23.01.2015

Retusz odmieńca


Nie pamiętam już, co czułam, idąc na to kilka lat temu do kina. Jak znam siebie, to pewnie zżerały mnie wątpliwości, czy reżyser stanie na wysokości zadania i odmaluje losy bohatera na tyle wiernie, by nie sprzeniewierzyć się książce. Moje obawy – jeśli takie właśnie były – potwierdziły się. Cóż bowiem z tego, że ów obraz jest wyjątkowo przyjemny dla oka, skoro w zaledwie minimalnym stopniu oddaje ducha książki?




Czasem porównuję zgryźliwie większość współczesnych produkcji obliczonych na szerszą widownię do pięknej i zadbanej, lecz nieszczególnie bystrej czy uduchowionej dziewczyny; można z taką iść na dancing, do kina lub – w wersji dla libertynów – do łóżka, ale potem należy ją szybko, acz grzecznie pożegnać. Dla tego filmu nie byłabym aż tak surowa. W miarę rzetelne odtworzenie detali epoki, przecudne widoki, prowadzona poprawnie i bez przynudzania akcja, do tego wierność fabule – w sumie nie ma się do czego przyczepić. Ale ten, kto przeczytał dzieło Süskinda, wyczuje, że coś tu jest nie tak.

Tym czymś, a właściwie kimś, jest postać głównego bohatera (czy raczej antybohatera), który został w filmie „oheblowany” z większości swoich odrażających przywar. To posunięcie zabiło rzecz dla niektórych błahą, dla mnie zaś szalenie istotną: klimat. Sprokurowana na potrzeby masowego widza rzewna historyjka o biednym, spragnionym uczucia dzieciaku, dorastającym w poczuciu kompletnego osamotnienia i przez to wpadającym w sidła złych pokus, jest zaledwie cieniem dusznej, a przy tym znakomitej powieści. Grenouille Toma Tykwera łaknie miłości lub przynajmniej akceptacji. Tymczasem w książce jest to istota ukierunkowana na zupełnie inne cele. Upośledzony intelektualnie, ale przede wszystkim moralnie pół-debil, pół-geniusz, cierpiący na absolutną atrofię uczuć i z samej swej natury niezdolny do życia wśród ludzi, napędzany przez jedną, jedyną, ale za to szaloną namiętność: zapachy. Grenouille mógłby żyć tylko dla nich. I jedyną jego tragedią jest to, że on sam, choć obdarzony najdoskonalszym aparatem węchowym pod słońcem, jest – o ironio losu! – pozbawiony własnej woni.

Czy ta przypadłość ma drugie dno? Czy używając tak osobliwego porównania autor chciał przez to powiedzieć, że Grenouille nie ma – w przeciwieństwie do każdego innego człowieka – duszy? Nie wiadomo. Istotnym jest, że Süskind nie stara się uczłowieczyć swojego bohatera, wytłumaczyć go, złagodzić odbiór jego postaci jakimś ludzkim rysem. Grenouille’a nie nawiedzają wyrzuty sumienia, moralne rozterki, wątpliwości, czy postępuje słusznie. Ludzie są dla niego w najlepszym wypadku przydatnymi narzędziami, choć znacznie częściej – śmierdzącym robactwem, które chętnie by zdeptał lub przynajmniej ominął.
Grenouille pod­szedł bliżej i wmieszał się w tłum. Pchał się, parł na­przód, chciał się dostać w największą ciżbę, chciał się ocierać o ludzi, chciał im podetknąć pod nos swój włas­ny zapach. I w największym ścisku rozłożył ręce i roz­kraczył nogi i rozpiął kołnierz pod szyją, aby zapach mógł się, bez przeszkód rozchodzić – i uczuł bezgrani­czną radość, przekonawszy się, że inni niczego, ale to niczego nie zauważyli, że wszyscy ci cisnący się wokół niego mężczyźni, kobiety i dzieci tak łatwo dają się oszu­kać i przyjmują jego zmajstrowany z kociej kupy, sera i octu smrodek za swojski zapach, a jego, Grenouille’a, kukułczy pomiot, akceptują jako człowieka wśród ludzi.
Poczuł, że u jego kolan znajduje się dziecko, mała dziewczynka, która utknęła między dorosłymi. Z nie­szczerą troskliwością podniósł ją i posadził sobie na ra­mieniu, aby dziecko mogło lepiej widzieć. Matka dziew­czynki nie tylko nie zaprotestowała, ale wręcz podzię­kowała mu, a mała krzyczała z radości.
I Grenouille stał tak dobry kwadrans w ludzkiej ciż­bie, przytulając obce dziecko do obłudnej piersi. I kiedy tuż obok sunął orszak weselny, wśród dźwięku dzwo­nów i gromkich wiwatów, pod deszczem sypiących się monet, w Grenouille’u wybuchła inna radość, czarna ra­dość, złe uczucie triumfu, które wprawiło go w drżenie i odurzyło jak nagły przypływ żądzy, i z trudem tylko powstrzymał się, by żółcią i jadem nie wylać tej radości na stojących wokół ludzi i nie wykrzyczeć im z trium­fem w twarz: że się ich nie boi; że nawet ich nie niena­widzi, tylko z głębi serca nimi pogardza, ponieważ są śmierdzącymi idiotami; ponieważ dają mu się okła­mywać i oszukiwać; ponieważ oni są niczym, a on jest wszystkim! I jak na urągowisko mocniej przycisnął dziecko do piersi, zaczerpnął tchu i krzyczał chórem wraz z innymi: „Wiwat panna młoda! Niech żyje panna młoda! Niech żyje młoda para!”

Stworzenie takiej postaci byłoby trudne, ale nie niemożliwe. Czy byłoby jednak – z punktu widzenia reżysera – sensowne? Wszak nie chodziło tutaj o niszowy obraz, lecz o nastawiony na kasowy sukces blockbuster. Czy producenci zaakceptowaliby tak antypatyczną, pozbawioną wszelkich zalet (poza wyśmienitym węchem) postać? Czy widzowie dotrwaliby do końca seansu, gdyby nie mogli chociaż odrobinę współczuć protagoniście?

Cóż jest bowiem zrozumialsze dla przeciętnego pożeracza popcornu: walka o miłość, zrozumienie bliźnich oraz swoje miejsce w świecie czy jakieś dzikie obsesje, dziwaczne manie, groteskowe namiętności? Jest to, rzecz jasna, pytanie retoryczne. ;) Przeciętny widz prędzej sympatyzowałby z Quasimodo, gdyż ten pomimo paskudnego wyglądu miał przynajmniej czysto ludzkie pragnienia. Bohater „Pachnidła” z kolei jest dziwologiem nie tylko zewnętrznie, ale przede wszystkim wewnętrznie. Jego pokraczna aparycja jest niczym wobec podyktowanego chorobliwymi upodobaniami zachowania.
Grenouille wyczuł od razu, że nigdy przedtem nie zapuściła się tu żadna żywa istota. Gdy brał to miejsce w posiadanie, ogarnęło go niemal uczucie świętej zgrozy. Starannie rozesłał na ziemi derkę, jak gdyby zaścielał ołtarz, i położył się. Czuł się niebiań­sko. Spoczywał w łonie najbardziej samotnej góry Fran­cji, pięćdziesiąt metrów pod ziemią, niczym we własnym grobie. Nigdy w życiu jeszcze nie czuł się tak bezpiecz­ny – a już zwłaszcza w brzuchu matki. Cały zewnętrzny świat mogły pochłonąć płomienie, a on nawet by tego nie zauważył. Począł cicho płakać. Nie wiedział, komu ma dziękować za tyle szczęścia.
W okresie, jaki potem nastąpił, Grenouille wynurzał się ze swej kryjówki tylko po to, aby zlizać ze skały parę kropli wody, szybko oddać urynę i kał oraz zapolować na jaszczurki i węże. Nocami łatwo je było chwytać, bo chowały się pod kamienie albo w skalnych szczelinach, gdzie mógł je bez trudu zwęszyć.

O ile mnie pamięć nie zawodzi, ten epizod został albo całkowicie pominięty, albo pokazany szalenie pobieżnie. W powieści kilkuletnia wegetacja we wnętrzu samotnej góry tudzież olfaktoryczne orgie, jakim oddaje się w swoim umyśle protagonista, przyczyniają się do lepszego zrozumienia tej postaci. W filmie te elementy okazały się być najwyraźniej zbędne. Reżyser wyciągnął z książki co smaczniejsze kąski, z których utkał barwną baśń o żyjącym na marginesie społeczeństwa dziwaku. Kropką nad i było osadzenie w głównej roli aktora o w miarę przyzwoitej prezencji. Tym samym można było przemycić także kilka nasyconych erotyzmem momentów, bez których nie może się obyć niemal żadna współczesna produkcja.

Film, podobnie jak powieść, kończy się śmiercią bohatera. Jednak i tym razem reżyser dokonuje już nawet nie nadużycia, a ordynarnego przeinaczenia. Albowiem wbrew temu, co wykłada widzowi nachalny narrator, za decyzją o samobójstwie stała nie rzekoma tęsknota za miłością, lecz srogi zawód, jakim okazała się być stworzona przez amoralnego pokurcza najwspanialsza woń świata.
Widział na zachodzie sylwetę góry, potężną i srebrzystoszarą w świetle księżyca, wdychał zapach wiejącego stamtąd chłodnego wiatru. Ale nie korciło go, by skręcić w tę stronę. Nie tęsknił wcale do życia w jaskini. To doświadczenie należało już do prze­szłości i okazało się nie do przeżycia. Podobnie jak inne doświadczenia, mianowicie doświadczenie życia między ludźmi. Tu i tam można się było udusić. Grenouille w ogóle nie chciał już żyć. Chciał iść do Paryża i umrzeć. Tego właśnie chciał.
Od czasu do czasu sięgał do kieszeni i zaciskał rękę na małym szklanym flakoniku z pachnidłem. Flaszeczka była jeszcze prawie pełna. Na występ w Grasse zużył ledwo kropelkę. Reszta wystarczyłaby na oczarowanie całego świata. Gdyby tylko zechciał, mógłby w Paryżu rzucić na kolana nie dziesięć, ale sto tysięcy; albo prze­spacerować się do Wersalu, gdzie król ucałowałby jego stopy; wysłać uperfumowany liścik do papieża i objawić się jako nowy Mesjasz; w przytomności królów i cesarzy w Notre-Dame nałożyć sobie sakrę nad-cesarza albo i Boga na ziemi – jeżeli Bogu w ogóle potrzebna jest sakra...
Gdyby tylko zechciał, mógł to wszystko zrobić. Po­siadał po temu środki. Dzierżył je w ręku. Miał w swych rękach moc większą niż moc pieniądza, moc strachu czy moc śmierci: niezwyciężoną moc wzbudzania ludzkiej miłości. Ta moc zawodziła tylko w jednym punkcie: nie pozwalała mu poczuć samego siebie. I gdyby nawet za sprawą swego pachnidła objawił się światu jako Bóg ­to jeżeli nie mógł poczuć sam siebie, a przeto nigdy nie wiedział, kim jest, gwizdał na wszystko, gwizdał na świat, na samego siebie, na swoje pachnidło.
Ręka, którą ściskał flakonik, pachniała delikatnie i kiedy podtykał ją sobie pod nos i wciągał powietrze, czuł przypływ melancholii, i na parę sekund zatrzymywał się w marszu, przystawał i wąchał. Nikt nie wie, jak wspaniałe jest naprawdę to pachnidło, myślał. Nikt nie wie, jak świetnie jest z r o b i o n e . Wszyscy ulegają tylko jego działaniu, ba – nie wiedzą nawet, że ulegają mocy i urokowi pachnidła. Ja jeden naprawdę znam całe jego piękno, bo ja sam je zrobiłem. I zarazem mnie jednego nie może to pachnidło oczarować. Dla mnie jednego to pachnidło nie ma żadnego sensu.
A innym razem, już w Burgundii, myślał: kiedy stałem przy murze, w pobliżu ogrodu, gdzie bawiła się dziewczyna o rudych włosach, i jej zapach wionął ku mnie..., czy raczej obietnica jej zapachu, bo jej późniejszy zapach jeszcze wcale nie istniał – może to, co wtedy czułem, podobne było do tego, co czuli ludzie na placu, kiedy poraziłem ich swym pachnidłem...? Ale po chwili odrzucił tę myśl: nie, to nie było to samo. Bo ja wiedziałem, że pożądam zapachu, a nie dziewczyny. A ludzie myśleli, że pożądają m n i e , to zaś, czego naprawdę pożądali, pozostało dla nich tajemnicą.

Czy warto obejrzeć „Pachnidło”? Jak najbardziej. Jest to dzieło oryginalne i nad wyraz malownicze, acz dalekie od wybitności. Jeszcze lepiej jest przeczytać książkę. W tej kolejności.

15.01.2015

Takie tam refleksyjki...


Z coraz większym trudem przychodzi mi czytanie książek. Odzwyczaiłam się od cierpliwego wgryzania się w treść, od mozolnego brnięcia – wyraz po wyrazie, strona po stronie – w opowiadaną historię, która nierzadko okazuje się być niewarta poświęconego jej czasu. Książki, które pięć, dziesięć, piętnaście lat temu czytałam z wypiekami na twarzy, wydają mi się obecnie nudne i nijakie. Owszem, niektóre wspominam z ogromną przyjemnością, ale czy dałabym radę przeczytać je raz jeszcze? Coś we mnie wygasło. Nie odczuwam już potrzeby nabywać stosów nowych lektur, ani tym bardziej chwytać za pierwsze lepsze czytadło.

A przecież czytanie było moją największą pasją! Czytałam często byle co, byle tylko mieć przed oczami druk. I tu właśnie – jak sądzę – tkwi sedno problemu. Moje zainteresowanie literaturą nie wynikało z samej chęci raczenia się fabułą. Ja po prostu kochałam SŁOWO. To miłość do niego sprawiała, że obcowanie z książkami, a zatem i PISMEM, było dla mnie rozkoszą. Im zgrabniej autor operował SŁOWEM, tym ciekawszą i wartościowszą była dana pozycja.




Niestety, to już przeszłość. Aktualnie preferuję krótkie, odnoszące się do interesujących mnie spraw teksty, najlepiej zamieszczone w Internecie. Co gorsza, łapię się na tym, że zamiast przeczytać dany artykuł powoli i dokładnie, skanuję go wzrokiem, wyławiając co istotniejsze fragmenty. Trudno mi powiedzieć, na ile jest to wynikiem czystego lenistwa, a na ile odzwyczajenia się od smakowania SŁOWA. Przypuszczam, że raczej to drugie.




Czy można jednak porzucić beletrystykę całkowicie? Nie, to wykluczone! Dlatego:

Po pierwsze – w ramach unikania rozczarowań, wybieram raczej zbiory opowiadań niż powieści. Dobra puenta może osłodzić nudną treść, wolę zatem dojść do niej w miarę szybko.

Po drugie  pokochałam audiobooki. To znakomita opcja dla leniwych i niecierpliwych. Od czasu do czasu nakładam słuchawki na uszy i pozwalam, by czyjś głos kierował moją wyobraźnią. Minusem jest to, że zasłyszana historia zostaje w mojej głowie w 90 % pod postacią obrazów, podczas gdy poszczególne słowa, zwroty i zdania szybko się w mojej pamięci zacierają. Niemniej dobre i to...

Na Youtube znalazłam zaledwie kilka z kilkuset lektur, które mam na komputerze. Między innymi:














Niektóre z tych pozycji przesłuchałam w całości, inne częściowo, do jeszcze innych dopiero się „przymierzam”. Jeśli wierzyć recenzjom, każdej z nich warto dać szansę.

Tym z Was, którzy chcieliby zacząć przygodę z audiobookami, polecam całkowicie legalną stronę, na której znajdziecie twórczość Czechowa, Poego, Balzaca, Grabińskiego, Hoffmanna i paru innych zacnych autorów.

14.01.2015

Miliony much nie mogą się mylić?


Jak już kiedyś pisałam, argument jednego człowieka jest wart więcej niż opinia tysiąca ludzi. Człowiek mądry wskaże ci błąd i po sprawie. Głupiec będzie podskakiwać i wrzeszczeć: „Popatrz, ilu ludzi myśli tak, jak ja!” Ktoś, kto nie umie dowieść swojej racji na drodze merytorycznej dyskusji, będzie najczęściej gorączkowo podkreślać liczebność podobnych mu głupców. W przekonaniu takiej osoby jest to wystarczający argument, by przekonać rozmówcę do swoich idei.

Głupcowi może dać posłuch tylko jeszcze większy głupiec, w dodatku pozbawiony kręgosłupa moralnego i szacunku do siebie. Ten, kto zmienia swój światopogląd pod wpływem cudzych opinii, a nie argumentów, zawsze będzie podatnym na wpływ innych mięczakiem. W zależności od środowiska, w którym się w danej chwili znajdzie, będzie liberałem lub konserwatystą, kato- lub ateotalibem, lewakiem lub prawakiem. Czy można taką osobę uznać za wartościową? Chyba tylko, jeśli cenimy tchórzliwych konformistów.

Dlatego warto słuchać mądrych ludzi prawiących o FAKTACH. Nie warto natomiast pełnych pychy durniów bełkoczących o swoich „wspaniałych” zasadach, poglądach czy wartościach.

11.01.2015

Autoreklama miernoty


Niewiele jest żałośniejszych i bardziej poniżających zachowań niż uporczywe, długotrwałe i natrętne przedstawianie siebie samego jako człowieka wartościowego, inteligentnego, kulturalnego, godnego szacunku, podziwu, czyli – najoględniej rzecz ujmując – lepszego od pospólstwa. Gorsza jest już chyba tylko sprzedaż własnych narządów, żeby zdobyć fundusze na IPada. To samo dotyczy nachalnego lansowania „swojej sfery”, „swojego towarzystwa”, „naszego rodzaju ludzi”, etc. Można by jeszcze ewentualnie znieść taki „lans” na rozmowie rekrutacyjnej; ktoś, komu brakuje przydatnych w danym miejscu pracy umiejętności, a ma tzw. gadane, może ująć potencjalnego pracodawcę swoimi rzekomymi przymiotami ducha i/bądź intelektu. Jeśli jednak odstawia taki żałosny popis na gruncie towarzyskim, to z miejsca można go uznać za... przeciwieństwo wciskanego otoczeniu wizerunku. Czyli za istotę bezwartościową, śmieszną, głupiutką, nieszczególnie dobrze wychowaną (trudno myśleć inaczej o rozpieszczonym bachorze, postrzegającym swoją osobę jako ósmy cud świata) i przede wszystkim – pozbawioną wstydu.

Naprawdę wartościowi, godni szacunku, podziwu i tak dalej ludzie nie muszą nikomu udowadniać, że takimi są. Nie muszą również promować towarzystwa, w jakim się obracają. Kto będzie chciał doń przynależeć, ten się sam zgłosi.

A jeśli nikt się nie zgłasza? Jeśli towarzystwo gnije od jakiegoś czasu we własnym, mocno stęchłym sosie? No to trzeba się troszkę nad sobą zastanowić. Może nie jesteśmy tak wspaniali, na jakich z wielkim zaangażowaniem pozowaliśmy?



10.01.2015

Pretensje


Podobno jestem tendencyjna w kasowaniu komentarzy. Podobno przesadzam, dopatrując się niepotrzebnie aluzji do któregoś z gości. Podobno toleruję wypaczanie wypowiedzi. Podobno... I tym podobne, i tak dalej.

Nie, proszę Państwa, ja już jestem na takie gierki za stara. Ustaliłam twarde, lecz zarazem całkiem rozsądne reguły gry, zrozumiałe dla każdego myślącego człowieka. Niestety, co i rusz pewne osoby wystawiają mnie na ciężką próbę, naginając te reguły do granic możliwości. Dla mnie to absolutnie nie do pomyślenia. Mogę się z kimś ściąć w cudzym blogu, mogę przesadzić w krytyce, szybko jednak dam się przywołać do porządku. A już żeby bez przerwy podgryzać, szydzić, atakować? Żeby bezustannie lawirować na granicy narzuconego przez blogmastera kodeksu? Przecież to żenujące, niegrzeczne i wyjątkowo... niemądre. Normalnemu człowiekowi nie postała by w głowie nawet myśl, żeby komuś choćby i skrycie dowalać. Normalny człowiek ocenia poglądy i słowa, przedstawia własne racje, innymi słowy – dyskutuje. A jeśli uważa kogoś za niegodnego dyskusji, to omija jego teksty, dopóki ten nie odniesie się bezpośrednio do jego osoby.

Niestety, w moim blogu jest inaczej. Tak więc nierzadko mam cholerny zgryz: usunąć daną wypowiedź czy jednak ją zostawić? Zostawię – eksplozja żalu z jednej strony. Usunę – histeria z drugiej. Bo jedni i drudzy niewinni jak łza dziewicy, prawda?

Ale czyż nie przewidziałam tego?
Zapewne z początku będziecie starali się zachować spokój, jednak po pewnym czasie nie wytrzymacie. Zaczną się delikatne podszczypywania, podszczywanie pod siebie nawzajem, baaaardzo ogólnikowe uwagi krytyczne, które jednak będą zrozumiałe dla każdego z czytelników - i ja będę musiała decydować, czy ciąć je natychmiast czy poczekać na prośbę osoby, której się dokucza.

Kieruję się własnym rozumem i sumieniem. Nie ma u mnie politycznej poprawności, nie ma cenzury wypowiedzi. Jedyne, czego nie wolno, to przypieprzać się do innych komentatorów. Nie pojmuję, jak komuś może to przeszkadzać. Czy to źle, że nie zabraniam krytyki wypowiedzi bądź poglądów? A może uważacie, że powinnam przyzwalać na wzajemne podgryzki? Nie, przykro mi. Nic z tego. Nie dam się wciągnąć w gówniarskie wojenki, nie zamierzam też tłumaczyć się ze swoich moderatorskich decyzji. Jak już napisałam: jestem na to za stara.

08.01.2015

Mądrość baśni: Jak być mądrym rodzicem


Zbigniew Królicki – „Bajki chińskie”
JAK WYCHOWYWAĆ DZIECI


Pewnego dnia do mistrza przyszli zatroskani rodzice. Mają sze­ścioro dzieci: trzy córki i trzech synów, i ogarnia ich coraz więk­szy strach, czy będą w stanie wychować ich na porządnych lu­dzi, którzy poradziliby sobie w życiu. Jakie przekazać im wartości? Jak postępować? Jak kształcić?
- Na te pytania nie ma jednoznacznej odpowiedzi - powiedział mistrz. - Każde z waszych dzieci wymaga innego postępowania. To, co mogę wam poradzić, to kierować się w swoich relacjach z nimi kilkoma zasadami. Przede wszystkim powinniście pamiętać, że dzieciom może­cie dać, tak naprawdę, tylko dwie rzeczy: korzenie i skrzydła. Korzenie to dom, rodzina i tradycja; opieka i pomoc; poszanowanie starszych, pra­wość i uczciwość w najdrobniejszych sprawach; ład i porządek moralny. Korzenie dadzą dobre umocowanie, podstawy i dobre wybicie do lotu. Dadzą też pewne lądowanie i świadomość, że zawsze jest takie miejsce, gdzie można bezpiecznie spocząć. Skrzydła zaś to otwartość na świat, wielkie horyzonty i zachęty do latania. To pokazanie, że w życiu jest dla każdego miejsce na jego lot, że cokolwiek się robi, można to robić wspa­niale, być w tym wielkim. Warto rozwinąć skrzydła.
- To piękne, co mówisz - powiedział ojciec - ale wokół nas jest wie­le rodzin, które starają się postępować zgodnie z tą zasadą, a ich dzieci, mające korzenie i skrzydła, wcale nie chcą latać. Jak postępować, aby chciały je rozwinąć i latać? Przecież nie mogę tego zrobić za nie!
- Dobrze powiedziałeś - odparł mistrz. - Nie rozwiniesz za nie skrzy­deł i nie polecisz. Najwięcej błędów rodziców polega właśnie na tym, że chcą to robić za własne dzieci: wybrać najlepsze miejsce do startu, za­poznać z listą zagrożeń, uchronić przed upadkiem i poranieniem skrzy­deł. Relacje między wami a dziećmi powinny być takie jak między łu­kiem i strzałą. Łuk i cięciwa to ojciec i matka, strzała to dziecko. Strzała trafia do celu i cieszy się, że go osiągnęła. Im cel był odleglejszy, tym większa satysfakcja. Ale kto napiął łuk? Kto wymierzył? Kto uwzględnił wiejący boczny wiatr? Strzała trafiła i się cieszy. Nie pamięta, skąd wy­leciała. To dobrze. Ale powiedzcie mi, kto pójdzie po nagrodę? Na ko­go spłynie splendor: na strzałę czy łucznika? Jednak każdy dobry łu­cznik wie, że aby strzała trafiła do celu, musi być spełniony najważniejszy warunek.
- Musi być określony cel - przerwała matka.
- Tak, ale strzała nie trafi - odparł mistrz.
- Trzeba napiąć łuk.
- Tak, ale nie trafi.
- Trzeba odpowiednio przygotować strzałę.
- Tak, ale nie trafi.
- Trzeba dokładnie wycelować.
- Tak, ale nie trafi.
Rodzice wymieniali jeszcze kilkanaście różnych warunków, a mistrz z coraz większym rozbawieniem odpowiadał swoje „nie trafi”. W końcu, gdy rodzice byli już zupełnie zrezygnowani, rzekł:
- Strzała musi opuścić łuk i cięciwę. Trzeba ją wypuścić! Rozumiecie?
Rodzice roześmieli się wraz z mistrzem.
- Masz rację. Jakie to proste. Ale w swojej rodzicielskiej miłości chcie­libyśmy mieć ich blisko siebie - powiedziała matka.
- Ich czy ich serca? - przerwał mistrz.
Po dłuższej chwili milczenia i zadumy matka odpowiedziała:
- Ich serca, aby były cały czas z nami.
- Aby wasze serca mogły być blisko, wasze domy muszą stać bardzo daleko - rzekł mistrz. - I jeszcze jedno: jesteście dobrymi, troskliwymi rodzicami. Kochacie swoje dzieci. Już to, że zdajecie sobie takie pytania, o tym świadczy. Niech tak będzie zawsze. Aby tak było, nie będą potrzebne wam te zasady, tyl­ko miłość.

W postępowaniu z dziećmi rodzice mają tylko dwie drogi do wyboru: „al­bo kochać, albo mieć rację”.

05.01.2015

Gorączka sylwestrowej nocy


Kilka ostatnich Sylwestrów przesiedzieliśmy z Lubym w domowych pieleszach, stukając się tylko o regulaminowej porze kieliszkami z moimi rodzicami. Dlatego w zeszłym roku byliśmy zdeterminowani, żeby gdzieś pójść. Tylko gdzie? Garstka naszych znajomych jakoś nie paliła się do wysyłania zaproszeń. Może dlatego, że i my niczego od dawna nie urządzaliśmy?

Na szczęście lubelskie Multikino urządzało maraton filmowy w nader przystępnej cenie. Do wyboru były dwa zestawy: „Komedie” lub „Dramat i akcja”. Niemal natychmiast zdecydowaliśmy się na to drugie, wychodząc z założenia, że synonimem zwrotu „polska komedia romantyczna” jest „odmóżdżające gówno na poziomie najgłupszej polskiej telenoweli”.

I tak oto na przełomie 2014 i 2015 roku wylądowaliśmy w kinowych fotelach, z oczami wlepionymi w ekran, obłożeni popcornem, paskudnymi chipsami Nachos tudzież napojami, których ludzie rozsądni używają wyłącznie do czyszczenia narzędzi. Zapewne to właśnie Nachos sprawiły, że przez pierwsze dwa dni nowego roku dręczyły mnie paskudne bóle brzucha, co opóźniło zamieszczenie owego wpisu.

Ale co tam ciało! Ważne, że zaliczyliśmy takie obrazy, jak:


Film lekki, ładny, malowniczy, prawie że familijny, a przy tym traktujący o bardzo ważnych sprawach: miłości do sztuki, wierności sobie, zaufaniu, uczciwości. Aż dziw, że wyreżyserował to Tim Burton, specjalizujący się w kinie dziwacznym, niekiedy wręcz perwersyjnym. Akcja toczy się niespiesznie, ale nie sposób się nudzić. Do tego czarujący Christoph Waltz  jak zawsze w znakomitej formie.





Wyłącznie dla mało wybrednych amatorów kina akcji. Samo w sobie nie jest toto złe, ale widzieliśmy już takich dziełek tysiące. Dodatkowym minusem jest lekkie zadęcie (mityczny mściciel, przed którym gangsterzy robią ze strachu w gacie) plus jak zwykle atrakcyjny, a zarazem sztywny jak kołek Keanu Reeves (w roli owego mściciela).





Całkiem niezła polska produkcja z tradycyjnie dobrymi rolami obu Stuhrów, którym zresztą pozostali aktorzy dotrzymują kroku. Nie ma tu zbędnego bełkotu ani dłużyzn, każda kwestia i ujęcie mają swoje znaczenie. Szkoda jednak, że o ile poszczególne epizody wypadają świetnie, o tyle próba ulepienia z nich spójnej historii nie do końca się udaje. Niemniej warto zobaczyć ten filmowy „patchwork”, gdyż jest znakomitą przeciwwagą dla do bólu egzaltowanych polskich filmów historycznych.





Film intrygujący i zapadający w pamięć, chociaż jak na ten gatunek dość skromny (większość budżetu pochłonęły zapewne gaże występujących w nim aktorów). Warto zobaczyć, jeśli ktoś przedkłada ciekawie nakreślone portrety psychologiczne ponad szybką akcję i efekty specjalne. Zapada w pamięć.





Pomimo zalet pierwszej i ostatniej produkcji, to „Obywatela” uznaję za najciekawszą pozycję sylwestrowej nocy. Jako osoba skupiająca się nie na porywach historii, lecz na jednostce, utożsamiałam się z nieszczęsnym Janem Bratkiem, bezbarwnym poczciwcem, który miał nieszczęście urodzić się w „ciekawych czasach”. Pozbawiony siły, odwagi i pomyślunku, by wziąć życie w swoje ręce, niezdolny ani do walki, ani do ucieczki, główny bohater wiecznie płynie z prądem, starając się unikać zarówno szykan ze strony władzy, jak i potępienia ze strony działających w opozycji kolegów. Spokojne, bezpieczne życie, stabilna praca, no i przede wszystkim podróże – oto marzenia naszego przeciętniaka. Jednak ani konformizm, ani (nader mizerny) bunt nie przynoszą zmian na lepsze; krótkie chwile chwały czy wygody okupione są poczuciem niespełnienia i bylejakości życia.

Można śmiać się z tego człowieka, wzgardzić nim, uznać za tchórza i życiowego niedorajdę. Ale czy jesteśmy od niego lepsi, mądrzejsi, odważniejsi? Otuleni mgiełką wirtualnej anonimowości, możemy bezkarnie napyskować władzy, zelżyć dowolnego celebrytę, opluć wszystkich i wszystko. To nie jest prawdziwa odwaga. Żadnego z nas nie spotkają przykre reperkusje, nie zostaniemy internowani ani wyrzuceni z pracy, nikt nam nawet gęby nie obije. Czy mamy zatem prawo potępiać tych, którzy trzydzieści lat wcześniej pragnęli równie bezboleśnie przejść przez życie?

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...