30.03.2015

Zaczyna się od absurdu, kończy na szaleństwie


Chciałam napisać o jednym z tych kretynizmów naszych czasów, które są dość męczące, ale zarazem niegroźne, a mianowicie – o zmianie czasu z tzw. zimowego na tzw. letni. Może kiedyś miało to sens, jednak teraz można by sobie ten cyrk darować. Co roku karnie przyspieszamy zegary, zamiast trzymać się właściwego czasu. Po cholerę?! – pytam się Was, drodzy Czytelnicy. Ile z tego zysku, a ile strat wynikłych z konieczności nadrobienia straconej godziny, hę?

(Mam również dodatkowe pytanie: Czy ktoś się może orientuje, jak to jest z porami wschodów i zachodów Słońca i Księżyca? Czy jeśli według kalendarza Słońce wzejdzie o tej a o tej godzinie, to powinnam brać poprawkę na tzw. czas letni i odejmować godzinę czy też może twórcy kalendarza uwzględnili tę idiotyczną zmianę?)

No ale:
  • primo – już się stało i nie ma co zgrzytać zębami po próżnicy
  • secundo – w porównaniu z innymi debilizmami coroczna zmiana czasu jest niegodną wzmianki błahostką

Ot, weźmy choćby coś takiego:
Rodzice pięcioletniego Ashyi Kinga, którzy trafili do więzienia za to, że bez zgody brytyjskiej służby zdrowia (NHS) wywieźli dziecko na leczenie za granicę, poinformowali, że terapia zakończyła się powodzeniem i chłopiec już nie ma raka.

Nie twierdzę, że rodzice mają prawo robić ze swoim potomstwem, co im się żywnie podoba. Ale żeby wsadzać ich do więzienia za coś, za co powinni być okrzyknięci bohaterami???



19.03.2015

Prawda czy fałsz?


Gdzieś usłyszałam (lub przeczytałam) pewną trafną myśl, której teraz nijak nie mogę odnaleźć w Internecie. Otóż ktoś kiedyś powiedział (lub napisał), że:

– i tu cytuję ze swojej miernej pamięci –

Człowiek, który jest zły dla zwierząt, jest zazwyczaj zły także dla innych ludzi.
Ale człowiek, który jest dobry dla zwierząt, nie zawsze jest dobry dla innych ludzi.

Na dzień dzisiejszy całkowicie się z tą myślą zgadzam. A Wy?

(Inteligentnym czytelnikom nie muszę chyba tłumaczyć różnicy pomiędzy „zazwyczaj”, a „nie zawsze”.)

16.03.2015

Ciche bohaterki



Ten artykuł krzepi serce. Chwała Wam, dzielne, szlachetne niewiasty za to, że działacie w słusznej sprawie. Bez marudzenia, bez psioczenia na świat, bez oglądania się na innych. Kłaniam się Wam do samej ziemi.




Zacytowałam tylko fragment artykułu. Warto przeczytać go w całości, ale nie tylko ze względu na jego wartość wychowawczą (kto wie, może i nam się kiedyś zechce COŚ zrobić ;)), ale także na jedno zdanie, które w nim pada:
Do tego, jako prywatnym osobom, nie można było przyjmować darowizn czy wsparcia finansowego.

Halo, halo! Czy jest na sali prawnik? Bo ja tutaj czegoś nie rozumiem (i nie chodzi bynajmniej o bełkotliwą polszczyznę). Niech mnie ktoś z łaski swojej oświeci, od kiedy to nie można przekazywać darów (choćby i pod postacią gotówki) prywatnym osobom? Jaki przepis naruszałoby takie działanie? Co mogłoby grozić za jego złamanie? I przede wszystkim – czy tylko ja uważam, że jest to kompletny idiotyzm?

10.03.2015

Sąsiedzi


Czy jedno przykre zdarzenie może obniżyć wartość udanej znajomości? Czy pozostawi w nas taki niesmak, że wymażemy z pamięci wiele lat znakomitych relacji?

I na odwrót: czy poprawa stosunków jest równoznaczna z przebaczeniem świństw, jakie ktoś nam wyrządził? Czy warto puszczać wszystko w niepamięć?

Nie umiem sobie na te pytania odpowiedzieć. Czas łagodzi urazy, wymazuje poczucie wdzięczności, zniekształca wspomnienia. Fakty pozostaną jednak faktami.

Ale po kolei:

Ćwierć wieku temu moi rodzice nabyli we wsi Trzciniec działkę. Sprzedała im ją siostra pana M., która (o ile pamiętam) chciała opuścić wieś. Jakiś czas później sam pan M. też odsprzedał rodzicom kawał ziemi, zachowując jednak na tyle dużo, by mógł wciąż gospodarzyć. To było na początku lat 90-tych, kiedy ziemia była jeszcze względnie tania.

Rodzice zyskali wówczas nie tylko ładny kawałek terenu, lecz także dobrych znajomych. Państwo M. – pozwólcie, że od tej pory będę ich określała mianem państwo Mili  na tle reszty mieszkańców wsi wydawali się być ludźmi na poziomie. Zawsze życzliwi, wręcz serdeczni, „pilnowali” naszej posesji, doradzali, służyli pomocą. Pan Miły z narażeniem życia gasił pożar malin, a pani Miła przyleciała do nas z łopatą ziemi, żeby zasypać rozpalone przeze mnie bezmyślnie ognisko. Odwiedzaliśmy się często, ale i nie narzucaliśmy się sobie. To byli naprawdę fajni sąsiedzi. Tak fajni, jak...




Po drugiej stronie naszej działki mieszkali (i mieszkają nadal) państwo Szorstcy. Od początku im się nie podobaliśmy. Przypuszczam, że nie mogli ścierpieć, iż „miastowe” przyjeżdżają na wieś wypocząć, a nie do pracy. A może to kwestia charakteru? W każdym razie nie była to szczególnie wyrafinowana familia. W chałupie bez toalety mieszkały dwa pokolenia: starsi państwo oraz dorastający synowie. Starszy pan Szorstki zachowywał się przyzwoicie, za to stara pani Szorstka była prawdziwą sekutnicą, która wraz z potomstwem uprzykrzała nam życie najrozmaitszymi pretensjami. Ich niechęć przybierała niekiedy absurdalne rozmiary. Ot, przykładowo: kiedy pracujący u nich robotnicy zauważyli, że nasz letni dom zalewa woda i chcieli to komuś szybko zgłosić (choćby państwu Miłym),  państwo Szorstcy im tego zakazali. (Oczywiście dowiedzieliśmy się o tym znacznie później, podczas naprawiania szkód.) Innym razem dwaj już dorośli synkowie przyszli nam prawić morały, że nie powinniśmy dawać psu kiełbasy. ;) Zdarzały się również ostre kłótnie o miedzę. Oj, nie było między nami dobrze, nie było...

Jednak z biegiem lat coś się zaczęło zmieniać. I to po części dzięki naszej śp. pamięci Dorze. To właśnie dla niej zaczął do nas przychodzić synek jednego z młodych Szorstkich (już w nowym tysiącleciu). Przez kilka lat moi rodzice hołubili malca i obdarowywali prezentami, słusznie rozumując, że przydałoby się w końcu zakopać topór wojenny. I tak jakoś – powolutku, ale jednak – stosunki się ociepliły. Kilkunastoletnie obecnie pacholę już nas nie odwiedza, ale jego ojciec stał się nam nad wyraz życzliwy. A to zorganizuje pomoc przy wycince drzew, a to w czymś doradzi, innymi słowy – zmienił się nie do poznania.

A co z państwem Miłymi? Cóż, jasnym było, że czują się za starzy na prowadzenie gospodarstwa i chcieliby jak najszybciej przenieść się do miasta. Pracująca w Lublinie córka założyła w późnym wieku rodzinę, szybko pojawiła się trójka dzieci, dziadkowie czuliby się zatem kochani i potrzebni. Przygotowywaliśmy się na to od dawna. Niestety, nasza znajomość zakończyła się dość osobliwie, żeby nie rzec – niesmacznie. To, że państwo Mili odrzucili ofertę,  jaką im złożyli moi rodzice, jest rzeczą całkowicie zrozumiałą. Nic w tym niestosownego, że chcieli jak najdrożej sprzedać resztki swojego majątku. Ale już to, że ukrywali przed nami, iż znaleźli innego kupca, a po błyskawicznej sprzedaży posesji bez słowa pożegnania opuścili wieś, mocno nas ubodło. Dlaczego tak postąpili? Może czuli się urażeni propozycją moich rodziców? Może się wstydzili, że wybrali kogoś innego? A może po prostu uznali, że wylewne pożegnania są bez sensu? Cóż, ludzie – podobnie jak książki – rozczarowują... :(




Najciekawsze scenariusze pisze jednak samo życie. Wkrótce w domu po Miłych osiedli nowi sąsiedzi. Ale jacy! Przeurocze młode stadło (przedstawiają się jako mąż i żona) wraz ze swoim szalonym, a zarazem bardzo przyjacielskim psem. Ku naszemu rozbawieniu okazało się, iż kobieta chodziła z moją stryjeczną siostrą do podstawówki. :) Rodzice z miejsca zapałali do nich sympatią. Jak zresztą można byłoby nie lubić dwójki sympatycznych, pracowitych, zaradnych i pełnych optymizmu miłośników zwierząt? :) A kiedy jeszcze usłyszeliśmy, że planują sprowadzić do obejścia wykupioną z rzeźni klacz ze źrebięciem, do sympatii dołączył szacunek.

Młodzi natychmiast zabrali się za remont zaniedbanego domku Miłych. (Moi rodzice planowali go wyburzyć.) W ciągu kilku miesięcy chatka została gruntownie odrestaurowana. Jeszcze przed końcem remontu nowi gospodarze przygarnęli trzy małe kotki, a na zimę dołączyła do nich wspomniana klacz z córeczką. Niestety, było to już po moim ostatnim zeszłorocznym wyjeździe na działkę, tak więc jeszcze ich nie widziałam. Z opowieści taty wiem, że – wbrew miejscowym zwyczajom – nie zostały zamknięte na zimę w stajni, lecz swobodnie sobie biegały po wyznaczonym im terenie, a nawet usiłowały paść się na mizernej zimowej trawce.

Wszystko wskazuje na to, że nasi nowi sąsiedzi staną się także naszymi dobrymi znajomymi. Szczerzy, otwarci, bezpretensjonalni, kochający zwierzęta, stawiający czoła przeciwnościom, spełniający swoje marzenia – czegóż chcieć więcej? Nie wiem, czy można z nimi pogadać o książkach, zasadach czy Bogu, ale to nieistotne. Od bajdurzenia i zajmowania się abstrakcją mam Internet. W realu trzeba po prostu żyć. Mądrze, moralnie, szczęśliwie. Jeśli mam się tego od kogoś nauczyć, to prędzej od tych ludzi niż od nadętych pseudointelektualistów, jakich nie brakuje w Sieci.

09.03.2015

Odejdź!


Wyniki ankiety wielokrotnego wyboru „Gdybyś miał wybór, to kto odpada jako Twoi najbliżsi sąsiedzi?”:

Żydzi – 18 głosów

Arabowie – 31 głosów

Murzyni – 18 głosów

Azjaci – 4 głosy

Cyganie – 28 głosów

Rosjanie – 7 głosów

Niemcy – 2 głosy

Para gejów – 21 głosów

Para lesbijek – 8 głosów

Kilkuosobowa seksualna „komuna” – 20 głosów

Palący marihuanę hippisi – 17 głosów

Spokojni, ale zatwardziali w swoim nałogu alkoholicy – 5 głosów

Obwieszeni „satanistycznymi” ozdóbkami metalowcy – 20 głosów

Naćwiekowani i wytatuowani punkowy – 20 głosów

Klasyczni skinheadzi – 12 głosów

Wielodzietna rodzina – 8 głosów

Ultrakatoliccy dewoci – 12 głosów

Nikt z wyżej wymienionych by mi nie przeszkadzał – 9 głosów


W normalnym, cywilizowanym kraju każdy ma prawo odrzucić drugiego człowieka – jako pracownika, przyjaciela, sąsiada, kochanka. Odrzucenie bywa bolesne, lecz nie może być zakwalifikowane jako agresja, znęcanie się, intryganctwo czy jakikolwiek inny rodzaj świadomego wyrządzania krzywdy.

Mamy prawo odrzucać Cyganów i Żydów, Amerykanów i Rosjan, Indian i Murzynów, lewaków i prawaków, liberałów i konserwatystów, muzułmanów i chrześcijan, cudzoziemców i swoich rodaków, płeć przeciwną i swoją własną, gejów i hetero, księży i ateistów, kaleki i mięśniaków. Mamy prawo odrzucać i bojkotować, a także namawiać do odrzucenia i bojkotu.

No i oczywiście mamy również święte prawo odrzucać... odrzucających. Jeśli bowiem ktoś bez powodu skreśla tych, którzy w naszym mniemaniu są OK., naturalną koleją rzeczy zaczynamy czuć do niego niechęć.

Właśnie coś takiego miało niedawno miejsce: znajoma mojego Ukochanego zerwała z chłopakiem, nie mogąc zaakceptować tego, że jej partner bezdyskusyjnie odrzuca towarzystwo pewnego typu ludzi. A konkretnie: wstydzi się z nimi publicznie pokazywać. Po usłyszeniu tej historii zrobiło mi się cholernie przykro. Z jednej strony jest to dość dziwne, gdyż nierzadko sama wyrażałam się dość krytycznie o tej właśnie grupie społecznej. Z drugiej jednak strony, są to na ogół mili, kulturalni i ciekawi ludzie. Nikt nie musi ich szanować ani uważać za lepszych, ale na litość boską – żeby się ich wstydzić??? Facet sam nie wie, jak wiele traci. :(

I oto zagadka dla Was: kogo dyskryminuje ów mężczyzna?

08.03.2015

Non omnis moriar


Relacje osób, które zajrzały w zaświaty leżąc na łożu śmierci mówią o świetlistych manifestacjach oraz zmarłych bliskich, którzy wychodzą powitać umierającego.Wizje te są jednak bardzo krótkie. Wyjątek stanowił niesamowity przypadek 10-letniej Daisy Irene Dryden, która, powoli umierając, utknęła na krawędzi życia i śmierci na kilka dni. W pełni przytomna, z otwartym widokiem na zaświaty, opisywała rodzicom, co widzi…

Jakiś czas temu zadałam Wam pytanie: „Czy wierzysz w tzw. życie pozagrobowe?” Oto wyniki ankiety:

Oczywiście, że tak! Umiera tylko ciało, zaś dusza jest nieśmiertelna – 24 głosy

Raczej tak – 1 głos

Sam/a nie wiem, mam poważne wątpliwości – 7 głosów

Raczej nie – 4 głosy

Na pewno nie! Śmierć ciała jest kresem naszego istnienia – 3 głosy

Nigdy mnie to nie interesowało – 2 głosy


Podobnie jak większość z Was, jestem przekonana, iż termin przydatności mojej fizycznej powłoki nie oznacza kresu mojego istnienia. To, że moja świadomość przetrwa śmierć mózgu, jest dla mnie tak oczywistym jak to, że siedzę teraz przed komputerem i cyzeluję swój najnowszy wpis.

Jednak to przekonanie nie opiera się na wykładni żadnej religii. Moje wyobrażenia „życia po życiu” są zlepkiem informacji, jakie pozyskuję z telewizji, Internetu oraz książek. W co wierzę? W nieśmiertelną duszę; w bytowanie niektórych duchów na ziemi; w cierpienie (psychiczne), jakiego doświadczymy po śmierci na wspomnienie naszych złych uczynków; w ponowne obleczenie ducha w ciało, ale tylko istoty tego samego rzędu. Nie wierzę w natychmiastowy sąd Boży, nie wierzę w diabły dźgające tyłki potępieńców rozżarzonymi widłami, nie wierzę w wieczne potępienie ani w narodziny psa z ludzką duszą czy człowieka z psią. Chrystus jest dla mnie wspaniałym i godnym naśladowania, ale tylko – człowiekiem. Nie ma zatem mowy o zasileniu szeregu wiernych któregokolwiek z Kościołów, zaś inne religie są mi albo obce, albo odstręczają mnie kultem bałwanów.

Zresztą – czy moje wierzenia są gorsze (głupsze, śmieszniejsze, mniej wiarygodne) od rewelacji zapisanych w świętych księgach? Czy powinnam chylić głowę przed objawieniami tzw. proroków? A może mam na serio traktować postanowienia tego czy innego soboru? Nie, dziękuję. Nie odrzucam Biblii, nie wyśmiewam cudzych przekonań, ale jedyne, co mnie tak naprawdę obchodzi, to PRAWDA.



Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...