02.02.2015

Kalectwo to nie grzech. Grzechem jest poddanie mu się bez walki.


Zgadzam się z powszechnie przyjętą zasadą, że nie należy szydzić z cudzego kalectwa. Ludziom chorym, okaleczonym czy obarczonym utrudniającą normalne życie przypadłością należy się współczucie, a nie dodatkowa porcja cierpienia pod postacią przykrych słów. Nawet jeśli ktoś wpędził się w kłopoty na własne życzenie, to wypadałoby okazać odrobinę zrozumienia (aczkolwiek to już zależy od naszej dobrej woli) i darować sobie złośliwe przytyki.

Czy jednak powyższa zasada dotyczy każdej chorej osoby? Tutaj już muszę postawić weto. Wszystko bowiem zależy od rodzaju schorzenia oraz sposobu, w jaki próbuje radzić sobie z nim chory. Inaczej potraktuję człowieka z psychozą depresyjno-maniakalną, który pomimo regularnego zażywania leków nie jest w stanie okiełznać swojej choroby, a inaczej wulgarnego, poddającego się napadom szału świra, któremu jednak własny fioł nie przeszkadza i w związku z tym nie zamierza łykać pigułek. Tego pierwszego mogę omijać, unikać jej, etc, nie ma jednak mowy o pogardzie; ten drugi zasługuje w najlepszym razie na chłodną tolerancję, a i to do momentu, w którym nadarzy się okazja, żeby go w końcu poskromić.

Tutaj dochodzimy do sedna problemu. Otóż uważam, że jeśli czyjaś choroba notorycznie uprzykrza życie innym ludziom, a zarazem jej nosiciel mógłby się leczyć lub przynajmniej częściowo zapanować nad skutkami swojego stanu, to nie ma dlań żadnego usprawiedliwienia, jeśli tego nie robi. Każdy chory, który poprzez swoją anomalię oddziałuje negatywnie na resztę świata, ma psi obowiązek podjąć jakąś terapię. Oczywiście owa terapia może nie zadziałać, może nawet przynieść odwrotny efekt od zamierzonego, niemniej chodzi o to, żeby coś ze swoim kalectwem robić! Bierność jest czymś znacznie gorszym od choćby i tysiąca porażek.

Co jednak, jeśli chory uważa, że jest zdrowy? Lub jeśli jest mu ze swoją chorobą dobrze i nie zamierza się zmieniać? Wówczas wszelkie teksty o „biednym, poszkodowanym przez los człowieku”, jakimi raczą bliscy chorego osoby postronne, będą traktowane jako oznaka niebotycznej, wręcz szkodliwej głupoty. Jeżeli zamęczający rodzinę i sąsiadów alkoholik nie zamierza się leczyć; jeżeli zwichrowana psychicznie, agresywna osoba nie zamierza brać leków uspokajających; jeżeli wymagający opieki, a przy tym rokujący na wyzdrowienie kaleka nie zamierza się poddać rehabilitacji – to ludzka litość i cierpliwość szybko się wyczerpią. Nikt nie ma prawa wykorzystywać swojej choroby, traumy czy cierpienia, żeby bezkarnie krzywdzić czy wykorzystywać innych ludzi. Nikt też nie ma obowiązku współczuć niebezpiecznemu wariatowi, rozwydrzonemu ćpunowi czy roszczeniowemu inwalidzie, który zamiast skorzystać z dostępnej w dzisiejszych czasach pomocy, woli pozostać przy swojej ułomności.

22 komentarze:

  1. Choroby psychiczne to z reguły nieadekwatna ocena sytuacji. Trudno więc wymagać od kogoś, kto jest głęboko przekonany z tego powodu, że jest zdrowy i ma rację, by podjął leczenie. To nie jest tak, że on woli pozostać przy swej ułomności, on uważa, że tej ułomności nie ma :(

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kiedyś natknęłam się na tekst o pewnym psychiatrze, który sam miał poważne problemy ze sobą (co przerzucało się na jego relacje z rodziną), lecz nie widział w tym żadnego problemu. W owym tekście padło wówczas ciekawe zdanie, którego już dokładnie nie pamiętam, a które mówiło, że problemem dzisiejszego społeczeństwa są nie tyle choroby psychiczne, ile wyjątkowo licznie występujące z a b u r z e n i a . Coś w tym jest...

      http://pl.wikipedia.org/wiki/Zaburzenia_psychiczne

      Usuń
    2. istnieje takie pojęcie, jak "wgląd" w swoją chorobę... obiegowy pogląd mówi, że "wariat nie wie, co robi"... w rzeczywistości sprawa jest bardziej skomplikowana i mnóstwo "czubków" nieraz doskonale wie, co robi...

      Usuń
  2. Choroba psychiczna to nieraz konflikt wolności i podmiotowści jednostki i społeczeństwa zmuszonego się przed nią bronić. Niestety nie stać nas subtelne formy terapii. Pacjenci otępiali od leków chodzą w kółko po korytarzu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dibeliusie, piszesz o sytuacji, kiedy osoba chora została już ubezwłasnowolniona. Post jest o ludziach, którzy mają WYBÓR.

      Usuń
    2. Jak zauważył przedmówca, bywają sytuacje, kiedy osoba z zaburzeniami psychicznymi nie przyjmuje tego faktu do świadomości, właśnie wskutek natury tych zaburzeń. Pozostaje tolerowanie lub ubezwłasnowolnienie. Ale niewątpliwie istnieje grupa, która ma wybór - i tu zgodziłbym się, żeby się nad takimi nie litować.

      Usuń
    3. jeśli mowa o ubezwłasnowolnieniu /w sensie prawnym/ to często jest to strzał w stopę... miewałem kiedyś takie przypadki w praktyce zawodowej... przychodzi rodzic uzależnionego /też choroba psychiczna, z grupy tzw. "małej psychiatrii"/ dziecka (ale pełnoletniego) i żąda przymusowego leczenia argumentując to faktem ubezwłasnowolnienia... niestety japa mu opada, gdy się dowiaduje, że to wcale nie implikuje tego przymusowego leczenia, co więcej, na rodzica spada odpowiedzialność za szkody popełnione przez (pełnoletnie) dziecko... po prostu głupi rodzic nie pomyślał zawczasu i "nie dopytał"... a procedurę ubezwłasnowolnienia w tym kraju odkręcić jest nader trudno...
      ...
      z racji osobistych /wolnościowych/ poglądów jestem wrogiem przymusowego leczenia, wg. zasady "karać za konkretne rozrabianie, nie za chorobę" /poza tym tym takie przymusowe leczenie zwykle bywa nieskuteczne, czyli kasa podatnika zjeżdża do dzbana/... ale...
      /"wszystko zależy od...", Kira kocham Cię za tą frazę/...
      co jednak, gdy ptyś jest upierdliwy ponad miarę, ale ta upierdliwość nie podpada pod żaden artykuł?... walimy w łeb, wywalamy z domu, albo szukamy rozwiązań zgodnych z prawem... możemy wywalczyć izolację takiego /izolację, nie karę, ale to też jest odbierane jako kara/... i znowu "wszystko zależy od", w tym wypadku od stopnia poczytalności ptysia, który KTOŚ musi oszacować... zaś prawo jest dziurawe i nie wszystkie przypadki uwzględnia...
      ...
      no dobrze, ale skupmy się na grupie mających wybór... istotnie, jest taka opcja, że karany za konkretny wybryk dostaje do wyboru: "siedzenie lub leczenie"... teoretycznie jestem "za", tylko pytanie, czy jest z czego leczyć takiego ptysia?... tu bardziej bym się skłaniał do wariantu "terapia jako jeden z wariantów spędzenia czasu podczas odsiadki"...
      ...
      na koniec /kompletnie już nie na temat, raczej jako anegdota/ deko nonsensu z polskiej praktyki prawnej... gość został przypalony z maryśką w kieszeni /to nie powinno być przestępstwem, ale realia są takie, jakie są/... dostaje alternatywę: "odsiadka lub leczenie"... pytanie podstawowe z czego ma być to leczenie?... czy to ma oznaczać, że jak mam puszkę piwa w kieszeni to już jestem alkoholikiem?... ale ptyś wybiera leczenie, bo kryminału się boi... tak swoją drogą, kompletna głupota, bo w kryminale silna osobowość przetrwa i się wzmocni, a leczenie zdrowej osoby /nawet bardzo subtelnymi metodami/ tylko jej z mózgu budyń zrobi... zaś potem w statystykach wyłazi fikcja rzekomych uzależnionych, co w przypadku maryśki istotnie się czasem zdarza jako ewenement...
      czyli bzdurne prawo rodzi bzdurne skutki...

      Usuń
    4. "[...] w kryminale silna osobowość przetrwa i się wzmocni [...]"

      Dość kontrowersyjna teza.

      Usuń
    5. @Pkanalia - a jak nie ma silnej osobowości to? Zostanie "Zośką"!

      Patrząc na realia naszego kraju, ludzi łatwiej znaleźć pracę po odsiadce w psychiatryku, niż w kryminale. Depresje są dzisiaj nawet modne :)

      Usuń
    6. @Marzena
      Liczba osób zamkniętych w zakładach karnych spadła o kilka tysięcy odkąd z więzień wypuszczono pijanych rowerzystów. Procentowo liczba osadzonych jest w Polsce znacznie wyższa niż w znakomitej większości państw UE.
      Być może jednak łatwiej trafić do kryminału, niż do psychiatryka.
      Anty

      Usuń
    7. U.cięło mi tekst. I z tego prozaicznego powodu może łatwiej o pracę tam, gdzie dopływ chętnych jest niewielki...
      Anty

      Usuń
    8. @Kira...
      siedzieć trza umić, niemniej jednak sito jest ostre /zaś niebagatelną rolę odgrywa sam czas odsiadki, a także fakt, że kryminał kryminałowi nierówny/...
      natomiast teza jest istotnie kontrowersyjna jeszcze w tym sensie, że trzeba by ustalić, co to znaczy "wzmocni"...
      ale generalnie jeśli chodzi o siłę "mielenia mózgu" to psychiatryk /mowa o oddziale zamkniętym (nie licząc detoksów, bo to jeszcze oddzielna bajka)/ bardziej "rypie czosnek", niż kryminał /armia z poboru już nie istnieje, więc możemy to pominąć/...

      @Marzena...
      to trochę mit z tymi "Zośkami", nawet za peerelu trzeba było się mocno postarać, by taką zostać...
      ...
      akurat na samą depresję trafia się do oddziału typu sanatorium, niż do "rasowego" psychiatryka... powtórzę analogicznie, jak Kirze: psychiatryk psychiatrykowi nierówny...

      @Anty...
      generalnie, to ci rowerzyści trafiali na śledczaki, potem trzy miesiące do sprawy i po sprawie szli do domu, bo już mieli odsiedziane... te kilka tysięcy to właśnie ci, co wyszli z AŚ /a nie z ZK/, bo sądy nieprzytomnie waliły im "sanki", jak leci... ta tendencja ostatnio złagodniała, sądy przypomniały sobie o czymś takim, jak "dozór policyjny", a od jakiegoś czasu doszedł elektroniczny... tak naprawdę zaś powodem złagodzenia polityki są koszta utrzymania osadzonego, ale to już inna historia..

      Usuń
    9. A nie jest czasem tak, że w przypadku jazdy po pijanemu na rowerze zmieniono kategorię czynu na wykroczenie?
      Może sądy poszły po rozum do głowy, ale liczba osadzonych wciąż przekracza tę w mających dwukrotnie większą populację Niemczech. Ciekawe ile osób obecnie siedzi za "straszliwe" przestępstwo posiadania marihuany?
      Anty

      Usuń
    10. @Anty...
      tak, tak... zmieniono kategorię /ale nie mam pewności, czy w każdym przypadku roweru, czy tylko podnieśli promil od którego zaczyna się "przestępstwo"/... mnie tu chodziło o wyjaśnienie, że ci wypuszczeni odsiadkowicze to nie byli "karni" /po wyrokach/, tylko "tymczasowi" /AŚ do sprawy/... po prostu dla człowieka nie zorientowanego /nie tylko zresztą, bo większość dziennikarzy też ma niewielkie pojęcie/ "siedzi" to "siedzi"... tymczasem jest istotna różnica pomiędzy AŚ i ZK... to pierwsze to nie kara, tylko izolacja do czasu sprawy /co paradoksalne, wtedy są największe obostrzenia/...
      ...
      teoretycznie "prawo nie działa wstecz"... ale okazuje się, że gdy podczas śledztwa zmienia się prawo, to podejrzanemu zmienia się zarzuty wg. nowej kwalifikacji...
      ...
      nie wiem dokładnie, jak jest teraz z posiadaniem maryśki... ilość "sanek" co prawda się zmniejszyła /co wynika z ogólnej tendencji/, ale prokuratura bynajmniej nie kwapi się do korzystania z możliwości złagodzenia zarzutów w drobnych przypadkach... jest co najwyżej szantaż, by delikwent zakapował "skąd ma"...

      Usuń
  3. tak naprawdę, nie za specjalnie mam tu cokolwiek do powiedzenia, nic do dodania, nic do ujęcia... po prostu znakomicie ujęłaś temat...
    ale pogadajmy, tak dla sportu...
    kluczowe frazy, jakie na tą chwilę wyłowiłem, to:
    "Wszystko bowiem zależy od..."...
    oraz...
    "Nikt też nie ma obowiązku współczuć..."...
    gdy rozważam takie tematy, zawsze mi się kojarzy Zelda... upiorna stara ciotka, poboczna bohaterka jednej z powieści S.Kinga... czy upieprza życie bliskim, bo tak chce, czy już siebie nie kontroluje i jest to wynik choroby /akurat "zajebiste" wytłumaczenie/?... dobić to ścierwo, czy przytulić, bo jego zachowanie to rozpaczliwe domaganie się tego przytulenia?...
    pozornie domknęłaś pewne pytania, na które nikt jednak nie zna odpowiedzi... bo jakby nie było:
    "Wszystko bowiem zależy od..."...
    pozdrawiać jzns...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przede wszystkim należy bronić przed taką osobą siebie i innych.

      Usuń
    2. A mnie się skojarzył niejaki Elwood P. Dowd z niezapomnianego Harveya. Nieszkodliwy wariat, którego bliscy chcą na siłę "wyleczyć". Rzecz w tym, że granica między pozytywnie zakręconym a niebezpiecznym szaleńcem a zdrowym, choć upierdliwym człowiekiem jest - zwłaszcza w naszej konformistycznie zaawansowanej cywilizacji - bardzo cienka. Pytanie, kto ma decydować o przymusowym leczeniu?

      Co do "żałowania" osób upośledzonych - zdaje się, że nawet oni sami wolą, by się nad nimi nie litować, bo w wielu sprawach są tak samo, jeśli nie bardziej sprawni od średniej. Ale - z drugiej strony - czy w społeczeństwie, które na sukces patrzy z dezaprobatą, warto być szczęśliwym i radzącym sobie w życiu inwalidą?

      Pozdrawiam, yrk

      Usuń
    3. @ Yrk

      "Rzecz w tym, że granica między pozytywnie zakręconym a niebezpiecznym szaleńcem a zdrowym, choć upierdliwym człowiekiem jest - zwłaszcza w naszej konformistycznie zaawansowanej cywilizacji - bardzo cienka."

      A czy jakakolwiek cywilizacja popiera nonkonformistów? Coś mi się zdaje, że w każdej z nich konformizm uchodzi za cnotę. ;)

      Ale tak naprawdę chodzi o coś innego, a mianowicie - o konieczność ponoszenia KONSEKWENCJI własnych wyborów. Można się nie leczyć z alkoholizmu, można się nie zmieniać, jeśli jest się toksyczną/agresywną/zwichrowaną emocjonalnie osobą, można "być sobą" w każdej sytuacji, proszę bardzo. Ale prędzej czy później ktoś może takiego "outsidera" mocno kopnąć w dupę (najczęściej w przenośni) i kazać mu spieprzać. O wyzywaniu go od takich czy owakich nawet nie warto wspominać; w końcu to oczywiste, że osoba z zaburzeniami, która jednak może decydować o sobie i za siebie, nie zyska takiego samego zrozumienia, jak ktoś autentycznie niezdolny do samodzielnego podejmowania decyzji.


      "Pytanie, kto ma decydować o przymusowym leczeniu?"

      Ten, kto się musi taką osobą opiekować. A jeśli nikt nie musi, to nikt nie powinien. Po świecie chodzi wielu świrów, którzy mają pełne prawo do robienia sobie kuku, gdyż w świetle prawa są zdolni do samodzielnego rozporządzania własnym życiem. Niejeden z nich cholernie uprzykrza innym życie.


      "[...] czy w społeczeństwie, które na sukces patrzy z dezaprobatą, warto być szczęśliwym i radzącym sobie w życiu inwalidą?"

      Poniekąd masz rację. Kiedyś się dziwiłam, dlaczego moi rodzice nie chcą się chwalić swoimi sukcesami przed kolegami z pracy (zwłaszcza mama). Teraz już rozumiem. Potęga zawiści... :(

      Usuń
    4. witaj Yrk-u...
      wielu handicaped rzeczywiście odrzuca jakąkolwiek pomoc, nie przyjmując wręcz do wiadomości swojej "inności in minus", tak po prostu umysł broni swojego poczucia własnej wartości...
      z kolei wielu przyjmuje postawę roszczeniową i domaga się wręcz nadmiaru przywilejów... w tym drugim przypadku istnieje pewien "nacisk społeczny" na pomaganie takiego, ale każdy z osobna jest zdania, że lepiej takiego po prostu spuścić ze schodów za upierdliwość...

      Usuń
    5. @Yrk
      To ja Ci odpowiem na pytanie "... czy w społeczeństwie, które na sukces patrzy z dezaprobatą, warto być szczęśliwym i radzącym sobie w życiu inwalidą?" bez teorii, podpierając się tylko i wyłącznie własnym doświadczeniem życiowym.
      Warto :)

      Usuń
    6. @Yrk and @Kira
      Znałem z widzenia mieszkającego w mojej dawnej okolicy faceta z patologicznej rodziny, który rozpowiadał na lewo i prawo, że posiada "żółte papiery", więc nic mu nie grozi ze strony policji czy sądów, i śmiał się, że jemu wolno więcej. Owa familia "trudniła się" włamaniami i drobnymi kradzieżami, specjalizując się m. in. w zabieraniu kwiatów i zniczy z cmentarzy.
      Jak wieść niesie, któregoś razu nasz bohater wpadł po ciemku do świeżego grobu i nie mógł się stamtąd wydostać. Na miejsce zdarzenia przyjechali panowie w mundurach, którym upośledzony wiraszka był już dobrze znany. Jak wynikało z relacji samego poszkodowanego, spotkanie skończyło się ostrym "wpierdolem", po którym długo nie mógł usiąść... Cierpliwość i współczucie mają swoje granice;)
      Anty

      Usuń
    7. No, w tym wypadku pewnie nigdy tych uczuć nie było. ;)

      Usuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...