15.01.2015

Takie tam refleksyjki...


Z coraz większym trudem przychodzi mi czytanie książek. Odzwyczaiłam się od cierpliwego wgryzania się w treść, od mozolnego brnięcia – wyraz po wyrazie, strona po stronie – w opowiadaną historię, która nierzadko okazuje się być niewarta poświęconego jej czasu. Książki, które pięć, dziesięć, piętnaście lat temu czytałam z wypiekami na twarzy, wydają mi się obecnie nudne i nijakie. Owszem, niektóre wspominam z ogromną przyjemnością, ale czy dałabym radę przeczytać je raz jeszcze? Coś we mnie wygasło. Nie odczuwam już potrzeby nabywać stosów nowych lektur, ani tym bardziej chwytać za pierwsze lepsze czytadło.

A przecież czytanie było moją największą pasją! Czytałam często byle co, byle tylko mieć przed oczami druk. I tu właśnie – jak sądzę – tkwi sedno problemu. Moje zainteresowanie literaturą nie wynikało z samej chęci raczenia się fabułą. Ja po prostu kochałam SŁOWO. To miłość do niego sprawiała, że obcowanie z książkami, a zatem i PISMEM, było dla mnie rozkoszą. Im zgrabniej autor operował SŁOWEM, tym ciekawszą i wartościowszą była dana pozycja.




Niestety, to już przeszłość. Aktualnie preferuję krótkie, odnoszące się do interesujących mnie spraw teksty, najlepiej zamieszczone w Internecie. Co gorsza, łapię się na tym, że zamiast przeczytać dany artykuł powoli i dokładnie, skanuję go wzrokiem, wyławiając co istotniejsze fragmenty. Trudno mi powiedzieć, na ile jest to wynikiem czystego lenistwa, a na ile odzwyczajenia się od smakowania SŁOWA. Przypuszczam, że raczej to drugie.




Czy można jednak porzucić beletrystykę całkowicie? Nie, to wykluczone! Dlatego:

Po pierwsze – w ramach unikania rozczarowań, wybieram raczej zbiory opowiadań niż powieści. Dobra puenta może osłodzić nudną treść, wolę zatem dojść do niej w miarę szybko.

Po drugie  pokochałam audiobooki. To znakomita opcja dla leniwych i niecierpliwych. Od czasu do czasu nakładam słuchawki na uszy i pozwalam, by czyjś głos kierował moją wyobraźnią. Minusem jest to, że zasłyszana historia zostaje w mojej głowie w 90 % pod postacią obrazów, podczas gdy poszczególne słowa, zwroty i zdania szybko się w mojej pamięci zacierają. Niemniej dobre i to...

Na Youtube znalazłam zaledwie kilka z kilkuset lektur, które mam na komputerze. Między innymi:














Niektóre z tych pozycji przesłuchałam w całości, inne częściowo, do jeszcze innych dopiero się „przymierzam”. Jeśli wierzyć recenzjom, każdej z nich warto dać szansę.

Tym z Was, którzy chcieliby zacząć przygodę z audiobookami, polecam całkowicie legalną stronę, na której znajdziecie twórczość Czechowa, Poego, Balzaca, Grabińskiego, Hoffmanna i paru innych zacnych autorów.

14 komentarzy:

  1. książka jest jak kobieta...
    są książki fascynujące, mimo to "na jeden raz"... są książki do których się chętnie wraca... są książki, których się z łóżka nie wypuszcza czytając zachłannie, a na czas spania ukrywa skrzętnie pod poduszką...
    /w przypadku kobiety potrzebna wtedy duża poduszka, ale to przecież tylko "metafora taka"/...
    kiedyś czytając książkę na ulicy wlazłem pod autobus...
    ...
    ale Tobie chyba nie o to teraz chodzi?...
    też mniej czytam i mniej mnie ciągnie do tego... pierwsza przyczyna jest natury czysto fizjologicznej... po prostu czas płynie, "dziad się powoli sypie" i choć wzrok nadal sokoli, to ręce cosik za krótkie...
    ale to jeszcze nie o to do końca chodzi...
    to chyba raczej chodzi o tempo życia... jak na razie wiadomo, że mamy tylko jedno /choć istnieją hipotezy, że jest inaczej/ i człowiek chciałby się go nachapać do bólu... a nie tylko książki są na świecie... jest np. muzyka, jest... a zresztą, jest po prostu mnóstwo innych różnych tematów do ogarnięcia... to powoduje, że zaczynamy preferować formy krótkie, pozwalające na szybkie zmiany... w sumie nie wydaje mi się to dobre, bo jednak fajniej jest dać się wchłonąć, tak mocno, głęboko, gruntownie... tak więc opieramy się temu procesowi, lecz sukces jest zwykle połowiczny... różni ludzie różnie sobie z tym radzą, niemniej jednak efekt jest taki, że książek czyta się mniej...
    ...
    audiobooki słabo mi się sprawdzają... choćby nie wiem, jak ciekawe, to monotonny głos lektora szybko mnie usypia... kwestia fizjologii działania mózgu zapewne i tyle...
    pozdrawiać :)...

    OdpowiedzUsuń
  2. @Kira
    W księgarni wpadam w cudowny letarg, z którego budzę się przy kasie, gdzie kasują kilkaset złotych :)

    Gdy byłam dzieckiem uwielbiałam radiowe słuchowiska, obecnie zdarza mi się próbować audiobooków, ale odpuszczam (zaczynam ziewać i zasypiać) - wolę opasłe tomiszcza powieści. Zasypiam z książką, jem śniadanie z książką, żyję z książkami, chociaż znowu zbliża się czas, gdy będę musiała zrobić selekcję i część mojego księgozbioru oddać do biblioteki, mój dom to niemal jedna wielka biblioteka - planuję zrobić trochę przestrzeni, z płaczem serca oddać część zbioru :/

    OdpowiedzUsuń
  3. "Aktualnie preferuję krótkie, odnoszące się do interesujących mnie spraw teksty, najlepiej zamieszczone w Internecie. Co gorsza, łapię się na tym, że zamiast przeczytać dany artykuł powoli i dokładnie, skanuję go wzrokiem, wyławiając co istotniejsze fragmenty. "

    Dokładnie wyraziłaś niepokój, który i mnie dopadł. Może internet zaczyna nas pożerać?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. @Dibi...
      obawiam się, że ten syndrom pojawił się wcześniej, jeszcze przed zaistnieniem internetu... kiedyś miałem sąsiada, sporo młodszy chłopak, często bywał u nas w domu, poznaliśmy krąg jego znajomych, zdarzały się różne kontakty, spotkania... otóż oni mieli system słuchania muzyki i oglądania filmów na video, który dla mnie wtedy był niepojęty... nie słuchali całych utworów, nie oglądali filmów w całości, ale metodą przewijania i zatrzymywania się na co ciekawszych /ich zdaniem/ fragmentach...
      nie przeczę jednak, że sam internet jeszcze bardziej podkręca to zjawisko...

      Usuń
    2. @Peter
      Przypomniały mi się czasy, kiedy u mnie na wsi tylko bogatsi gospodarze mieli video. Niektórzy nawet gościnnie zapraszali:
      - Przyjdźcie do nas na wideło!

      W muzeum w Białymstoku spostrzegłem, że kultowym sprzętem domowym w XIX wieku były samowary. Siedzieć z przyjaciółmi przy samowarze i dyskutować o przeczytanych książkach - to już tylko chyba w muzeum właśnie...

      Usuń
    3. @Dibi...
      kiedyś centrum życia w domu było po prostu ognisko... samowar pełnił potem podobną rolę... później tą rolę przejął telewizor... ale nadal jeszcze rozmawiało się o tym, co się dzieje na ekranie... gdy pojawiło się video zaczęło się to zmieniać, bo niby dalej wszyscy byli razem, ale tak naprawdę każde w swoim świecie, z ekranem jako partnerem...
      "noce video" pamiętam... najpierw danie "główne", za nim ewentualnie następne... potem panie szły do kuchni zrobić kanapki i poplotkować, a panowie zapuszczali pornola... gdy panie wracały, zaczynały marudzić i następowała dysputa, czy horror, czy komedia... nawet jak panowie przeforsowali horror, to i tak szedł tylko do połowy, na wierzchu pozostawała komedia... a potem już była tylko jakaś końcówka dla wytrwałych, bo reszta szła do domu, albo przysypiała na miejscu...
      zabawne są te wspominki...
      ...
      a wracając do tematu, to kiedy się teraz grupowo rozmawia o książkach?... chyba tylko w telewizji, np. w TVP Kultura... w realu co najwyżej dwie osoby podłapią czasem taką dyskusję...

      Usuń
    4. @Pkanalia
      W ubiegłym roku byłam na spotkaniu książkofilów w Zatoce Sztuki w Sopocie (ok. czterdziestu ludzi znających się tylko z internetu). Przez wiele godzin rozmawialiśmy o książkach :)

      Usuń
    5. @Marzena...
      toć nie napisałem, że wcale :)... ale spójrz, aż takie spotkanie trzeba było zorganizować...
      ...
      mam za to inną wiadomość... odnoszę wrażenie, że więcej ludzi czyta w komunikacji miejskiej... po prostu tablet jest wygodniejszy, poręczniejszy od klasycznej książki...

      Usuń
  4. Pamiętam te długie godziny spędzane w księgarni Universus na Mokotowie, gdy byłem w nastoletnim wieku. Kiedy brakowało na książki, a brakować musiało bo chciałem mieć ich dużo a środki były ograniczone. I łapałem się na tym, że pożądaną wiedzę czerpałem z książek czytanych na stojąco przy półkach w tej księgarni. Świetny to był czas, choć zdarzało się spóźnić na obiad "przeginając" z tym czytelnictwem. Ale już wtedy kształtowało się we mnie, że książka musi mieć wymiar praktyczny, poradnikowy.
    Teraz rzeczywiście internet przejął rolę tamtej "czytelni". Wiedzę przyjmujemy skondensowaną, wyselekcjonowaną. Mniej czasu na zastanowienie, dyskusje czy rozważania.
    Czyżby kolejny znak naszych czasów?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Internet nie jest zły, pod warunkiem, że zdajemy sobie sprawę, iż wchłaniamy tylko cząstkę wiedzy. ;)

      Czasy mamy zaiste niesprzyjające czynnościom wymagającym dłuższego skupienia się na nich. Oczywiście mam na myśli czynności nie wynikające z pracy zawodowej.

      Usuń
  5. Przepraszam za mało wyszukane porównanie, ale książka i audiobook to mniej więcej tak samo, jak upojna noc z ukochaną vs dzwonienie na 0-700...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kiedyś po prostu SŁUCHANO opowieści... :)

      Usuń
    2. Słuchanie opowieści to nie czytanie powieści :) W słuchanie powieści nie wchodzę.

      Usuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...