06.05.2015

Na słodko czy na ostro? Oto jest pytanie...


Przyznaję bez bicia: mam w Wordzie mnóstwo poważniejszych tekstów, ale żadnego z nich nie chce mi się w tak ładną pogodę cyzelować. A bez stosownej obróbki nie wkleję do bloga nawet najkrótszego z nich. ;) Ponieważ jednak pisanie jest dla mnie wartością samą w sobie (można by powiedzieć, że pobudza mój „układ nagrody”), to i zarzucić go choćby na tydzień nie mogę. To coś więcej niż przyjemność. To nieodparta potrzeba. I kiedy zaś owa nieodparta potrzeba zejdzie się z nastrojem kompletnie nieprzystającym do omawiania spraw ważkich i doniosłych, trzeba się zanurzyć w błahostkach, krotochwili, absurdzie, dać się ponieść dziecinnym fantazjom lub skorzystać z jednego z tzw. tematów-samograjów. Najczęściej wybieram wariant trzeci: wałkuję kwestie społeczno-obyczajowe, które jednym podnoszą niepotrzebnie ciśnienie, innych pobudzają do głupich fantazji, a jeszcze innych śmiertelnie nudzą. Oczywiście można by rzec, że omawianie spraw do bólu trywialnych, na które w dodatku większego wpływu nie mamy i zapewne nigdy mieć nie będziemy jest w istocie rzeczy czystym marnowaniem czasu, ale z drugiej strony – czy i tak go nie marnujemy? ;)

A zatem dzisiaj na tapecie – SEKS.

Dla laików krótkie wyjaśnienie, co to za aktywność, żeby później nie dochodziło do nieporozumień:
Seks – rodzaj ciasta z dużą ilością bitej śmietany.

Ludziom wykształconym, oczytanym i wysublimowanym (a przypuszczam, iż między innymi i tacy raczą zachodzić w mojej skromne wirtualne progi) czynność ta może się wydawać nudna, męcząca i zgoła niepotrzebna. Bo i po cóż komu seks, skoro mamy masę innych, znacznie bardziej cywilizowanych rozrywek: telewizja, Internet, kino, ewentualnie książki, jeśli jeszcze ktoś coś czyta. Niemniej przypuszczam (uwaga, to tylko moje podejrzenie! nie wnikam w umysły innych ludzi), że ten ziemski padół wciąż przemierza wielu amatorów dobrych starych przewalanek w pościeli. Ba! Śmiem twierdzić, iż niejeden z nich lubuje się w staroświeckim układzie pan plus pani.




Jaki więc ma być ten seks (jeśli już jest)? Otóż przede wszystkim – udany! W moim słowniku znaczy to: przyjemny, radosny oraz pozbawiony przykrych konsekwencji. Bez pruderii, kompleksów czy – co bardzo istotne! – nastawiania się na tzw. zadaniowość, czyli na doprowadzenie drugiej osoby do spazmów rozkoszy. Dyktaturze orgazmu mówię: NIE!

Każda szanująca się para (pozwólcie, że będziemy się trzymać tradycyjnego modelu związku, jako że w trójkątach, czworokątach oraz tym podobnych „zestawach” mogą gustować ludzie raczej młodzi i zaprawieni w fizycznym wysiłku, czyli niekoniecznie statystyczny Lach) kieruje się w alkowie własnymi, często niezrozumiałymi dla reszty społeczeństwa upodobaniami. Cóż jednak innym do tego, jak się kochamy? Publiczne ocenianie cudzego gustu, wymogów czy możliwości trudno nazwać inaczej niż czystym chamstwem. Nasze pragnienia, fantazje erotyczne czy – że się tak brzydko wyrażę – umiejętności są na tyle mocno zróżnicowane, że ustalić jedynie słusznego zestawu pieszczot, sposobu penetracji bądź częstotliwości współżycia nie sposób. Jedna para lubi się kochać godzinami, druga kończy w pięć minut i szybko zasypia; jedna woli seks „moralny i banalny”, druga bez skrupułów pozbywa się literek „m” i „b”; jedna wspomaga się specyfikami, pali kadzidła, wchodzi w trans, druga unika chemii jak ognia. Wszystko jest dobre, jeśli tylko przynosi obopólną satysfakcję.


A skąd wiecie, że on tego nie lubi, hę?


Co zaś, jeśli dana para sama czuje, że coś jest nie tak? Lub że nie jest źle, lecz mogłoby być lepiej? Myślę, że rozwiązań jest kilka: rozmowa ze specjalistą, odpowiednie filmy, lektury, obrazy... Kto wie, może i rozmowa z kumplem by pomogła? Ważne, by obydwie strony chciały coś zmienić. Bez tego ani rusz. Jeśli bowiem pan narzeka na zbyt częsty „ból głowy” połowicy, zaś ona jest zdania, że wszystko jest OK (lub na odwrót), to problem się pogłębia. Można wypracować jakiś kompromis (całkiem znośny, jeżeli podparty miłością i szacunkiem do drugiej osoby), można też się rozwieść lub – co większość z nas uzna za niemoralne – znaleźć sobie kogoś na boku.




Okazuje się, że niejedno z nas, mimo braku uprawnień terapeuty, pochyla się z troską nad cudzym pożyciem intymnym. Tylko czy powinno się doradzać obcym parom w tak delikatnej sprawie? Czy nie wyjdziemy na zadufanych w sobie gówniarzy, którym się wydaje, że bogate doświadczenie uprawnia ich do wchodzenia w rolę seksuologa? Trudno się nie zgodzić z opinią, że kucharka, która zna tysiąc przepisów, jest lepsza od tej, która zna ich dziesięć razy mniej. Czy jednak ta sama zasada obowiązuje w przypadku erotycznych uniesień (bądź ich braku)? Czy aby na pewno pierwszy lepszy Casanova byłby dobrym materiałem na seksualnego doradcę? Wątpliwości jest wiele, zaradzić zaś im może jedna prosta zasada: jeśli danej parze nie do końca się w „tych sprawach” układa, to nie kto inny, a właśnie ona powinna wyjść z inicjatywą ratowania związku. My, obcy, winniśmy zachować pokorę i świadomość własnej ignorancji, i nie wpieprzać się bez potrzeby do cudzego buduaru.


...ani do cudzego życia w ogóle


Zdarzają się, rzecz jasna, zachowania seksualne tak obleśne, obrzydliwe, ordynarne i w ogóle totalnie „o”, że chociaż prawo ich nie zabrania, to bardzo trudno jest nam je zaakceptować. Wielu z nas wzdraga się ze wstrętem (te aliteracje mnie zabiją!) przed bliższym kontaktem z bliźnimi praktykującymi namiętnie sodomię, voyeuryzm, agorafilię, kult Kaczyńskiego, ksenofilię, fetyszyzm czy nawet zwykłe poczciwe sado-maso. Nawet pozornie oswojony homoseksualizm wciąż wywołuje sporo kontrowersji i jest przedmiotem niejednej quasipolitycznej debaty, mającej na celu chyba tylko podnieść oglądalność danej telewizji, bo na pewno nie dojście do jakichkolwiek konstruktywnych wniosków. Oto bowiem zbiera się w studiu zgraja kompletnych ignorantów i/lub wyposzczonych frustratów i/lub ideologicznych fanatyków, z których każdy ma za zadanie dopasować fakty do najdurniejszych choćby teorii. A społeczeństwo (czyt. lud ciemny a głupi) może co najwyżej gapić się w telewizor z otwartymi ze zdziwienia buziami, w płonnej nadziei, że uda mu się pojąć te wszystkie podlane pieniędzmi lobbystów brednie.




Naturalnie im częściej się o takich rzeczach peroruje, tym bardziej nam powszednieją, tracąc tym samym na grzesznej atrakcyjności. Nie ma zatem sensu tracić czasu na wysłuchiwanie fantazji seksualnych tego czy innego politycznego kurdupla, skoro na Discovery, National Geographic, a nawet Animal Planet można nie tylko zapoznać się z neutralną i wyważoną opinią ekspertów, ale także na własne oczy zobaczyć, na czym taka czy siaka parafilia polega.


Czy to aby nie jest karalne?


Hmm, a właściwie to jaka jest główna myśl tego wpisu? Ot, żadnej nie ma. Tak tylko sobie gaworzę o seksie. W końcu co jak co, ale TO zawsze się sprzedaje. ;) Komentujcie, jak chcecie. A jeśli nie chcecie, bo np. macie seksu powyżej uszu i nie jesteście w najmniejszym stopniu zainteresowani poniższymi ciekawostkami...




...to bardzo mi przykro. Człowiek się stara, gryzmoli coś dla Was w pocie czoła, a Wy to potem olewacie. Ech... Napiszcie chociaż, że pogoda ładna albo co... :)

128 komentarzy:

  1. @ Kira
    Twój ironiczny post świetnie ilustruje smutny fakt, iż wielu Polaków dało sobie wyprać mózgi, zaś proces samodzielnego myślenia scedowało na media. Jako czynność dla wielu kłopotliwą, zbyt czasochłonną, w przypadku luzaków zapewne bolesną.
    Jak można wyczytać w pracach wielu etnografów, wśród dzikusów istnieje coś takiego jak tabu. Słowo to oznacza nie tylko zakaz wykonywania pewnych czynności. Ale i zabobonną wiarę, że jeśli o jakimś problemie nie będzie się mówić, to problem ten "zniknie".
    Około roku 1980 w postępackim obiegu pojawiło się idiotyczne słowo "parafilia". Też dałaś się na te plewy kupić i użyłaś go w tym wpisie w miejsce tradycyjnego "zboczenia". Które nie tylko określa pewną grupę patologicznych zachowań seksualnych, ale wyraża jednocześnie ich negatywną ocenę. A ta cała "parafilia" brzmi znacznie niewinniej, gdzieś w podświadomości może być skojarzona z jakimś zaledwie niewielkim odstępstwem od fizjologii, takim dziwactwem niewartym wzmianki.
    W pierwszym szeregu walki z normalnością kroczy "marksizm kulturowy" czyli politpoprawność. Z "bytu określającego świadomość" i walki klas" gówno im wyszło, więc postawili na "odbyt określający świadomość". Że z czegoś takiego też gówno wyjdzie (co mogą potwierdzić choćby pokojówki mające nieprzyjemność zmieniać pościel w pokojach hotelowych zajmowanych przez pedalskie pary), nieważne. Grunt, żeby ono weszło jak największej liczbie połykaczy medialnej papki do baranich głów.
    Organizacja przestępcza o skrócie nazwy WHO już ponad trzydzieści lat temu usunęła pedalstwo z listy zboczeń. Sorry, jakich tam zboczeń? Przecież to jest normalność inaczej. Ta sama organizacja w jednej ze swoich dyrektyw promuje też pedofilię, bo domaga się, by dwunastoletnie dzieciaki mogły już uprawiać "radosny seks". Prawo polskie ustawiło poprzeczkę na poziomie piętnastu lat. Więc dlaczego policja nie zrobi nalotu na polskie biuro WHO, nie zabezpieczy dowodów, a prokuratura nie dobierze się do skóry za wzywanie do łamania prawa?
    Mowa została zepsuta do imentu. Homofobem lub kołtunem nazywany jest każdy, kogo nie lubią zboczeńcy, narkomani, sataniści czy inne ludzki śmieć, odrzucający uczucia wyższe łączące dwoje ludzi. A tolerancją próbuje się nazwać imperatyw padania na twarz przed każdym zboczeniem.
    Możesz sobie z tego drwić, Twój blog, Twoje prawo. Tylko jeśli tej hydrze już teraz nie odetnie się wszystkich łbów, na Twoim miejscu za jakieś dwadzieścia lat uważałbym z publikowaniem postu chwalącego uczucie łączące panią i pana, ukoronowane seksem. Bo jakieś "gejstapo" może Cię oskarżyć o prowokację i negowanie wyższości tej jedynie słusznej formy seksu.
    Swego czasu w necie natknąłem sie na stwierdzenia propagowane przez genderowe idiotki (nie potrafię ocenić, czy ten stek bredni to efekt dopiero menopauzy, czy już wielkich zmian miażdżycowych u mocno już spierniczałych dzidź), jakoby miernikiem jakości społeczeństwa był stosunek do zboczeńców. Te wyroby kobietopodobne nie są w stanie pojąć, że tym kryterium jest stosunek do dzieci, kalek i starców. Którym one mają do zaproponowania głównie aborcję i eutanazję.
    I jeszcze drobna uwaga. Każdy lekarz proktolog może powiedzieć, czym grozi to "popadnięcie w banalność". Więc może nie warto świrować?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. @ Stary Niedźwiedź

      Masz rację, cholera wie, jak daleko to wszystko zajdzie. Ale wyobraź sobie, że nie mam na to ŻADNEGO wpływu. Mogę tylko obserwować, oceniać i... opisywać. Chociaż staram się nie robić tego za często, żeby nie wpaść w paranoję.

      Nie oceniam nawet najbardziej zboczonego cudzego życia intymnego tak surowo, jak Ty, Niedźwiedziu. Potępiam KRZYWDZENIE - tylko i wyłącznie. Naturalnie brak potępienia nie oznacza aprobaty ani tym bardziej zachwytu. Nie będę jednak umoralniać obcych ludzi ani ich przestrzegać przed rozdarciem odbytu czy infekcją tej części ciała. Cudze sprawy intymne w ogóle mnie nie obchodzą, ich omawianie zostawiam przytoczonym przez Ciebie "dzidziom piernik".

      Parafilia to faktycznie eufemizm, ale ja nie używam tego słowa w celu złagodzenia odbioru jakiegoś zboczonego zachowania, podobnie jak nie używam słowa "gej" w celu popisania się "tolerastią" dla homosiów. W pierwszym przypadku chodzi o uniknięcie powtórzeń, w drugim - o uniknięcie wulgarnego słowa "pedał" (i niech nikt mi nie wmawia, że to tylko część roweru).

      Przykro mi to pisać, ale Twoja dosadna krytyka bezmyślnych "połykaczy medialnej papki" jasno wskazuje, że jesteś nonkonformistą. :)

      Usuń
    2. @ Kira
      Po pierwsze, jeśli będziemy się usprawiedliwiać, że rzekomo nie mamy na to wpływu, kilka procent zboczeńców (tak, zboczeńców a nie żadnych "parafilików", do stu diabłów!) plus drugie tyle luzackiego śmiecia, powłazi nam na głowę i napaskudzi. Bo zachowujemy się jak kilkutysięczna gromada włoskich imigrantów w dziewiętnastowiecznych Stanach, których bez problemu terroryzowało kilku mafiosów i ściągało z nich haracz.
      Pomijając sytuacje nadzwyczajne (rozmowa z osobą o której wiem, że jest nieuleczalnie chora), trzymam się zasady, aby NIGDY nie używać jakichś tandetnych eufemizmów, co najmniej bagatelizujących, a niekiedy prawie usprawiedliwiających jakieś łajdactwo. Bardzo jestem cięty na tę "parafilię", bo jak dla mnie, równie dobrze można mówić, że esesman wsypujący cyklon B do komory gazowej, nieostrożnie obchodził się z substancją toksyczną.
      Tolerancja winna kończyć się na homoplebsie, który swoje problemy rozwiązuje w czterech ścianach mieszkania, i mnie pcha się na chama ze swoim zboczeniem ludziom przed oczy. Dla "gejów" czyli zawodowców, pasionych eurograntami, zero tolerancji. Po to płacę podatki, by na ulicach nie walały się ekskrementy i nie maszerowały nimi cwelparady. A po parkach nie kopulowały jakieś wyluzowane i zapewne najarane śmiecie. A w kwestii tego wulgaryzmu, odkąd genderówa Kinga Dunin nazwala homosiów nie robiących cyrku ze swojego zboczenia "zwykłymi pedałami", słowa tego będę zawsze używać. Co najwyżej w stosunku do zwykłych homosiów użyję łagodniejszego określenia.
      Z tym moim rzekomym nonkonformizmem (mam na myśli kwestię tolerastii!) oczywiście strzeliłaś kulą w płot. Bo skoro wbrew medialnym wygibasom, postawienia tamy zalewowi pedalskiej gnojówki oczekuje grubo ponad połowa Polaków, to jak najbardziej w tej kwestii jestem konformistą. A nonkonformiści to konsumenci tej "merdialnej" papki. Kwestia liczb.

      Usuń
    3. P.S.
      Dzieci nie podlegają jeszcze terrorowi politpoprawizmu. Wnuk kolegi dał w szkole na przerwie porządnie po pysku innemu chłopakowi. Wychowawczyni wezwała ojca i zaczęła biadolić, co z niego wyrośnie. A na koniec spytała, jak zamierza rozwiązać problem z synem. Rodzic powiedział, że powodem było nazwanie jego syna "gejem". A za taki bluzg należy się łomot. A co się tyczy reakcji, oczywiście zareaguje. Syn odkładał na rower. Więc on już teraz dopłaci tyle, ile brakuje. Durna pinda zrobiła karpia.
      A poza tym, należy rzeczy rozpatrywać we właściwych kategoriach. Negacja pejoratywnej wymowy słowa "gej" to nie nonkonformizm, lecz debilizm. A definicja zdegenerowanych poglądów jako "neutralnych" lub "naukowych" to kurewstwo, którego targetem mogą być jedynie wyjątkowi debile.

      Usuń
    4. Nie, Stary Niedźwiedziu, nonkonformiści NIE są bezmyślnymi łykaczami medialnej papki. A bycie konformistą NIGDY nie jest czymś godnym pochwały. (Chyba, że ze strony wymagającego posłuszeństwa pana.) Zdecydowanie wolę być nonkonformistką i olewać ujadanie zarówno większości, jak i mniejszości, niż bezmyślnie się z czymś zgadzać. Bo to właśnie wynika z definicji konformizmu:

      "Konformizm (z łaciny conformo – nadaję kształt), zachowanie lub postawa polegająca na przyjęciu i podporządkowaniu się wartościom, zasadom, poglądom i normom postępowania obowiązującym w danej grupie społecznej. Konformizm utożsamiany jest na ogół z nadmiernym, bezkrytycznym przyjmowaniem i stosowaniem się do owych norm, zbyt intensywnym identyfikowaniem swoich celów z celami grupy, mechaniczną akceptacją wszelkich zasad i wartości, biernej uległości, bezmyślnej aprobacie reguł głoszonych przez innych.

      Postawa konformizmu w tej interpretacji wynika z obawy przed formułowaniem jakichkolwiek własnych poglądów, propozycji rozwiązań czy też prezentowania wzorów zachowań."

      http://portalwiedzy.onet.pl/68166,,,,konformizm,haslo.html

      Usuń
    5. @ Kira
      Wydaje mi się, że mówimy o ogóle rodaków, a nie jakiejś tyleż hałaśliwej i nadreprezentowanej w mediach, co nielicznej grupce ćpunów, luzaków, tolerastów, zboczeńców, genderowców i innego ludzkiego śmiecia.
      Sama przytoczyłaś definicję, w myśl której podzielanie społecznego braku akceptacji dla demonstracyjnego kurwienia się, obsrywania przestrzeni publicznej demonstrowaniem swoich zboczonych zachowań seksualnych i inne takie normalne, powszechne i typowe kryteria odrzucenia pewnych łajdactw, a z drugiej akceptacja tradycyjnych wartości (małżeństwem jest WYŁĄCZNIE związek kobiety i mężczyzny etc.) to konformizm. Więc w kwestiach obyczajowych bycie konformistą jest powodem do dumy.
      Zaś tak zwani obyczajowi nonkonformiści to w przytłaczającej większości stado małp, które chcą być oryginalne, a do tego wydaje im się, że są zdolne do myślenia. A tak naprawdę są na tyle sprytnie manipulowanych przez będące na służbie politycznej poprawności "merdia", że uwierzyły nie tylko w to, że narkotyki są cool, dwóch pedałów to takie samo małżeństwo jak każde inne, każdej kurewce która "wpadnie", aborcja należy się jak psu buda, a ludzki kał, który będąc współsprawcą tej ciąży, dołoży się do kosztów "zabiegu", jest mężczyzną.
      Gdybym miał policzyć na palcach tych spotkanych przeze mnie w życiu "nonkonformistów", którzy choć część tych łajdactw zaakceptowali w wyniku jakichś autentycznych procesów myślowych, na pewno nie musiałbym zdejmować butów.
      Chyba czas na protokół rozbieżności.

      Usuń
    6. W takim razie ci Twoi "nonkonformiści" NIE są prawdziwymi nonkonformistami. To rasowi konformiści. :) No chyba, że należą do - jak sam twierdzisz - bardzo nielicznej garstki, która uznała, że "mundrości" Wojewódzkiego czy innych "ałtorytetów" (Twoje określenie ;)) są naprawdę sensowne.

      Ale chyba musimy coś ustalić. Ostatecznie mogę uznać, że konformizm sam w sobie nie jest ani moralny, ani niemoralny. Nie oznacza również ani mądrości, ani głupoty. Podobnie jak nonkonformizm. Ale jednak l e p i e j być nonkonformistą i nie ulegać ani bełkotowi jakiegokolwiek "autorytetu moralnego" czy opinii otoczenia, tylko szukać Prawdy albo kierować się własną subiektywną opinią. Oczywiście lepiej z punktu widzenia jednostki, nie społeczeństwa. ;)

      Usuń
    7. @ Kira
      Czyli ustaliliśmy, że ani konformizm, ani nonkonformizm, nie są z definicji czymś moralnym/niemoralnym, czy też dobrym/głupim.
      Mogę się też z Tobą zgodzić, że tak jak podobno wśród ślepców jednooki jest królem, tak i dla stada insektów pozbawionych uczuć wyższych, bo znających jedynie imperatywy pobierania pokarmu, unikania niebezpieczeństwa i przedłużania gatunku, za "ałtorytet" moralny, oralny czy analny mogą robić co nie co wyszczekane półgłówki pokroju Kupy Gminnej, Cipowicza czy jakiejś cwelebryckiej lafiryndy o manierach, za które z każdej agencji towarzyskiej z jakimikolwiek ambicjami wyleciałaby na zbitą twarz. Czyli te insekty jak najbardziej są konformistami, tyle tylko że z najniższej z istniejących półek.
      A nazywam je insektami, bowiem w odróżnieniu od nich, zwierzętom wysoko zaawansowanym ewolucyjnie uczucia wyższe jak najbardziej są dostępne. Mój zaprzyjaźniony kocur z Mazur, gdy dostał bardzo dobrą kolację, po kwadransie przyprowadził kotkę z kociętami, żebym i je poczęstował. I od następnego dnia do końca wakacji, podczas posiłków miałem już nie jednego gościa, lecz piątkę.
      Mój kolega entomolog swego czasu porównał satanistów, narkomanów, puszczalskie dziewki, co prymitywniejszych kryminalistów i innych takich do gatunku Periplaneta americana, czyli karalucha amerykańskiego. Bowiem też mają jedynie jeden zwój w mózgu i też swoje życie poświęcają głownie odżywianiu się i kopulacji (ponoć w tej dziedzinie są rekordzistami). I stąd się biorą te głoszone przez nich brednie, jakoby przedstawiciele gatunku Homo sapiens "bali się seksu" ,"bali się wolności" etc. Dla ludzi osiągnięcie z inną osobą płci przeciwnej tego stopnia bliskości, któremu poświęciłaś swój post, wymaga silnej więzi uczuciowej. O której te insekty wiedzą jeszcze mniej, niż świnia o budowie mikroprocesora. Czyli podręcznikowy przykład Gówno Wiem Ale Się Wypowiem.
      A ani ja, ani na pewno Ty, nie boimy się psiej kupy na trawniku, czy pawia rzuconego przez wyluzowanego śmiecia na chodnik. One jedynie budzą obrzydzenie. Tak jak i moralni degeneraci i ich "wartości".
      Twój zakres tolerancji jest większy. Ale ja płacąc podatki, kategorycznie domagam się, aby przestrzeń publiczna była wolna zarówno od wymiocin i kału, jak i obscenicznych widoków.

      Usuń
    8. @ Kira - P.S.
      W niektórych przypadkach taki jeden karaczan z drugim istotnie może być przekonany, że ludzie boją się jego oraz "wartości" z jego ćwierćświatka (półświatek to za wysokie progi na insekta nogi). Czort wie, co takie insekty mogą ujrzeć po kokainie, "marychujanie" czy co tam one ćpają.

      Usuń
    9. @ Stary Niedźwiedź

      Nie ma co tyle dywagować o nonkonformizmie i konformizmie. Ja po prostu mam gdzieś, co myśli większość lub jakakolwiek mniejszość (poza momentami, kiedy z czysto praktycznych względów muszę się dopasować). Mam swoje własne poglądy, swoje własne upodobania, swój własny sposób bycia - i jest mi z tym dobrze. Posłuszeństwo czy solidarność nigdy nie były w moich oczach zaletami. Dlatego nie oceniam cudzego życia seksualnego przez porównanie go do obowiązujących w danym czasie i miejscu norm.

      Usuń
    10. @ Kira
      A jednak warto było podywagować. Bo nasze stanowiska w ocenie konformizmu i nonkonformizmu zbliżyły się znacznie. I obydwoje popukamy sie w czoło, gdy jakiś karaczan będzie się upierał, że konformizm zawsze jest be a nonkonformizm zawsze cacy. W końcu ci sami durnie twierdzą, że sławetne "róbta co chceta, srajta gdzie chceta" zachęcało do ... kreatywności! Cholerna to była kreatywność, skoro dyskodajki sztuka w sztukę ubierały się niemal tak samo, pozując na tę samą tandetną szansonistkę o manierach tirówki. Nie mniejszym idiotyzmem jest twierdzenie, że jeśli najgorsza łachudra sama siebie szanuje to jest OK. Nie muszę Ci przypominać opowieści o pewnym luzaczku i jego szczerej opinii o dziewkach, z których hojności korzystał.
      Dziękuję za miłą rozmowę.

      Usuń
    11. @ Stary Niedźwiedź

      No cóż, wydaje mi się, że o tym, co jest OK, a co nie, decyduje Pan Bóg. A jeśli Boga nie ma, to wyłącznie nasze widzimisię. Zaś opinie luzaczków mają takie samo znaczenie, jak owych dziewek - ZEROWE.

      Usuń
  2. "...żadnego z nich /tekstu/ nie chce mi się w tak ładną pogodę cyzelować. A bez stosownej obróbki nie wkleję do bloga nawet najkrótszego z nich"...
    posiadowywuję moc empatii do Ciebie w związku z tym cytatem ze względu na pewne zawodowe "zboczenie" /zarabiałem kiedyś na życie w branży DTP/ natury estetycznej i gdy tekst mam kulawo wyjustowany, spokoju mi to nie daje i więcej czasu potrafię spędzić na tym cyzelowaniu, niż na innych czynnościach razem składających się na proces twórczy...
    ...
    seks... jedna z dwóch tzw. "spraw zasadniczych" obok jedzenia /plus czynności "wprost przeciwne" będące naturalną konsekwencją owego jedzenia/... nadmierna deprywacja jedzenia prowadzi w końcu do choroby fizycznej /plus przedwczesny gag finałowy zwany "śmierć"/, nadmierna deprywacja seksu prowadzi do choroby psychicznej /tu również przypadki przedwczesnej śmierci się zdarzają, choć chyba(?) rzadziej/... szczerze mówiąc, to nie wiem, której z tych spraw człowiek /jako gatunek/ poświęca więcej uwagi, włączając w to dyskusje i publikacje, ale wygląda na to, że większy problem potrafi sobie zrobić z seksu, niż jedzenia... już same rozmowy o seksie potrafią często sprawiać większą trudność, niż rozmowy o jedzeniu... to przejawia się na przykład w terminologii i nie chodzi tu bynajmniej o nazewnictwo rejonów, części ciała uznanych za intymne...
    choćby to "zboczenie"... kiedyś określano tym słowem praktyki, które nie pokrywały się mówiącej o nich osobie z ich gustem i moralnością /przy okazji nagminnie mieszano estetykę z etyką/... do tej pory zresztą to pokutuje, gdy komuś nie mieści się w głowie, że ktoś może mieć inny gust, więc daje wyraz swojej frustracji szafując nim na lewo i prawo jako pejoratywem... ale to jest margines nie warty uwagi... obecnie słowo "zboczenie" ma raczej wydźwięk natury moralnej i dotyczy zachowań związanych z robieniem komuś krzywdy /gwałt, krzywdzenie dziecka lub zwierzaka/, czasem jedynie nazywamy tak również metaforycznie praktyki nie krzywdzące nikogo, ale wzbudzające naszą wyjątkową odrazę natury estetycznej... konteksty żartobliwe /jak na początku mojego komentarza/ już pominę... lukę wypełnił znakomity neologizm "parafilia", który się po prostu sprawdził... zauważmy też przy tym, że dotyczy on sytuacji, gdy ktoś jest uwarunkowany na pewne szczególne formy seksu i w inny sposób nie jest w stanie osiągnąć satysfakcji /rzecz jasna może się zdarzyć parafilia będąca także zboczeniem/... a cała reszta zachowań, których sami nie uprawiamy, to po prostu inny gust, zaś objawem chorej megalomanii byłoby nasz gust traktować jako "jedyny słuszny" i reagować nieuzasadnioną agresją na ludzi mających nieco inny, niż my...
    ...
    wspomniałaś coś o "doradzaniu" innym w temacie sfery seksu... myślę, że jest to dość trudny temat, tak i dla zawodowca /psychologa, seksuologa/, jak dla chwilowego terapeuty amatora, któremu ktoś się zwierzył, że ma problem i prosi o pomoc... trudny, bo trudno jest czasem oddzielić naukowe, neutralne podejście od wciskania komuś swoich wartości, próbowania "wysikać się za kogoś"... ten problem dotyczy zresztą także innych dziedzin życia, ale wydaje mi się, że w przypadku seksu wymaga on o wiele więcej taktu od terapeuty /zawodowego lub chwilowego amatora/...
    ...
    reasumując tak nieco poetycko, to seks de facto nie jest problemem, tylko ludzie mają inklinację, by zrobić sobie z niego problem... tak jak z całego swojego życia, ale z seksu chyba/?/ najbardziej...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cóż, najlepiej by było, gdybyśmy podchodzili do tego tematu bez zbędnego nadęcia. Jak już wielokrotnie wspominałam, węszenie wokół cudzego tyłka jest równie odrażające, co węszenie wokół cudzej wiary czy zarobków.

      Usuń
    2. "węszyciele/lki wokół tyłka" są mało zabawni, bywa że upierdliwi... bardziej zabawni są "nadęci wystraszeni" /wystraszeni samym istnieniem seksu/... dla takiego gej /lub pedał, jak zwał, tak zwał/ to "zboczeniec"... ale wystarczy, gdy takiego zapytasz /zgodnie z definicją "zboczeńca"/, kogo dany pedał skrzywdził, zmusił do seksu...
      ale zostawmy już tych pedałów... "nadęty wystraszony" boi się nawet normalnej, wyluzowanej kobiety... wyraża to epitetem "dziwka" lub "kurwa"... znowu wystarczy, gdy zapytasz, kogo owa "dziwka", "kurwa" skrzywdziła, oszukała, okradła /zgodnie z definicją "dziwki"/"kurwy"/...
      na oba wymienione pytania nie uzyskasz odpowiedzi... usłyszysz tylko opowieści "dziwnej treści" o potworach, które takiego "nadętego wystraszonego" nękają w jego umyśle...
      "nadęty wystraszony" to casus nieuleczalny... co najwyżej można mu podać taninę /albo jakiś inny "stoperan"/ na wstrzymanie pracy jelit, by nie brudził własnych galotów... ale on nawet o taką pomoc nie poprosi, bo lubi opary własnego gówna...
      zaś "stoperany" zachowajmy dla siebie, by nam jelita nie umknęły z pod kontroli... ZE ŚMIECHU, gdy słyszymy brednie, którymi "nadęci /mało rozgarnięci/ wystraszeni" próbują nas raczyć...

      Usuń
  3. O seksie możemy sobie dyskutować w średnim lub starszym pokoleniu. Dla młodzieży czynność ta została skutecznie wyparta i zastąpiona przez tablety i smartfony.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jan Kowalski06.05.2015, 21:42

      Sex się uprawia a nie o nim gada.

      Usuń
    2. @Dibi...
      kładziemy, wtykamy ustawiony na wibrowanie fon w miejscu właściwym i prosimy o zadzwonienie... to może być ciekawe... subtelne takie... jak to mówią, "nie samym heavy metalem człowiek żyje, czasem potrzebna jest zmysłowa, romantyczna kolęda"...

      Usuń
  4. Myślę że dość swobodne próby deprecjonowania przez pewne grupy (jak na przykład niepewni swojej seksualności, demonstrujący łysi panowie, czy ukrywający się w celibacie wielbiciele wdzięków tej samej płci) nielubianych lub nieakceptowanych zachowań seksualnych, poprzez denuncjowanie ich jako "zboczenia" mogą mieć korzenie w tym samym strachu, który skutecznie zabija chęć spróbowania "jak to wygląda u mnie".
    Patrząc na publiczne wystąpienia tych grup, zastanawiam się, czyż nie łatwiej byłoby po prostu "mówić o tym, co nas boli, otwarcie"?
    Przecież zgrzeszyć można również nadmiarem ostrożności...
    Anty

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A mnie się wydaje, że przytłaczającą większość takich ludzi pewne zachowaniami seksualne naprawdę brzydzą. Dlatego najlepiej by było, gdybyśmy nie wchodzili sobie w drogę.

      Usuń
    2. Jedno wcale nie wyklucza drugiego;) Trudno jednak nazywać niektóre grupki "przytłaczającą większością", nawet przy dużej dozie dobrej woli i tolerancji.
      Jak mniemam, nie wszystkim należy się takie dowartościowanie.
      Anty

      Usuń
    3. @Anty...
      co do funkcjonariuszy noszących długie do kostek czarne uniformy służbowe, to sytuacja nie wydaje mi się jednoznaczna... podzieliłbym ich na kilka grup, jeśli chodzi kwestie seksu...
      pierwsza to ideowcy wierzący w słuszność doktryny i statut swojej firmy... mają albo niski od urodzenia poziom libido, albo wierzący, że kwestia libido w miarę upływu lat służby sam się rozwiąże, rozejdzie po kościach i przestanie być problemem...
      druga to cwaniaczki od początku mające gdzieś ideologię, wstępujący w szeregi organizacji z założeniem bezwysiłkowego przebujania się przez życie pod parasolem ochronnym organizacji... co do potrzeb seksualnych, to reprezentują statystycznie wybitnie większościowy gust hetero, licząc na to, że będą mogli spokojnie ten gust realizować, bagatelizując ewentualne trudności związane z koniecznością konspiracji...
      trzecia grupa reprezentuje mniejszościowy, marginalny wręcz statystycznie gust homo... ze względu na wciąż występujący brak pełnej społecznej akceptacji owego gustu, parasol ochronny firmy uważają za niezbędny, poza tym liczą na większy wybór partnerów do seksu...
      czwarta to zboczeńcy... znienawidzeni przez resztę społeczeństwa, żyjący w stanie permanentnego zagrożenia, również liczą na ów parasol w razie wpadki, oraz ułatwiony dostęp do swoich ofiar, czyli do dzieci...
      być może można by wyróżnić jeszcze inne grupy... poza tym jeden osobnik może należeć do grupy gustu "homo" i grupy zboczeńców jednocześnie... procent tych zboczeńców jest zapewne podobny, jak procent zboczeńców /pedofilów/ wśród reprezentantów gustu "hetero"... co prawda czytałem kiedyś dane, z których wynika, że procent pedofilów wśród gejów jest o wiele większy, ale osoba je prezentująca jest tak skrajnie niewiarygodna, że same dane i ich źródła stanowią co najmniej jeden wielki zna zapytania...

      @Kira...
      jeśli chodzi o wspomniane "nie wchodzenie obie w drogę", to zbytniej symetrii, równowagi tu nie ma... to ci "brzydzący się" tropią cele, by mieć się czego brzydzić...
      najlepiej by było, gdyby nikt nikogo nie tropił, nie szukał obiektów do "brzydzenia się", a wszyscy skupili się jedynie na odnajdywaniu i tępieniu zboczeńców /tych zgodnych z normalną definicją, jak gwałciciele, pedofile, czy zoofile/ i większość problemów by zniknęła... zboczeńców w końcu nienawidzą wszyscy nie-zboczeńcy, bez względu na własny gust, czy ewentualną parafilię...

      Usuń
    4. Piotr,
      Pojechałeś stereotypem ze skojarzeniem tych w celibacie;)
      Anty

      Usuń
    5. @Anty...
      tak poważniej /znowu poważniej, co za jakiś głupi dzień? :)/, to jeśli chodzi o sam celibat, to...
      wielu normalnych, porządnych ludzi o mniej lub bardziej antyklerykalnym nastawieniu upatruje w nim winowajcę różnych patologii... a to nie do końca jest tak... seminarium to nie wojsko z poboru, ani kryminał, tam się idzie dobrowolnie... czyli sam celibat nie generuje zboczeńców /gwałcicieli i pedofilów/, oni są nimi już wcześniej... gdyby zniesiono celibat, to nadal pozostaje jednopłciowe środowisko, sprzyjające realizacji gustu "homo", zaś zboczeńcy nadal będą mieli łatwiejszy dostęp do dzieci i ochronę od swojej firmy...

      Usuń
  5. Zaryzykuję twierdzenie, że opisane przez Ciebie problemy par biorą się głównie z tego, że w niektórych domach są to ciągle "sprawy, o których się nie mówi". No bo jak odebrać protesty konserwatywnych rodziców, że ich dziecko w szkole uczy się nakładania prezerwatyw, unikania chorób wenerycznych i "innych świństw"? Zwłaszcza, kiedy informacje na temat są szeroko dostępne w necie. Oczywiście, wprowadzanie młodych w świat seksu powinno się odbywać stopniowo, ale - umówmy się - nawet 7-mioletnie dziecko usłyszyszy o seksie, jeśli nie od pani w szkole, to od rówieśników. Więc wszelkie postawy typu "NIE wychowaniu seksualnemu w szkołach" należy z góry na dół obśmiać.

    A jak rozwiązywać dorosłe problemy z seksem? Nie mam zielonego pojęcia. Ale może warto rozważyć pomoc specjalisty, jeśli nic innego nie pomaga? W najgorszym wypadku pozwoli to na przełamanie "zmowy milczenia" i doprowadzenie do konfrontacji oczekiwań.

    Tak jak wszędzie, również w seksie należy unikać stereotypów. "Wiedza" wyniesiona z nastoletnich pogadanek z rówieśnikami, filmów XXX czy nawet znaleziona w Internecie nie musi (i najczęściej nie jest) prawdą objawioną. Więc - zgodnie z moim doświadczeniem - filarami udanego seksu są: z jednej strony umiarkowana otwartość na eksperymenty, z drugiej - poczucie bezpieczeństwa.

    Ktoś może się wdrygnąć, że powinienem wymienić miłość. Otóż nie, miłość nie jest niezbędna do udanego seksu. W skrajnych wypadkach miłość może wręcz sprawy hmmm... komplikować.

    Pozdrawiam, yrk

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. @Yrk...
      nie wzdrygnąłem się, bo nic nie powinieneś wymieniać... do seksu wystarczy się sobie podobać i nieco wzajemnej sympatii /co rzecz jasna nie oznacza obowiązku seksu w razie spełnienia tych warunków/... co do miłości /czyli mocno intensywniejszej sympatii/, to niejedna wspaniała miłość i ewentualny związek rozpoczyna się od seksu właśnie...
      jest jeszcze podejście konserwatywne, gdzie wymogiem są "silne uczucia", czyli odpowiednia ilość dóbr materialnych plus zezwolenie osoby trzeciej /urzędnika państwowego lub kościelnego/ jeśli planowana jest umowa na czas bliżej nieokreślony, bo przy umowie krótko terminowej o dzieło owa osoba trzecia nie jest już konieczna...
      ...
      a zaistnienie internetu chyba wiele nie zmieniło w kwestii zdobywania wiedzy o seksie... choć zwiększyła się znacząco ilość materiałów edukacyjnych, publikacji, to zwiększyła się równocześnie potencjalna dezorientacja, który z tych materiałów posiada jakąś wartość...
      a może się mylę i siła tkwi w ich różnorodności?...
      chyba czas umknąć w strefę humoru, żartu /bo tak swoją drogą, trudno mówić o udanym seksie bez poczucia humoru, bez pewnej dozy dystansu do tego seksu/ i opowiem autentyczną historyjkę... kiedyś dwóch panów wkręciło się w zbyt poważną dyskusję na temat edukacji seksualnej w szkołach... w pokoju siedziała sobie babcia jednego z nich, strasznie fajna, wyluzowana babcia zresztą... niby słuchała tej dyskusji, niby nie słuchała zatopiona w medytacji na fotelu... ale chyba jednak słuchała, bo w pewnym momencie się wtrąciła takimi słowy:
      - po co ta cała edukacja?... wystarczy powiedzieć dzieciakowi, co robić, by jakiegoś choróbska i dziecka nie w porę nie było... a ruchać samo się już nauczy...
      ...
      pozdrawiać :)...

      Usuń
    2. @Yrk,

      Jeżeli odczuwasz nieodpartą potrzebę "edukowania" swojego dziecka za pośrednictwem jakiegoś pedała lub innego zboczeńca w randze seksedukatora, to proszę bardzo. Niech uczą twoje dziecko nakładania kondoma, onanizmu czy grzebania sobie w dupie. Ale bądź uprzejmy uszanować to, że są jeszcze rodzice, którzy nie mają lęków przed wprowadzeniem swojego dziecka w tematy związane z seksualnością ich dzieci i to rodzice najlepiej wiedzą, jaki i kiedy to zrobić. Ba, może nawet są tacy nieodpowiedzialni rodzice, którzy cedują ten obowiązek na kolegów i koleżanki swoich dzieci, ale to przecież jest zgodne z twoim postrzeganiem wolności jednostki. Bądź zatem uprzejmy zostawić swobodę wyboru ludziom o innych poglądach niż twoje, skoro jesteś takim miłośnikiem wolności jednostki.

      Pozdrawiam, TF.

      Usuń
    3. @ Yrk

      Jestem tego samego zdania, co Tie Fighter: w szkołach nie powinno być przedmiotu o nazwie "wychowanie seksualne". No chyba, że w prywatnej. Jestem bowiem przeciwniczką dawania sztywnych wytycznych wszystkim placówkom. W szkole publicznej jednak nie powinno być miejsca ani seks-edukacji, ani dla "wychowania do życia w rodzinie", ani dla religii.

      Usuń
    4. @TF
      "Ba, może nawet są tacy nieodpowiedzialni rodzice, którzy cedują ten obowiązek na kolegów i koleżanki swoich dzieci, ale to przecież jest zgodne z twoim postrzeganiem wolności jednostki."
      Tak, jakieś 70-80%.
      Anty

      Usuń
    5. PS. Co jest złego w nauce prawidłowego nakładania kondoma?

      Usuń
    6. @Anty...
      pytasz, co jest złego w nauce prawidłowego nakładania kondoma?...
      voila:
      1/ nauka...
      2/ kondom...

      Usuń
    7. Narzędzia szatana, rozumiem...
      Anty

      Usuń
    8. @Anty,

      "Tak, jakieś 70-80%."

      A skąd to wiesz? Masz jakieś statystyki? To są zwykłe spekulacje i nic więcej. Odpowiedzialni rodzice, a takich jest większość rozmawiają ze swoimi dziećmi i na te tematy. To jest chyba oczywiste, że to rodzice najlepiej wiedzą kiedy i jak tą wiedzę przekazać, a nie jakiś pedał w randze seksedukatora opłacany z publicznych pieniędzy - najczęściej wbrew woli samych rodziców. Jedne dzieci dojrzewają szybciej, inne wolniej. Zwykłą zbrodnią na ich umysłach i emocjach jest wrzucenie ich wszystkich do jednego rocznikowego wora i przepuszczenie przez maszynkę niby edukacji.

      Usuń
    9. "PS. Co jest złego w nauce prawidłowego nakładania kondoma?"

      W sumie nic.Tylko jak taką prozaiczną czynność nazwać nauką? Tu raczej trzeba współczuć takiemu ofermie, który potrzebuje w tak prostej czynności edukacji. A jeśli takiego matoła nauczyć masturbacji, to po trzech dniach wywichnie sobie bark i trzeba będzie jełopa hospitalizować.

      Usuń
    10. Nie sądziłam, że młodzież trzeba uczyć nawet masturbacji. Co oni by bez tej szkoły zrobili, biedactwa?

      Usuń
    11. @TF
      Nie mam. Znam natomiast treść odpowiednich raportów, na przykład tego:
      http://www.znp.edu.pl/media/files/441a1dd7542a0210aa5fe6e4d80fb801.pdf
      Jeśli masz jakieś kontr-raporty, wykazujące coś przeciwnego, niż autorzy powyższego, proszę o przytoczenie. Chyba, że swoją wiedzę opierasz na przekonaniu, że "to jest chyba oczywiste" i że "rodzice wiedzą najlepiej".
      Anty

      Usuń
    12. @Anty,

      No przeczytałem i co z tego wynika? Na pewno nie to, że 80% rodziców zaniedbuje swoje obowiązki w tym zakresie. Nie ma tam słowa o argumentach, które przytoczyłem, a raczej całość podana w otoczce nachalnej propagandy, ubranej w garniturek rzekomej funkcji niesienia kaganka oświaty. Pytasz czy mam jakiś kontr raport? A po co mi to? Po pierwsze nie godzę się, żeby ktoś mnie wyręczał w wychowywaniu moich dzieci, bo to ja wiem co w tym zakresie jest dla nich dobre i w jaki sposób i kiedy określoną tematykę poruszać. Wystarczy już, że we własnym zakresie będę musiał nadrabiać zaniedbania szkoły w nauczaniu historii. Po wtóre... Ach, po pierwsze wystarczy. Wiesz, ja nawet nie jestem przeciwny wprowadzeniu tej pseudonaukowej hochsztaplerki do szkół. Ale tylko w trybie dobrowolnym! Jeżeli jakiegoś rodzica przerasta ten prosty obowiązek, to niech oddaje swoją pociechę w łapy tych intelektualnych oszustów. Albo jak ktoś spłodził takiego matoła, którego przerasta założenie gumy, to niech oddaje tego matoła do obróbki seksedukatorom, ale co taki matoł z tego złapie, skoro założenie gumy go przerasta. Zobaczylibyśmy wtedy jaki odsetek rodziców posyła swoje dzieci na te zajęcia i czy w ogóle maja one rację bytu. I na koniec muszę zapytać, gdzie podziało się twoje poszanowanie dla wolności jednostki? Albowiem to parcie na przymus edukowania seksualnego dzieci, nierzadko wbrew woli ich rodziców, z tym poszanowaniem wolności jednostki bardzo mi koliduje. Już pominę fakt, że słowem nie wspominasz o choćby zwykłym zapytaniu rodziców, czy takiej edukacji chcą dla swoich dzieci - czy nie.
      Na tym kończę, bo muszę zająć się wysysaniem krwi i sił witalnych z moich pracowników, którzy w odróżnieniu ode mnie mają dzisiaj wolne:)

      Usuń
    13. TF
      "No przeczytałem i co z tego wynika?"
      Na przykład to, że poziom wiedzy znacznej części współczesnych, polskich nastolatków w omawianej dziedzinie jest bardzo niski. Co więcej, ku mojemu zaskoczeniu w młodym pokoleniu utrwalane są bzdurne stereotypy dotyczące seksualności i fizjologii, wydawałoby się - skompromitowane wiele lat temu.
      "Na pewno nie to, że 80% rodziców zaniedbuje swoje obowiązki w tym zakresie"
      Na pewno to, że te obowiązki są dość powszechnie zaniedbywane lub przynajmniej traktowane po macoszemu.
      "Nie ma tam słowa o argumentach, które przytoczyłem, a raczej całość podana w otoczce nachalnej propagandy, ubranej w garniturek rzekomej funkcji niesienia kaganka oświaty"
      Napisałeś o "zwykłych spekulacjach". Raport pokazuje coś innego. Poza tym, nawet najbardziej odpowiedzialni rodzice mogą wykazywać się głęboką niewiedzą w opisywanej dziedzinie. Po prostu ich samych nikt nie uczył tego, co powinni przekazywać.
      "Pytasz czy mam jakiś kontr raport? A po co mi to?"
      No właśnie - a po co mi? Czy nie wystarczyłaby niepoparta niczym wiara w prawdziwość własnych słów?
      "Po pierwsze nie godzę się, żeby ktoś mnie wyręczał w wychowywaniu moich dzieci, bo to ja wiem co w tym zakresie jest dla nich dobre i w jaki sposób i kiedy określoną tematykę poruszać. Wystarczy już, że we własnym zakresie będę musiał nadrabiać zaniedbania szkoły w nauczaniu historii".
      Odnoszę dziwne wrażenie, że nadrabianie zaniedbań w dziedzinie edukacji seksualnej odbywa się "w drugą stronę".
      "Albowiem to parcie na przymus edukowania seksualnego dzieci, nierzadko wbrew woli ich rodziców, z tym poszanowaniem wolności jednostki bardzo mi koliduje."
      A gdzie ja napisałem coś o przymusie?
      "Na tym kończę, bo muszę zająć się wysysaniem krwi i sił witalnych z moich pracowników, którzy w odróżnieniu ode mnie mają dzisiaj wolne:)"
      Pogratulować osiągnięcia. W krajach cywilizowanych to standard.

      Anty

      Usuń
  6. @ Kira
    Do łez bawią mnie gówniarskie próby moralnych degeneratów redefinicji fizjologii i patologii. Plus te wieczne brednie o rzekomym strachu. Goebbelsowi nie udało się zamienić kłamstwa w prawdę, ale jego epigoni wciąż próbują.
    Jak słusznie napisałaś, większość ludzi zboczone zachowania w przestrzeni publicznej po prostu brzydzą. No to okazuje się że ta większość to garstka. A niewielki odsetek pedałów, sadystów, masochistów, koprofagów i innych popieprzeńców to zapewne standard.
    Zupełnie jak w tym dowcipie z czasów PRL. Dwa miliony komuchów nazywano popierającą partię i rząd większością narodu, zaś ponad dziesięć razy tyle ludzi kontestujących komunizm - garstką wichrzycieli. Klasyczny modus operandi lewicy.
    W Wielkiej Brytanii czy Szwecji oczko w głowie lewaków, czyli "edukacja seksualna" zaczyna się już chyba w przedszkolu. No i co? Ano g**no, proszę lewaków. Odsetek niechcianych ciąż nastolatek, o czym pisała Ola R. mieszkająca w Szwecji i interesująca się tymi zagadnieniami, jest wyższy niż w Polsce. Ale to żaden argument dla debili marzących o zalaniu Polski obscenicznymi zachowaniami w przestrzeni publicznej, narkotykami czy islamską hołotą. Bo ma być wporzo, spoko i ciool.

    OdpowiedzUsuń
  7. @Kira
    Myślę, że ci którzy najgłośniej protestują przeciwko wszelkiej inności, i tak wiedzą że prawda, tak czy inaczej, wyjdzie z ukrycia.
    Wracając do przedstawionego tu poglądu, zrównującego edukację seksualną z promowaniem "obscenicznych zachowań" czy sugerującego jej związek ze wzrostem liczby ciąż nastolatek, jest on oczywiście tyleż idiotyczny, co życzeniowy. Edukacja seksualna w takiej Holandii jest dość mocno rozbudowana, natomiast liczba ciąż wśród nastolatek - jedną z najniższych w Europie i na świecie.
    Najwyższa liczba nastoletnich ciąż występuje w bigoteryjnych, zacofanych krainach, w których raczej nikt nie planuje wprowadzenia edukacji seksualnej.
    Anty

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. @Anty...
      zero edukacji seksualnej!...
      to przecież nic innego, jak jedynie kursy grzebania w dupie...
      zaś Polska już jest zalana narkotykami... co drugi sklep to dilernia "Świat Alkoholi - 25h/25h"... nawet w szklaneczce wina wciąż jest alkohol, choć Goebbels dwoi i się troi, nadając z zaświatów drogą mediumiczną, że wcale go w niej nie ma...

      @Kira /tu już napiszę, bo mi tak wygodniej, okay?/...
      natomiast tak poważniej, to zgadzam się z Tobą... zero wychowania seksualnego w szkole publicznej... co najwyżej edukacja seksualna... różnica jest istotna... edukacja to naukowa informacja, zaś wychowanie to wciskanie poglądów, postaw, wzorców zachowań w sferze intymnej... tego rodzice dziecka mają prawo sobie nie życzyć...
      problem tylko w tym, że gdy w szkole podadzą informację o istnieniu jakichś /jakichkolwiek/ poglądów, postaw i zachowań /neutralną informację, czyli bez ich wartościowania/, to kołtuńskie buractwo się rozpruje i rozgęga, że to już "promocja", "zachęta" i takie tam inne...
      ergo...
      jestem za tym, by w szkole nie było nawet edukacji seksualnej, dla świętego spokoju... jest już tyle źródeł wiedzy do dyspozycji, że szkoła /publiczna/ nie musi się tym zajmować...

      Usuń
    2. @ PKanalia

      Co niby za Goebbels????????

      Usuń
    3. @Kira...
      Goebbels - postać historyczna, nie żyjąca już od dawna /detale vide np. Wiki/...
      "dwoi się i troi mediumicznie"... już wyjaśniam metaforę... otóż są osoby, które stosują te same metody, co nieboszczyk... można to tak zinterpretować w stylu Black Sci-Fi, że owe wspomniane osoby nie mówią nic od siebie, są jedynie medium, przekaźnikami tego, co mówi wspomniany Goebbels z zaświatów... po prostu taki zabawny motyw literacki przyszedł mi do głowy...

      Usuń
    4. Nie znam ludzi, którzy twierdzą, że wino jest trunkiem bezalkoholowym. Gdzieś Ty coś takiego przeczytał?

      Usuń
    5. @Kira...
      złe pytanie, nie zadawaj mi proszę takich, tak zmontowanych... bo nigdy nie twierdziłem, że gdzieś przeczytałem o ludziach, którzy twierdzą, że wino jest trunkiem bezalkoholowym...
      /czytałem za to o winie bezalkoholowym, jest taka odmiana, ale tu akurat nie o nią chodzi/...
      czytałem za to nieraz /i to bardzo często/ wypowiedź osoby, która twierdzi, że wino /każde/ w szklaneczce nie ma wcale własności odurzających, czyli nie zawiera alkoholu... co jest ewidentną bzdurą, po prostu kłamstwem, gdyż jeśli wino w butelce zawiera alkohol, to nalane do szklaneczki również musi zawierać, tylko odpowiednio mniej... tym samym alkohol w tej porcji wina również ma słabsze własności... tu nie trzeba się znać na winie, wystarczy nawet nie matematyka, ale zwykłe rachunki...

      Usuń
    6. A czy możesz przytoczyć tą wypowiedź, na którą się powołujesz? Tą zawierającą rzekomo stwierdzenie jakoby w szklaneczce wina nie było alkoholu. Jeden cytacik - bardzo proszę.

      Usuń
    7. pod większością postów jest co najmniej jedna taka, zaprzeczająca, jakoby w tej szklaneczce był narkotyk /w tym wypadku alkohol/... jak w ruskim cyrku, było i nie ma, był alkohol w butelce, po nalaniu do szklaneczki znika z niej, naczynie zawiera już wino bezalkoholowe...
      /wino bezalkoholowe w rzeczywistości istnieje, ale otrzymanie go wymaga bardziej skomplikowanego zabiegu, niż nalanie do szklaneczki/...

      Usuń
    8. Ja takiego twierdzenia nie zauważyłam. Możesz jednak zacytować?

      Usuń
  8. @ Kira
    Owo rzekome "wychodzenie prawdy z ukrycia" polega niestety na wymachiwaniu tą "prawdą" (unikając środowiska "ludziów postępu" niczym ich choroby zawodowej czyli AIDS, tego synonimu genitaliów nie znałem) z platform jadących w peletonie cwelparady. A podane przez Olę i Gingerish dane na temat praktycznych wyników szwedzkiej czy brytyjskiej szkolnej "edukacji seksualnej" są oczywiste dla każdego, kto potrafi kojarzyć fakty. Więc desperacką próbę zmiany przedmiotu dyskusji na kraje dawniej zwane trzecim światem, można uznać za szulerkę spod dna Rowu Mariańskiego.
    Oczywiście masz rację zarówno w kwestii "edukacji seksualnej", jak i religii. Jedna i druga powinna zniknąć z listy szkolnych przedmiotów. A odnośnie religii, nie widzę powodów, by szkoła nie udostępniła na takie zajęcia salę "po godzinach", jeśli rodzice sobie tego życzą. Zawsze też twierdziłem, że w każdym seminarium lekturą obowiązkowa powinien być rozdział z "Przygód Tomka Sawyera", traktujący o malowaniu płotu posesji ciotki Sally.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. P.S.
      Goebbels nie był aż tak tępym tłukiem, jak wszelakie Cipowicze i inni "zielni apostołowie" merdialni i internetowi. Kuternoga z Moenchengladbach uczył swoich handlangrów, że kłamstwa nie powinno być w informacjach więcej, niż jakieś 30%, bo inaczej ludziska mogą się w tym połapać. Chcą z piekła zaszkodzić Polakom, ograniczyłby się do kłamstwa w żywe oczy, że "marychujana" , jarana WYŁĄCZNIE w celu zmiany odbioru bodźców, nie jest narkotykiem. Ale na szczęście współczesne ćpuny i dilerzy są głupsi. Więc wmawiają że wypicie szklaneczki wina do posiłku (ilość zawartego w nim alkoholu potrafi policzyć każdy, kto w posiadanie świadectwa maturalnego wszedł zdając stosowne egzaminy) to straszliwe "ćpanie". Ale ludziska, którzy choćby na filmie widzieli rodzinne spożywanie obiadu we Francji, Hiszpanii, Włoszech czy Grecji, szybko połapią się w tym szwindlu. I przyjdzie refleksja, że nie może być tak, że w krajach śródziemnomorskich niemal każdy dorosły "ćpa". A zatem ci promotorzy konopnego gówna po prostu łżą w żywy kamień.

      Usuń
  9. Przykład Holandii /znalazłoby się kilka innych państw/ najwyraźniej tak bardzo kłuje w tyłek grupy, które próbując zakwestionować FAKT, iż rozbudowana edukacja seksualna nie jest w żaden sposób skorelowana z liczbą ciąż nastolatek, że próbują nieświadomym ludziom mydlić oczy Wielką Brytanią - państwem, w którym szesnastolatek ma znacznie większe prawa niż gdzie indziej.
    W państwach tzw. Trzeciego Świata nie ma żadnej edukacji seksualnej, co nie zmienia innego FAKTU - odsetek nastoletnich ciąż jest tam wielokrotnie wyższy niż we wszystkich państwach wysoko rozwiniętych, wprowadzających do programów szkolnych edukację seksualną, z Wielką Brytanią (nie mówiąc już o Szwecji) włącznie.
    Tyle w kwestii prostowania propagandowych, konserwatywnych bzdur.
    Anty

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie mam pojęcia o ciążowych statystykach, ale ogólne "im mniej edukacji, tym lepiej" jest chyba naczelnym mottem konserwatystów. To oraz chęć mieszania religii z nauką przy każdej okazji. Pewnie dlatego, że istnieje (negatywna) korelacja między poziomem edukacji a liczbą konserwatystów w danym kraju... ;)

      yrk

      Usuń
    2. @Anty,

      Witaj po dłuższej przerwie.
      Ponieważ rozmawiamy o świecie cywilizacji białego człowieka, nie wyjeżdżaj tu z trzecim światem, bo nikomu takiego kitu nie wciśniesz. To właśnie sięganie do kompletnie innych cywilizacji o zupełnie odmiennych systemach wartości, jest mydleniem ludziom oczu. A nie jak próbujesz wmówić, przytoczone przez SN przykłady Wielkiej Brytanii i Szwecji, krajów jak najbardziej reprezentatywnych dla cywilizacji europejskiej.
      Głównym problemem związanym z przedwczesnym rozpoczynaniem życia seksualnego przez nastolatków są oczywiście niechciane ciąże gówniar, które posłuchały się "dyrektyw" propedofilskich organizacji typu WHO. Uznających że dwanaście lat to dobry wiek na rozpoczęcie seksu.
      Ale jeśli tak jak napisałeś, faktem jest iż rozbudowana "edukacja seksualna" nie jest w żaden sposób związana z liczbą ciąż nastolatek, to narzuca się oczywiste dla logicznie myślącego człowieka pytanie. To po jaką cholerę wydawać pieniądze podatników na takie bzdety, z których nie ma żadnego pożytku.
      Zatem od tej pory każdego, kto jazgocze o potrzebie takiej "edukacji", mam za złodzieja grosza publicznego.
      A tak na marginesie, to nie wiek jaką kurwa trzeba być fujarą, żeby nie umieć gumy na instrument naciągnąć i potrzeba do tego zatrudnić "specjalistów" opłacanych z pieniędzy publicznych. Wielka mi nauka - litości. Rzeczywisty powód forsowania przymusowej edukacji seksualnej jest zupełnie inny i nie ma nic wspólnego ze "szlachetną" misją niesienia kaganka oświaty, przyjebom niepotrafiącym nałożyć gumy na fiuta. Prawdziwą przyczyną forsowania seks edukacji jest KASA! Za tymi wszystkimi użytecznymi idiotami stoją potężne interesy warte ogromnych pieniędzy. Tylko kancelaria premiera Tuska w roku 2013 wydała na szkolenia gender 16 milionów złotych. Zapłacono to obsranej firemce zatrudniającej raptem 3 osoby, która wzięła się znikąd. Te same grupy interesów (trzyosobowe), stoją za próbami wprowadzenia edukacji seksualnej do szkół - ot co.

      Pozdrawiam serdecznie.

      Usuń
    3. @ Tie Fighter

      Rozumiem Cię i w zasadzie popieram, ale trochę przesadzasz. Nie wydaje mi się, żeby 12-latki rozpoczynały współżycie seksualne przez tę całą "seks-edukację". W taki szacunek współczesnej młodzieży dla wyniesionych ze szkoły nauk to ja nie wierzę. ;) Winna jest popkultura, lansująca wczesny i niekoniecznie bezpieczny seks. I co zrobić z taką 12-latką, która prawdopodobnie się z kims bzyknie choćby i na szkolnej dyskotece? Olać ten problem?

      Proszę, abyś przepisał swoją odezwę do Yrka.

      Usuń
    4. "Ponieważ rozmawiamy o świecie cywilizacji białego człowieka, nie wyjeżdżaj tu z trzecim światem, bo nikomu takiego kitu nie wciśniesz. To właśnie sięganie do kompletnie innych cywilizacji o zupełnie odmiennych systemach wartości, jest mydleniem ludziom oczu. A nie jak próbujesz wmówić, przytoczone przez SN przykłady Wielkiej Brytanii i Szwecji, krajów jak najbardziej reprezentatywnych dla cywilizacji europejskiej."
      Holandia nie jest już reprezentatywna? Nie zaprzecza wyrażonej wyżej sugestii, że edukacja seksualna = wzrost liczby ciąż nastolatek?
      Odsetek nastoletnich ciąż jest bardzo wysoki np. w krajach latynoamerykańskich należących do kręgu kulturowego "cywilizacji białego człowieka". Nie słyszałem o rozbudowanych, ogólnonarodowych programach edukacji seksualnej w tych państwach.

      "Głównym problemem związanym z przedwczesnym rozpoczynaniem życia seksualnego przez nastolatków są oczywiście niechciane ciąże gówniar, które posłuchały się "dyrektyw" propedofilskich organizacji typu WHO."
      Oczywiście - gówniary nic innego nie robią, tylko z zapałem czytują dyrektywy WHO. To ich ulubiona rozrywka;)

      "Ale jeśli tak jak napisałeś, faktem jest iż rozbudowana "edukacja seksualna" nie jest w żaden sposób związana z liczbą ciąż nastolatek, to narzuca się oczywiste dla logicznie myślącego człowieka pytanie. To po jaką cholerę wydawać pieniądze podatników na takie bzdety, z których nie ma żadnego pożytku."
      Ochrona przed niechcianą ciążą to tylko jeden z celów edukacji seksualnej. Do innych należą: przekazywanie wiedzy o ludzkiej seksualności i zdrowiu seksualnym i planowaniu rodziny, ochrona przed zakażeniami przenoszonymi drogą płciową, przekazywanie wiedzy dotyczącej skutecznych metod antykoncepcyjnych, ochrona przed wykorzystywaniem seksualnym.

      "A tak na marginesie, to nie wiek jaką kurwa trzeba być fujarą, żeby nie umieć gumy na instrument naciągnąć i potrzeba do tego zatrudnić "specjalistów" opłacanych z pieniędzy publicznych. Wielka mi nauka - litości."
      Najwyraźniej istnieje taka potrzeba. Nie pytałem o kompetencje takich osób, tylko o to, co jest złego w takiej nauce.

      "Rzeczywisty powód forsowania przymusowej edukacji seksualnej jest zupełnie inny i nie ma nic wspólnego ze "szlachetną" misją niesienia kaganka oświaty, przyjebom niepotrafiącym nałożyć gumy na fiuta. Prawdziwą przyczyną forsowania seks edukacji jest KASA!"
      Masz rację, kasa rządzi światem. Tyle, że Polska jest sygnatariuszem i stroną międzynarodowych porozumień zobowiązujących państwa obradujące do przekazywania wiedzy na temat seksualności człowieka i zdrowia reprodukcyjnego.

      Anty

      Usuń
    5. @Anty,

      "Holandia nie jest już reprezentatywna?"

      Owszem jest - podobnie jak Wielka Brytania, Szwecja czy Francja. Wyciągnij sobie średnią i wyjdzie jak byk, że tendencja niechcianych nastoletnich ciąż jest wzrostowa.

      "Nie zaprzecza wyrażonej wyżej sugestii, że edukacja seksualna = wzrost liczby ciąż nastolatek?"

      Nie zaprzecza.

      "Odsetek nastoletnich ciąż jest bardzo wysoki np. w krajach latynoamerykańskich należących do kręgu kulturowego "cywilizacji białego człowieka". Nie słyszałem o rozbudowanych, ogólnonarodowych programach edukacji seksualnej w tych państwach."

      Latynosi są znani ze swojej jurności. Wprowadź im edukację seksualną, to podwoją dotychczasowe wyniki - to oczywiste.

      "Oczywiście - gówniary nic innego nie robią, tylko z zapałem czytują dyrektywy WHO. To ich ulubiona rozrywka;)"

      Oczywiście gówniary nie czytują dyrektyw WHO, bowiem te skierowane są do seks edukatorów i ich politycznych sponsorów, a ci pierwsi dopiero zajmą się dalszą robotą.

      "Ochrona przed niechcianą ciążą to tylko jeden z celów edukacji seksualnej. Do innych należą: przekazywanie wiedzy o ludzkiej seksualności i zdrowiu seksualnym i planowaniu rodziny, ochrona przed zakażeniami przenoszonymi drogą płciową, przekazywanie wiedzy dotyczącej skutecznych metod antykoncepcyjnych, ochrona przed wykorzystywaniem seksualnym."

      Tak, całą tą wiedzę zdobywa się w czasie dwugodzinnej rozmowy w odpowiedzialnym rodzicem. Po co zatem ładować miliony w seks edukatorów? A jeśli ktoś jest takim przygłupem, że przerasta go założenie gumy, to znaczy, że jest opóźniony w rozwoju i potrzebuje pomocy fachowca, ale już z innej dziedziny.

      "Najwyraźniej istnieje taka potrzeba. Nie pytałem o kompetencje takich osób, tylko o to, co jest złego w takiej nauce."

      Taka potrzeba istnieje w głowach garstki lewackich agitatorów i stojącego za nimi potężnego lobby biznesowego. Gdyby w każdej szkole z osobna przeprowadzić referendum w tej sprawie, to zobaczyłbyś gdzie by skończyła ta seksedukacja.

      " Tyle, że Polska jest sygnatariuszem i stroną międzynarodowych porozumień zobowiązujących państwa obradujące do przekazywania wiedzy na temat seksualności człowieka i zdrowia reprodukcyjnego."

      Po pierwsze, to takie zobowiązania można wypowiedzieć. Po drugie osoby , które takie porozumienia sygnowały są częścią układu biznesowego, który za nimi stoi. Zresztą nieobowiązkowa religia w szkołach też jest efektem zawartych porozumień, a jednak bardzo Ci ona przeszkadza. Natomiast jeżeli sprawa dotyczy przymusowej edukacji seksualnej - jesteś za. Jak to jest? Podobne pytanie zadałem Kamilowi, ale taktownie wymiksował się z odpowiedzi.

      Usuń
    6. @Kira,

      "Nie wydaje mi się, żeby 12-latki rozpoczynały współżycie seksualne przez tę całą "seks-edukację". W taki szacunek współczesnej młodzieży dla wyniesionych ze szkoły nauk to ja nie wierzę. ;) Winna jest popkultura, lansująca wczesny i niekoniecznie bezpieczny seks."

      Doskonała cząstkowa diagnoza. A teraz wystarczy połączyć oddziaływanie popkultury i edukacji seksualnej, aby uzyskać pełny obraz sytuacji. Otóż oba te oddziaływania wzajemnie się uzupełniają, ale ich nadrzędnym i wspólnym celem jest przedwczesne rozbudzanie zainteresowania seksem, bez oglądania się na to, czy dane dziecko jest do tego emocjonalnie dojrzałe czy nie. Ponadto mówimy o sprawach szalenie intymnych, a wywalanie tych zagadnień na stół sekcyjny pozbawia całość nie tylko owej intymności, ale i całego piękna związanego z cielesnością człowieka. Być może dla niektórych aby zbliżyć się do osoby płci przeciwnej wystarczy brak obrzydzenia i sterczący fiutek, ale nie ma to nic wspólnego z budowaniem choćby powierzchownych relacji emocjonalnych. W ogóle sfery niefizycznej relacji międzyludzkich te zajęcie seksedukacyjne nie obejmują, a jedynie technikalia. A takie traktowanie sprawy owocuje wyedukowaniem pospolitych jebaków niezdolnych do stworzenia trwałego związku opartego na czymś więcej niż mechanicznym seksie. Do tego w praktyce cała operacja prowadzi.

      Usuń
    7. TF
      "Owszem jest - podobnie jak Wielka Brytania, Szwecja czy Francja. Wyciągnij sobie średnią i wyjdzie jak byk, że tendencja niechcianych nastoletnich ciąż jest wzrostowa."
      Średnio z psem to ja mam trzy nogi. Historycznie, liczba nastoletnich ciąż od czasu wprowadzenia edukacji seksualnej (w wielu krajach Europy Zachodniej - kilkadziesiąt lat temu) w większości państw spadła.
      "Nie zaprzecza."
      To dlaczego nie ma tam gwałtownego wzrostu liczby ciąż wśród nastolatków?
      "Tak, całą tą wiedzę zdobywa się w czasie dwugodzinnej rozmowy w odpowiedzialnym rodzicem. Po co zatem ładować miliony w seks edukatorów?"
      Dwugodzinna rozmowa to za mało, nawet w przypadku tych wycinkowych aspektów. Ale rzecz w tym, że się nie zdobywa, bo rodzice w większości albo w ogóle nie prowadzą takich rozmów, albo opowiadają farmazony.
      "Taka potrzeba istnieje w głowach garstki lewackich agitatorów i stojącego za nimi potężnego lobby biznesowego."
      Może sponsoruje to przemysł gumowy;) Tylko ciekawe, co w typowym dla kapitalistycznego świata, przemysłowym lobbingu, jest "lewackiego"?
      "Po pierwsze, to takie zobowiązania można wypowiedzieć."
      Można, ale nikt tego nie zrobił. Dlatego Polska sama zobowiązała się do realizowania edukacji seksualnej.
      "Po drugie osoby , które takie porozumienia sygnowały są częścią układu biznesowego, który za nimi stoi."
      Udowodnij to.
      "Zresztą nieobowiązkowa religia w szkołach też jest efektem zawartych porozumień, a jednak bardzo Ci ona przeszkadza."
      Jest, co nie znaczy, że można je sobie tak łatwo zakwestionować, mówiąc że "porozumienia międzynarodowe zawsze można zerwać". Tyle, że nie ma równowagi pomiędzy religią (indoktrynacją ideologiczną) i edukacją seksualną, która przekazuje wiedzę teoretyczną i praktyczną.
      Dziwne, że przeszkadza Ci finansowanie edukacji seksualnej, a nie przeszkadza finansowanie lekcji religii przez państwo, nie ujęte w porozumieniach międzynarodowych.
      "Otóż oba te oddziaływania wzajemnie się uzupełniają, ale ich nadrzędnym i wspólnym celem jest przedwczesne rozbudzanie zainteresowania seksem, bez oglądania się na to, czy dane dziecko jest do tego emocjonalnie dojrzałe czy nie."
      Nieprawda. Istniejące zalecenia kładą nacisk na dostosowanie programów edukacji seksualnej do stopnia rozwoju psychofizycznego i emocjonalnego dzieci.
      "Być może dla niektórych aby zbliżyć się do osoby płci przeciwnej wystarczy brak obrzydzenia i sterczący fiutek, ale nie ma to nic wspólnego z budowaniem choćby powierzchownych relacji emocjonalnych."
      Edukacja seksualna nie kwestionuje konieczności budowania więzi emocjonalnych.
      "W ogóle sfery niefizycznej relacji międzyludzkich te zajęcie seksedukacyjne nie obejmują, a jedynie technikalia."
      Zalecenia mówią coś innego, podkreślając konieczność zastosowania holistycznego i interdyscyplinarnego podejścia do edukacji seksualnej.
      "A takie traktowanie sprawy owocuje wyedukowaniem pospolitych jebaków niezdolnych do stworzenia trwałego związku opartego na czymś więcej niż mechanicznym seksie. Do tego w praktyce cała operacja prowadzi."
      Mam wrażenie, że operujesz powierzchowną, popkulturową wizją edukacji seksualnej, mającą niewielki związek z rzeczywistością.
      Anty

      Usuń
    8. @ Tie Fighter

      Wycofuję się z rozmowy, gdyż w gruncie rzeczy to całe "wychowanie seksualne" niespecjalnie mnie obchodzi. Swoje zdanie mam, ale kruszyć o nie kopii nie zamierzam.

      Usuń
    9. @Anty,

      Zacznijmy od tego, że zacytowany raport ma znikomą wartość merytoryczną, gdyż forsuje on za fasadą rzekomych danych, zwykłą indoktrynację. Wystarczy przyjrzeć się autorom, aby nabrać wątpliwości.

      "Dziwne, że przeszkadza Ci finansowanie edukacji seksualnej, a nie przeszkadza finansowanie lekcji religii przez państwo, nie ujęte w porozumieniach międzynarodowych."

      Nie odpowiedziałeś na moje pytanie i zamiast tego stosujesz uniki. Dyskusja jest o przymusowym wprowadzeniu edukacji seksualnej wbrew woli większości rodziców, a nie o religii w szkołach, która miała i ma poparcie większości rodziców. A lekcje religii są ujęte w konkordacie, który jest rodzajem umowy międzynarodowej. Zatem nie wiem dlaczego, mniejszość próbuje narzucić swoje zdanie większości i to nie w warunkach dyktatury (co by było zrozumiałe), a demokracji - kulawej, ale jednak demokracji.

      Usuń
    10. P.S.

      A już ten argument, że rodzice nie nadają się aby uświadomić seksualnie swoje dzieci, jest z tych o charakterze totalitarnym. Dokładnie tej samej logiki można użyć zarzucając rodzicom, że nie potrafią wychować właściwie swoich dzieci - i co? Tę funkcję też ma przejąć szkoła? To prowadzi właśnie do totalitaryzmu i odbierania ludziom wolności w podejmowaniu decyzji. Gdzie to twoje umiłowanie wolności jednostki się podziało?

      Usuń
    11. "Nie odpowiedziałeś na moje pytanie i zamiast tego stosujesz uniki."
      Bo to pytanie "z tezą", niczym nie popartą. Z gatunku tych "czy już przestałeś bić swoją żonę";)
      "Dyskusja jest o przymusowym wprowadzeniu edukacji seksualnej wbrew woli większości rodziców, a nie o religii w szkołach, która miała i ma poparcie większości rodziców."
      Jeszcze raz - w którym miejscu napisałem coś o przymusie?
      "A lekcje religii są ujęte w konkordacie, który jest rodzajem umowy międzynarodowej"
      Wprowadzenie edukacja seksualnej wynika m. in. wprost z postanowień konferencji kairskiej, sygnowanej m. in. przez Polskę.
      "a nie o religii w szkołach, która miała i ma poparcie większości rodziców"
      Tego nie wiesz - nie było żadnego referendum w tej sprawie.
      "A lekcje religii są ujęte w konkordacie, który jest rodzajem umowy międzynarodowej"
      Społeczeństwa nikt nie pytał również, czy chce wprowadzenia konkordatu, zatem został narzucony przez grupę polityków.
      Przy okazji, nie odpowiedziałeś na pytanie. Konkordat nie reguluje kwestii finansowania nauki religii przez państwo, zatem dlaczego nie sprzeciwiasz się, aby państwo wspierało finansowo inicjatywę KrK mimo braku takich porozumień na mocy prawa międzynarodowego?
      "A już ten argument, że rodzice nie nadają się aby uświadomić seksualnie swoje dzieci, jest z tych o charakterze totalitarnym."
      Taki argument nie został przeze mnie wyrażony.
      Anty

      Usuń
  10. Kiła i mogiła08.05.2015, 17:32

    Dzięki za tę dyskusję! Leżę na ziemi ze śmiechu. Tekst o bzykaniu niezbyt wysokich lotów, a dyskusja pod nim, że hoho ;) Trochę dystansu by się przydało. No i takie drobne pytanie: kiedy ostatnio uprawialiście seks? Tak myślałam! :))

    Dam wam dobrą radę: idźcie przewietrzyć mózgi. Piękna dziś pogoda. Wasza muza za dwa dni wstawi tekst o konformistach, kremach na pryszcze albo o tym, jak leczyć hemoroidy - wtedy też będzie o czym gadać ;)

    Byeeee!

    Hahaha!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Receptura kremu na pryszcze byłaby i tak wartościowsza od pseudointelektualnego bełkotu, jakim raczą swoich czytelników niektórzy "ambitni" blogerzy. Pryszcze bowiem (jak i hemoroidy) są czymś nie tylko realnym, ale i powszechnym.

      Skoro już dajemy sobie dobre rady, to masz tu jedną od serca: DOROŚNIJ W KOŃCU. Dojrzali ludzie nie latają po nieciekawych czy bezwartościowych z ich punktu widzenia blogach, ani tym bardziej się w nich nie wyzłośliwiają. Ja rozumiem, że możesz mieć nudne życie, ale żeby aż tak?

      Usuń
  11. Jan Kowalski08.05.2015, 18:47

    Pytanie tygodnia:

    "Anonimowy08.05.2015, 13:33
    PS. Co jest złego w nauce prawidłowego nakładania kondoma?"

    Życzliwa odpowiedź:
    W czym problem?Nie możesz nauczyć swojego syna,a nawet córkę?Nie potrafisz?


    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To nie jest odpowiedź.

      Co do zadanego pytania:
      Potrafię. Podobnie jak nauczyć prawidłowego przechodzenia przez jezdnię.
      Ale nie będę protestował gdy ktoś inny zrobi to lepiej ode mnie.

      Anty

      Usuń
    2. Jan Kowalski08.05.2015, 21:07

      "Ale nie będę protestował gdy ktoś inny zrobi to lepiej ode mnie".

      Cie pierdziu,to ci skomplikowana operacja.To jak już ci syna podszkolą,to poprosisz coby ciebie nauczył tej nowej techniki?

      Usuń
    3. @ Jan Kowalski

      Nie przeginaj. :)

      Usuń
    4. @Jan Kowalski

      Dalej - brak odpowiedzi na wcześniejsze pytanie. Doczekam się jej, czy nie?
      Co do kolejnego pytania - zależy, czy będę potrzebował takiej nauki. Ci, co wszystko"umią", zwykle kończą na wpadce.

      Anty

      Usuń
    5. Jan Kowalski08.05.2015, 21:58

      Ten twój aktualny wpis nie jest o dupie Maryni?
      Pozdrawiam.

      Usuń
    6. A Twój nie jest o zachowaniach godowych pawianów?
      Również pozdrawiam.

      Anty

      Usuń
    7. @ Anty

      Mędrek pisze o MOIM wpisie. :)


      @ Mędrek alias Jan Kowalski (no i po cóż ta zmiana nicka? ;))

      Nawet w takim wpisie nie powinieneś docinać innym rozmówcom.

      Usuń
    8. Jan Kowalski09.05.2015, 13:07

      To nie była docinka.Odniosłem wrażenie że zgadza się,żeby w szkole jego dzieci uczyli zakładanie kondoma.Mam nadzieję,ze nie jest przeciwny nauce także matematyki i umiejętności czytania i pisania.
      Na tym kończę,bo jak widzę źle odczytujesz moje intencje.
      Pozdrawiam.

      Usuń
    9. Oczywiście, że nie jest. Co innego z nauką astrologii, numerologii i religii - przydatność wymienionych kształtuje się na podobnym poziomie.
      Anty

      Usuń
  12. @ Kira
    Jest rzeczą oczywistą, że płyn po przelaniu do innego czystego naczynia, swojego składu chemicznego nie zmieni. Pomijam możliwość rozpuszczenia się w nim jakichś śladowych ilości substancji, obecnej w tym "docelowym" naczyniu.
    Ale w sieci można znaleźć bez porównania większe idiotyzmy. Zaćpani debile od lat poszukują jeszcze większych od siebie debili, którzy by im uwierzyli w aż tak bezczelne kłamstwo, że "marychujana" nie jest narkotykiem. Terapeuci uzależnień i biegli sądowi co do jednego wyśmiali te brednie, a oni furt swoje. Chyba nieuleczalne przypadki psychiatryczne.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zauważyłam, że palacze marihuany są w amerykańskich filmach (tych przeznaczonych dla nieszczególnie wymagającego odbiorcy) przedstawiani albo jako równi goście, albo jako nieszkodliwe przygłupy. Cyniczna propaganda czy zwyczajna durnota reżyserów?

      Usuń
    2. @ Kira
      Oczywiście, że jest to świadoma propaganda hollywoodzkich "luzaczków". W tym towarzystwie ludzi posiadających jakiś kręgosłup moralny, jak choćby Clint Eastwood, możesz loloczyć na palcach. Zdecydowana większość to "wyluzowane człowieki". jak nie ćpun, to zboczeniec. A niektórzy to dwa w jednym, na zasadzie że dwa gwoździe lepiej trzymają. W ostateczności można być heteroseksualnym dinozaurem, ale zmieniać partnera(kę) co kilka lat, by nie wyjść na kołtuna. Ale to już niższy sort.
      Zwróć też uwagę na to, że w takich filmach Murzyn z definicji jest tytanem intelektu i szefem jakichś białasów.
      A wracając do kwestii alkoholu i narkotyków, W cywilizacji śródziemnomorskiej ta codzienna szklanka wina jest powszechnie wypijana od grubo ponad dwóch tysięcy lat. I jakoś nie doprowadziła do krachu tych narodów.
      Jak sama zauważyłaś, niewielką ilość alkoholu można wypić jedynie dla smaku, lub dla poprawy trawienia. Więc bełkot Beotów, głoszący że owa przysłowiowa szklanka to odurzanie się, pozostawmy konowałom, którzy usunęli pederastie z listy zboczeń a dwunastoletnim gówniarzom zalecają wzięcie się za kopulację. A tym wszystkim którzy w te brednie wierzą, serdecznie radzę korzystać z "fachowej" pomocy takich konowałów. W końcu będzie to eutanazja, czyli ich oczko w głowie.

      Usuń
    3. @ Kira
      Z oczywistych powodów regulaminowych do Twojego komentarza z 08.05.2015, 21:04 odniosę się w tym wątku.
      Nie przypominam sobie innego tematu w którym wypowiedziano by w sieci aż tyle idiotyzmów, co w wykonaniu narkomanów i dilerów broniących konopnego narkotyku.
      Gdy kilka lat temu w dyskusji padło ironiczne pytanie, czy ten syf jest równie niewinny jak landrynki, pewien ćpun zawył, że landrynki są bardziej szkodliwe, bo powodują cukrzycę. Dla jasności dodam, że tenże ćpun na Twoim blogu nigdy się nie pojawił, więc chyba nie ma przeszkód regulaminowych, by o debilu wspomnieć.
      Można też znaleźć opowieści, jak wspaniale po wyjaraniu skręta słucha się "muzy" i uprawia się seks. No cóż, muzyki można słuchać "na trzeźwo" , bez konieczności odurzenia się jakimś narkotykiem. Więc wystarczy zmiana repertuaru. A co się tyczy seksu, jeśli ktoś nie jest w stanie pójść do łóżka z jakąś kobietą "na trzeźwo", zawsze może zmienić obiekt uczuć (???). Jeszcze lepiej postąpi fundując takiej "urodziwce" pomoc chirurga plastycznego. Na pewno będzie to lepszy uczynek od sponsoringu aborcji.
      Ale nigdy nie spotkałem się z twierdzeniami, że ten syf jara się dla niebiańskiego aromatu jego dymu. Bo celem jarania tego narkotyku jest zmiana odbioru bodźców. Co łatwo znajdziesz na stronach biegłych sądowych. Jeśli jesteś tym zainteresowana, służę linkami do tych stron. Prowadzonych przez autentycznych ekspertów, a nie załganych promotorów narkomanii, pokroju niejakiego Cipowicza i jego "padchujszczich" (daruj starowarszawski rusycyzm).
      I jeszcze z ostatniej chwili. Mam na myśli Twój komentarz z 09.05.2015, 23:23

      "ja zaś nadziwić się nie mogę, że jest jeszcze sporo ludzi, którzy CHCĄ, by narkomania w tym kraju kwitła w najlepsze /bo opór przed legalizacją ziela świadczy właśnie o tym/"

      No i jak można coś takiego skomentować? Wychodzi na to, że odnosząc się sceptycznie do legalizacji marihuany jestem zwolenniczką rozpijania narodu. Ręce opadają...


      Nie tylko Tobie ręce opadają, gdy się czyta taką mieszaninę bezdennych bredni oraz kurewskiej podłości. Bo głupszą od własnej waginy "Anię", dawno już wywaliłaś ze swojego blogu. A wbrew tym i kolejnym bredniom, tylko osoba używająca do myślenia genitaliów zamiast mózgu, mogłaby w ten pogląd, czyli mieszankę bzdur i kurewstwa uwierzyć.

      Usuń
  13. Terapeuci uzależnień i lekarze dawno wystrzelili w kosmos idiotyzmy sugerujące, że alkohol nie jest potencjalnie silnie uzależniającą substancją psychoaktywną, podobnie jak wiele innych "narkotyków".
    Stanowisko osób rzeczywiście kompetentnych w tej kwestii znalazło potwierdzenie w oficjalnych klasyfikacjach psychiatrycznych, jak choćby ICD-10. W tych ostatnich próżno szukać wykrętów tłumaczących, że szklanka wina do obiadu to nie odurzanie się, a zapalenie jointa - już tak.
    Anty

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. @ Anty

      Alkohol jest niebezpieczny, zwłaszcza w ustach Polaków, którzy nie dorównują kulturą picia zachodnim nacjom. Ale alkohol można pić wyłącznie dla smaku. Jeżeli trafiają się amatorzy marihuanowego dymka ukierunkowani wyłącznie na doznania smakowe, to są zapewne w mniejszości.

      Usuń
    2. Z punktu widzenia terapeutów nie ma znaczenia, czy coś jest spożywane "dla smaku", czy nie. Odsetek osób uzależnionych wśród amatorów alkoholu jest zauważalny (chociaż nie bardzo duży), podobnie jak w przypadku palaczy marihuany.
      Wniosek: mamy do czynienia z dwiema substancjami psychoaktywnymi o potencjale uzależnienia. Specjalne wyróżnianie alkoholu nie ma sensu.
      Anty

      Usuń
    3. @Anty...
      mocno upraszczasz, bo akurat są przesłanki, by wyróżnić /osobną regulacją prawną/ narkotyk zwany "alkohol" ze względu na jego nienarkotyczne zastosowania... żaden inny narkotyk i paranarkotyk nie ma tylu "bocznych" zastosowań...
      tak samo są mocne powody, by wyróżnić marihuanę /prawnie/... od innych substancji narkotycznych /i paranarkotycznych/ różni się subtelnym działaniem, nie można się nią tak uwalić, by stracić nad sobą kontrolę... nie istnieje sposób zabicia się za jednym podejściem /przy pomocy alkoholu również jest to trudne, ale zdarza się czasem/... zaś potencjał uzależniający marihuany jest bardzo niski, wręcz znikomy... ale żeby nie było tak za bardzo "cacy", to można sobie nią zrobić krzywdę w inny sposób, gdy się pali "za często, za gęsto"... jednak te ewentualne dysfunkcje nie są uzależnieniem... "szarzy obywatele" często mylą pojęcia i różne problemy spowodowane nadużyciem substancji psychoaktywnych nazywają błędnie "uzależnieniem"... maryśka ma też duże znaczenie jako narzędzie profilaktyki i ograniczania zjawiska narkomanii...
      ale o tym wszystkim napiszę niedługo... najpierw o alkoholu, potem zaś na temat owej roli maryśki w temacie przeciwdziałania narkomanii... teraz na razie pas, by nie pisać dwa razy o tym samym...
      tylko jeszcze dwa słowa do Kiry:

      @Kira...
      jest coś takiego, jak spożywanie alkoholu dla smaku... siłą rzeczy dawka narkotyku jest wtedy niewielka, wręcz symboliczna... są takie trunki, które tylko do tego służą... natomiast nie zmienia to faktu, że alkohol nadal ma narkotyczne właściwości, tylko ze względu na jego ilość prawie wcale się nie czuje tego działania... zaś co do ludzi, którzy twierdzą, że oni "tylko dla smaku"... czasami jest to prawda, ale w większości przypadków jest to kłamstwo, oszukiwanie siebie... myk polega na tym, że dla takiego "smakosza" stan lekkiego, lub umiarkowanego odurzenia /zwany popularnie "rauszem"/ jest celem drugorzędnym...
      to by było na razie na tyle, tak w skrócie...

      Usuń
    4. Piotr
      Nie chodziło mi o wyróżnianie na drodze regulacji prawnych (tutaj istnieje potrzeba zastosowania indywidualnego podejścia do różnych narkotyków), tylko o pospolite stawianie szlabanu między alkoholem i wszystkimi innymi narkotykami, co często robią miłośnicy alkoholu, próbując się w ten sposób dowartościować. Boczne zastosowania odnajdujemy też w przypadku wielu innych narkotyków, przecież wiesz...
      Tak, zgadzam się że potencjał uzależniający THC jest stosunkowo niski, ale jednak jakiś jest. Nie jest to substancja, od której nie można się uzależnić - można i to łatwiej niż w przypadku herbaty, czekolady, czy kawy;)
      Anty

      Usuń
    5. @Anty...
      jeszcze ciekawostka:
      przypadki uzależnień /uzależnień sensu stricto, a nie innych rozpoznań notowanych jako "uzależnienie"/ są szalenie rzadkie... ale ostatnio ponoć rozpoznano ich nieco więcej... wytłumaczenie jest proste... jednym ze skutków obecnego prawa są coraz liczniejsze przypadki marihuany "wzbogacanej" różnymi dodatkami, niektóre rzeczywiście uzależniają... swojego czasu Kamil Sipowicz nazwał taką podrasowaną maryśkę terminem "metylomarihuana"... mnie się to jakieś toporne wydaje, za długie... ale mam pomysła... kiedyś spotkałem się ze słowem "marychujana"... pojęcia nie mam, co ono znaczy, bo to jakiś niszowy, wręcz marginalny żargon, ale świetnie by pasowało do takiego oszukanego ziela...
      coraz więcej "marychujany" na rynku świadczy, że czasu zostało niewiele, by zalegalizować normalną, czystą marihuanę... ja zaś nadziwić się nie mogę, że jest jeszcze sporo ludzi, którzy CHCĄ, by narkomania w tym kraju kwitła w najlepsze /bo opór przed legalizacją ziela świadczy właśnie o tym/...
      ale ten temat już rozwinę u siebie z końcem maja...

      Usuń
    6. "ja zaś nadziwić się nie mogę, że jest jeszcze sporo ludzi, którzy CHCĄ, by narkomania w tym kraju kwitła w najlepsze /bo opór przed legalizacją ziela świadczy właśnie o tym/"

      No i jak można coś takiego skomentować? Wychodzi na to, że odnosząc się sceptycznie do legalizacji marihuany jestem zwolenniczką rozpijania narodu. Ręce opadają...

      Usuń
    7. @Kira...
      wcale tak nie wychodzi... wychodzi, że dokonałaś nadinterpretacji tej wypowiedzi...
      de facto warianty są dwa... są ludzie, którzy po prostu nie wierzą, że legalizacja /jakaś forma, mniejsza o detale/ będzie skuteczna, jednak próbują chociaż zrozumieć argumenty, które za tą koncepcją stoją... niestety są tacy i wygląda na to, że jest ich sporo, którzy są tak tępi, tak odporni na wiedzę, że człowiek dochodzi do wniosku, iż oni naprawdę chcą, by był coraz większy syf... jedyna szansa do uratowania niektórych z nich, do zmuszenia ich do używania mózgu to owo demagogiczne zdanie... reszta wyłapie focha, ale te przypadki i tak były stracone od samego początku...

      Usuń
    8. @ PKanalia

      Znamy się wirtualnie już kilka lat, więc zamilknę.

      Usuń
  14. @bezdresowo...
    zagadka na weekend:
    napisano "paczka"... on/a/ przeczytał/a/ "taczka"... zaś potem wszystkim wmawia, że było napisane "sraczka"...
    kto to jest, o kim mowa?...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. @pkanalia

      Musisz być bardziej konkretny, bo ja mam ciągle 2 kandydatów ;)

      Usuń
    2. Panowie, nie przeginajcie.

      Usuń
    3. @Kira...
      skoro 2 to przegięcie, to już się zamykam, bo tak szczerze mówiąc, myślałem o minimum 3...
      ale cieszę się przynajmniej Kiro, że wiesz, o co chodzi...
      ...
      tak w ogóle, to jest fajny chwyt... ktoś mi mówi, że cieszy się, iż mam jakiś pogląd /choć wcale takiego nie artykułowałem/ i od tej pory już wiem, jaki mam mieć pogląd :)... elementarne...

      Usuń
    4. @ PKanalia

      Nie, ja się mogę jedynie domyślać, o co TOBIE chodzi.

      Usuń
    5. @Kira...
      a jak się źle domyślasz i komentarz poleci w ramach "pomyłki sadowej"?... dobre prawo powinno takie pomyłki minimalizować do zera, bo inaczej prawodawca i organy wykonawcze /tu akurat 2 in 1/ tracą zaufanie ...

      Usuń
    6. @ PKanalia

      Nie skasuję Twojego komentarza, bo zagadka została sformułowana bardzo ogólnikowo. Ale przykro mi, że bawisz się w takie zagrania.

      Usuń
  15. Człowiek szczęśliwy, spełniony i mający jasne cele w życiu nie musi zmieniać postrzegania świata, by poczuć się lepiej. Uwierz, gdyby nawet teraz wszystkie narkotyki świata byłyby dostępne za friko, to bym nie spróbował. Bo i po co?

    Może byłbym nawet za całkowitą legalizacją narkotyków, gdybym miał pewność, że nikt nie wyda publicznego grosza na leczenie ćpunów, a ci będą utylizowani dostatecznie szybko, zanim zaśmiecą ulice miast. Że to niemożliwe, to kończę na tym rozważania o legalizacji. Leczniczo? Owszem, o ile rzeczywiście pomaga. Nie znam się i nie zgłębiałem tematu, więc też zamilczę.
    Alkohol? Właśnie mrozi mi się puszeczka piwa 0,33. Tyle na dziś przewidziałem, więcej nie trzeba. Piwo chodziło za mną kilka dni i wypiję sobie ze smakiem mały kufelek. Urżnąć się nie mam potrzeby ani chęci. Nie wiem dlaczego, ale to po prostu cholernie przyjemne usiąść w fotelu, zapalić dobrego papierosa (w Polsce takowych brak), wypić szklaneczkę whisky czy kufel piwa, posłuchać muzyki... Czujesz klimat? Jakoś nie widzę porównania do wciągania czy wstrzykiwania czegokolwiek. Poza tym zawsze czułem niechęć do zastrzyków :))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. @ Celsus

      Zgadzam się z tym, że jeśli ćpuny ograniczyłyby realizację swoich upodobań do czterech ścian własnego mieszkania, to w sumie nie byłoby się czego czepiać. (Pod warunkiem, rzecz jasna, że nie miałyby dzieci ani zwierząt.) A z tą szybką utylizacją to strzeliłeś w dziesiątkę.

      Usuń
    2. @Celsus...
      z uplasowania komentarza wygląda na to, że to do Kiry, ale się wtrącę...
      zawsze mnie śmieszyły deklaracje, że ktoś "nie musi" zmieniać /sobie/ postrzegania świata, bo często jest to używane jako swoista manipulacja, próba dowartościowania się w oczach innych, że się "nie musi"...
      rzecz jasna ta uwaga zapewne nie dotyczy Ciebie, wspominam tylko o istnieniu pewnego zjawiska...
      natomiast co do litery tego Twojego pierwszego zdania, podpisuję się pod nim w całej rozciągłości... bo prawdą jest, że normalny, wyluzowany, zadowolony z życia człowiek, który nie tworzy sobie sztucznych problemów i radzi z realnymi, rzeczywiście NIE MUSI zmieniać sobie stanu umysłu, percepcji świata... taki człowiek ma większe pole manewru, bo MOŻE, ma wybór, czy to zrobić, czy nie... jeśli chce to zrobić, to sam decyduje o tym, w jakim stopniu chce sobie tą percepcje zmienić... na przykład Ty w swoim przykładzie zdecydowałeś minimalny, symboliczny stopień, zapewne nawet nie poczujesz różnicy, zaś ewentualna zmiana percepcji nie jest dla Ciebie priorytetem...
      i zapewne kłamstwem byłoby twierdzenie, że musisz tą zmianę sobie zafundować...
      mnie pomysł takiego kłamstwa do głowy nie przychodzi, choć wiem, że bywają ludzie, którzy muszą... no, ale oni chyba wyluzowani, zadowoleni z życia en bloc nie są?...
      nie przychodzi mi też do głowy inne kłamstwo, polegające na utożsamianiu każdego zażycia z urżnięciem się... bo jest jeszcze cała gama stanów pośrednich /jest takie fajne słowo "rausz"/, zaś Twój przykład jest właśnie tego ilustracją...
      ...
      sorry, nie chcę dyskutować o roli legalizacji jednego szczególnego narkotyku /w porównaniu np. z tymi "wstrzykiwanymi" to raczej paranarkotyk/ w procesie ograniczania /co najmniej/ zjawiska narkomanii, bo jak wspominałem już gdzieś, chcę temat rozwinąć syntetycznie za jakiś czas u siebie i nie chce mi się dublować...

      Usuń
    3. @ Celsus
      Opisałeś drobne a w większości nieszkodliwe przyjemności człowieka na poziomie. Teoretycznie mógłbym kręcić nosem na tego papierosa, ale sam przez ponad trzydzieści lat paliłem. Więc nie będę się zachowywać jak człowiek demonstacyjnie noszący Matkę Boską w klapie marynarki, a wcześniej pracujący jako lektor w komitecie wojewódzkim PZPR.
      Więc delektujmy się kropelką whisky lub whiskey. Trawę pozostawiając bydłu czworonożnemu, zaś "trawkę" dwunożnemu.

      Usuń
    4. @pkanalia

      Naprawdę nie czuję się lepszy z tego powodu, że nie mam potrzeby znalezienia się wśród buddów, utraty czy zaburzenia świadomości. Cenię sobie swoje tu i teraz, bo lepszego nie będzie :) Ćpanie, w przeciwieństwie do picia (nie chlania) alkoholu, zawsze będzie miało na celu mniejsze lub większe zmiany w postrzeganiu rzeczywistości. I tu jest ta granica. Mniejsza o stopień zmian, po prostu cele są rozmaite.

      Usuń
    5. @Stary Niedźwiedź

      Papieros nie oznacza palenia :) Palę jednego dziennie, nie będę reklamował marki o charakterystycznym, płaskim pudełku i wybitnym, fajkowym zapachu :) W Polsce niestety już niedostępne, całe szczęście mam dosyć często przesiadki w Świętym Rzymskim Cesarstwie i na lotnisku mogę sobie zakupić.

      Usuń
    6. @Kira

      Dobrze wiemy, że prędzej czy później skończy się to problemem, najbardziej odczuwalnym przez lokalną społeczność. Czasami racjonalizm winien ustąpić miejsca współczuciu i chęci bezinteresownego niesienia pomocy. Ludzie odurzający się powinni mieć szansę pomocy. Nigdy nie wiadomo, co było przyczyną. Nawet młodzieńcza ciekawość i głupota nie powinny przekreślać człowieka. Gdy nią wzgardzą, powrócą do ćpania, no to wtedy trzeba zutylizować. Dla dobra społeczeństwa. Oczywiście buduję tu utopię normalnego kraju.

      Usuń
    7. @Celsus...
      czy ja pisałem po polsku, czy po czukocku?...
      powtórzę jeszcze raz:
      "rzecz jasna ta uwaga zapewne nie dotyczy Ciebie, wspominam tylko o istnieniu pewnego zjawiska"...
      to nie rozumiem, po co mi się tłumaczysz?...
      ...
      słowo "ćpanie" dotyczy także alkoholu, ponieważ jest to także narkotyk...
      ćpanie może mieć jako efekt różne stopnie zmiany postrzegania rzeczywistości... od delikatnego rauszu po "uwalenie się"... wiele zależy od gustu, a także /co jest istotniejsze/ od powodów, dla których ktoś ćpa... gdy ktoś ćpa dla czystej przyjemności, zabawy /pomińmy dla uproszczenia motywacje natury artystycznej czy medytacyjnej/, zwykle nie dąży uwalenia się, wystarczy mu pewien poziom rauszu... gdy ktoś ćpa w celu "leczenia" /ironiczny cudzysłów zamierzony/ swoich problemów, chwilowych lub długofalowych, dąży raczej do owego uwalenia się /raczej, bo nie jest to stuprocentowa reguła/... ta drugą motywację uważam za chorą, ale mniejsza z tym... czyli granica polega na powodach raczej, niż ilościach /stopniu zmian/... co do różnic ilościowych rzeczywiście istnieją pewne subtelności... na przykład ktoś nie wyrabia się w sytuacjach towarzyskich i podpiera ćpaniem alkoholu, jednak stara się pewnego stopnia rauszu nie przekroczyć... bardzo popularna zresztą sytuacja... nie jest to jeszcze choroba, ale o chorobę może się otrzeć...
      kwestię ćpania alkoholu "dla smaku" poruszałem w innym miejscu, ale jeszcze raz wspomnę, by Ci ułatwić życie... jest to taka specyficzna substancja, że rzeczywiście można spożywać produkty z drobną jej zawartością gwoli jedynie doznań smakowych... kruczek polega jedynie na tym, że bardzo niewielu ludzi robi to wyłącznie dla samych tych doznań... większość tych "smakoszy" oszukuje się i otoczenie, gdyż lekki rausz jest również ich celem, ma on jednak drugorzędne znaczenie... zastanawiam się tak swoją drogą, co sobie załatwiają taką obłudą?... w końcu to żaden wstyd przyznać "lubię smak piwa, ale lubię też, jak mi przy okazji nieco zaszumi w głowie"...
      podsumowując, to nie widzę zbytnich różnic zdań pomiędzy nami... jedyna niewyjaśniona kwestia, to twierdzenie, że gdy ktoś spożywa /ćpa/ jakiś narkotyk, to znaczy że musi... ja się z tą tezą nie zgadzam, zgadzam się jedynie, że tak się zdarza /do tego niestety dość często/ i wyjaśniłem wcześniej dokładnie różnicę pomiędzy MUSI i CHCE...

      Usuń
    8. @pkanalia

      No i właśnie tu jest różnica: alkohol może być używany konsumpcyjnie, a narkotyki nie. ZAWSZE będą miały na celu zmianę świadomości. Tymczasem jak podlewasz potrawę winem, czy dodajesz ciut koniaku do deseru, to nie dla rauszu, wyluzowania ale dla smaku. Z narkotykiem tego nie zrobisz. To jest najważniejsza różnica. Rausz nie jest zły, jednakże gdy staje się celem, no to trzeba zastanowić się nad życiem, bo coś się zaczyna gubić. Może byłbym miał inne podejście, gdybym posiadł pewność, że ćpanie nie wpływa negatywnie na mózg. Tymczasem gdy widzę wyluzowane imprezowe autorytety i elitę warszawki, to nabieram wątpliwości, a gdy ich usłyszę, to już mam pewność, że to nic dobrego. Prezentowanie mentalności żula, tylko na wyższym poziomie materialnym, nie jest czymś dla mnie atrakcyjnym. Nie zrozum mnie źle, po prostu nie widzę żadnego pozytywu w zażywaniu narkotyków. Jeżeli dla wyluzowania, no to wypada jedynie współczuć człowiekowi, że musi władować w siebie syf, by nie być napiętym jak bawole jajo. Żeby zapomnieć o problemach? Brak odwagi i elementarnej dojrzałości. Po prostu bezjajeczność. Dla doświadczeń mistycznych? Raczej dla wygenerowania urojeń tychże. No po prostu brak jakichkolwiek rozsądnych przesłanek do zaakceptowania przeze mnie ćpania. Pomijając ucieczkę przed niedojrzałością, czy stworzenie sobie świata urojeń, nie widzę naprawdę powodów. A staram się zrozumieć.

      Usuń
    9. @ Celsus

      Ależ ja jestem jak najbardziej za tym, żeby odpowiednie służby czy organizacje wyciągały narkomanów z bagna uzależnienia. Ale ci narkomani muszą tego chcieć!

      Usuń
    10. @ Celsus
      Uprzejmie proszę o zgodę na cytowanie Twojego wytłumaczenia (rzecz jasna, z podaniem, kto jest autorem), czym się różni alkohol od narkotyków. Jest ono tym bardziej cenne, że jako sformułowane przez prawnika, jest wolne od uchybień formalnych. I do tego tak łopatologiczne, że zrozumieć je powinna każda osoba o inteligencji co najmniej przysłowiowej krowy na miedzy.
      Z góry dziękuję za odpowiedź i pozdrawiam.

      Usuń
    11. @Celsus...
      znowu nieco pobieżnie mnie czytałeś...
      przecież podkreśliłem różnicę pomiędzy sytuacją "musi" i sytuacją "chce"... sytuacja "chce" /dobrowolność/ dotyczy czystej zabawy, rozrywki, zaś sytuacja "musi" /kompulsja/ wspomnianego zapominania o problemach... prościej chyba już nie umiem...
      ...
      sam na przykład jestem zwolennikiem szkoły, by mając problem, jakąś sytuację trudną rozwalać ją na trzeźwo i trzymać się z dala od wszelkich "zmieniaczy percepcji", nawet jeśli jest to napój narkotyczny zwany piwem w minimalnej dawce...
      niestety jestem w mniejszości, bo większość stosuje konserwatywną zasadę "na frasunek dobry trunek"...
      ...
      wspomniałeś o doświadczeniach mistycznych... jest to pewien margines i tu speca trzeba, bo łatwo zamiast korzyści ponieść stratę /natury psychicznej/... rzeczywiście łatwo jest zamiast doznania wglądu wpieprzyć się w dość paskudne makyo...
      ...
      nigdy nie zaprzeczałem, że alkohol jest narkotykiem mającym wyjątkowo wiele zastosowań "nienarkotycznych"... można wspominać o zastosowaniach medycznych opiatów, marihuany, kokainy /chirurgia oka/, można wspominać o ciasteczkach haszyszowych, które mają tyle "mocy" w sobie, ile "piwo" Karmi... można znaleźć kilka innych przykładów, ale alkoholu nie przebije nic w tej kwestii...
      ...
      tak naprawdę, to ja z kolei nie rozumiem tego ślepego uporu w zaprzeczaniu, że alkohol to nie narkotyk... żaden narkotyk nie traci swoich własności /czyli także zdolności odurzania/, mimo zastosowania nienarkotycznego... także klej Butapren jest narkotykiem, bardzo toksycznym, ale jest nim i tych właściwości nie zmieni fakt, że stosuje się go głównie do celów szewsko - kaleteniczych... po prostu jest jakaś koszmarna OBŁUDA w tym uporze zaprzeczania prawom chemii /czy biologii/... co wywołuje taki strach przed nazwaniem alkoholu "narkotykiem", zwłaszcza, że to określenie pokrywa się z naukową prawdą?...

      Usuń
    12. @Kira

      Narkomania i pijaństwo mają, moim zdaniem, podobne źródło: chęć zmiany rzeczywistości lub zapomnienia o niej. Problem w tym, że rzeczywistość zostaje taka, jaką jest, tylko człowiek się zmienia, niestety na gorsze. Z alkoholem rzecz taka, że człowiek o zdrowych zmysłach wypije kufel, lampkę czy szklankę i nic :) Natomiast wkraczając w świat narkotyków nie ma tego NIC. Ludziom trzeba pomagać, ale tylko wtedy, gdy tej pomocy nie odrzucają. Tak samo brzydzę się luzackimi autorytetami, bredzącymi trzy po trzy, co do których wszyscy wiedzą, że lubią sobie zapodać. Nie wiem, czy ci ludzie chcą wyjść na prostą, raczej nie, skoro się ich lansuje.
      Młodość ma prawo do głupoty i poszukiwań, nawet za cenę zdrowego rozsądku, ale żeby lansować i stawiać za wzór osoby ewidentnie z problemami, to już jest patologia.

      @Stary Niedźwiedź

      Wytłumaczenie nie jest doskonałe i powstało doraźnie, nie poczuwam się do odkrycia Ameryki, ale jeśli uważasz, że może się ono komukolwiek przydać, to bardzo proszę. Praw autorskich zrzekam się :)

      Usuń
    13. @Celsus /p.s./...
      jeden papieros wypalany dziennie to też palenie papierosa... tylko forma szczególna... zwykle bardzo zrytualizowana...
      nieporozumienie polega na tym, że do słowa "palenie" zwykle dopisuje się z rozpędu słowo "nałogowe" /czyli uzależnienie/... błąd tego samego typu, co utożsamianie używania jakiegoś narkotyku /np. alkoholu/ z uzależnieniem... akurat z alkoholem język polski radzi sobie tak, że na używanie często mawia się "pijać", a na używanie ryzykowne, problemowe mawia się "pić"...

      Usuń
    14. @Pkanalia

      Oczywiście, że alkohol, butapren czy biały ser mogą stać się "narkotykami". Tylko prawdziwymi narkotykami nie skleisz buta, nie skorzystasz dla samych właściwości smakowych i nie doprawisz jedzenia. Różnica jasna, no nie?
      To, że dodaje się jakieś śladowe ilości narkotyków do ciasteczek czy napoju, to raczej wynik kampanii marketingowej, zakazany owoc kusi, coś w tym stylu. Bez tego promowany produkt zapewne byłby jednym z wielu pośród podobnych sobie. Mama jak gotuje, to nie doprawia jedzenia winem dlatego, by reszta rodziny siedziała podjarana przy stole, że coś z winem podadzą, tylko dla innych celów.
      Oczywiście, że załapałem różnicę pomiędzy "musi" i "chce". Tym bardziej nie rozumiem tego chcenia, by z własnej inicjatywy rypać sobie mózg zakłamywaniem rzeczywistości. Prędzej już zaakceptuję decyzję, by w ten sposób chociaż na chwilę zapomnieć o problemach. Już ostatecznie wolę życiową ciapę czy gówniarza od szaleńca :)
      Lecznicze działanie narkotyków? Jeżeli to prawda, to czemu nie? Oczywiście muszą być spełnione warunki, gdzie mamy do czynienia z osobą chorą i substancja podawana jest w dawkach leczniczych.

      Usuń
    15. @pkanalia
      Papierosowo :) Rzecz w tym, że palę tego papierosa, bo mi smakuje, bo tytoń pachnie wyjątkowo, bo fajnie trzeszczy tytoń, bo przyjemnie wyciąga się z pudełka... Żadnych doznań ponad to. W głowie się nie kręci, dakiń nie widzę, uchachany nie jestem. Smak i zapach plus troszeczkę rytuału :) No i jak to się ma do wstrzykiwania, wciągania czy nawet jointa? Nijak.

      Usuń
    16. @Celsus
      Tak, że nikotyna jest związkiem psychoaktywnym, czy tego chcesz, czy nie. Wykazuje działanie na ośrodkowy i obwodowy układ nerwowy zmieniając ich funkcję, wywołując określone zmiany psychiczne, charakterystyczne dla znacznej większości palaczy (wywołując uwalnianie acetylocholiny i serotoniny - czyli swoisty "haj"). Wyzwala też narastającą tolerancję i wielu użytkowników uzależnia.
      Równie dobrze można twierdzić, że palacze marihuany bakają tak naprawdę dla charakterystycznego, słodkiego zapaszku dymu i nic poza tym. W obu przypadkach to ten sam bulszit. Dla osób postronnych, czy też rozpoczynających przygodę z paleniem "smak" papierosów jest niemal zawsze obrzydliwy i trudno tolerowany - pierwszy kontakt może kończyć się mdłościami lub nawet wymiotami. Z kolei pierwszy joint kończy się atakiem kaszlu.
      Anty

      Usuń
    17. @Celsus...
      pudło w temacie ciasteczek... są starym tradycyjnym wypiekiem z Nepalu i okolic, zaś haszysz jest dodatkiem aromatycznym... coś w stylu czekoladek z wiśniówką /to chyba niezła analogia/...
      ...
      skoro jest jasność z tym osobnikiem typu "chcę", który wg. definicji /możliwie najkrótszej/ nie ma problemów ze sobą, z życiem i bierze narkotyk jedynie dla czystej zabawy w wybranym dla siebie momencie, to uczciwe jest z Twoje strony stwierdzenie, że nie rozumiesz tej zabawy... ale to wszystko, nic więcej o takim człowieku powiedzieć nie można... co więcej, próba oceniania go, jako tego "gorszego", słabszego stawia pod znakiem zapytania poczucie własnej wartości samego oceniającego... a przecież założenie było takie, że jest on szczęśliwy i nic nie musi sobie udowadniać...
      ...
      muszę przyznać, że rozsmarowałeś mną sufit przy pomocy swojej definicji "prawdziwego narkotyku"... czy mam rozumieć, że ów "prawdziwy narkotyk", to substancja psychoaktywna, zmieniająca percepcję, świadomość, stan umysłu, ALE pod warunkiem, że nie ma żadnego innego zastosowania?...
      ...
      ...
      "papierosowo"...
      /oddzielam ten temat, choć niektórzy nazywają narkotykami także takie używki, jak np. wyroby tytoniowe, kawę, betel... jest w tym odrobina racji, ale działanie zawartych w nich substancji psychoaktywnych jest na tyle znikoma, że można to olać... chociaż... kiedyś wypiłem mocną kawę, taka była potrzeba, by szybko zwalczyć senność, a że kawy generalnie nie pijam, mam śladową tolerancję, więc zadziałało na mnie, jak ściecha amfy... ale to tylko taka ciekawostka/...
      generalnie wydaje mi się, że szukanie osobnego słowa dla Twojej zabawy z papierosem jest dzieleniem włosa na czworo... ja bym pod "palenie" /tytoniu/ zaliczył każdego papierosa /bez znaczenia, jak często i w jakiej sytuacji/, i fajkę, i cygaro, i cygaretkę, itp... wystarczy wyrób tytoniowy i ogień /żar/... a jakie kto profity z tego uzyskuje, to już detale... myślę, że o to akurat nie warto kruszyć kopii...

      Usuń
    18. @pkanalia

      Jeżeli wciąż nie widzisz różnicy pomiędzy winem, a kokainą oraz papierosem i trawką no to temat uznaję za zamknięty. Szkoda, bym w kółko pisał to samo.

      @Anty

      Paliłeś złe papierosy :) Ja moją przygodę zacząłem od porządnego papierosa, po którym z rozkoszą się oblizałem :) Nie sądzę, by było wielu palaczy marychy robiących to dla smaku i aromatu. A to, że się po papierosie coś wydziela? Po kanapce z żółtym serem pewnie też, a różnicę między narkotykami i kanapką widać gołym okiem. A jeżeli ser to narkotyk, no to już wolę, by dzieci w szkole ćpały sobie ser, ja będę ćpał whisky, a resztę pozostawiam koneserom :)

      Usuń
    19. Porównanie odsetka użytkowników marihuany, alkoholu i tytoniu uzależnionych od w/w poszczególnych substancji przemawia, niestety, na niekorzyść nikotynistów... I to by było na tyle w kwestii liczby "ćpunów" o "smakoszy".
      Anty

      Usuń
    20. @Celsus...
      wina do oka przed operacją nie nalejesz...
      dziwne to pytanie, czy widzę różnicę... no pewnie, że widzę... każdy narkotyk od każdego się różni pod wieloma względami, co więcej różnią się od siebie różne produkty zawierające tą samą substancję czynną...
      o papierosach rozmawialiśmy zupełnie oddzielnie, nie zajmowaliśmy się analizą porównawczą produktów cannabis i tytoniu... proponuję niech tak zostanie, nie mylmy kategorii produktów... tak ściśle mówiąc, to ze znanych substancji marihuana nie ma niczego, z czym można by ją porównać... używki /tytoń, betel, kawa/ są za słabe, narkotyki sensu stricto za mocne... może jedynie kilka egzotycznych, prawie nieznanych w Europie roślinek, ew. "kadzidełka kolekcjonerskie" /te pierwsze, z czasów między otwarciem sklepów z dopalaczami i pierwszej modyfikacji listy prohibitów/... dla tej grupy zresztą wymyślono kiedyś trafną nazwę "paranarkotyk"...
      za to nie ustosunkowałeś się do mojego prostszego sformułowania Twojej definicji "prawdziwego" narkotyku, które logicznie wynika z Twoich słów... przypomnę: "p.n." to taki, który kompletnie nie ma innych zastosowań...

      @Anty...
      dla wielu zapach maryśki jest ważny, choć rzeczywiście drugorzędny... stąd zresztą brało się kręcenie nosem klientów na "kadzidełka kolekcjonerskie"... za to hasz czasem się stosuje jako kadzidełko sensu stricte, do pomieszczenia... przypala się bardzo niewielka ilość i rozchodzi się fajny aromat...

      Usuń
    21. @Piotr
      Ale przecież nie pali się dla zapachu, czy też głównie dla zapachu.
      Trudno mi się zgodzić z twierdzeniem o "słabości" tytoniu. Słabość ma polegać na niewielkim oddziaływaniu psychoaktywnym pojedynczej dawki? Ale właśnie to przemawia najsilniej przeciwko papierosom. Spośród nałogów wymienionych w kolejnym artykule Kiry to właśnie nałogowe palenie papierosów jest najbardziej niebezpieczne - uzależnia najszybciej i największą liczbę użytkowników (niektóre dobrze zwalidowane badania podają, że 30%), wywiera też najbardziej destrukcyjny wpływ na zdrowie.
      Anty

      Usuń
    22. Pozwól też, że pokuszę się o sformułowanie "obrazoburczej" tezy Anty: "Nikotyna jest substancją psychoaktywną z reguły nadużywaną przez palaczy, bardzo często też jej użytkownicy spełniają kryteria uzależnienia". Tezę tą najczęściej próbują podważać osoby stosujące mechanizm iluzji i zaprzeczeń (włączając w to terapeutów, którzy sami nałogowo palą papierosy), negujące potencjał uzależnienia czy też psychoaktywne działanie nikotyny.
      BTW, tego o terapeutach nigdy bym nie napisał, gdybym nie widział na własne oczy;)
      Anty

      Usuń
  16. @ All
    No to i ja dam zagadkę:
    Najpierw insynuuje, że bloger A napisał paszkwil na blogera B. Potem twierdzi że tego wpisu już nie ma, bo bloger A go usunął. A gdy sam zainteresowany, czyli bloger B oraz bloger C, obydwoje regularnie czytujący blog blogera A, publiczne oświadczają że nigdy na blogu A niczego takiego nie było, paszkwilant ociera opluty pysk ze śliny i za chwilę wyjeżdża z nowym oszczerstwem. Co to za kurwa męska?

    OdpowiedzUsuń
  17. Zagadka. Bloger A insynuuje jakoby komentator twierdził cokolwiek o istnieniu "paszkwila" na blogera B (mimo, że takie twierdzenie nigdy nie padło). Po czym blogerzy B i C przyjmuję tę insynuację ze dobrą monetę, tłumacząc że taki paszkwil nigdy nie został napisany (pomimo iż nikt nie twierdził, że został). Czy jeśli zachowanie blogera A można nazwać zwykłym, typowym dla niego zakłamaniem i kurewstwem, do których już dawno wszystkich przyzwyczaił, to jak można wytłumaczyć postawę B i C? Paranoją czy kurewską solidarnością?
    Anty

    OdpowiedzUsuń
  18. @Kira /Arbitra/...
    w oparciu o Prawo Kiry wnioskuję o wszczęcie odpowiedniej procedury w stosunku komentarza o nagłówku "Stary Niedźwiedź 10.05.2015, 01:54"...
    uzasadnienie: adres "All" oznacza co najmniej wszystkich komentatorów, także tych, do których zwracanie się jest autorowi komentarza zabronione...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Każdemu wolno pisać "Wszyscy" lub "All".

      Usuń
    2. @Kira...
      "Od tej pory nie będzie ta osoba nie będzie mogła się do Ciebie odzywać"...
      widzę, że konsekwentnie rozmontowujesz własne Prawo Kiry... mogłaś mi tego dziś oszczędzić...

      Usuń
    3. @ PKanalia

      Przestań. Chronię Cię tak, jak innych.

      Usuń
    4. @Kira...
      mnie chodziło tylko o zasadę, nie o żadną ochronę... zresztą trzymając się swojej rutynowej procedury w ogóle bym nic nie wnioskował, zrobiłem to dość wyjątkowo ze znanej tylko Tobie przyczyny...
      ale...
      z tego samego powodu napiszę coś jeszcze /myślę, że sympatycznego tym razem/...
      otóż pogląd, że zamiast "@bezdresowo" miało być "@bezadresowo" /co sugeruje, że nastąpił przypadkowy błąd/ uważam za zaiste trafny...
      i wcale bynajmniej nie żartuję...

      Usuń
  19. @ Kira
    Prawo Kiry nie zezwala mi na opublikowanie zrzutów ekranu, zaczynających się od tego rzekomo "nieistniejącego" paszkwilu i dokumentujących historię kompletnej kompromitacji przedmiotu mojej zagadki. Ale swego czasu przesłałem Tobie całą dokumentację, której nie zakwestionowałaś. Zatem świadomość, że jest ona Tobie doskonale znana w zupełności mi wystarczy.
    A wracając do Prawa Kiry.Spotkałem się tu z wyjątkowo debilnym poglądem, jakoby zatytułowanie komentarza "@All" miało być "niekoszerne". Ale już tytuł "@bezdresowo" (pewnie chodziło o "@bezadresowo") był w porządku. Nie mając zamiaru udawać, że jestem specjalistą od wszystkiego,jak to ma zwyczaj czynić tylu internetowych przygłupów, nie będę wdawać się w formułowanie hipotez o przyczynie zrodzenia się aż tak idiotycznej opinii.

    OdpowiedzUsuń
  20. A zupełnie na marginesie: WHO w żadnym ze swoich dokumentów nie promuje pedofilii - taki pogląd jest więc kompletnie idiotyczny,
    Anty

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...