31.12.2014

Sylwester


Nie lubię składać przysiąg, obietnic, deklaracji ani postanowień. Nie zamierzam się do niczego zobowiązywać ani roztaczać przed sobą czy przed innymi wizji zmian na lepsze. Poza tym całe to odcinanie się od przeszłości i zaczynanie „wszystkiego na nowo”, oczywiście nie od zaraz, tylko zawsze „od jutra” (w tym wypadku „od Nowego Roku”), mocno mnie irytuje. Zaklinamy rzeczywistość wielkimi słowami, zamiast cicho i skutecznie działać.




Oczywiście mam swoje plany i marzenia. Ale znam już siebie na tyle dobrze, że wolę o niczym nikogo nie zapewniać. Nie warto rzucać słów na wiatr. Co będzie, to będzie. :)

Spędźmy te ostatnie chwile w roku tak, jak mamy na to ochotę. Jeśli ktoś chce iść na imprezę – niech idzie. Jeśli ma ochotę zostać w domu – niech zostanie. W pulsującym w rytm świateł tłumie, na kameralnym przyjęciu, w dwuosobowym gronie czy nawet solo – ważne, byśmy spędzili ten czas tak, jak nam się podoba. :)

A jeśli jednak nie uda Wam się spędzić tej nocy tak, jak byście sobie tego życzyli, to pocieszcie się myślą, iż z pewnością Wasz Sylwester będzie ciekawszy niż


29.12.2014

"Kochane" ludziska


Kpię sobie czasami, że kuchnia mojej sąsiadki – a właściwie to sąsiadki moich rodziców, bo to oni są właścicielami nabytego ponad rok temu mieszkania – jest raczej niezdrowa, ale pewnie smaczna. Zapiekanki, mięso, ryba... Do tego pewnie tłuste i słone. Mniam! :)

Chociaż… może nie mam racji? Może po prostu czujemy tylko te specjały, które wymagają smażenia, zaś zapachy surówek, sałatek czy ryżu są dla nas niedostępne?




Dlaczego o tym piszę? Gdyż kuchnia naszej drogiej sąsiadki jest także i naszą. Baba podłączyła bowiem swój okap do wspólnego pionu wentylacyjnego. Tym samym w niewykończonym jeszcze mieszkaniu rozchodzą się w porze obiadowej (i nie tylko) smakowite zapachy. Nie, żeby mi to aż tak bardzo przeszkadzało, ale w przyszłości wstyd nam będzie kogoś zaprosić.

Oczywiście z ludźmi trzeba rozmawiać. Wyjaśniać, tłumaczyć, prosić. Tak też zrobiła moja mama i przez chwilę się wydawało, że kobita się opamięta i zrobi sobie okap z obiegiem zamkniętym (dzięki, Luby, za podpowiedź, jestem techniczną analfabetką ;)). Później jednak oznajmiła mamie (via phone), że jednak zostaje przy swoich nawykach, bo ktoś tam jej powiedział, że jak się zostawia kawałek kratki wentylacyjnej odkryty, to wszystko jest – z punktu widzenia prawa – w porządku.

No i co z taką zrobić? Na dzień dzisiejszy Luby planuje zapchać otwór wentylacyjny szmatą, żeby opary wracały tam, skąd przyszły. Rozważa również jakąś złośliwość w stylu „wet za wet”. W końcu mamy takie samo prawo do emisji intensywnych woni, jak nasza sąsiadka. ;) Mama z kolei złożyła oficjalną skargę w spółdzielni. Kiedy raczą zadziałać – Bóg jeden wie. Trzeba było czekać parę miesięcy, żeby raczyli ruszyć dupę w sprawie powstałego w wyniku ulewnych deszczy zacieku (a i tak nie wywiązali się zbyt dobrze z tego zadania). Teraz pewnie znowu sobie poczekamy...

Między innymi dlatego moim marzeniem jest mieć domek, a nie mieszkanie. Sama myśl o użeraniu się z sąsiadami czy spółdzielnią przyprawia mnie o skręt kiszek. Jestem na ogół spokojną, gotową iść na ustępstwa osobą i jeśli mogę, to unikam konfliktów, nie mówiąc o angażowaniu się w długie a durne wojenki. Ludzi toksycznych, zwichrowanych psychicznie, lubujących się w intrygach czy zwyczajnie głupich omijam szerokim łukiem. Jeśli gdzieś tacy występują w nadmiarze, wolę po prostu odejść niż tracić nerwy. Walka z takimi jest gorsza niż z wściekłym psem, agresywnym mętem czy żądnym bitki skinem; takiemu niebezpiecznemu stworzeniu można bowiem psiknąć gazem po oczach, walnąć kamieniem w łeb lub – w najgorszym wypadku – wezwać do takiego policję. A co zrobisz z pozornie miłym, a w rzeczywistości wyjątkowo podłym skurczybykiem, który upieprza komuś życie?

Naturalnie tego typu rozważania nie odnoszą się do naszej sąsiadki, którą na dzień dzisiejszy zaliczam do grona osób niefajnych, ale niekoniecznie wrednych. Jeśli jednak nic się nie zmieni, to chyba trzeba będzie pójść w jej ślady. Tylko że wówczas wszyscy pozostali mieszkańcy klatki schodowej również powinni się podłączyć do wylotu wentylacyjnego, olewając tym samym prawo budowlane. Nie, żebym była legalistką, ale czy takie postępowanie jest słuszne?

27.12.2014

Głupie, nieszczęśliwe, toksyczne...


Co to znaczy „szanować się”? Czy można samego/samą siebie nie szanować? Jedyna możliwość, jaka przychodzi mi do głowy, to łamanie własnych zasad. I tylko własnych.

A jednak czasami pozwalam sobie napisać coś w stylu: „Jest to przykład kompletnego braku szacunku do siebie” lub „Takie kobiety w ogóle się nie szanują”. Słowa te padają spod moich palców (rzadziej z ust), gdy rozmowa schodzi na wiecznie poświęcające się dla innych cierpiętnice.

Przyznaję bez bicia: gardzę kobietami, które zadręczają się, wypruwają z siebie żyły, zaniedbują swoje potrzeby i marzenia – chociaż nie muszą! Nie chodzi tutaj bowiem o pielęgnującą chore dziecko matkę czy niewiastę zaharowującą się z jakiegoś innego ważkiego powodu. Mam na myśli długotrwały, wyniszczający, a przy tym zgoła niepotrzebny wysiłek; całkowicie zbędne kajdany, jakie nakłada na siebie kobieta, chcąca – często na siłę – dogodzić swoim bliskim (a bywa, że i obcym ludziom). I możecie mi wierzyć, że nie znajduje w tym prawie żadnej przyjemności. Po prostu ma we krwi chorobliwą służalczość wobec innych, nawet jeśli ci inni owej służalczości sobie nie życzą.

Skąd się to w niektórych z nas bierze? Pewnie po części z wychowania, po części z nasiąknięcia jakimiś kretyńskimi ideologiami, a po części w wyniku dorastania w takiej, a nie innej kulturze. Kobieta ma robić to a to, ma być taka a taka, a w zamian otrzyma (oczywiście nie od razu, tylko na starość) wdzięczność i szacunek.

Cóż, może i tak. Niektóre kobiety faktycznie zostają za swoje „męczeństwo” docenione. Jednak wiele z nich doznaje srogiego zawodu. Jeśli bowiem czyjaś wieczna pomoc, poświęcanie się i dogadzanie są przesycone jęczeniem, jak to bidulce ciężko, jaka to ona biedna i niespełniona, jeśli są okraszone łapczywym wyczekiwaniem na pochwałę ze strony męża, dzieci, dalszej rodziny, sąsiadów czy wręcz całego społeczeństwa – to czy można je uznać za wartościowe? Śmiem twierdzić, że tak naprawdę owe durne męczennice nie umilają innych życia, tylko je uprzykrzają.

Jeśli ktoś teraz zacznie mi gaworzyć o szczęśliwych, cieszących się życiem paniach domu, które spełniają się jako żony i matki, to uznam, że umiejętność czytania ze zrozumieniem jest mu obca. Dla kumatych inaczej powtarzam: nie mam na myśli tych kobiet, które są zadowolone z życia!

25.12.2014

Światło zwycięża mrok


Szanowni Czytelnicy!

Niezależnie od tego, czy łączą nas więzy wirtualnej sympatii czy przeciwnie, życzę Wam wszystkim:
  • zadowolenia z życia, samych pozytywnych emocji, chęci do brania się z losem za bary
  • prawdziwych przyjaciół i udanej rodziny
  • pomyślności, sukcesów zawodowych, pieniędzy, możliwości spełnienia marzeń
  • zdrowia fizycznego, krzepy, witalności
  • zdrowia psychicznego, siły i pogody ducha
  • dobrego humoru, dystansu do świata, zdolności odróżniania rzeczy naprawdę ważnych od tych... mniej ważnych
  • pokory wobec rzeczywistości oraz braku pokory wobec ludzi
  • no i przede wszystkim – osiągnięcia eudajmonii! :)

Sobie też zresztą tego wszystkiego życzę. :)

Nie życzę Wam natomiast urody, inteligencji ani dobrego serca, przypuszczam bowiem, że każde z Was zostało już tymi przymiotami obdarowane. ;)

Spędźmy te Święta jak najprzyjemniej, nie obżerając się zbytnio i nie przemęczając bezsensownymi porządkami. To czas ducha, nie ciała. ;)



23.12.2014

Państwo a obywatel


Po przeczytanie tekstu autorstwa Missjonash pt.


stwierdziłam, że moje dawne poglądy były jednak słuszne: państwo nie powinno ingerować w tak intymne sprawy jak czyjeś zaślubiny.

Owszem, dziedziczenie po mężu/żonie powinno się odbywać z automatu, podobnie jak po rodzicu (chyba, że denat sporządził testament), nie mówiąc już o likwidacji skurwysyństwa, jakim jest podatek spadkowy. Ale to wszystko. Ewentualne ulgi podatkowe powinny wynikać z racji posiadania dzieci, a nie noszenia obrączki. Co zaś się tyczy równie ewentualnej adopcji dzieci, to myślę, że wystarczyłby zapis o bezwzględnym pierwszeństwie par hetero. Nie napiszę o wyłączności, gdyż placówki opiekuńcze jawią mi się jako ostatnia deska ratunku, kiedy absolutnie wszystkie inne opcje zostały wyczerpane.

06.12.2014

Sprawy alkowiane


winny być nimbem tajemnicy owiane. Nie rozpowiadamy po karczmach o naszych przygodach, nie chwalimy się przed gawiedzią licznymi podbojami, nie zdradzamy upodobań byłych czy obecnych kochanków/kochanek. Słowo klucz to DYSKRECJA.

Szkopuł w tym, że to słowo jest w zależności od naszej mentalności bardzo rozmaicie pojmowane.

Jak już kiedyś pisałam, dla mnie seksualna dyskrecja nie polega na trzymaniu swojego romansu (romansów) w ścisłej tajemnicy, na ukrywaniu się po hotelach czy na wymykaniu się cichaczem z mieszkania kochanka/kochanki; seksualna dyskrecja polega na nie opowiadaniu o swoim życiu seksualnym. Moim zdaniem więcej od osób stanu wolnego wymagać nie można.

Jeśli bowiem dyskrecją jest dla nas nie samo milczenie, a dopiero zaawansowana konspira, to musi być po temu jakiś powód. Jedyne, co mi przychodzi do głowy, to postrzeganie polskiego społeczeństwa jako bandy wścibskich wsioków lubujących się w węszeniu wokół cudzej dupy. Tylko czy taki pogląd jest słuszny? Owszem, tacy ludzie istnieją (gardziłam nimi mając lat kilkanaście, tym bardziej brzydzą mnie oni teraz), wydaje mi się jednak, że ustępują liczebnością swoim mądrzejszym, nie mającym w zwyczaju wtykać nosa w cudzą intymność pobratymcom.

Oczywiście dopuszczam możliwość, że się mylę i że gros polskiej populacji to faktycznie istoty do przesady zainteresowane cudzą alkową. Ale i to będzie można przekuć na jakiś pozytyw. Albowiem w takim przypadku będę mogła z czystym sumieniem twierdzić, że moich rodaków nie sposób szanować, nie mówiąc o solidaryzowaniu się z nimi.

04.12.2014

Sposób na ładne włosy


Miesiąc temu (31.10 lub 01.11.) po raz pierwszy skorzystałam z pewnego „zamiennika” szamponu. Był to strzał w dziesiątkę. Już po pierwszym myciu moje włosy stały się puszyste jak nigdy, a po kilku kolejnych przestały się tak szybko przetłuszczać. Najlepsze specyfiki, jakich wcześniej używałam, nie zapewniły mi tak szybkich i satysfakcjonujących rezultatów.

Co było tą cudowną alternatywą dla szamponu? Otóż – zwykłe jajka. :) Plus odrobina soku z cytryny.




A wszystko zaczęło się od wpisu blogerki Futrzak:
Biznes się kręci, ogromna wiekszość kobiet nie wyobraza sobie zycia bez szamponu i odzywki, wierzy w wyzszosc swiąt bożego narodzenia nad świętami wielkiej nocy tj. jednego szamponu nad drugim i wydaje na nie fortunę, bo tylko ten, bo inne złe etc.
Tymczasem bez szamponu mozna się doskonale obejść. Nie należę do ortodoksyjnych wyznawczyń ruchu „no poo”, ktore zaprzestaja mycia wlosow w ogole. To bylby zbyt wielki hardcore, eksperymentowalam wiec z materialami zastepczymi. Staneło na jajku z odrobina soku cytrynowego. Jedno jajko (w calosci, razem z bialkiem) rozbijamy widelcem z dodatkiem malej lyzeczki soku. Potem wmasowujemy w skórę i wlosy. Splukujemy letnia woda – zbyt gorąca spowodowalaby ścięcie się białka.

Zachęcona wpisem, postanowiłam dać szansę jajom. I nie zawiodłam się. Polecam tę metodę każdemu, kto narzeka, że musi często szorować łepetynę. :)



Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...