23.01.2015

Retusz odmieńca


Nie pamiętam już, co czułam, idąc na to kilka lat temu do kina. Jak znam siebie, to pewnie zżerały mnie wątpliwości, czy reżyser stanie na wysokości zadania i odmaluje losy bohatera na tyle wiernie, by nie sprzeniewierzyć się książce. Moje obawy – jeśli takie właśnie były – potwierdziły się. Cóż bowiem z tego, że ów obraz jest wyjątkowo przyjemny dla oka, skoro w zaledwie minimalnym stopniu oddaje ducha książki?




Czasem porównuję zgryźliwie większość współczesnych produkcji obliczonych na szerszą widownię do pięknej i zadbanej, lecz nieszczególnie bystrej czy uduchowionej dziewczyny; można z taką iść na dancing, do kina lub – w wersji dla libertynów – do łóżka, ale potem należy ją szybko, acz grzecznie pożegnać. Dla tego filmu nie byłabym aż tak surowa. W miarę rzetelne odtworzenie detali epoki, przecudne widoki, prowadzona poprawnie i bez przynudzania akcja, do tego wierność fabule – w sumie nie ma się do czego przyczepić. Ale ten, kto przeczytał dzieło Süskinda, wyczuje, że coś tu jest nie tak.

Tym czymś, a właściwie kimś, jest postać głównego bohatera (czy raczej antybohatera), który został w filmie „oheblowany” z większości swoich odrażających przywar. To posunięcie zabiło rzecz dla niektórych błahą, dla mnie zaś szalenie istotną: klimat. Sprokurowana na potrzeby masowego widza rzewna historyjka o biednym, spragnionym uczucia dzieciaku, dorastającym w poczuciu kompletnego osamotnienia i przez to wpadającym w sidła złych pokus, jest zaledwie cieniem dusznej, a przy tym znakomitej powieści. Grenouille Toma Tykwera łaknie miłości lub przynajmniej akceptacji. Tymczasem w książce jest to istota ukierunkowana na zupełnie inne cele. Upośledzony intelektualnie, ale przede wszystkim moralnie pół-debil, pół-geniusz, cierpiący na absolutną atrofię uczuć i z samej swej natury niezdolny do życia wśród ludzi, napędzany przez jedną, jedyną, ale za to szaloną namiętność: zapachy. Grenouille mógłby żyć tylko dla nich. I jedyną jego tragedią jest to, że on sam, choć obdarzony najdoskonalszym aparatem węchowym pod słońcem, jest – o ironio losu! – pozbawiony własnej woni.

Czy ta przypadłość ma drugie dno? Czy używając tak osobliwego porównania autor chciał przez to powiedzieć, że Grenouille nie ma – w przeciwieństwie do każdego innego człowieka – duszy? Nie wiadomo. Istotnym jest, że Süskind nie stara się uczłowieczyć swojego bohatera, wytłumaczyć go, złagodzić odbiór jego postaci jakimś ludzkim rysem. Grenouille’a nie nawiedzają wyrzuty sumienia, moralne rozterki, wątpliwości, czy postępuje słusznie. Ludzie są dla niego w najlepszym wypadku przydatnymi narzędziami, choć znacznie częściej – śmierdzącym robactwem, które chętnie by zdeptał lub przynajmniej ominął.
Grenouille pod­szedł bliżej i wmieszał się w tłum. Pchał się, parł na­przód, chciał się dostać w największą ciżbę, chciał się ocierać o ludzi, chciał im podetknąć pod nos swój włas­ny zapach. I w największym ścisku rozłożył ręce i roz­kraczył nogi i rozpiął kołnierz pod szyją, aby zapach mógł się, bez przeszkód rozchodzić – i uczuł bezgrani­czną radość, przekonawszy się, że inni niczego, ale to niczego nie zauważyli, że wszyscy ci cisnący się wokół niego mężczyźni, kobiety i dzieci tak łatwo dają się oszu­kać i przyjmują jego zmajstrowany z kociej kupy, sera i octu smrodek za swojski zapach, a jego, Grenouille’a, kukułczy pomiot, akceptują jako człowieka wśród ludzi.
Poczuł, że u jego kolan znajduje się dziecko, mała dziewczynka, która utknęła między dorosłymi. Z nie­szczerą troskliwością podniósł ją i posadził sobie na ra­mieniu, aby dziecko mogło lepiej widzieć. Matka dziew­czynki nie tylko nie zaprotestowała, ale wręcz podzię­kowała mu, a mała krzyczała z radości.
I Grenouille stał tak dobry kwadrans w ludzkiej ciż­bie, przytulając obce dziecko do obłudnej piersi. I kiedy tuż obok sunął orszak weselny, wśród dźwięku dzwo­nów i gromkich wiwatów, pod deszczem sypiących się monet, w Grenouille’u wybuchła inna radość, czarna ra­dość, złe uczucie triumfu, które wprawiło go w drżenie i odurzyło jak nagły przypływ żądzy, i z trudem tylko powstrzymał się, by żółcią i jadem nie wylać tej radości na stojących wokół ludzi i nie wykrzyczeć im z trium­fem w twarz: że się ich nie boi; że nawet ich nie niena­widzi, tylko z głębi serca nimi pogardza, ponieważ są śmierdzącymi idiotami; ponieważ dają mu się okła­mywać i oszukiwać; ponieważ oni są niczym, a on jest wszystkim! I jak na urągowisko mocniej przycisnął dziecko do piersi, zaczerpnął tchu i krzyczał chórem wraz z innymi: „Wiwat panna młoda! Niech żyje panna młoda! Niech żyje młoda para!”

Stworzenie takiej postaci byłoby trudne, ale nie niemożliwe. Czy byłoby jednak – z punktu widzenia reżysera – sensowne? Wszak nie chodziło tutaj o niszowy obraz, lecz o nastawiony na kasowy sukces blockbuster. Czy producenci zaakceptowaliby tak antypatyczną, pozbawioną wszelkich zalet (poza wyśmienitym węchem) postać? Czy widzowie dotrwaliby do końca seansu, gdyby nie mogli chociaż odrobinę współczuć protagoniście?

Cóż jest bowiem zrozumialsze dla przeciętnego pożeracza popcornu: walka o miłość, zrozumienie bliźnich oraz swoje miejsce w świecie czy jakieś dzikie obsesje, dziwaczne manie, groteskowe namiętności? Jest to, rzecz jasna, pytanie retoryczne. ;) Przeciętny widz prędzej sympatyzowałby z Quasimodo, gdyż ten pomimo paskudnego wyglądu miał przynajmniej czysto ludzkie pragnienia. Bohater „Pachnidła” z kolei jest dziwologiem nie tylko zewnętrznie, ale przede wszystkim wewnętrznie. Jego pokraczna aparycja jest niczym wobec podyktowanego chorobliwymi upodobaniami zachowania.
Grenouille wyczuł od razu, że nigdy przedtem nie zapuściła się tu żadna żywa istota. Gdy brał to miejsce w posiadanie, ogarnęło go niemal uczucie świętej zgrozy. Starannie rozesłał na ziemi derkę, jak gdyby zaścielał ołtarz, i położył się. Czuł się niebiań­sko. Spoczywał w łonie najbardziej samotnej góry Fran­cji, pięćdziesiąt metrów pod ziemią, niczym we własnym grobie. Nigdy w życiu jeszcze nie czuł się tak bezpiecz­ny – a już zwłaszcza w brzuchu matki. Cały zewnętrzny świat mogły pochłonąć płomienie, a on nawet by tego nie zauważył. Począł cicho płakać. Nie wiedział, komu ma dziękować za tyle szczęścia.
W okresie, jaki potem nastąpił, Grenouille wynurzał się ze swej kryjówki tylko po to, aby zlizać ze skały parę kropli wody, szybko oddać urynę i kał oraz zapolować na jaszczurki i węże. Nocami łatwo je było chwytać, bo chowały się pod kamienie albo w skalnych szczelinach, gdzie mógł je bez trudu zwęszyć.

O ile mnie pamięć nie zawodzi, ten epizod został albo całkowicie pominięty, albo pokazany szalenie pobieżnie. W powieści kilkuletnia wegetacja we wnętrzu samotnej góry tudzież olfaktoryczne orgie, jakim oddaje się w swoim umyśle protagonista, przyczyniają się do lepszego zrozumienia tej postaci. W filmie te elementy okazały się być najwyraźniej zbędne. Reżyser wyciągnął z książki co smaczniejsze kąski, z których utkał barwną baśń o żyjącym na marginesie społeczeństwa dziwaku. Kropką nad i było osadzenie w głównej roli aktora o w miarę przyzwoitej prezencji. Tym samym można było przemycić także kilka nasyconych erotyzmem momentów, bez których nie może się obyć niemal żadna współczesna produkcja.

Film, podobnie jak powieść, kończy się śmiercią bohatera. Jednak i tym razem reżyser dokonuje już nawet nie nadużycia, a ordynarnego przeinaczenia. Albowiem wbrew temu, co wykłada widzowi nachalny narrator, za decyzją o samobójstwie stała nie rzekoma tęsknota za miłością, lecz srogi zawód, jakim okazała się być stworzona przez amoralnego pokurcza najwspanialsza woń świata.
Widział na zachodzie sylwetę góry, potężną i srebrzystoszarą w świetle księżyca, wdychał zapach wiejącego stamtąd chłodnego wiatru. Ale nie korciło go, by skręcić w tę stronę. Nie tęsknił wcale do życia w jaskini. To doświadczenie należało już do prze­szłości i okazało się nie do przeżycia. Podobnie jak inne doświadczenia, mianowicie doświadczenie życia między ludźmi. Tu i tam można się było udusić. Grenouille w ogóle nie chciał już żyć. Chciał iść do Paryża i umrzeć. Tego właśnie chciał.
Od czasu do czasu sięgał do kieszeni i zaciskał rękę na małym szklanym flakoniku z pachnidłem. Flaszeczka była jeszcze prawie pełna. Na występ w Grasse zużył ledwo kropelkę. Reszta wystarczyłaby na oczarowanie całego świata. Gdyby tylko zechciał, mógłby w Paryżu rzucić na kolana nie dziesięć, ale sto tysięcy; albo prze­spacerować się do Wersalu, gdzie król ucałowałby jego stopy; wysłać uperfumowany liścik do papieża i objawić się jako nowy Mesjasz; w przytomności królów i cesarzy w Notre-Dame nałożyć sobie sakrę nad-cesarza albo i Boga na ziemi – jeżeli Bogu w ogóle potrzebna jest sakra...
Gdyby tylko zechciał, mógł to wszystko zrobić. Po­siadał po temu środki. Dzierżył je w ręku. Miał w swych rękach moc większą niż moc pieniądza, moc strachu czy moc śmierci: niezwyciężoną moc wzbudzania ludzkiej miłości. Ta moc zawodziła tylko w jednym punkcie: nie pozwalała mu poczuć samego siebie. I gdyby nawet za sprawą swego pachnidła objawił się światu jako Bóg ­to jeżeli nie mógł poczuć sam siebie, a przeto nigdy nie wiedział, kim jest, gwizdał na wszystko, gwizdał na świat, na samego siebie, na swoje pachnidło.
Ręka, którą ściskał flakonik, pachniała delikatnie i kiedy podtykał ją sobie pod nos i wciągał powietrze, czuł przypływ melancholii, i na parę sekund zatrzymywał się w marszu, przystawał i wąchał. Nikt nie wie, jak wspaniałe jest naprawdę to pachnidło, myślał. Nikt nie wie, jak świetnie jest z r o b i o n e . Wszyscy ulegają tylko jego działaniu, ba – nie wiedzą nawet, że ulegają mocy i urokowi pachnidła. Ja jeden naprawdę znam całe jego piękno, bo ja sam je zrobiłem. I zarazem mnie jednego nie może to pachnidło oczarować. Dla mnie jednego to pachnidło nie ma żadnego sensu.
A innym razem, już w Burgundii, myślał: kiedy stałem przy murze, w pobliżu ogrodu, gdzie bawiła się dziewczyna o rudych włosach, i jej zapach wionął ku mnie..., czy raczej obietnica jej zapachu, bo jej późniejszy zapach jeszcze wcale nie istniał – może to, co wtedy czułem, podobne było do tego, co czuli ludzie na placu, kiedy poraziłem ich swym pachnidłem...? Ale po chwili odrzucił tę myśl: nie, to nie było to samo. Bo ja wiedziałem, że pożądam zapachu, a nie dziewczyny. A ludzie myśleli, że pożądają m n i e , to zaś, czego naprawdę pożądali, pozostało dla nich tajemnicą.

Czy warto obejrzeć „Pachnidło”? Jak najbardziej. Jest to dzieło oryginalne i nad wyraz malownicze, acz dalekie od wybitności. Jeszcze lepiej jest przeczytać książkę. W tej kolejności.

14 komentarzy:

  1. czytając książkę i oglądając ekranizację /bez względu na kolejność, choć niektórzy zalecają najpierw lekturę/ odruchowo niejako porównujemy jedno do drugiego... tkwi w tym jednak pułapka, bo oglądając film po książce coś tracimy z samego filmu... w przypadku "Pachnidła" chyba ją ominąłem /może ze względu na długi odstęp czasu?/... już na początku filmu zorientowałem się, że to dwie osobne bajki, osobne klimaty...
    co do samego filmu, to końcówka była dla mnie pewnym zgrzytem... cały czas budowana jest postać "szalonego naukowca" opętanego manią dokonania epokowego wynalazku z czysto naukowej pasji... a tu nagle okazuje się, że chodziło mu o prozaiczną władzę?... a może ja to źle interpretuję, bo może Grenouille właśnie na końcu odkrywa zastosowanie swojego dzieła, tkwiące w nim możliwości /a potem przeżywa srogi zawód, że tylko o to chodzi/?... z tą nierozwiązaną zagadką chyba będę musiał pozostać...
    pozdrawiać :)...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Według książki on po prostu chciał mieć własny zapach. Zapach, który byłby tylko jego. Nic innego się nie liczyło.

      W tym wypadku zalecam najpierw obejrzenie filmu, gdyż w porównaniu z lekturą może wydać się ckliwy, natomiast w odwrotnej kolejności owa ckliwość nie będzie aż tak bardzo razić.

      Usuń
    2. po prostu Grenouille z książki i z filmu to dwie różne postacie... myślę, że spory wpływ na różnice w odbiorze ma pominięty /muśnięty jedynie/ okres w samotni... notabene niezbyt łatwy do nakręcenia, obawiam się, że efektem byłaby dłużyzna... ale czytając książkę czytelnik więcej wie o bohaterze, niż w analogicznym chronologicznie momencie filmu, gdzie nadal jest on pewną niewiadomą...

      Usuń
  2. Książka wydaje się mieć sens, ukazuje, że dążenie do absolutu może być ponurą patologią. Natomiast film to przykład relatywizmu moralnego. Morderstwa jako ozdobnik do ckliwej historyjki.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I znowu sobie jaja robisz. :) Fikcja nie służy umoralnianiu bliźniego. ;)

      Usuń
    2. Prześladuje mnie myśl o podobieństwie postaci Grenouille'a do premier Kopacz. Obydwoje dążą do doskonałości. Grenouille w imię egoizmu. Premier Kopacz w imię altruizmu. Obydwoje dochodzą w swoich działaniach do poziomu szaleństwa. Czy koniec kariery obojga będzie równie tragiczny?

      Usuń
    3. Może załapiemy się na polędwicę? ;)

      Usuń
  3. @Kira - witaj, zrzuciłam z siebie zapach szpitala (ble... ) i otoczona już tylko domowymi zapachami dałam nura w blogi. Czuję się trochę jak więzień, któremu udało się wyjść wcześniej za dobre sprawowanie, stąd wybuch mojej subiektywnej radości m.in. z radosnego hasania po necie :) :)
    "Pachnidła" nie oglądałam i pewnie nie obejrzę - pozostanę przy wrażeniach, jakie pozostawiła we mnie ta cudownie mroczna powieść.

    P.S. Kiro - ile razy wrzucisz recenzję, tyle razy ja będę marudziła - co czynię i teraz: marnujesz swój naturalny talent, na talencie zarabia się całkiem przyzwoite pieniądze (może nie tyle, co za publiczne pokazywanie "niechcący" intymnych części ciała ale to zostawmy gwiazdkom znanym z tego, że są znane :). :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. @ Marzena

      W każdej profesjonalnej recenzji znajdują się konkretne informacje o filmie, a czasami także aktorach i reżyserze. Ja dorzucam tylko parę subiektywnych wrażeń. To, co ujdzie w blogu, nie przejdzie w artykule, za który miałabym otrzymać kasę.

      Zresztą, żeby na czymś zarabiać, trzeba to robić REGULARNIE. :)

      Usuń
    2. pieniądz nieregularny /a nawet niechbyi z pojedynczego strzału/ to też pieniądz, a poza tym nie myślisz chyba, że ktoś "na dzień dobry" zamówi u Ciebie cały cykl raz na tydzień przez rok :)...

      Usuń
    3. @ PKanalia

      Chętnie bym żyła z pisania, ale na pewno nie recenzji. :)

      Usuń
    4. @Kira
      Pkanalia mnie ubiegł - pieniądze potrafią zmotywować, poza tym zarabianie na tym, co kocha się robić (or lubi) jest pozbawione stresu związanego z "tą paskudną robotą". Wierz mi - od czterech lat nie wiem, co to stres związany z pracą zawodową, za to wiem, jaka to satysfakcja i radość takie wykorzystanie pasji w celu zarabiania na "przyziemne potrzeby" :)
      Tez byłam taka wątpiąca, sceptyczna - że nie ma szans, bo - układy, znajomości, przepełniony rynek etc. 'Strachy na lachy" :)

      Usuń
    5. @ Marzena

      W porównaniu z profesjonalnymi recenzjami moje są do niczego. Opisuję niemal wyłącznie własne wrażenia. To za mało.

      Poza tym nie chcę tego robić zawodowo. Pisać - tak. Ale nie recenzować. :)

      Usuń
    6. @Kira...
      nie, to nie... siłą nie cisnę... nawet Cię chyba rozumiem...
      ale pogwarzyć można... wydaje mi się, że masz chyba zbyt wysokie mniemanie o takim czymś, jak "recenzja"... to nie musi być zbyt rozbudowana forma... kiedyś pisywałem recenzje z płyt i koncertów /nic specjalnego, groszowa w sumie sprawa i niedużo tego było, bo płatnik uległ fuzji/... to były miniaturki na 1/4 szpalty, zwięzłe, lapidarne wręcz... usłyszałem: "masz bajerę, umiesz o tym gadać, to może napisz"... głównie chodziło o opisanie właśnie swoich wrażeń, do tego trzeba było być osłuchanym w gatunku, by rozpoznać i ew. porównać style, granie, do smaku czasem dorzucić jakąś przypadkiem zasłyszaną, wyczytaną ciekawostkę i produkt gotowy... powiedzmy sobie szczerze, większość czytelników to barany, pojęcia nie mają zielonego, o czym czytają i każdy shit łykną... cyniczne?... może cyniczne, ale prawdziwe i do tego praktyczne... miałem kiedyś kumpla malarza... swoje dzieła sztuki rozdawał przyjaciołom, a kasę zarabiał na knotach, na masówce, którą turyści łykali jak lemingi kit wciskany przez Rydzyka...

      Usuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...