30.04.2015

Kochasz? Lubisz? Szanujesz?


Na pytanie „Jaki jest Twój stosunek do Polski?” odpowiedzieliście:

Kocham Polskę i poświęcił(a)bym dla niej niemal wszystko – 33 głosy

Kocham Polskę, ale na pewno nie poświęcił(a)bym dla niej wszystkiego – 14 głosów

Kocham Polskę i chcę ją wspierać, ale niczego bym dla niej nie poświęcił/a – 4 głosy

Darzę Polskę lekką sympatią, ale nic poza tym – 12 głosów

Polska jest mi raczej obojętna – 2 głosy

Nie przepadam za Polską, ale i nie życzę jej niczego złego – 2 głosy

Nie znoszę Polski i nie chcę mieć z tym krajem nic wspólnego – 1 głos

Z całego serca nienawidzę Polski i z wielką chęcią bym ten kraj podpalił/a – 3 głosy


Zważywszy na to, co napisałam we wpisie „Oikos”, najwłaściwszą dla mnie opcją wydaje się być czwarta od góry. Czuję się poniekąd związana z tym krajem, a już na pewno z moim miastem. Chociaż... może to nie tyle przywiązanie, co zwykła gnuśność, niechęć do podejmowania wyzwań, brak ciekawości świata i – przede wszystkim – daleko posunięta niezaradność każą mi tkwić w tym naszym słodkim grajdołku? Tak czy siak, nigdzie się na razie nie wybieram. (A gdybym się wybierała, to raczej po to, żeby założyć gdzieś nowy dom, a nie dla samej przyjemności – bądź nieprzyjemności – zwiedzania obcych krajów.)

Wiedziałam, że odwiedzają mnie ludzie cechujący się silnie propolską postawą, lecz mimo to wyniki ankiety mocno mnie zaskoczyły. Ale to chyba dobrze, nie? Niekwestionowane zwycięstwo mentalności ultrapatriotycznej powinno cieszyć tych z Was, którzy pragną widzieć ten kraj silnym, zamożnym i zaludnionym. Mam tylko nadzieję, że dobrze rozumiecie słowa „poświęcić dla Polski niemal wszystko”. Rzadko oznaczają one oddanie życia w jej obronie; częściej chodzi o życie dla niej. Albowiem Polska nie potrzebuje bohaterów. Polska potrzebuje cichych, pracowitych, praworządnych i produkujących nowe pokolenia obywateli. A konkretnie  dwóch typów ludzi:
  • garstki silnych, uczciwych, inteligentnych i nastawionych prospołecznie liderów, którzy podjęliby walkę z wszechobecną korupcją, fatalnym prawem, złym zarządzaniem dobrami publicznymi, etc
  • całej rzeszy karnych, solidarnych i grzecznie płacących podatki pracusiów, którzy nie tylko wydźwigną gospodarkę z nędzy i bylejakości (nie domagając się przy tym zbyt wielkich nagród), ale także zapewnią ojczyźnie biologiczne przetrwanie

A co z resztą? Co z żyjącymi według własnego widzimisię nonkonformistami, co z buntownikami przeciwko systemowi, co z indywidualistami nastawionymi na moralne doskonalenie ducha, co z usuwającymi się na margines społeczeństwa outsiderami? Cóż, oni wszyscy są Polsce kompletnie niepotrzebni.

Nie sądzę jednak, żeby ich to jakoś specjalnie uwierało. ;)

26.04.2015

Czekając na kuriera... lekarza... urzędnika...


Z racji wykonywanego „zawodu” mój Ukochany cały czas wysyła jakiś sprzęt lub zamawia nowy. Do mnie również przychodzą paczki, gdyż w potrzebne mi rzeczy zaopatruję się najczęściej w Sieci (głównie na Allegro). Siłą rzeczy na nasz podjazd co i rusz podjeżdża jakiś samochód dostawczy. Nie ma chyba firmy przewozowej, która by do nas jeszcze nie zawitała. Wiąże się to, niestety, z koniecznością cierpliwego warowania na kuriera, rzadko się bowiem zdarza, żeby któryś raczył do nas zadzwonić i zapytać, czy jesteśmy teraz lub będziemy o tej a o tej godzinie w domu. A przegapienie przyjazdu doręczyciela oznacza albo pomykanie na peryferie miasta w celu odebrania przesyłki, albo ponowne zamawianie kuriera w celu jej wysłania.

Kurierzy są na ogół mili i wyrozumiali. Drugi z tych przymiotów jest tym cenniejszy, iż nierzadko trzeba któregoś z nich przepraszać na „nadgorliwość” mniejszego z naszych piesków, który najchętniej zatopiłby swoje małe, ale ostre ząbki w łydce „intruza”. (Większy ujada bardziej dla towarzystwa i to coraz rzadziej, ale kto wie, czy podniecona zaciekłością mniejszej koleżanki nie dołączyłby do ataku. A to byłaby katastrofa.)

Czasami trafia się jednak kurier, który uprzejmość uważa najwyraźniej za zbytek. No bo skoro nie ma tego w umowie o pracę, to po co silić na dobre maniery, nie? ;) Biorę poprawkę na ewentualnie zmęczenie, pośpiech, nerwy, wreszcie – nienawiść do swojej roboty, która z pewnością do najprzyjemniejszych nie należy. Ale i tak jest mi przykro. Jestem doskonałym „odbiornikiem”; to, jak się wobec kogoś zachowuję, zależy głównie od tego, jak ten ktoś zachowuje się wobec mnie. Jedni ludzie działają na mnie pozytywnie, inni – wprost przeciwnie. Nad większością niemiłych uwag szybko przechodzę do porządku dziennego, ale niektóre zapadają w pamięć na dłużej. Składać skargę? Kłócić się? Opieprzyć delikwenta? Tu nie ma dobrego wyjścia.

Skąd tytuł? Ano, z nieuprzejmym zachowaniem możemy się spotkać dosłownie wszędzie. Jest to szczególnie przykre, kiedy jesteśmy od kogoś zależni. Naturalnie w dzisiejszych czasach mało kto jest zdany na łaskę i niełaskę konkretnej biurwy, felczera czy innej dzierżącej namiastkę władzy persony, niemniej użeranie się choćby z jednym potrafi zepsuć człowiekowi humor na cały dzień (jeśli nie na dłużej). Mogłabym rzec z przekąsem, że najwidoczniej nie każdy zawód został dotknięty przez kryzys, skoro nie dla każdego grzeczność wobec klienta jest czymś oczywistym.

Na szczęście na ogół nie mam powodów do narzekań. Niegrzeczni sprzedawcy, kierowcy, urzędnicy, lekarze czy choćby właśnie kurierzy to niechlubny wyjątek, a nie reguła.

16.04.2015

Mądrość baśni: Jak być powinno


Zbigniew Królicki – „Bajki chińskie”
NATURALNY PORZĄDEK

Żył sobie kiedyś w Państwie Środka w prowincji Syczuan bardzo mądry król. Gdy zbliżały się jego czterdzieste urodziny obserwował niezwykłe poruszenie dworu, przygotowujące­go się do uroczystości, zdał sobie sprawę z ogromnych wydatków i mar­notrawstwa, które temu towarzyszą. Zaproszenia znamienitych rodzin, wszystkich bogato urodzonych i intrygi: kto był, kogo nie było, jakie życzenia złożył i z jaką miną król je przyjmował. Kłótnie, które będą towa­rzyszyć obsadzeniom miejsc przy stole. Kilkudniowy paraliż stolicy, ty­siące tak naprawdę nieżyczliwych gości. Licytowanie się w bezsensownych prezentach, z którymi nie wiadomo potem, co robić, obżarstwo, pijań­stwo, zawiść poddanych, przyglądających się ucztującej arystokracji.
Postanowił, że tym razem będzie inaczej. Wydał dekret, że w tym roku jego urodziny są jego prywatną i osobistą sprawą. Jego i najbliższych. Nie są świętem państwowym i nikt nie musi ich obchodzić. Nie będzie zwracał uwagi na to, kto przybędzie i złoży mu życzenia, a kto nie złoży. Nie życzy sobie żadnych prezentów od nikogo. Żadnych, nawet najmniejszych - ten fragment dekretu był wyraźnie zaakcentowany. Nie zaprasza też nikogo osobiście. Nie będzie żadnych oficjalnych uroczystości państwowych, ża­dnych przyjęć, polowań, ceremonii i obrzędów. W dniu urodzin na dwór może przyjść jednak każdy z poddanych, kto ułoży, wykaligrafuje i przy­niesie jakąś sentencję, przesłanie, życzenia, mądrą dewizę. Taką, która wy­wieszona w sali tronowej pałacu, przyniesie rodzinie królewskiej szacunek, dobrobyt i długie panowanie. Kaligrafie nie muszą, a nawet nie powinny być podpisane. Na dziedzińcu pałacowym i w ogrodach będą wystawione stoły z jadłem i winem, będzie grała muzyka, tak iż każdy, kto zechce i speł­ni warunek, może przybyć i wziąć udział w tym ogólnym balu.
Jak nietrudno się domyślić, dekret został przyjęty przez poddanych bardzo różnie. Dostojnicy dworscy i szlachta byli wręcz oburzeni i poru­szeni. Szukali w dekrecie podstępu i ukrytego „drugiego dna”. Od razu stało się też jasne, że życzenia będą oceniane i poddane selekcji. Zostanie wybrane to, które najbardziej przypadnie królowi do gustu. Powiesi je w sali tronowej, a autora na pewno odszuka i sowicie wynagrodzi lub obsy­pie zaszczytami.
Lud natomiast przyjął dekret ze zdziwieniem, ale i ze zrozumieniem, wychwalając przy tym mądrość króla. Zaraz też po jego ogłoszeniu naj­bardziej poszukiwanym towarem stał się pędzelek, tusz i papier ryżowy, a najbardziej wziętymi profesjami - kaligraf i poeta. Toteż namnożyło się w królestwie wędrownych mędrców, którzy za odpowiednią opłatą wytrzepywali z rękawów stosowne sentencje i niezwykle głębokie myśli.
Ostatnie dni przed urodzinami król spędził w dużej niepewności. Zdawał sobie sprawę, że dekret jest kontrowersyjny, i nie zdziwiły go reak­cje poddanych. Były takie, jak przewidywał. Intrygowało go jednak, czy ktokolwiek przyjdzie na pałacowy dziedziniec, i najważniejsze, był cie­kawy, jakie myśli, przesłania czy po prostu życzenia złożą mu jego pod­dani, gdy nie są do tego przymuszeni. Co napiszą, gdy mogą pozostać anonimowi? Czego mu tak naprawdę życzą?
W dniu urodzin obawy króla prysnęły. Gdy tylko otworzyły się bra­my pałacu, dziedziniec zaczął zapełniać się ludźmi - przybywali bieda­cy, bogacze, uczeni, kupcy, kramarze, wieśniacy, szlachta i wędrowni żeb­racy; wszyscy odświętnie ubrani i każdy ze stosownym zwojem starannych kaligrafii. Przy bramie straż przyjmowała kaligrafie, układała je do wiel­kich koszy i zapraszała do środka. Król był zaskoczony tym, jak wielu lu­dzi gromadzi się na dziedzińcu. Co prawda wielu z tych, którzy dekla­rowali się jako jego przyjaciele, nie zobaczył; natomiast wielu z tych, których uważał za sobie nieżyczliwych i opozycjonistów, przyszło. Król starał się przywitać z każdym. Dziękował za życzenia. Potem usiadł i gdy wszyscy bawili się i ucztowali, zaczął czytać i oglądać kaligrafie.
Teksty były życzliwe, serdeczne, jedne bardzo strojne i ozdobne, in­ne proste i zwyczajne. Zdarzały się proste życzenia wypisane ręką, wi­dać, nieprzywykłą do trzymania pędzelka oraz inne, malowane przez wytrawnych, zawodowych kaligrafów. Były te pisane od serca, i te na za­mówienie. Król odkładał kolejne zwoje i sięgał po następne. Jak do tej pory nie znalazł jednak niczego, nad czym musiałby zatrzymać się przez chwilę, co wzbudzałoby jego zachwyt, głębszą refleksję.
Rozwinął kolejny rulon i nagle twarz mu sposępniała, zastygł w bez­ruchu. Ściągnął brwi i zmarszczył czoło. Otaczający go dworzanie z prze­strachem i przerażeniem zerkali przez ramię, chcąc przeczytać senten­cję, gdy zaś poznawali jej treść, ich twarze też posępniały. Na tanim papierze, wypisane niezbyt wprawną ręką widniały trzy zdania:
Umiera Ojciec.
Umiera Syn.
I Wnuk też umiera.
- Kto to napisał? - krzyknął król, nie kryjąc swojego oburzenia. - Czy będzie miał odwagę przyznać się i stanąć przed moim obliczem? Kogo i czym tak uraziłem, że życzy mnie i mojej rodzinie czegoś tak stra­sznego?
Na dziedzińcu zrobiło się cicho. Wszyscy patrzyli po sobie ze strachem.
- Ja, panie - z tłumu doleciał spokojny głos.
- Kto? - krzyknął jeszcze raz król, usiłując wzrokiem przeszyć ze­branych. Z tłumu powoli wystąpił ubogi mnich. Uśmiechał się serdecznie i patrzył w oczy królowi.
- Ty, dlaczego? - w głosie króla brzmiało zdziwienie i oburzenie.
- Bo uważam, że są to najważniejsze życzenia dla królewskiej rodziny. - Życzenie śmierci?
- Nie. Życzenie zachowania naturalnego porządku rzeczy.
Z wyrazu twarzy króla można było wnioskować, że nie rozumie.
- Jak to?
- Panie, to proste - mówił spokojnie mnich. - Czy masz syna?
- Nie - odparł król i wyraźnie posępniał.
- A chciałbyś mieć? I uczestniczyć z radością w jego narodzinach?
- Oczywiście, głupie pytanie - król się żachnął.
- A chciałbyś uczestniczyć w jego pogrzebie? - pytał wesoło mnich.
- Co ty mówisz? Oczywiście, że nie! - król był oburzony.
- A chciałbyś mieć wnuka, patrzeć, jak baraszkuje radośnie u twoich stóp, rośnie i rozwija się?
- Oczywiście - król się wyraźnie rozmarzył.
- A chciałbyś uczestniczyć w składaniu go do grobu?
- Zamilcz, głupcze, bo każę cię wychłostać! - krzyknął tracący już cierpliwość król. Ale mnich wydawał się niewzruszony i mówił spokoj­nie dalej:
- Panie, w takim razie musisz umrzeć pierwszy, przed swoim synem i wnukiem. Bo to, że w ogóle odejdziesz z tego świata, jest tak pewne jak to, że jutro nastanie nowy dzień. Dobrze by było, aby w twojej ostatniej drodze towarzyszyli ci twój syn i wnuk. A twojemu synowi jego syn i je­go wnuk. Wtedy będziesz odchodził z tego świata spełniony i bez żalu, a twoi najbliżsi będą cię opłakiwać. Z twoim synem i wnukiem powinno być tak samo. Wtedy będzie zachowany w twojej rodzinie naturalny po­rządek rzeczy. A rodzina przetrwa wieki. Czego ci serdecznie życzę.
Król zamyślił się. Widać było, że słowa mnicha wywarły na nim wra­żenie. I jak głosi legenda, już następnego dnia w sali tronowej pojawiła się kaligrafia, która towarzyszyła rodzinie królewskiej przez stulecia.

14.04.2015

Sztuka czy rzemiosło?


Marcin Korczyc jest dyrektorem Szkoły Podstawowej w Lubaszu. Rok temu w klasach I-VI wprowadził obowiązkowe zeszyty do kaligrafii.
- Zauważyłem, że uczniowie w piątych klasach nie potrafią pisać. Oni nauczeni są przyciskania klawiszy w komputerze i telefonie - mówi wprost. - Postanowiłem więc wrócić do źródeł i uczyć pisania od podstaw. Teraz każdy musi ćwiczyć poprawne stawianie liter, nauczyciele na bieżąco kontrolują postępy i jak ktoś bazgroli jak kura pazurem, to dostaje dodatkowe ćwiczenia - tłumaczy. - Już widać postępy.

Czym jest kaligrafia? A może raczej – jak powinna być przez nas postrzegana? Jako zarezerwowana dla elity sztuka? Czy może raczej przydatna umiejętność, którą może – i powinno! – przyswoić sobie każde nowe pokolenie?

A może jest to zbędna fanaberia, którą należałoby odłożyć do lamusa? Czy w dobie laptopów,  palmtopów, netbooków tudzież innych zabawek, na których możemy szybko coś zapisać, warto się ćwiczyć w ładnym piśmie?



10.04.2015

Gdy słabnie siła argumentów, pozostaje jeszcze argument siły


Po przeczytaniu tekstu Marzeny o biciu dzieci doszłam do wniosku, że nie mogę do końca zgodzić się z opinią autorki o niedopuszczalności kar cielesnych. Oczywiście trudno pochwalać przemoc wobec dziecka, ale czy przemoc wobec dorosłego człowieka jest czymś dużo lepszym? Czy przemoc w ogóle może być sama w sobie dobra? Oczywiście, że nie. Nikt chyba jednak nie zaprzeczy, że w pewnych sytuacjach bywa mniejszym złem.

O ile bowiem jest możliwym chwilowe powstrzymanie złoczyńcy bez sprawiania mu bólu, o tyle później całkowicie tracimy nad nim kontrolę. Człowiek, który został przyłapany na gorącym uczynku, niekoniecznie raczy wysłuchać ze skruchą umoralniającej pogadanki. Wysoce prawdopodobnym jest, że prędzej czy później wróci do tego, w czym mu przeszkodzono. Zastosowanie przemocy może mu to skutecznie uniemożliwić (choć, naturalnie, nie musi). I osobiście mam gdzieś, czy dominującym czynnikiem będzie strach, upokorzenie czy niegroźne uszkodzenie ciała. Liczy się dla mnie skuteczność.

O ile bowiem możemy się spierać, co konkretnie jest złem oraz jak daleko wolno nam się posunąć w „wymierzaniu sprawiedliwości” (cel nie uświęca środków!), o tyle ani przez moment nie wolno nam zapominać, iż celem naszej akcji jest skuteczne powstrzymanie zła. Bez tego założenia nie ma sensu podejmować żadnego działania.

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...