26.05.2015

Bez wazeliny


Kolega kolegi mojego Lubego starał się niedawno o pracę w Asseco. Pomimo pięcioletniego doświadczenia został odrzucony, co zapewne nie było dla niego wielkim zaskoczeniem, gdyż w oczekiwaniu na rozmowę z rekruterem dowiedział się od innego aplikującego informatyka (kompletnego świeżaka, który wcześniej pracował w budowlance), że ten ma już praktycznie fuchę w kieszeni, gdyż jest znajomym (bądź krewnym) któregoś z prezesów firmy.

Powiecie pewnie, że to żadna nowość. Historia stara jak świat: zamiast obcego – lepszy brat. Jak widać nawet w tej branży trzeba mieć plecy. Według Lubego zresztą nie ma się czym martwić, gdyż – cytuję – „Asseco to Biedronka dla informatyków”. Podobno w innych firmach IT pensja szeregowego informatyka wynosi parę tysięcy zł; w Asseco zaczyna się od niecałych dwóch na rękę. Jeśli wiecie coś więcej o płacach w tym zawodzie, to mnie poprawcie. :)

Ale mniejsza o to. Ja tutaj widzę inny problem: po cholerę ta cała komedia z rozmowami kwalifikacyjnymi??? Po co dawać ogłoszenia do prasy o naborze nowych pracowników, po co zawracać ludziom głowę, faszerując ich złudzeniem nadziei na pracę? Niechby od razu zarząd pozatrudniał wszystkich krewnych i znajomych królika – i po kłopocie.

Nic z tego. Zapomnijcie o grze w otwarte karty. Rzesze biednych, naiwnych aplikantów składają podania, idą z walącym sercem na interview, czasami nawet się załapują na miesiąc, dwa, trzy... A potem dostają kopa w tyłek. Powiedzieć, że wracają do punktu wyjścia, to za mało. Z każdym kolejnym kopniakiem ich wiara w siebie maleje, a gorycz i frustracja skutecznie tłamszą radość życia.

Rozwiązaniem może być wyjazd z kraju. Warunek: trzeba mieć „nagraną” robotę. Jechać w ciemno powinni tylko ludzie o żelaznych nerwach i wielkiej zaradności; przydałaby się również siła i wytrzymałość pociągowego wołu. Bo za granicą można się nieźle dorobić, ale równie dobrze można spaść na samo dno.

Innymi słowy  nie jest lekko. I jeszcze długo nie będzie.

40 komentarzy:

  1. Bez trzymanki...
    "po cholerę ta cała komedia z rozmowami kwalifikacyjnymi???"
    A cóż jest wart karbowy bez kija, albo nadzorca plantacji bez bata? Przecież muszą pokazać kto tu rządzi, przy okazji budując swój autorytet na Twoim poczuciu bezwartościowości (no, małej wartości), bezradności i uprzedmiotowieniu. Ruchome szopki buduje się po to, aby figurki się ładnie przesuwały.
    "Niech by od razu zarząd pozatrudniał wszystkich krewnych i znajomych królika – i po kłopocie"
    Ależ wtedy żaden pucybut nie dowiedziałby się, że nigdy nie zostanie milionerem! Czasem mam np. wrażenie, że większości młodych Polaków wydaje się, że wszyscy będą przedsiębiorcami. I rzeczywiście mogą być! Takimi "samozatrudnionymi" z własnymi trójkołowymi wózkami, jak w Bangladeszu.
    "Rzesze biednych, naiwnych aplikantów składają podania, idą z walącym sercem na interview, czasami nawet się załapują na miesiąc, dwa, trzy... A potem dostają kopa w tyłek."
    Przecież o to chodzi w systemie. Duża liczba bezrobotnych gwarantuje niskie płace. Zawsze mogą zmienić jakże wzbogacający staż na inny, albo wybrać karierę przedsiębiorcy (vide Bangladesz).
    "Rozwiązaniem może być wyjazd z kraju."
    No coś Ty? Przecież tutaj masz znacznie większą szansę rozwoju na kolejnych stażach albo na karierę przedsiębiorcy (vide... wiadomo, co).
    Anty

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. @ Anty

      "Przecież muszą pokazać kto tu rządzi, przy okazji budując swój autorytet na Twoim poczuciu bezwartościowości (no, małej wartości), bezradności i uprzedmiotowieniu. Ruchome szopki buduje się po to, aby figurki się ładnie przesuwały."

      Nie wydaje mi się, żeby to właśnie o to chodziło. Przypuszczam, że firma musi po prostu udawać, że przeprowadza prawdziwą rekrutację.


      "Czasem mam np. wrażenie, że większości młodych Polaków wydaje się, że wszyscy będą przedsiębiorcami. I rzeczywiście mogą być! Takimi "samozatrudnionymi" z własnymi trójkołowymi wózkami, jak w Bangladeszu."

      Obawiam się, że wielu z nas, chcąc w miarę godnie przejść przez życie, będzie musiało taką opcję wziąć pod uwagę.

      Usuń
    2. W akapicie 1) zależy od firmy, chociaż wiem o przypadkach, w których rzeczywistego wyboru dokonywano wcześniej, po analizie CV, a rozmowa kwalifikacyjna pozostawała grą pozorów. W rzeczywistości odgrywa znaczenie głównie przy zatrudnianiu handlowców. Wysokiej klasy specjalista powinien się obrazić na samą propozycję udziału w takiej zabawie, a jeszcze bardziej - na żądanie napisania "listu motywacyjnego".
      Akapit 2): wielu ludziom naprawdę wydaje się, że im więcej przedsiębiorców, tym lepiej, bo to "uniezależnia", "wyzwala energię", i temu podobne komunały. Najwięcej jedno- lub kilkuosobowych firm działa w państwach tzw. Trzeciego Świata. Bangladesz oprócz bardzo wysokiej liczby "self-employed" ma także upragnione przez niektórych JOW-y. O take Polske walczymy?
      Anty

      Usuń
    3. Poprawka: miało być "odgrywa rolę" nie "znaczenie"
      Anty

      Usuń
    4. @ Anty

      A co, jeżeli wysokiej klasy specjalista ma sporą konkurencję? Czy nie powinien schować wówczas dumy do kieszeni? ;)

      To, że w Bangladeszu działa sporo takich jednoosobowych firemek, nie oznacza, że sama idea jest zła. Czy ci, którzy pracują w wielkich fabrykach, mają lepiej? Im też się oferuje w tamtym kraju gównianą pensję, a już warunki pracy, bezpieczeństwo, ubezpieczenie - o kant dupy potłuc. Wszystko tak naprawdę opiera się o przepisy. Tam, gdzie można wykorzystywać tanią siłę roboczą, będzie wyzysk - i pracowników megafabryk, i pojedynczych "biznesmenów".

      Usuń
    5. @Kira
      "A co, jeżeli wysokiej klasy specjalista ma sporą konkurencję?"
      Zwykle nie na tyle dużą, by móc go potraktować per noga. Taka osoba może też równie dobrze zdobyć pracę za granicą. Firma nie powinna go lekceważyć, chyba że chce zatrudnić kogokolwiek, byle "z kwalifikacjami".

      "To, że w Bangladeszu działa sporo takich jednoosobowych firemek, nie oznacza, że sama idea jest zła."
      Nie wiem czy się dobrze rozumiemy. Duża liczba samozatrudnionych i małych firemek prawie nigdy nie wynika z pędu do "bycia na swoim", lecz wymusza ją sytuacja (albo właściciel większej firmy, składający propozycję samozatrudnienia - oczywiście nie do odrzucenia. Chyba nie sądzisz, że jakikolwiek szef robi tak, aby lepiej płacić?). W państwach wysokorozwiniętych małych firemek oferujących proste usługi/ samozatrudnionych jest relatywnie niewiele, bo mało kto musi w nich pracować. Tak więc podział na pracujących na etacie i samozatrudnionych jest w dużej mierze sztuczny - podobnie jak w Polsce.
      "Tam, gdzie można wykorzystywać tanią siłę roboczą, będzie wyzysk - i pracowników megafabryk, i pojedynczych "biznesmenów"."
      Zgoda. Wykorzystywać można m. in. właśnie dzięki szeroko rozpowszechnionemu "samozatrudnieniu" i patologicznemu wykorzystywaniu ludzi do pracy na "stażach".
      Anty

      Usuń
    6. Kim w takim razie jest dla Ciebie "prawdziwy specjalista"? Bo dla mnie to osoba, która po prostu się na czymś BARDZO DOBRZE ZNA. Gdybym ja była ekspertem w jakiejś dziedzinie, na pewno nie unosiłabym się honorem i nie uważałabym, że każda placówka, w której mogłabym pracować, ma mnie przyjąć do pracy natychmiast po złożeniu przeze mnie CV. A może uważasz, że prawdziwi specjaliści powinni czekać na oferty od head hunterów? ;) Oj, to byłoby nierozsądne. Ten, kto na coś bezczynnie czeka, zwykle srodze się zawodzi.

      Usuń
    7. "Kim w takim razie jest dla Ciebie "prawdziwy specjalista"? Bo dla mnie to osoba, która po prostu się na czymś BARDZO DOBRZE ZNA."
      Dla mnie też.
      "A może uważasz, że prawdziwi specjaliści powinni czekać na oferty od head hunterów?"
      Uważam że sama konieczność odbywania rozmowy kwalifikacyjnej z chłopaczkiem/dziewczynką z headhuntingu, zwykle nie znającymi się na niczym, będzie dla dobrego specjalisty uwłaczająca.
      To oni powinni zabiegać żeby ktoś taki u nich pracował i oferować mu jak najlepsze warunki.
      Anty

      Usuń
    8. To właśnie robią head hunterzy. :)

      Ale i tak nie pojmuję, co jest uwłaczającego w aktywnym poszukiwaniu pracy. Weźmy popularnych aktorów - oni też "zniżają się" do zabiegania o niektóre role (np. Meryl Streep, która bardzo chciała zagrać w "Wyborze Zofii").

      Usuń
    9. Mówimy nie tyle o aktywnym poszukiwaniu pracy, co o aktywnym przeszukiwaniu (a raczej czochraniu) kandydatów. Poszukiwanemu ekspertowi to raczej firma powinna wytłumaczyć dlaczego należałoby rozwinąć współpracę właśnie z nią, a nie np. z konkurencją. Ale jeśli rynek pracy jest wyłącznie rynkiem pracodawcy (jak w Polsce), dochodzi do ustanawiania kuriozalnych wymogów, np. żądania napisania listu motywacyjnego przez kogoś, kto ma być w danej placówce dyrektorem - rzecz jasna obok całej listy innych życzeń, która zawęża krąg potencjalnych kandydatów do może 5 osób w całym kraju.
      Przyzwyczajając się do karykaturalnie postfeudalnych stosunków panujących w wielu "zakładach pracy" (choć zastanawiam się, czy niekiedy nie należałoby raczej pisać o "obozach") w naszym pięknym państwie można rzeczywiście nie dostrzegać absurdu tworzonej w ten sposób sytuacji.
      Anty

      Usuń
    10. @Kira,

      Nawet najlepszy specjalista z jakiejś dziedziny musi być zweryfikowany przez swojego przyszłego pracodawcę nie tylko pod kątem jego kwalifikacji, ale również jego umiejętności pracy w zespole czy zarządzania zespołem. Albowiem najlepszy nawet specjalista, o ile nie będzie pracował solo, może rozpieprzyć dobrze działający zespół jeśli okaże się "toksycznym" człowiekiem. Z praktyki znam taką historię, w której pewien wybitny specjalista niepotrafiący współpracować z podwładnymi, doprowadził do sytuacji, gdzie cały kilkunastoosobowy zespół złożył wypowiedzenia z pracy, umotywowane brakiem możliwości współpracy z rzeczonym specjalistą. Właściciel firmy, woląc zachować zgrany i sprawdzony zespół ludzi, pozbył się wybitnego specjalisty, który rozwalił mu budowany wiele lat zespół, i poszukał na jego miejsce mniej "toksycznego" fachowca. Same kwalifikacje, to jeszcze nie wszystko.

      Usuń
    11. @Kira
      Head hunter nie będzie miał praktycznej możliwości żeby ocenić powyższe w trakcie rozmowy kwalifikacyjnej. Uda mu się w przypadku kogoś średnio doświadczonego, jednak stary wyjadacz owinie go sobie wokół palca, odgrywając taką rolę, jaka akurat jest oczekiwana.
      Anty

      Usuń
    12. Mowa była głównie o stosowności bądź niestosowności brania specjalisty w krzyżowy ogień pytań oraz wymogu napisania przez niego listu motywacyjnego. Moim zdaniem to zależy właśnie od tego, kto jest górą na rynku pracy. W końcu albo to on zabiega o posadę, albo firma o niego.

      Usuń
    13. Gdyby Ciebie - jako studentkę - egzaminował profesor z uznanym dorobkiem naukowym, olbrzymią wiedzą i kulturą osobistą, chyba nie widziałabyś w tym nic niestosownego? A gdyby to był elokwentny, wytresowany chłystek, mający jednakże nieporównywalnie mniejszą wiedzę niż Ty?
      Anty

      Usuń
    14. @ Anty

      Słyszałam o takich przypadkach. Tylko co można z tym zrobić? Poskarżyć się dziekanowi, że na uczelni pracuje osoba nienadająca się na swoje stanowisko?

      Usuń
    15. @Kira
      Powyższe stanowiło tylko przykład odnoszący się do "stosowności". Chyba nie trzeba tego tłumaczyć dalej. Jak poniekąd zauważyłaś, w przepytywaniu specjalisty przez kogoś, kto wie mniej od niego, czy w zmuszaniu eksperta do pisania listu motywacyjnego nie chodzi o ocenę kompetencji czy możliwości, lecz - trywializując - o pokazanie, kto jest górą, zademonstrowanie swojej władzy. Trafne spostrzeżenie.
      Anty

      Usuń
    16. Cóż, zwykle ten, kto oferuje pracę, jak najbardziej JEST górą. :) Gdyby było inaczej, to nie byłoby mowy o pisaniu listu motywacyjnego, bo do owego hipotetycznego profesora czy eksperta zgłosiłby się head hunter i zaoferował atrakcyjne warunki zatrudnienia. Równie dobrze mógłbyś zatem twierdzić, że dla ludzi na pewnym poziomie wykształcenia i/lub doświadczenia uwłaczającym jest samo aktywne poszukiwanie pracy. ;)

      Usuń
    17. Vide: 01:20.
      Anty

      Usuń
    18. Warunki stawia ten, kto ma przewagę - także na rynku.

      Usuń
    19. Ale ja tego nigdy nie kwestionowałem! W Polsce przewagę ma niemal zawsze przedsiębiorca. Dlatego Bangladesz zbliża się milowymi krokami: http://biznes.onet.pl/wiadomosci/handel/glodowe-stawki-za-prace/qxfggt
      Anty

      Usuń
    20. BTW, widziałaś ostatnio jak wygląda wiele małych miasteczek w naszym kraju? Rozwalona infrastruktura, transport zbiorowy w stanie zaniku (lub zastąpiony przez południowoazjatycki bieda-transport w postaci busików), na ulicach co chwilę bezdomni i żebracy, połowa młodych "na saksach", pofabryczne ruiny wyglądające jakby przed chwilą przeszły naloty bombowe... Zresztą fajne rzeczy można znaleźć nawet w większych, dużo bogatszych miastach. Ten bazar na lubelskim dworcu autobusowym pewnie widziałaś? Ale jazda, zupełnie jak w Wietnamie albo w Indonezji;)
      Anty

      Usuń
    21. Masz na myśli targ na Al. Tysiąclecia dochodzący do ul. Ruskiej? Jak dla mnie - fajna rzecz.

      Usuń
  2. @ Kira
    Nie w każdej branży jest aż tak źle. Nasi absolwenci stosunkowo nieźle sobie radzą na rynku pracy. Z tego co wiem od nich samych, tak ze 3/4 ją znajduje. Wielu jeszcze na studiach załapuje się w jakichś biurach projektów czy jednostkach badawczych. Początkowo jako siła pomocnicza (choćby robienie rysunków "na komputerze"), dają się poznać jako wartościowi i po dyplomie awansują. Wbrew lewackim banialukom, ci zachodnioeuropejscy kapitaliści nie są debilami. I wiedzą, że w Polsce mogą znaleźć dobrego inżyniera za relatywnie niższe pieniądze, niż u siebie. Oczywiście co innego jednostkowe przypadki, a co innego zależności uśrednione.
    Ma się rozumieć, inaczej mają się sprawy z różnymi uniwersyteckimi pierdołami. Absolwent jakiejś socjologii czy gender może marzyć o "wykładaniu chemii" na półki w supermarkecie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się, że Waszym absolwentom udaje się znaleźć pracę w zawodzie. Ale co do reszty, to, szczerze powiedziawszy, nawet owo wykpiwane "wykładanie chemii" nie byłoby najgorsze. :/

      Usuń
    2. @ Kira
      Ten żart o "wykładaniu" ma wiele lat, przynajmniej w przypadku "mojego" liceum.
      Do naszej klasy chodził kolega Waldek A., mistrz Polski juniorów w podnoszeniu ciężarów w jednej z lekkich wag. W jego przypadku od początku ogólniak był nieporozumieniem, więc nawet nie rozpoczął nauki w klasie maturalnej. Lecz mając krzepę, zatrudnił się w firmie układającej parkiety. Pierwsze duże zlecenie firma dostała na warszawskim uniwerku. Więc gdy nauczyciele pytali nas, czy wiemy, co porabia Waldek, zawsze odpowiadaliśmy:
      Wykłada na uniwersytecie!

      Usuń
  3. skoro poza krajem /gdzie ponoć jest "pięknie, wspaniale i wadowickie kremówki"/ działają te same reguły gry, czyli trzeba mieć „nagraną” robotę, to w czym widzisz problem?... tam się tak samo "nagrywa" robotę... tak? :)...
    istota rzeczy i ewentualny problem polega jedynie na tym, że na taką samą kremówkę w jednym punkcie świata trzeba zapieprzać bardziej, w innym mniej... innymi słowy, nie ma jednolitego, centralnego wzorca, jak jeden człowiek może drugiego robić w wała...
    "wszystko zależy od..."... :)...
    puentując...
    wyjeżdżając z kraju w poszukiwaniu innych reguł gry można jedynie znaleźć miejsce innego kursu kremówki... co niewątpliwie jest pewną istotną wartością, ale nie zmienia istoty gówna, w którym człowiek nadal będzie tkwić...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie twierdzę, że za granicą też trzeba mieć "zaplecze", tylko że wyjazd w ciemno jest czymś nader ryzykownym.

      Usuń
    2. @Kira - oglądałam kiedyś reportaż o bezdomnych Polakach w Londynie. Bez pracy, znajomości języka i ze wstydem, że ponieśli klęskę. Sama znam same pozytywne przypadki emigracji - dzięki komunikatorom społecznym wiem, jak ułożyło się tym, którzy po LO czy UMK wybrali emigrację. Wybrali - praca za najniższą oznaczała dla nich marazm i zaryzykowali. Oczywiście - kłania się perfekcyjna znajomość języka angielskiego. Wielu z dawnych koleżanek i kolegów obecnie pracuje w swoich zawodach za granicą (Irlandia, Wielka Brytania i Nowy Jork), musiało minąć lat kilkanaście by do tego doszło, jednak teraz są zadowoleni i nie zamierzają wracać do kraju na stałe.

      Co do meritum - sądzę, iż te rozmowy kwalifikacyjne ogłaszane w lokalnych mediach (mimo posiadania już wybranego kandydata) to jeden z elementów budowania pozytywnego wizerunku firmy. Kwestia listu motywacyjnego jest dla mnie oczywista - to kandydat stara się o posadę :)

      Usuń
    3. Wizerunek buduje się najłatwiej. Czasami jednak jest to pudrowanie śmierdzącego trupa.

      Usuń
  4. wszędzie się nagrywa roboty i prowadzi nieuczciwe rekrutacje
    w Szwecji - wiem na pewno - dodatkową rolę odgrywa obco brzmiace nazwisko... :/ tak tak, w Raju Tolerancji... słyszałam (z drugiej ręki, wiarygodnej) o lekarzu z Iraku, który wysyłał CV do szpitali w Szwecji, za każdym razem dostawał odpowiedź, że nie ma etatów... wysłał w te same miejsca swoje CV z innym nazwiskiem i okazało się, że wszędzie były...
    to chyba nawet gorzej niż przyjmowanie brata szefa, przynajmniej wiadomo że rekrutacja jest faktem...

    Kiedyś czytałam o firmie, która szczyciła się tym, że robili rekrutacje tylko i wyłącznie wśród ludzi polecanych przez obecnych pracowników - że tak się zapewnia zgranie zespołu i wysokie kwalifikacje, bo żaden fachowiec nie poleci miernoty z szacunku dla własnej pozycji zawodowej... oczywiście pod artykułem pojawiło się morze jadu i zarzutów o kolesiostwo
    Ale ja akurat jestem jak najbardziej ZA takim rozwiązaniem w prywatnej firmie i niektórych branżach. IT jak najbardziej, ciężko dobrze sprawdzić programistę czy testera na rozmowie kwalifikacyjnej, a umiejętności "miękkie" są czasem równie ważne jak te techniczne, żeby praca zespołu posuwała się sprawnie

    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie mam nic przeciwko takiemu rozwiązaniu nawet i w państwowych firmach, byleby nie robili obcych ludzi w wała. :)

      Usuń
    2. co do państwowej to się nie zgodzę - jeśli coś jest opłacane z naszych podatków to jednak rekrutacje czy przetargi powinny być rzetelne i jawne (ha ha)
      ale prywatne mogą sobie rekrutować jak chcą, imo, oczywiście uczciwie jest nie robić sobie jaj z poważnych ludzi...

      Usuń
    3. Jeżeli państwowa firma zatrudnia fachowców z polecenia, to działa na swoją korzyść. Nie widzę w tym zatem nic zdrożnego.

      Usuń
    4. W państwowej firmie w ogóle nie powinno być zatrudnień z polecenia. Zawsze bowiem może pojawić się pytanie czy aby na pewno nie można by zatrudnić na drodze powszechnej rekrutacji kogoś lepszego. Co innego w firmie prywatnej. Ta na ogół kieruje się swoim dobrze pojętym interesem, choć i tu zdarzają się przypadki nepotyzmu. Jednak śmiem twierdzić, że ma to miejsce rzadziej niż w przypadku firm państwowych działających na obszarze Tusklandii. Tu wystarczy przywołać choćby przykład konkursu na stanowisko prezesa ZUS-u, który świetnie opisał Jarek Dziubek tu:
      http://jaroslaw-dziubek.blog.onet.pl/2015/04/14/konkurs-o-fotel-szefa-zus-u/
      A to tylko sam wierzchołek góry lodowej.

      Usuń
  5. Takie bezsensowne i niepotrzebne rozmowy kwalifikacyjne i wiele innych czynności wynikają z konieczności przestrzegania procedur korporacyjnych. Współczesne korporacje przypominają pod wieloma względami dawne państwa socjalistyczne.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. @ Dibelius
      Czy aby te często absurdalne przepisy korporacyjne nie są wynikiem różnych "eurodyrektyw" i "euroregulacji", czyli produktów biegunki legislacyjnej paskudzącej nam na głowy eurolewicy? Bo trudno uwierzyć w to, że rada nadzorcza czy zarząd wymyślą jakąś bzdurę, żeby sami sobie napluć do talerza. Dlaczego kilkadziesiąt lat temu takich idiotycznych procedur nie było? Bo w kwestii wewnętrznych zasad działania firmy, politycy mieli gówno do gadania.

      Usuń
    2. @Stary Niedźwiedź
      UE ma swój wpływ, ale wystarczy aby organizacja była wystarczająco duża i miała obszerny zarząd, który nie zawsze ma pomysł na sensowne działanie. Wtedy zaczyna wymyślać i wdrażać głupoty.

      Usuń
    3. @ Dibelius
      Czyli jedna z wersji Prawa Parkinsona?
      Całkowicie zbędne osoby w zarządzie, które usiłują stworzyć wrażenie, że jednak z ich "pracy" jest jakikolwiek pożytek.

      Usuń
  6. @ Ola & Kira
    Wiele firm stosuje "casting wewnętrzny", czyli pod uwagę są brani, przesłuchiwani i sprawdzani kandydaci, mający rekomendację kogoś, kto w firmie już pracuje. Ola podała oczywiste powody, dla których nikt nie zgłosi kandydata kompletnie nie nadającego się na takie stanowisko. Więc nie ma sensu tego powtarzać.
    Co się tyczy firm państwowych, teoretycznie Kira ma rację. I w uczciwym państwie bym się z nią zgodził. Niestety w Tusklandii istnieje "nepotyzm polityczny", sięgający nawet do niskich struktur państwowych, a zwłaszcza samorządowych. Przykładowo, w urzędzie gminnym czy starostwie może być zatrudniony debil, piszący jak, no mniejsza już z tym kto. O ile jest "krewnym-i-znajomym Piechocińskiego", czy jakiejś innej peeselowskiej agentki towarzyskiej.
    Udział w castingu nie jest żadną hańbą. Na przykład córka znajomych, absolwentka bankowości, była odpytywana ze dwie godziny, zanim dostała doskonałą pracę. Po prostu sprawdzono, że zna się na tym, czym potencjalnie miałaby się zajmować. Oraz istotnie angielski zna biegle, a francuski dobrze. Na castingi najbardziej w necie narzekają różne mniej niż zera, którym już dziesiątki razy podziękowano po góra trzech minutach rozmowy.

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...