życie prywatne. Notoryczne ocenianie czyichś zarobków, pracy, stanu posiadania, seksualności czy wiary jest dla mnie oznaką kompleksów lub swoistej ciasnoty umysłu. Owszem, można od czasu do czasu o kimś poplotkować, także w Internecie. Warto jednak zachować umiar, gdyż im częściej omawiamy cudzy tyłek czy sakiewkę, tym większe pada na nas podejrzenie, że nie bylibyśmy zdolni do udźwignięcia konwersacji na wyższym poziomie.

Jeśli już się mamy do czegoś przyczepiać, to może lepiej do tego, co widzimy w tzw. strefie publicznej? Dyskretnie wyrażona krytyka manier, słów, a nawet ubioru osoby znajdującej się w miejscu dostępnym (przynajmniej teoretycznie) dla każdego może i ociera się o obgadywanie, niemniej jest czymś najzupełniej naturalnym. Wbrew temu, co sądzą niektórzy luzacy”, to, czy nasz wygląd i zachowanie pasują do czasu i miejsca, czy nie naruszają dobrych obyczajów, etc, bynajmniej nie jest błahostką. Osobiście łaskawszym okiem spojrzę na niewiastę nie stroniącą od uciech cielesnych, lecz swoje sprawy intymne zamykającą we własnej (lub kochanka) alkowie, niż na niewiastę cnotliwą, lecz odzianą w strój brzydki a wulgarny. To samo tyczy się drag queen, transwestytów czy innych „odmieńców” epatujących dziwacznym strojem i ostrym makijażem: powinni ograniczyć swoje „występy” do miejsc specjalnie do tego celu przeznaczonych (prywatne mieszkanie, klub gejowski, wynajęta sala). Na ulicy nietypowy outfit może wzbudzić niezdrowe emocje, narazić taką osobę nieprzychylne komentarze. Może więc lepiej na czas pracy czy zakupów wbić się konformistycznie w nudny, nie wzbudzający sensacji uniform?




Nie wstydzę się przyznać, iż zdarzało mi się prawić złośliwości na temat czyjegoś wyglądu. Naturalnie nie czepiam się braku urody, gdyż na to, jaką fizis zostaniemy obdarzeni, żadnego wpływu nie mamy. Zresztą, spójrzmy prawdzie w oczy: większość ludzi jest brzydka. No, powiedzmy – brzydkawa. Ładnych ludzi jest naprawdę niewiele, a już wyłowienie z tłumu twarzy pięknej graniczy z cudem. Nie lepiej ma się sprawa z resztą „obudowy”. Może i nie jesteśmy narodem potwornych grubasów, lecz idealnie szczupłych, wyrzeźbionych na sali gimnastycznej sylwetek prawie się nie widuje. Całości przykrego obrazu dopełnia lansowana dzisiaj moda: koszulki a’la ścierki, spodnie z drogiego, a zarazem gównianego materiału, jednakowe kozaczki lub tandetne balerinki. Ulice zasnute są przez niekształtne, źle ubrane korpusy; reprezentujące je fizjonomie wołają o dermatologa, ortodontę czy wręcz chirurga plastycznego.

Nie wiążcie tych pesymistycznych obserwacji z przekonaniem o własnej atrakcyjności. Z całą pewnością nie mogłabym zostać uznana za wzór zadbanej, atrakcyjnej i dobrze ubranej niewiasty. Ale czy to oznacza, że nie mogę oceniać innych? Bynajmniej. ;) Kiepski pisarz ma prawo sarkać na innego kiepskiego pisarza, gdyż jest również czytelnikiem. A zatem i ja mam prawo do krytyki cudzego wyglądu.

Ale o tym, jaki ubiór uważam za godny pochwały, a jaki przyprawia mnie o grymas niesmaku, napiszę następnym razem. Najpierw Wy się wypowiedzcie na temat dzisiejszej mody. Jaki przyodziewek cieszy Wasze oko, a jaki je drażni? Jaki styl Wam się podoba, a jaki Was razi? A może w ogóle nie zwracacie uwagi, jak kto jest ubrany?

08.11.2014

Podobno ludzie chcą mieć dzieci


A przynajmniej większość z nich. Tylko że ich, biedaków ciułających grosz do grosza, żeby zamienić plazmę na telewizor LED, nie stać. Gdyby nie wszechobecna bieda, gdyby nie zakłócająca spokojny sen niepewność jutra, gdyby nie brak mieszkań, to by nam się Polska nie wyludniała. Pogląd ten kontruje pan Jacek Kobus z Boskiej Woli, według którego autentyczna chęć posiadania potomstwa występuje rzadziej, niż nam się wydaje. To nie brak pewnej i dobrze płatnej pracy tłamsi nasze marzenia o rodzicielstwie – peroruje pan Jacek (polecam wpis); po prostu tych marzeń na ogół nie ma. I ja się z panem Jackiem niemal całkowicie zgadzam.

Niemal – bo po głowie snuje mi się przypuszczenie, iż prawdopodobnie gdzieś w okolicach czterdziestki (kobiety) czy pięćdziesiątki (mężczyźni) niemal każdego nawiedza refleksja, że warto by było machnąć choć jednego dzieciaka. Człowiek już się wyszalał, naseksił się do syta, jeśli miał zrobić karierę, to albo już ją zrobił, albo już jej raczej nie zrobi, i oto w ślipia zaczyna mu zaglądać widmo samotnej starości. Naturalnie kobieta stoi na o wiele gorszej pozycji niż mężczyzna, gdyż jej płodność w okolicach piątego krzyżyka jest na wyczerpaniu. A nawet jeśli uda jej się począć dziecko, to kto wie, czy z racji ewentualnego upośledzenia nie będzie ono wymagało dożywotniej opieki. Ale czy nie warto spróbować? W końcu co własne dziecko, to nie piesek czy kotek. Naturalnie można być kochającą – a przy odrobinie szczęścia także i kochaną – ciocią, ale to nie to samo, co być matką, a potem babcią.

Niemniej przenosząc te rozważania z jednostek na ogół, trudno nie zauważyć, że wytłumaczeniem tak długiego odkładania starań o potomstwo lub wręcz definitywnej z owego potomstwa rezygnacji może być albo zepsucie dobrobytem (uwaga – uśredniam!), albo brak instynktu rozrodczego. Względnie – co wydaje mi się zresztą najbardziej logiczne – połączenie obydwu tych opcji. Bo i cóż z tego, że wiele kobiet odczuwa ścisk w gardle na widok niemowlęcia w wózku czy że wielu mężczyzn z zazdrością patrzy na tatusiów ganiających z synkami po parku, skoro fraza „Nie stać nas na dzieci” pada najczęściej nie z ust (lub spod palców) autentycznej biedoty, ale ludzi, którzy po prostu wolą przeznaczać pieniądze na własne, wcale nie tak skromne potrzeby?

Nie, żebym to krytykowała, broń Boże! Ale ściemniania nie lubię. Niech ludzie mówią (bądź piszą) wprost, że nie zamierzają się rozmnażać dopóty, dopóki nie wyprowadzą się od rodziców, nie nacieszą się życiem, nie spełnią swoich marzeń, etc. Chociaż najlepiej by było, gdyby w ogóle nie musieli się z takich decyzji tłumaczyć – bo i co komu do tego?

07.11.2014

Niedziela w Trzcińcu


Niedziela to dla agnostyków normalny dzień pracy. Czasem zawodowej, a czasem tylko w obejściu. Naszym „obejściem” jest zaś nie tylko dom w Lublinie, ale i chałupa na wsi. A że z grobami uwinęliśmy się wcześniej (przy czym słowo „uwinęliśmy” jest tu jak najbardziej na miejscu, bo kiedy jak kiedy, ale we Wszystkich Świętych cmentarz raczej się do zadumy nad śmiercią nie nadaje), tedy 2 listopada z czystym sumieniem wyruszyliśmy do Trzcińca, żeby spuścić wodę z rur. Dosłownie parę dni wcześniej postawiono ostatnie elementy ogrodzenia (okalającego co prawda tylko część działki, ale dobre i to), mogliśmy zatem zabrać ze sobą pieski. Miło było popatrzeć, jak Nuka i Miśka ganiają po łączce i lasku, korzystając z tych paru godzin swobody.


Miśka na tropie


Nuka szaleje na łące


Nuka i Miśka w lesie


Nuka szaleje w lesie


Nuka szaleje na skraju lasu


Rozwalam krecie kopce


Ostatnie kosztele


Póżnopopołudniowe niebo


Niestety, krótki był to wyjazd i raczej mało udany, a i zdjęcia nie wyszły zbyt dobrze: ciemne i dość niewyraźne, są świadectwem zarówno marnej pogody, jak i moich zerowych umiejętności fotograficznych.

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...