14.05.2015

Cesarz srebrnego ekranu


Gdzieś tam na zasłużonej emeryturze wypoczywa jeden z najwspanialszych aktorów drugiej połowy dwudziestego wieku. Premiera jego ostatniego filmu miała miejsce dwanaście lat temu. Nie wiem, dlaczego tak relatywnie wcześnie zrezygnował z grania. Być może miał już dosyć pracy na planie. A może po prostu wiedział, kiedy trzeba zejść ze sceny, żeby zostać dobrze zapamiętanym?

A przecież to właśnie wiek średni i starość przyniosły mu największe sukcesy. Nie był jednym z tych wiecznie młodych amantów, którzy mogą udawać, że mają o dwadzieścia lat mniej. Już po czterdziestce wyglądał dość staro, ale w niczym nie ujęło mu to uroku. Wręcz przeciwnie – dopiero jako w pełni dojrzały mężczyzna tchnął prawdziwym magnetyzmem. Był już nie tylko przedmiotem westchnień wielu kobiet, lecz dodatkowo zaczął roztaczać wokół siebie swoisty nimb majestatu. Przed granymi przezeń bohaterami chciało się przyklęknąć na jedno kolano i złożyć im hołd. Zresztą, co tu dużo mówić: drugiego takiego nie było i nigdy nie będzie. Myśl, że już nigdy zapewne nie zagra nawet małej rólki, jest zarazem przykra, jak i kojąca. On wiedział, kiedy należało odejść.

Pewnie myślicie, że go bardzo lubię. Nie, to nie jest sympatia. Raczej podziw, zachwyt, fascynacja. A i to nie do końca. Jest zarazem szalenie pociągający i osobliwie niepokojący. Gdy oglądam któryś z filmów z jego udziałem, odczuwam dziwny skurcz żołądka. Tak jakby w każdej chwili mógł na mnie spojrzeć i odezwać się. A cóż ja bym mu mogła wówczas odpowiedzieć? Chyba tylko: „Mistrzu, prowadź!” :)

Mój Boże, kogo ja tak naprawdę oszukuję? Po cóż te misternie plecione komplementy, te banalne pochwały, ten korowód bałwochwalczych pochlebstw? Przecież to jasne jak słońce, że nigdy nie byłam i nie będę w stanie obiektywnie ocenić jego filmowych dokonań. Mógłby zagrać kawałek drewna, a ja i tak wlepiałabym weń oczy niczym zahipnotyzowany przez węża królik. Sama jego obecność nobilitowałaby najgorszą chałę. Mogłabym zgrzytać zębami, że gra poniżej swoich możliwości, z niesmakiem kręcić głową, wydymać wargi, przewracać oczami, nawet otwarcie krytykować, a mimo to on sam wciąż byłby dla mnie aktorskim ósmym cudem świata.

Prawda jest bowiem taka, że ten człowiek zawsze mi się kojarzył i zawsze, ale to zawsze będzie się kojarzyć z moim ojcem.

Tak, z ojcem. Z moim tatą. Od wczesnego dzieciństwa, kiedy zobaczyłam pierwszy film z jego udziałem (aktora, nie taty ;)), aż po dzień dzisiejszy. Nie chodzi wyłącznie o fizyczne podobieństwo, ale także o swoiste duchowe pokrewieństwo. Widzę w nim mojego ojca, kiedy gra wojskowych i szeryfów, podróżników i wynalazców, królów i mentorów, ale przede wszystkim kiedy gra uczonych. Kiedy zgłębia tajemne księgi, próbuje rozwiązać zagadkę, bada, szuka, docieka – to jest mój tata. :) I choćby tylko z tego powodu nie jestem zdolna do beznamiętnej oceny jego twórczości.

Oto on  absolutnie niepowtarzalny, wyjątkowy i jedyny w swoim rodzaju:


Sir Sean Connery



W sierpniu skończy 85 lat. Piękny wiek. Mam nadzieję, że niczego nie żałuje. Że jest szczęśliwy. I że jest dumny ze swojego dorobku.


Odległy ląd (1981)


Bandyci czasu (1981)


Nieśmiertelny (1986)


Imię róży (1986)


Indiana Jones i ostatnia krucjata (1989)


Rycerz króla Artura (1995)


Twierdza (1996)


Szukając siebie (2000)


Liga Niezwykłych Dżentelmenów (2003)


Mogę tylko powiedzieć: DZIĘKUJĘ.

Dziękuję za te wszystkie filmy. Za pozytywne emocje, których doświadczałam podczas ich oglądania. Za szczery śmiech oraz łzy wzruszenia. Ale przede wszystkim – za ten ścisk w żołądku...



12 komentarzy:

  1. @ Kira
    Też wysoko cenię sir Seana. Ale uważam, że dopiero po czterdziestce osiągnął ten pułap, że to co pokazał na planie filmowym, przestało być rolami (na przykład kilka Bondów) a stało się kreacjami. Najwyżej cenię sobie "Imię róży".
    A jeśli już wspomniałem o agencie 007, kolejne filmy i ich serie dzielę na dwie grupy. Te cudowne kpiarskie z sir Rogerem. I resztę, będącą jedynie rzetelnym rzemiosłem, ale niczym więcej.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Młody Connery nigdy mnie specjalnie nie pociągał. :)

      A widziałeś "Człowieka, który chciał być królem"?

      Usuń
    2. @ Kira
      Filmu o którym piszesz, niestety nie widziałem. Nie jestem wielkim fanem kina, zdecydowanie wyżej cenię teatr, literaturę i muzykę (nie mylić z hałasem zwanym "muzą"!). Oglądam niezbyt często to co polecą mi znajomi, do dobrego smaku których mam zaufanie.
      Dawni najwięksi aktorzy, tego kalibru co Jan Świderski, potrafili zagrać wszystko. "Świder" poradziłby sobie i z Maliniakiem, i ze Stanisławem Aniołem, i ze zdychającym w jakiejś melinie zaćpanym hippisem. Natomiast dzisiejsze "gwiazdy" pokroju Wilczaka czy Chyry, w czasach gdy on grywał, mogłyby najwyżej wnosić halabardę.

      Usuń
  2. dramatyzujesz... nie przeczę, że jest to znakomity aktor charakterystyczny /stereotypowa nobliwość, ojcowska charyzma to rzeczywiście jego specjalność/, ale czy umie zagrać stułbię?... albo jajecznicę /koniecznie na bekonie/?... no dobrze, już nie wydziwiajmy, dla dobrego aktora to tylko wprawki... nie wymagajmy też, by artystycznie robił loda na ekranie, niczym boska Kalina Jędrusik Danielowi Olbrychskiemu w salonce kolejowej, bo się podniesie kwik, że to jakiś "gender"... ale niech chociaż zastąpi Romana Kłosowskiego i ogarnie rolę Maliniaka w "Czterdziestolatku"... jak da radę, to jest aktor "pełną dupą"...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie rozumiem, o co Ci chodzi z tym "dramatyzowaniem". Chyba miałeś na myśli "egzaltowanie się". :)

      Connery to faktycznie aktor BARDZO charakterystyczny, w przeciwieństwie do takiego Deppa czy Penna. Ale i tak cenię go znacznie wyżej. To moja subiektywna ocena.

      Usuń
    2. Penn naprawdę jest dobry, ale Depp jest dla mnie bezbarwny, mdły... bynajmniej nie twierdzę, że kiepski, ale "dupy nie urywa"...
      charakterystyczność Connery'ego nie jest zarzutem... po prostu są typy aktorów, które "tak już mają", że do zagrania pewnych ról nie są zdolne z założenia i nie przeczy to byciu dobrym aktorem... jakby nie było, wspomniany Kłosowski też jest bardzo charakterystyczny... zaś Gołas jako hetman Czarnecki w "Potopie" był kompletnym nieporozumieniem i nie jest to tylko moje zdanie...
      zresztą granica pomiędzy aktorem charakterystycznym i uniwersalnym jako mocno intuicyjna nie jest jasno określona... zaś to, że bardziej cenię tych uniwersalnych świadczy tylko i wyłącznie o tym, że bardziej ich cenię, ale nic to nie ujmuje tym charakterystycznym... nie wspomnę już o ultra charakterystycznych naturszczykach, którzy de facto nie są aktorami, tylko grają samych siebie...
      to, że wymieniamy teraz uwagi na temat naszych subiektywnych ocen jest oczywiste, zwłaszcza że mowa jest o sztuce... o oceny bardziej obiektywne /ale też nie na pewno/ można co najwyżej się pokusić rozmawiając o kwestiach warsztatowych... w tej kwestii Connery wydaje mi się być rzeczywiście bez zarzutu...

      Usuń
  3. Connery nie jest ćpunem, pedałem więc budzi zrozumiałą niechęć środowisk lewicowych, a nasze uznanie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. @ Dibelius
      I stąd zapewne wziął się ten gówniarski pogląd, jakich to "wyżyn kunsztu aktorskiego" nie należy od niego oczekiwać. W końcu to zaledwie aktor z bardzo wysokiej (jeśli nie wręcz najwyższej) półki.

      Usuń
    2. Cóż, pogląd, że Connery nie zagrałby Maliniaka jest z tego samego gatunku co pogląd, że Woody Allen nie zagrałby Conana z Cymerii. Tu przecież nie decyduje warsztat aktorski, ale prozaiczna fizjonomia i ograniczenia fizyczne. Czy potraficie sobie wyobrazić Romana Kłosowskiego w roli bezkompromisowego i budzącego respekt galaktycznego szeryfa w filmie "Odległy Ląd"? Tak samo mało wiarygodnie wypadłby Connery w roli odzianego w kufajkę komunistycznego robola, który główkuje jak tu zajebać z budowy worek cementu. Powinno się porównywać rzeczy porównywalne i nie odwrotnie.

      Usuń
    3. @ Tie Fighter
      Wybitny aktor o "szlachetnej" twarzy może ją na tyle zmienić umiejętną charakteryzacją, że z powodzeniem zagra nawet jakiegoś "wolnościowego" chama. Natomiast wspomnianemu tu Romanowi Kłosowskiemu żadna charakteryzacja by nie pomogła, gdyby na przykład próbował zagrać Hamleta. Sam widok jego maseczki w takiej roli wzbudziłby wesołość.

      Usuń
  4. @Kira
    Był wspaniały w filmie "Imię róży", idealny aktor do granej w nim roli.
    Przyznaję, że bardzo mało obejrzałam w swoim życiu filmów. Na ogół, gdy już siedzę w kinie, czy na kanapie, to tak po pół godzinie zaczynam wracać myślami do czytanej książki :) Pewnie dlatego, że w dzieciństwie w ogóle nie oglądałam telewizji (przykład rodziców, p.w. mamy - tata czasami oglądał sport - i wybór własny), stąd takie uczucie "marnowania czasu", gdy mam dłużej oglądać jakiś film, program.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No cóż, on jest dla mnie wspaniały w każdym filmie. :)

      Usuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...