16.04.2015

Mądrość baśni: Jak być powinno


Zbigniew Królicki – „Bajki chińskie”
NATURALNY PORZĄDEK

Żył sobie kiedyś w Państwie Środka w prowincji Syczuan bardzo mądry król. Gdy zbliżały się jego czterdzieste urodziny obserwował niezwykłe poruszenie dworu, przygotowujące­go się do uroczystości, zdał sobie sprawę z ogromnych wydatków i mar­notrawstwa, które temu towarzyszą. Zaproszenia znamienitych rodzin, wszystkich bogato urodzonych i intrygi: kto był, kogo nie było, jakie życzenia złożył i z jaką miną król je przyjmował. Kłótnie, które będą towa­rzyszyć obsadzeniom miejsc przy stole. Kilkudniowy paraliż stolicy, ty­siące tak naprawdę nieżyczliwych gości. Licytowanie się w bezsensownych prezentach, z którymi nie wiadomo potem, co robić, obżarstwo, pijań­stwo, zawiść poddanych, przyglądających się ucztującej arystokracji.
Postanowił, że tym razem będzie inaczej. Wydał dekret, że w tym roku jego urodziny są jego prywatną i osobistą sprawą. Jego i najbliższych. Nie są świętem państwowym i nikt nie musi ich obchodzić. Nie będzie zwracał uwagi na to, kto przybędzie i złoży mu życzenia, a kto nie złoży. Nie życzy sobie żadnych prezentów od nikogo. Żadnych, nawet najmniejszych - ten fragment dekretu był wyraźnie zaakcentowany. Nie zaprasza też nikogo osobiście. Nie będzie żadnych oficjalnych uroczystości państwowych, ża­dnych przyjęć, polowań, ceremonii i obrzędów. W dniu urodzin na dwór może przyjść jednak każdy z poddanych, kto ułoży, wykaligrafuje i przy­niesie jakąś sentencję, przesłanie, życzenia, mądrą dewizę. Taką, która wy­wieszona w sali tronowej pałacu, przyniesie rodzinie królewskiej szacunek, dobrobyt i długie panowanie. Kaligrafie nie muszą, a nawet nie powinny być podpisane. Na dziedzińcu pałacowym i w ogrodach będą wystawione stoły z jadłem i winem, będzie grała muzyka, tak iż każdy, kto zechce i speł­ni warunek, może przybyć i wziąć udział w tym ogólnym balu.
Jak nietrudno się domyślić, dekret został przyjęty przez poddanych bardzo różnie. Dostojnicy dworscy i szlachta byli wręcz oburzeni i poru­szeni. Szukali w dekrecie podstępu i ukrytego „drugiego dna”. Od razu stało się też jasne, że życzenia będą oceniane i poddane selekcji. Zostanie wybrane to, które najbardziej przypadnie królowi do gustu. Powiesi je w sali tronowej, a autora na pewno odszuka i sowicie wynagrodzi lub obsy­pie zaszczytami.
Lud natomiast przyjął dekret ze zdziwieniem, ale i ze zrozumieniem, wychwalając przy tym mądrość króla. Zaraz też po jego ogłoszeniu naj­bardziej poszukiwanym towarem stał się pędzelek, tusz i papier ryżowy, a najbardziej wziętymi profesjami - kaligraf i poeta. Toteż namnożyło się w królestwie wędrownych mędrców, którzy za odpowiednią opłatą wytrzepywali z rękawów stosowne sentencje i niezwykle głębokie myśli.
Ostatnie dni przed urodzinami król spędził w dużej niepewności. Zdawał sobie sprawę, że dekret jest kontrowersyjny, i nie zdziwiły go reak­cje poddanych. Były takie, jak przewidywał. Intrygowało go jednak, czy ktokolwiek przyjdzie na pałacowy dziedziniec, i najważniejsze, był cie­kawy, jakie myśli, przesłania czy po prostu życzenia złożą mu jego pod­dani, gdy nie są do tego przymuszeni. Co napiszą, gdy mogą pozostać anonimowi? Czego mu tak naprawdę życzą?
W dniu urodzin obawy króla prysnęły. Gdy tylko otworzyły się bra­my pałacu, dziedziniec zaczął zapełniać się ludźmi - przybywali bieda­cy, bogacze, uczeni, kupcy, kramarze, wieśniacy, szlachta i wędrowni żeb­racy; wszyscy odświętnie ubrani i każdy ze stosownym zwojem starannych kaligrafii. Przy bramie straż przyjmowała kaligrafie, układała je do wiel­kich koszy i zapraszała do środka. Król był zaskoczony tym, jak wielu lu­dzi gromadzi się na dziedzińcu. Co prawda wielu z tych, którzy dekla­rowali się jako jego przyjaciele, nie zobaczył; natomiast wielu z tych, których uważał za sobie nieżyczliwych i opozycjonistów, przyszło. Król starał się przywitać z każdym. Dziękował za życzenia. Potem usiadł i gdy wszyscy bawili się i ucztowali, zaczął czytać i oglądać kaligrafie.
Teksty były życzliwe, serdeczne, jedne bardzo strojne i ozdobne, in­ne proste i zwyczajne. Zdarzały się proste życzenia wypisane ręką, wi­dać, nieprzywykłą do trzymania pędzelka oraz inne, malowane przez wytrawnych, zawodowych kaligrafów. Były te pisane od serca, i te na za­mówienie. Król odkładał kolejne zwoje i sięgał po następne. Jak do tej pory nie znalazł jednak niczego, nad czym musiałby zatrzymać się przez chwilę, co wzbudzałoby jego zachwyt, głębszą refleksję.
Rozwinął kolejny rulon i nagle twarz mu sposępniała, zastygł w bez­ruchu. Ściągnął brwi i zmarszczył czoło. Otaczający go dworzanie z prze­strachem i przerażeniem zerkali przez ramię, chcąc przeczytać senten­cję, gdy zaś poznawali jej treść, ich twarze też posępniały. Na tanim papierze, wypisane niezbyt wprawną ręką widniały trzy zdania:
Umiera Ojciec.
Umiera Syn.
I Wnuk też umiera.
- Kto to napisał? - krzyknął król, nie kryjąc swojego oburzenia. - Czy będzie miał odwagę przyznać się i stanąć przed moim obliczem? Kogo i czym tak uraziłem, że życzy mnie i mojej rodzinie czegoś tak stra­sznego?
Na dziedzińcu zrobiło się cicho. Wszyscy patrzyli po sobie ze strachem.
- Ja, panie - z tłumu doleciał spokojny głos.
- Kto? - krzyknął jeszcze raz król, usiłując wzrokiem przeszyć ze­branych. Z tłumu powoli wystąpił ubogi mnich. Uśmiechał się serdecznie i patrzył w oczy królowi.
- Ty, dlaczego? - w głosie króla brzmiało zdziwienie i oburzenie.
- Bo uważam, że są to najważniejsze życzenia dla królewskiej rodziny. - Życzenie śmierci?
- Nie. Życzenie zachowania naturalnego porządku rzeczy.
Z wyrazu twarzy króla można było wnioskować, że nie rozumie.
- Jak to?
- Panie, to proste - mówił spokojnie mnich. - Czy masz syna?
- Nie - odparł król i wyraźnie posępniał.
- A chciałbyś mieć? I uczestniczyć z radością w jego narodzinach?
- Oczywiście, głupie pytanie - król się żachnął.
- A chciałbyś uczestniczyć w jego pogrzebie? - pytał wesoło mnich.
- Co ty mówisz? Oczywiście, że nie! - król był oburzony.
- A chciałbyś mieć wnuka, patrzeć, jak baraszkuje radośnie u twoich stóp, rośnie i rozwija się?
- Oczywiście - król się wyraźnie rozmarzył.
- A chciałbyś uczestniczyć w składaniu go do grobu?
- Zamilcz, głupcze, bo każę cię wychłostać! - krzyknął tracący już cierpliwość król. Ale mnich wydawał się niewzruszony i mówił spokoj­nie dalej:
- Panie, w takim razie musisz umrzeć pierwszy, przed swoim synem i wnukiem. Bo to, że w ogóle odejdziesz z tego świata, jest tak pewne jak to, że jutro nastanie nowy dzień. Dobrze by było, aby w twojej ostatniej drodze towarzyszyli ci twój syn i wnuk. A twojemu synowi jego syn i je­go wnuk. Wtedy będziesz odchodził z tego świata spełniony i bez żalu, a twoi najbliżsi będą cię opłakiwać. Z twoim synem i wnukiem powinno być tak samo. Wtedy będzie zachowany w twojej rodzinie naturalny po­rządek rzeczy. A rodzina przetrwa wieki. Czego ci serdecznie życzę.
Król zamyślił się. Widać było, że słowa mnicha wywarły na nim wra­żenie. I jak głosi legenda, już następnego dnia w sali tronowej pojawiła się kaligrafia, która towarzyszyła rodzinie królewskiej przez stulecia.

37 komentarzy:

  1. bo to prodynastyczny mnich był...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No wyszedł Ci komentarz :)

      CO do samej bajki, to niewiele do dodania. Może tylko, że musiał być to zaiste silny władca, że przekonał poddanych i całą biurokrację do nieobchodzenia swoich urodzin.

      Usuń
    2. @Yrk...
      skoro to bajka /jak zaznaczono na początku/, to nie przywiązywałbym do tego zbytniej uwagi...
      ciekawa jest za to kwestia, na ile bajkowy porządek rzeczy jest bajkowy, na ile nie... zwłaszcza, że sama bajka już z definicji nie musi się wcale tego porządku trzymać...
      ale to jest /pan/ pikuś... najciekawiej jest, gdy ktoś porządek ze swojej bajki uważa za "naturalny"... a jak jeszcze próbuje go zaprowadzać, to czasem robi się tak ciekawie, że aż wybitnie nieciekawie...

      Usuń
  2. @ Kira
    Bajka, zwłaszcza jak na pana Królickiego, nawet zgrabna. Choć jak już pisałem, taka ona chińska, jak śledzik z jajeczkiem na twardo, cebulką i ogóreczkiem kiszonym w sosie majonezowym (polecam!) jest "po japońsku".
    Najważniejsze jest przesłanie, aby być w zgodzie z naturalnym porządkiem świata. Każdy myślący chrześcijanin wie, że wypada prosić o pomoc Z Góry, jeśli sama prośba spełnia dwa warunki: prosi się o coś godnego i to coś nie koliduje właśnie z naturalnym porządkiem świata.
    Więcej na priva.
    Pozdrawiam serdecznie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. @ Stary Niedźwiedź

      Zgadzam się z Twoją opinią. Tylko czy każdy z nas ma rozeznanie, co jest godne, a co niegodne?

      Usuń
    2. @ Kira
      Bardzo dobre pytanie. Niestety coraz powszechniej trafiają się istoty człekokształtne z kompletnie zwichrowanym systemem wartości. To nawet nie jest kwestia wiary / niewiary. Choć nie da się ukryć, że w gronie największych łobuzów w Polsce, różne odmiany ateotalibanu są silnie nadreprezentowane.
      Moim zdaniem jest to w dużej mierze efekt tego, że zaharowani rodzice nie mają wystarczająco dużo czasu, by dopilnować edukacji dzieci. Dołóż do tego niszczycielską działalność "merdiów" i mamy to, co mamy. Czyli te wszystkie moralne teorie względności, bazujące jak mówi Milom, na kancie i na niczem.

      Usuń
    3. Rzecz w tym, że jeśli ktoś nie wierzy w Boga, to nie musi wierzyć również z obiektywną moralność.

      Usuń
    4. @ Kira
      Jeśli ktoś akceptuje jakiś system wartości, który powstał "ponad nim" i nie jest łajdactwem pokroju komunizmu, nazizmu czy satanizmu, można to uznać za akceptację jakiegoś wariantu moralności obiektywnej. Bo delikwent nie sili się na idiotyzm typu "mnie wolno wszystko". Gdy ktoś buduje taki system "od zera" i to mu się uda, bo będąc w zgodzie z nim, postepuje jak porządny człowiek, mam do niego szacunek. Bo po prostu jemu było trudniej.
      Gorzej jest, gdy ktoś odrzuci sprawdzone zasady i wyprodukuje jakiś totalny kwas. Niektórzy ograniczają się do drobnych kłamstewek na własny temat. Toksyczna baba którą rzuciło pod wpływem instynktu samozachowawczego kilku facetów, przedstawia się jako szczęśliwa mężatka, portier w biurowcu wielkiej korporacji udaje pracownika jej zarządu, facet rozładowujący komputery z kontenera podaje się za informatyka etc. W końcu to nikomu nie szkodzi.
      Gorzej gdy jacyś ohydni kłamcy notorycznie wmawiają innym, jakoby ci powiedzieli to, czego nigdy nie powiedzieli. Zaś sami z kolei wypierają się swoich kiedyś wypowiedzianych słów, bo takowe przedstawiają ich w prawdziwym czyli beznadziejnym świetle. To już nie mitomani lecz łachudry, którym nie wolno podać ręki.
      A już sprawa wygląda naprawdę poważnie, gdy różne szmaty wspierając brylujących w "merdiach" cwelebrytów pokroju sławetnego Cipowicza, na swoich blogach gardłują, że "ziele" ma być w legalnej sprzedaży, zaś każda "wpadkowiczka" powinna móc skorzystać z "aborcji na żądanie". Oczywiście na koszt podatnika. Z taką swołoczą należy walczyć wszelkimi dostępnymi środkami.

      Usuń
    5. @ Stary Niedźwiedź

      Dla mnie żaden ludzki system wartości nie miał znaczenia. Liczyły się i liczą MOJE zasady. Lub Boga. Odmienne podejście sugerowałoby uległość wobec LUDZI - a to nie w moim stylu.

      Usuń
    6. @ Kira
      Zatem mamy kolejny ciekawy temat: odróżnianie tego co Boskie, od tego co jedynie ludzkie. Wydaje mi się, że warto to omówić w adekwatnym gronie.

      Usuń
  3. Może dlatego, że życie większości ludzi jest raczej prawdziwie twarde, miło przeczytać czasem coś bajecznego. Przesłanie uniwersalne i nawet utrzymane w dalekowschodnim stylu.
    pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bajki mogą nas wiele nauczyć. Także radzenia sobie z trudnościami.

      Usuń
  4. Wprawdzie zlikwidowałam bloga - na zawsze, nie na zawsze ? moja sprawa:)- ale nadal mnie ciągnie:). A poza tym - bywam przekorna :)) .strachliwa - nigdy :).Ergo - każda bajka jak się okazuje ma kilka morałów:) , zależnych od odbioru a nie intencji. A naturalny porządek rzeczy gwarantuje nie tylko przetrwanie rodziny, gwarantuje równowagę każdego człowieka, świadomość spełnienia, wypełnienia swej roli, dystans do problemów , do ludzi - bo mamy to, co najważniejsze. Zaburzenie tej równowagi skutkuje frustracjami, dewiacjami, próbami dostosowania rzeczywistości do swych wyobrażeń zamiast swych wyobrażeń do rzeczywistości.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. nieraz powtarzam, powtórzę raz jeszcze... prowadzenie własnego bloga, a komentowanie, udział w dyskusjach blogowych to dwie oddzielne bajki...
      czy skoro się zamknęło bar, to ma automatycznie oznaczać, by nie zaglądać do innych barów?... akurat mój naturalny porządek rzeczy /ten z mojej bajki/, nie zawiera takiej zasady...

      Usuń
    2. oczywiście, że nie to samo, ale ja wyjaśniałam w swoim "byćmożepożegnalnym" blogu, o co mi chodzi. Bloga prowadzić mi się już po prostu nie chce, no bo nie, bez specjalnych uzasadnień, tak samo jak komuś przechodzi apetyt na jakąś potrawę. Natomiast rozmawiać- owszem ale bez tego paranoidalnego "polowania na czarownice" czy "grillowania " w myśl zasady "kto nie z Mieciem to go zmieciem". Nie znam zbyt wielu blogów, ale w tych , które znam (poza dwoma kompletnie spokojnymi i uroczymi , o czym kiedyś pisałam, nie poruszającymi żadnych trudnych tematów , lecz będącymi żartobliwym opisami codzienności) w mniejszym lub większym stopniu pojawia się agresja i osobiste animozje. Właściwie powinnam napisać "osobiste", bo z reguły strony konfliktu mają jakiś tworzą sobie jakiś przedziwny konglomerat oponenta, stworzony w większej części z własnych potrzeb i wynikających z tego wyobrażeń , w znikomym zaś procencie z rzeczywiście wypowiedzianych słów. Jakaś niepojęta dla mnie potrzeba emocjonalnej "wizualizacji" bytu internetowego. I ten konglomerat zaczyna żyć własnym życiem, stanowiąc pożywkę dla tych, którzy go stworzyli na swoje własne potrzeby . Zresztą akurat ty o tym wiesz doskonale . Jednak walka z tym to walka z wiatrakami, strzyżone, golone i można tylko pozazdrościć ludziom , którzy nie dają się w to wciągnąć. Jeżeli kiedykolwiek czynnie wrócę do blogowania to najmniejszy sygnał, że ktoś wkracza na tereny poza wirtualne będzie dla mnie również sygnałem do natychmiastowego skreślenia go z listy osób do kontaktu. Gospodyni tego bloga znana jest mi wirtualnie ponad dekadę i jednak to spersonalizowało mój stosunek do niej, co jest dla mnie takim trochę "kajdanem" czy kula u nogi, bo ja się do ludzi przywiązuję i tylko dlatego tu jestem jeszcze. Co nie znaczy, że tylko ją darzę sympatią, ale pozostałe sympatie mają mniejszy ciężar gatunkowy :))

      Usuń
    3. @ An-Ka

      Myślę, że sporo się w ciągu ostatniej dekady zmieniłam. :)

      Usuń
    4. Tak być powinno :)) . I ja to widzę

      Usuń
    5. @An-Ka

      Od 2011 funkcjonuję jako wolny strzelec, korzystając z gościny tam, gdzie spodziewam się miłej rozmowy. Ma to swoje plusy, nie trzeba dbać o bloga, zajmować się tym kto kogo nie lubi i zabiegać o popularność. Można skupić się na przyjemnościach rozmowy. Ostatnio jakby tej rozmowy mniej, a więcej oświadczeń, wykładów i kazań, więc czytam to tu, to tam, ale nie widzę sensu angażowania się w takie działania.

      Usuń
  5. Dla mnie kuchnia syczuańska jest zbyt ostra

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. ale zgodna z naturalnym syczuańskim porządkiem rzeczy...

      Usuń
    2. nie sprzeciwiać się temu, co naturalne...

      Usuń
    3. @ Dibelius
      Wiele kuchni z Azji południowej czy wschodniej jest, oczywiście jak na nasze gusta, piekielnie ostra. Wynika to zapewne z potrzeby zapobiegania osiedlaniu się w przewodach pokarmowych nieproszonych sublokatorów. Ale nic nie stoi na przeszkodzie, aby przygotowywać te potrawy, na ogół bardzo smaczne, z "adaptacją do warunków lokalnych". Czyli ilości ostrych przypraw zmniejszać tak z pięć razy.
      Mojemu koledze jego kuzynka przywiozła z hinduskiego bazaru przyprawę w postaci słoika eliptycznych ziarenek, z grubsza wielkości ziela angielskiego, kupioną jako coś "extremly hot". Kupiec ze trzy razy upewniał się, czy wie co robi. Kolega robiąc domowy keczup, dodał takie jedno ziarenko do pięciu kilogramów pomidorów. Produktem była "żyleta", ale jeszcze jadalna dla "biała człowiek". Kolega wyliczył, że część tej przyprawy zapisze w testamencie.

      Usuń
    4. @Stary Niedźwiedź
      Z drugiej strony Hindus, którego kiedyś poznałem - bardzo porządny człowiek z kasty braminów - w czasie pobytu w Polsce nie był w stanie jeść naszych potraw. Twierdził, że są bez smaku. Dlatego wybierał zawsze mieszkanie nie w hotelu, ale apartament z kuchnią, aby mógł sobie gotować. Pewnie też miał taki słoiczek...

      Usuń
    5. @ Dibelius
      To mi przypomina historię legendarną wśród pracowników węgierskiej gastronomii i hotelarstwa.
      W Hotelu Gelert w latach siedemdziesiątych minionego stulecia zatrzymał się podróżujący incognito (raptem z mendel świty) hinduski maharadża. Jego marszałek dworu poinformował szefa kuchni że His Royal Higness uznaje jedynie potrawy pikantne. Informacja została zlekceważona i gościowi podano słynną pikantną zupę z karpia w wersji standard. Została odesłana do kuchni z infiormacją, że jest to mdłe i niejadalne świństwo. Więc szef kuchni się wściekł, wlał do rondelka pół szklanki wody, a gdy zawrzała, kolejno wkładał małe ostre papryczki. Po paru minutach je wyjmował i zastępował nowymi. Przepuścił w ten sposób kilogram papryczek i w efekcie otrzymał pół szklanki roztworu nasyconego tejże czuszki w wodzie. Zaciągnął na tym sos do bażanta i kazał podać gościowi. Sam z ciekawości skosztował kropelkę i stracił czucie w języku. Po pół godzinie kelner poinformował go, że jego wysokość doceniła te wysiłki. I łaskawie przyznała że tego sosu nie sposób uznać za ostry, ale chociaż już nie był mdły.

      Usuń
    6. Każdy, kto miał wątpliwą przyjemność znalezienia się w upalny dzień w tłumie hindusów wie, że te przyprawy, które żrą w nadmiernych ilościach, parują z nich poprzez pot. Smrodek jest wyjątkowo zjadliwy.

      Usuń
    7. @ Tie Fighter
      Masz rację. W porównaniu z tymi hinduskimi wonnościami czosneczek jadący od "nadludzi" to drobiazg.

      Usuń
    8. nie wiem co dyskusja o bajce ma z przyprawami, no ale skoro się rozwinęło w tę stronę to dodam anegdotkę

      kolega z pracy opowiadał mi, ze zwiedzał kiedyś fabrykę piwa
      jedą z ciekawostek, jaką tam usłyszał, było to, że testerzy piwa przy zatrudnianiu byli weryfikowani pod względem zdolności "smakowych" oraz podpisywali klauzulę w umowie, że nigdy nie będą jedli żadnego hinduskiego jedzenia
      bo ponoć tak wyżera kubki smakowe, że potem nie sposób wyczuć żadnych niuansów

      Usuń
    9. @ TF i Ola

      Najwyraźniej nie jest to zdrowa kuchnia. :)

      Usuń
    10. może nie aż tak, jak czytam o cudownych właściwościach kurkumy to jednak cieszę się, że ją jadam :)
      http://www.naturalnews.com/Turmeric/Turmeric-Benefits.html
      http://www.przyprawowy.pl/kurkuma.html

      (a piwa i tak nigdy nie lubiłam)

      Usuń
    11. @Ola...
      kurkuma nie ma nic wspólnego z omawianym "chili" /tak można najkrócej zbiorczo nazwać przyprawy oparte na różnych odmianach rośliny Capsicum/...
      a czy kuchnia z udziałem chili jest zdrowa?... to pytanie nie ma sensu... bo chili ma swoje walory zdrowotne /fizyczne, a także psychiczne/, w gorącym klimacie konserwacyjne i dezynfekcyjne, ale w nadmiarze można sobie nim zrobić kuku /np. zafundować sobie perforację dwunastnicy w skrajnych przypadkach/...

      Usuń
    12. tu była mowa o kuchni hunduskiej, nie tylko o chilli

      Usuń
    13. tak naprawdę, to zaczęło się od syczuańskiej :P :)... ale to już szczegóły, szczegóły...

      Usuń
    14. i właśnie, potwierdzasz stereotyp ;)
      wszyscy myśląc "spicy" mają na myśli chilli!
      jak mój mąż kręci nosem, że polskie jest "not spicy" zawsze muszę wyjaśniać, że owszem, przyprawy są, i to całkiem sporo, tylko chilli nie ma...

      nie wszystko hinduskie/packie jest ostre tak poza tym, to taki mit trochę

      Usuń
    15. @Ola...
      po prostu użyłem jednej z potocznych, obiegowych nazw na całą grupę przypraw z rośliny Capsicum... kiedyś, dawno temu na przykład używano nazwy "pieprz turecki"... ale obecnie używa się słowa "pieprz" /w domyśle "czarny", choć może być też biały lub zielony/ przeważnie na inną przyprawę, z roślin rodzaju Piper...
      ale żeby było śmieszniej, jest też "pieprz Cayenne" /znowu odmiana "chili"/, nie wspomnę już o "pieprzu ziołowym"...
      kwestia niuansów językowych i to wszystko...
      a poszczególne odmiany Capsicum różnią się głównie zawartością kapsaicyny... rzecz jasna są też różnice aromatu, smaku, zależne od odmiany, gdzie hodowane, ale to już oddzielna sprawa...
      ...
      natomiast stereotypem rzeczywiście jest opinia, że "co ze Wschodu, to ostre", tu jak najbardziej masz rację...

      Usuń
  6. Uważaj na choroby weneryczne. Mogą się zdarzyć.

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...