31.05.2015

Pożegnanie


Nosiłam się z tym zamiarem od dłuższego czasu, ale nie sądziłam, że tak szybko wcielę go w życie. Może po wakacjach... – myślałam. – A może pod koniec roku... I nagle zdałam sobie sprawę, że nie powinnam tego przeciągać. Muszę to zrobić już, teraz, zaraz. Termin ostateczny: do końca maja.

I udało się. Za godzinę będziemy mieli czerwiec, a ja właśnie publikuję swój ostatni wpis.

Koniec z pisaniem bloga. Nie na parę tygodni czy miesięcy, lecz NA ZAWSZE. A przynajmniej taką mam nadzieję.

Mam za sobą jedenaście lat blogowania. Jedenaście lat wywnętrzania się i osądzania wszystkich i wszystkiego. Jedenaście lat pasjonujących dyskusji i kretyńskich utarczek. Czy żałuję, że trwało to tak długo? I tak, i nie. Na pewnym etapie życia taka rozrywka miała jakiś sens. Wszystko ma jednak swój kres. Minęło emocjonalne rozedrganie i chęć wykrzyczenia całemu światu, co o nim myślę. Im bardziej obrastam w wewnętrzną siłę, im łatwiej się dystansuję od absurdów codzienności, tym mniejszą mam ochotę na żarliwe dysputy, ideologiczne przekomarzanki czy utwierdzanie się w swoich moralnych racjach. Ja już naprawdę nie muszę nikomu niczego udowadniać, nikogo do niczego przekonywać. Męczy mnie międlenie w kółko tych samych obyczajowo-społecznych tematów. Co miałam napisać, tom napisała – i wystarczy. Poglądy moich stałych czytelników również są mi dobrze znane. Pora zaczerpnąć świeżego powietrza, poznać inne punkty widzenia, poszukać nowych źródeł wiadomości o świecie.

Czy nie wystarczyłby zatem krótki odpoczynek od blogosfery? Bynajmniej. Blog musi być prowadzony regularnie, w przeciwnym razie umiera. Trzeba co najmniej raz na dwa tygodnie sklecić nowy artykuł, wstawić go do bloga, poprawić, wyedytować, ewentualnie okrasić obrazkiem, opublikować, jeszcze raz poprawić, a potem śledzić jego losy, odpowiadać na komentarze, niektóre nawet ciąć, a do tego znosić sarkania i docinki co bardziej narowistych gości. Nie, dziękuję. Mam dość. Bawiąc na wsi lub w innym mieście nie chcę się zadręczać myślą, co kto u mnie napisał, co odpowiedział mnie lub innemu komentatorowi i czy nie przydałaby się moderatorska interwencja. Szkoda mojego czasu, szkoda moich nerwów.

Nie będę zresztą ukrywać, że dopadła mnie swoista autocenzura. A przecież zawsze olewałam cudze szemranie, stękanie i powarkiwanie. Cóż mnie bowiem może obchodzić czyjeś zgorszenie? Nie zdradzam powierzonych mi sekretów, nie wywalam na wierzch swojego życia intymnego, a w przypadku osób darzonych sympatią tępię ostrze krytyki, co by ich zbyt srodze nie poraniło. Innych ograniczeń nie uznaję. Nie jestem lojalna, dyskretna, grzeczna ani obyczajna. Pouczenia typu: „Tego się nie robi” czy „O takich sprawach się nie mówi” traktuję jako objaw skretynienia. Niestety, im bardziej się do Was zbliżałam, tym większemu złagodzeniu ulegał mój dawniej bezkompromisowy styl. Zaczęłam się hamować, ważyć każde słowo, cenzurować. A to mi nie odpowiada. Pisarz nie może nakładać sobie kagańca, nie może się wahać, czy wolno mu łamać tabu.

I tak oto niemal z dnia na dzień prowadzenie bloga przestało mi sprawiać satysfakcję. Utraciło swój sens i smak. Kroplą, która przelała czarę goryczy, było uświadomienie sobie, jak wiele tracę, zaspokajając w ten właśnie sposób swoją potrzebę pisania. Bo pisanie to coś więcej niż przyjemność. To wewnętrzny imperatyw. Jak każdy pisarz żeruję na swoim i cudzym życiu, słucham, obserwuję, notuję w pamięci – i przerabiam pobrane dane na opowieści. W pewnym momencie dotarło do mnie, że rozmieniam się na drobne. Marnuję pasję, energię i zasoby leksykalne. Powinnam się w końcu zabrać za spisywanie swoich dzikich pomysłów, przetrzebić dawne teksty, poprawić i dokończyć te wartościowe, a resztę wywalić w niebyt. A może należałoby zaprząc słowo do zbożnego celu i unieśmiertelnić szlachetnych, zachować w pamięci dziwaków, potępić skurwysynów? Nie muszę się zresztą ograniczać. Mogę napisać dosłownie wszystko: przesyconą erotyzmem powieść fantastyczną, arcypoważny elaborat o toczących ten świat bolączkach, poradnik przetrwania w zubożałej Polsce, humoreskę o swoich perypetiach w Sieci, wspomnienia z paru miejsc pracy (w tym ostatnim przypadku musiałabym się przygotować na kilka pozwów o zniesławienie ;)).

Ale żeby to zrobić, muszę raz na zawsze porzucić tę pseudopisarską aktywność, jaką jest masowa produkcja krótkich, często banalnych tekścików. Albowiem – wybaczcie mi to niesmaczne porównanie – tak jak masturbacja jest zaledwie lichą namiastką seksu, tak blogowanie nie zastąpi prawdziwej twórczości. Wpis goni wpis, komentarze sypią się niczym złote monety z czarodziejskiej sakiewki – tylko co z tego wynika? Nic nie pozostaje w pamięci na dłużej. Ile znacie blogów, które wywarły wpływ na więcej niż sto osób? Ile wpisów będzie pamiętanych dłużej niż dwa, trzy miesiące od zamieszczenia ich w blogu?

Nie twierdzę, iż jest to zła zabawa. Ma zresztą tę przewagę nad tradycyjnym pisarstwem, że najmarniejszy grafoman zyska choćby paruosobowe grono czytelników. No i ta rozkoszna prostota publikacji. Szybko, łatwo, bezproblemowo. Napisanie książki zabiera znacznie więcej czasu, okupione jest większym wysiłkiem i nie ma najmniejszej gwarancji, że ktokolwiek zechce ją nabyć (zakładając, że w ogóle zostanie wydana). Nigdy nie wiadomo, czy spadnie na nas odium potępienia, blask chwały czy lodowata obojętność. Ale książka to jest konkret. To jest coś, co może przetrwać dekady, stulecia nawet. Jest naszym dziecięciem, które poczęliśmy, hodowaliśmy i wychowywaliśmy w pocie czoła, i które w końcu przekazujemy światu.

Co do mnie, to może się zdarzyć i tak, że niczego nie napiszę. Może zabraknąć mi natchnienia, tematu, sił, czasu, wreszcie – chęci. Ale to nieważne. Wszystko mogę, niczego nie muszę. I to jest dobre. :)

Idźcie zatem swoją drogą, kochani Czytelnicy. Prowadźcie blogi, jeśli w tym właśnie się odnajdujecie, dzielcie się ze światem swoimi przemyśleniami, przekazujcie swoją wiedzę i doświadczenie dalej. Ja – rezygnuję.

* * *

Ponieważ jest to mój blogerski łabędzi śpiew, pozwolę sobie podsumować te kilka lat spędzonych w Waszym wirtualnym towarzystwie. Różnie to między nami bywało. ;) Zacznijmy od spraw nieprzyjemnych, żeby zakończyć słodyczą. Taka jest chyba właściwa kolej rzeczy, prawda? ;)

Drogie wirtualne mendy! Wy, które próbowałyście mnie gryźć po kostkach, które wpychałyście się do mnie pod postacią Anonimowych, które próbowałyście mi dokuczyć, wymyślając jakieś śmieszne zarzuty – wiedzcie, iż przegrywacie życie. Myślicie, że skoro same trzęsiecie się z bezsilnej złości, kiedy ktoś wam dogryzie, to pewnie z innymi jest podobnie. Błąd. Wiele doznałam ze strony innych ludzi nieprzyjemności, ale nigdy, przenigdy nie czułam się przez to gorsza. Żadna obelga nie jest w stanie mnie upokorzyć, żadne świństwo nie może mnie złamać. Nie chodzi o to, że jestem wyjątkowo silna psychicznie. Po prostu się SZANUJĘ. To pewnie dla was niepojęte, skoro utożsamiacie „szacunek do samego siebie” z szacunkiem innych ludzi. Mierzycie swoją wartość aprobatą otoczenia, stąd złudne poczucie siły, kiedy do jednego z was dołączają inni, równie zajadli w agresywnym ujadaniu. Tymczasem na mnie wasza liczebność nigdy nie robiła najmniejszego wrażenia. Nieistotnym było, czy atakowała mnie jedna z was czy dziesięć. Co najwyżej musiałam poświęcić więcej czasu na kasację waszych komentarzy.

A, właśnie – czas! To jedno wam się, odrażające mendy, udało, żeście mnie z niego okradły, wciągając w monumentalne, a zarazem kompletnie pozbawione sensu wojenki. Nie od razu pojęłam, że z wami nie można – nie wolno! – rozmawiać. Was należy omijać jak strzykawkę z zakażoną wirusem HIV igłą. Zostawiam was zatem waszemu losowi. Istnieje nikła szansa, że się w porę opamiętacie i zaczniecie żyć naprawdę. A jeśli nie, to już nie jest mój problem.

Przejdźmy do milszej części pożegnania. :)

KOCHANI CZYTELNICY!

Wy, którzy wytrzymaliście ze mną cztery lata (dwa  na Onecie, niecałe dwa na Blogspocie), którzy komentowaliście u mnie i z którymi się w mniejszym lub większym stopniu zżyłam. Jestem Wam winna i podziękowania, i przeprosiny.

Dziękuję tym z Was, którzy byli dla mnie mili, grzeczni i nie dąsali się za byle błahostkę. Dziękuję za akceptację mojego nierzadko pokręconego punktu widzenia i za wyrażanie swoich opinii w sposób rzeczowy i kulturalny. Rozmowy z Wami były dla mnie czystą przyjemnością, nawet jeżeli nie mogliśmy dojść do porozumienia.

Dziękuję również tym, którzy mnie słusznie korygowali, napełniali mój niedojrzały umysł wiedzą i napominali mnie, gdy wpadałam w przesadną złość. Będąc świadomą swej porażającej wręcz ignorancji oraz nadmiernej popędliwości, nie mogę nie docenić Waszego wysiłku, dobrej woli oraz cierpliwości. Zamiast postawić na mnie kreskę, postanowiliście mnie dokształcać i doskonalić. Wierzcie mi, potrafię docenić takie rzeczy.

Dziękuję tym, którzy zamiast wykłócać się o ideologiczne bzdety, z ujmującą prostotą opowiadali o swoich zasadach, marzeniach i nadziejach. O ileż cenniejsze były świadectwa Waszego własnego życia od czczych zapewnień o własnej doskonałości, jakimi niejeden bloger popisuje się przed swoimi czytelnikami.

Dzięki składam także i tym z Was, którzy mnie odrzucili. Jakże cudowną rzeczą jest rozejść się bez zbytniej złości, bez obrzucania się błotem i kopania pod sobą dołków. Przecięliście nić naszej znajomości czysto, precyzyjnie i bez cienia emocji, na podobieństwo doświadczonego chirurga tnącego tkankę nieprzytomnego pacjenta. Odetchnęłam z ulgą.

Dziękuję Wam wszystkim i... przepraszam.

Przepraszam tych, którzy głosowali w moich ankietach. Wybaczcie mi, że Wasz wkład w ich wyniki poszedł na marne. Parokrotnie zmieniałam decyzję, kiedy konkretnie oddam swoje ostatnie blogerskie tchnienie. Wypadło szybciej, niż planowałam na początku.

Przepraszam tych, do których się po chamsku wpychałam i których zamęczałam swoimi napastliwymi sądami na ich temat. Nic mi do Waszego życia. Nie znam Was, a Wy nie znacie mnie. I niech tak pozostanie.

Przepraszam tych, których niechcący zraniłam. Nie chciałam.

Czy o kimś zapomniałam? Jeśli tak, to znowu – przepraszam.

* * *

Tym z Was, którym umyśliło się na podstawie moich tekstów dociekać, jaka jestem naprawdę, radzę porzucić te jałowe deliberacje. Jest we mnie dobro i zło; mądrość i głupota; piękno i brzydota; spokój i furia; wybaczenie i mściwość; wesołość i smutek; odwaga i tchórzostwo. I ja to akceptuję. Co nie znaczy, że nie staram się zmienić na lepsze – bo staram się! :) Wszak tylko pracując nad sobą, nad swoimi przywarami i słabościami, można osiągnąć eudajmonię. A czyż nie jest ona celem większości z nas?

Tak więc pracujmy nad sobą, stawajmy się lepsi, nie zapominając wszakże o reszcie świata. Cóż bowiem warte samodoskonalenie, które nie objawia się żadnym działaniem? Powinniśmy zmieniać ten świat na lepszy i do tego samego nakłaniać innych ludzi; propagować sprawiedliwość i miłosierdzie, rozsądek i wiedzę, współpracę i niesienie pomocy.

Niech Was nie mamią fałszywe bożki. Ukierunkowanie na karierę, sukces, poklask czy szacunek innych ludzi jest czystą głupotą. To tylko złudzenie szczęścia, które trwa tym dłużej, im bardziej jest człowiek ograniczony. Kto, do cholery, żałuje na łożu śmierci, że nie zarobił więcej pieniędzy??? Że za mało przypochlebiał się szefowi, współpracownikom czy znajomym? Że niedostatecznie zabiegał o szacunek swoich bliźnich? Nie, w coś takiego nawet ja nie uwierzę. ;) Chyba każdy z nas wolałby umierać z poczuciem, że żył mądrze, pięknie i szlachetnie. I że nie zmarnował (za bardzo) danego mu czasu.

Co to jednak znaczy: żyć mądrze, pięknie i szlachetnie? Co nam służy, a co szkodzi? Co nas ciągnie w górę, a co w dół? Tuszę, iż każdy z Was mógłby ułożyć listę słusznych skądinąd zaleceń. Ja wymieniłam kiedyś 13 zasad, których przestrzeganie sprzyja osiągnięciu eudajmonii (tutaj). Dzisiaj przeczytałam je powtórnie, wprowadzając przy okazji parę kosmetycznych zmian. Z goryczą stwierdziłam, że nie stosowałam się do własnych pouczeń. A powinnam była...

Zajrzyjcie, kochani, do tamtego wpisu. Ogólnikowość moich rad nie wydaje mi się wadą. Od Was zależy, czy i jak z nich skorzystacie.

Cóż mogę jeszcze dodać? I czy w ogóle powinnam tak przynudzać? Ileż można?! – zakrzykniecie z niecierpliwością. Krótko zatem:

Książki, które warto przeczytać:
  • „Sztuka wojny” (Sun Tzu)
  • „Wichrowe Wzgórza” (Emily Brontë)
  • „Przygody Dyla Sowizdrzała” (Charles de Coster)
  • „Jestem kotem” (Sōseki Natsume)
  • „Katedra Marii Panny w Paryżu” (Victor Hugo)
  • „Doktor Twardowski” (Jerzy Broszkiewicz)
  • „Dagome Iudex” (Zbigniew Nienacki)
  • „Małpi bunt” i „Wędrówka na Zachód” (Wu Cz’eng-en)
  • „Życie i myśli JW Pana Tristrama Shandy” (Laurence Sterne)
  • „Listy Nikodema” (Jan Dobraczyński)
  • „Przygody Hucka” (Mark Twain)
  • „Szczur” (Andrzej Zaniewski)
  • „Księga duchów” (Allan Kardec)
  • „Stenogramy Anny Jambor”
  • „Kwiaty śliwy w złotym wazonie”

Pisarze, których warto poznać:
  • Iris Murdoch
  • Patrick White
  • Franz Kafka
  • Mika Waltari
  • Alberto Moravia
  • John Updike
  • Farley Mowat
  • Umberto Eco
  • Gerald Durrell
  • Wojciech Żukrowski
  • Flannery O’Connor
  • Kazuo Ishiguro
  • Karol Olgierd Borchardt
  • Ian McEwan
  • Henryk Bardijewski
  • Ambrose Bierce
  • Julian Barnes
  • Henry David Thoreau
  • Jun’ichirō Tanizaki
  • Nathaniel Hawthorne
  • Thomas Pynchon
  • Shirley Jackson
  • John Wain
  • Honore de Balzac
  • Thomas Mann
  • Joseph Heller
  • Robert Graves
  • Jack London
  • Karen Blixen
  • Ernest Hemingway
  • George Herbert Wells

Filmy, które warto obejrzeć:
  • „Brazil” (reż. Terry Gilliam)
  • „The Pillow Book” (reż. Peter Greenaway)
  • „Amadeusz” (reż. Milos Forman)
  • „Karmazynowy pirat” (reż. Robert Siodmak)
  • „Czarowny kwiecień” (reż. Mike Newell)
  • „1900: Człowiek legenda” i „Koneser” (reż. Giuseppe Tornatore)
  • „Requiem dla snu” i „Pi” (reż. Darren Aronofsky)
  • „Goryle we mgle” (reż. Michael Apted)
  • „Baza ludzi umarłych” (reż. Czesław Petelski)
  • „Mikrokosmos” (reż. Claude Nuridsany i Marie Pérennou)
  • „Excalibur” (reż. John Boorman)
  • “Jesus Christ Superstar” i “Skrzypek na dachu” (reż. Norman Jewison)
  • „Metropolis” (reż. Fritz Lang)
  • „Pies andaluzyjski” (reż. Luis Buñuel)
  • „Podziemny krąg” (reż. David Fincher)
  • „Yentl” (reż. Barbra Streisand)
  • „Faraon” (reż. Jerzy Kawalerowicz)
  • „Fanatyk” (reż. Henry Bean)
  • „Rio Bravo” (reż. Howard Hawks)
  • „Łowca androidów” (reż. Ridley Scott)

Reżyserzy, których twórczość jest godna uwagi:
  • Akira Kurosawa
  • Kenji Mizoguchi
  • Jim Jarmusch
  • John Huston
  • Leni Riefenstahl
  • Stanley Kubrick
  • Andrzej Żuławski
  • Werner Herzog
  • Joel i Ethan Coenowie
  • Georges Melies

Nie wymieniłam wszystkich swoich ulubionych tytułów, gdyż niektóre trudno uznać za wartościowe z punktu widzenia statystycznego czytelnika. Nie każdego interesuje fantastyka, groteska czy tematy okołozwierzęce. ;)

Byłoby miło, gdybyście i Wy podzielili się ze mną swoimi zainteresowaniami. Poniżej zamieściłam szereg pytań dotyczących tak gustu, jak i przekonań. Kieruję je do Was wszystkich – zarówno stałych bywalców bloga, jak i kompletnie nieznanych mi ludzi, którzy trafią tutaj przez czysty przypadek. Od Was zależy, czy odpowiecie na wszystkie, czy tylko na część z nich. Naturalnie nie ma żadnego przymusu udzielania odpowiedzi na którekolwiek z nich. To całkowicie dobrowolna zabawa. :)

Drogi Czytelniku! Pytam Cię o:

Upodobania literackie:
  • Ulubione książki i lubiane gatunki, a także ich przeciwieństwa.
  • Ulubieni autorzy.
  • Ulubieni bohaterowie literaccy.
  • Jakie książki uważasz za szkodliwe? Czy niektóre powinny być zakazane?
  • Książka papierowa, ebook czy audiobook? Tylko nowa czy także używana?
  • Powieść czy opowiadanie? Epika czy liryka?
  • Które książki zostały dobrze, a które źle zekranizowane? Które powinny zostać zekranizowane?
  • Co myślisz o polskiej literaturze?
  • Co Cię drażni we współczesnych wydaniach, a co Ci się podoba?
  • Dbasz o książki czy traktujesz je jak każdy inny przedmiot? Robisz na ich kartkach notatki, zaginasz rogi, wyrywasz celowo kartki?
  • Czytasz wolno czy raczej szybko? Zdarza Ci się „skanować” wzrokiem nudniejsze fragmenty? A może omijasz całe partie, jeśli uznasz je za nieciekawe?

Upodobania filmowe:
  • Ulubione filmy i lubiane gatunki, a także ich przeciwieństwa.
  • Ulubieni reżyserzy.
  • Ulubieni bohaterowie filmowi.
  • Ulubieni aktorzy i aktorki.
  • Jakie filmy uważasz za szkodliwe? Czy niektóre powinny być zakazane?
  • Na czyją korzyść wypada porównanie dzisiejszych filmów z tymi sprzed dwudziestu, trzydziestu lat?
  • Co myślisz o polskim kinie?
  • Czy przemysł filmowy powinien być sponsorowany przez państwo? Jeśli tak, to w jakim zakresie?

Upodobania muzyczne:
  • Ulubione utwory i lubiane gatunki, a także ich przeciwieństwa.
  • Ulubieni twórcy: kapele, wykonawcy, kompozytorzy.
  • Jakie dźwięki są dla Ciebie przyjemne, a jakie nieprzyjemne?
  • Jaką muzykę uważasz za szkodliwą? Czy niektóre utwory powinny być zakazane?
  • Co myślisz o polskiej muzyce?
  • Wolisz pracować przy muzyce czy w kompletnej ciszy?

Przekonania religijne, ideologiczne, filozoficzne:
  • Czy wierzysz w Boga/bogów? Jeśli tak, to w jakiego/jakich?
  • Czy wiara w Boga jest pomocą czy raczej zawadą?
  • Jak oceniasz poszczególne religie? Czy wszystkie mają taką samą wartość?
  • Jak oceniasz ateizm?
  • Jak oceniasz Kościół Rzymskokatolicki?
  • Opisz krótko swoje przekonania moralne (do czego warto dążyć, czego trzeba unikać).
  • Jakie przekonania i ideologie uważasz za szkodliwe?
  • Za co można zyskać Twój dozgonny szacunek?
  • Za co można zyskać Twoją dozgonną pogardę?

Stosunek do ludzi:
  • Ludzie, których szanujesz i/lub podziwiasz.
  • Ludzie, którymi gardzisz i/lub brzydzisz się.
  • Wspaniałe postaci historyczne.
  • Odrażające postaci historyczne.
  • Jak oceniasz swój naród?
  • Jak oceniasz inne narody? Które cenisz, a które są Ci niemiłe?
  • Co najbardziej cenisz w innych ludziach?
  • Co Cię najbardziej denerwuje w innych ludziach?

Marzenia i fantazje:
  • Gdybyś musiał/musiała wyjechać z Polski, w jakim kraju chciał(a)byś się osiedlić?
  • Co byś chciał/a zmienić w Polsce?
  • Co byś chciał/a zmienić w Europie?
  • Co byś chciał/a zmienić w reszcie świata?
  • Gdybyś mógł/mogła zmienić zawód, kim byś chciał zostać?
  • Czego byś się chciał/a nauczyć, jakie umiejętności posiąść?
  • Gdybyś musiał/a się nauczyć na czymś grać, jaki wybrał(a)byś instrument?
  • Gdybyś musiał/a przez rok prowadzić badania nad zwierzętami, jaki wybrał(a)byś gatunek?
  • Gdybyś musiał/a przez rok prowadzić ogród/sad, co byś w nim zasiał/a?

Jeśli któreś z pytań Wam nie odpowiada, po prostu je pomińcie. Z góry dziękuję za każdą odpowiedź. I bardzo Was przepraszam, ale nie czekajcie na moją replikę. Żegnam się z Wami już teraz, potem będę tylko czytać w milczeniu Wasze komentarze. Nie wykluczam udzielenia riposty na ewentualne pytania bądź pretensje, ale i nie obiecuję. Wybaczcie mi to i piszcie, piszcie, piszcie. :)

I jeszcze jedno. Jak zauważyliście, nie ma już Prawa Kiry. Zniknęły zakazane tematy, lista nieproszonych gości oraz wykluczeń dyskusyjnych. Nie oznacza to jednak wolnoamerykanki. Przeciwnie, pod tym wpisem obowiązują znacznie surowsze restrykcje niż do tej pory. Nie życzę sobie żadnych przytyków do pozostałych gości bądź ich wypowiedzi, żadnych krytycznych nawiązań do blogosfery, żadnych przemycanych chyłkiem aluzji, żadnego narzucania się komukolwiek z rozmową. Zero docinków, kpin czy złośliwych aluzji. Jeśli ktoś napisze coś w Waszej opinii niestosownego, przemilczcie to.

Dziękuję Wam raz jeszcze. Trzymajcie się. I bądźcie szczęśliwi.

JESTEM WOLNA. :)



30.05.2015

28.05.2015

Mroczna strona wyobraźni


- Gmork - wyjąkał Atreju i nie mógł opanować drżenia warg - możesz mi zdradzić drogę do świata ludzi?
W oczach Gmorka zabłysły zielone iskierki. Wyglądało to tak, jakby się śmiał w duchu.
- Dla ciebie i tobie podobnych droga jest bardzo prosta. Istnieje tylko jeden szkopuł: wy nigdy już nie możecie wrócić. Musicie pozostać tam na zawsze. Chcesz tego?
- Co powinienem zrobić? - spytał zdecydowanie Atreju.
- To, co przed tobą zrobili już tutaj wszyscy inni, synku. Musisz po prostu skoczyć w Nicość. Ale nie ma pośpiechu, bo i tak zrobisz to prędzej czy później, kiedy znikną ostatnie części Fantazjany.
Atreju wstał. Gmork spostrzegł, że chłopiec drży na na całym ciele. Ponieważ nie znał prawdziwej tego przyczyny, powiedział uspokajająco:
- Nie musisz się bać, to nie boli.
- Nie boję się - odparł Atreju. - Nigdy by mi nie przyszło do głowy, że właśnie tutaj i dzięki tobie odzyskam wszelką nadzieję.
Oczy Gmorka żarzyły się jak dwa wąskie zielone księżyce.
- Do nadziei nie masz żadnych podstaw, synku - cokolwiek zamierzasz. Kiedy pojawisz się w ludzkim świecie, nie będziesz już tym, czym jesteś tutaj. To właśnie tajemnica, której nie może znać nikt w Fantazjanie.
Atreju stał ze zwieszonymi rękami.
- Czym tam będę? - spytał. - Powiedz mi tę tajemnicę!
Gmork milczał długo i nie ruszał się. Atreju bał się już, że nie dostanie żadnej odpowiedzi, lecz w końcu ciężki oddech uniósł pierś wilkołaka i Gmork zaczął mówić ochrypłym głosem:
- Za kogo ty mnie bierzesz, synku? Za swego przyjaciela? Miej się na baczności! Gadam z tobą tylko dla zabicia czasu. A ty nie możesz teraz odejść. Trzymam cię twoją nadzieją. Ale podczas gdy ja gadam, Nicość ze wszystkich stron otacza Miasto Nawiedzone i niedługo odetnie ostatnią drogę odwrotu. Będziesz wtedy zgubiony. Jeśli mnie słuchasz, toś się już zdecydował. Ale jeszcze możesz uciec.
Rys okrucieństwa wokół pyska Gmorka uwydatnił się mocniej. Atreju wahał się króciutką chwilę, po czym szepnął:
- Powiedz mi tę tajemnicę! Kim tam będę?
Gmork znowu długo nie odpowiadał. Oddech miał teraz charczący i urywany. Lecz nagle wyprostował się, wsparty na przednich łapach, tak że Atreju patrząc na niego musiał zadzierać głowę. Dopiero teraz widać było cały jego ogrom i straszność. Kiedy mówił dalej, jego głos miał rzężące brzmienie.
- Widziałeś Nicość, synku?
- Tak, wiele razy.
- Jak to wygląda?
- Jak gdyby było się ślepym.
- No dobrze, a kiedy wpadacie w nią, to ta Nicość do was przylega. Jesteście jak zaraźliwa choroba, przez którą ludzie ślepną, tak że nie potrafią już odróżnić pozoru od rzeczywistości. Wiesz, jak was tam się nazywa?
- Nie - wyszeptał Atreju.
- Kłamstwami! - szczeknął Gmork.
Atreju potrząsnął głową. Wszystka krew odpłynęła z jego warg.
- Jakże to tak?
Gmork napawał się przerażeniem Atreju. Rozmowa wyraźnie go ożywiła. Po krótkiej chwili podjął:
- Czym tam będziesz, pytasz mnie? A czymże jesteś tutaj? Czymże jesteście wy, stwory Fantazjany? Jesteście widziadłami, wymysłami w krainie poezji, postaciami w Nie Kończącej Się Historii! Uważasz, że jesteś rzeczywisty, synku? No dobrze, tu w swoim świecie jesteś. Ale kiedy przejdziesz przez Nicość, już taki nie będziesz. Zmienisz się nie do poznania. Przeniesiesz się w inny świat. Tam w niczym już nie jesteście do siebie podobni. Złudzenie i omamienie wnosicie w świat ludzi. Zgadnij, synku, co się stanie ze wszystkimi mieszkańcami Miasta Nawiedzonego, którzy skoczyli w Nicość?
- Nie wiem - wyjąkał Atreju.
- Staną się urojeniami w głowach ludzi, wyobrażeniami strachu, kiedy po prawdzie nie ma się czego bać, pożądliwościami rzeczy, od których chorują, wyobrażeniami rozpaczy, kiedy nie ma powodu, by rozpaczać.
- Wszyscy będą tacy? - spytał Atreju ze zgrozą.
- Nie - odrzekł Gmork. - Jest wiele rodzajów urojeń i omamień. W zależności od tego, jacy jesteście tutaj, ładni czy brzydcy, głupi czy mądrzy, staniecie się tam ładnymi albo brzydkimi, głupimi albo mądrymi kłamstwami.
- A ja? - dopytywał się Atreju. - Czym ja będę?
Gmork zaśmiał się szyderczo.
- Tego ci nie powiem, synku. Sam zobaczysz. A raczej ty tego nie zobaczysz, bo nie będziesz już sobą.
Atreju milczał i spoglądał na wilkołaka szeroko rozwartymi oczami. Gmork ciągnął dalej:
- Dlatego ludzie nienawidzą i lękają się Fantazjany i wszystkiego, co stąd przychodzi. Chcą to zniszczyć. I nie wiedzą, że właśnie w ten sposób powiększają powódź kłamstw, która nieprzerwanie zalewa ludzki świat - ten potok zmienionych nie do poznania istot Fantazjany, które pędzą tam pozorny byt żywych trupów i zatruwają dusze ludzi swoim zapachem zgnilizny. Oni nie wiedzą o tym. Czy to nie zabawne?
- I nie ma już nikogo - spytał cicho Atreju - w kim nie budzilibyśmy nienawiści i lęku?
- Ja w każdym razie nikogo takiego nie znam - powiedział Gmork. - A nie jest to wcale takie dziwne, bo wy sami musicie być tam kozłami ofiarnymi i wpajać ludziom przekonanie, że Fantazjana nie istnieje.
- Że Fantazjana nie istnieje? - powtórzył Atreju skonsternowany.
- Jasne, synku - odrzekł Gmork. - To jest nawet najważniejsze. Nie możesz sobie tego wyobrazić? Tylko kiedy wierzą, że Fantazjana nie istnieje, nie przychodzi im na myśl, żeby was odwiedzić. A od tego wszystko zależy, bo tylko gdy nie znają was w waszej prawdziwej postaci, można z nimi zrobić wszystko.
- Co na przykład?
- Wszystko, co się chce. Ma się nad nimi władzę. A nic nie daje większej władzy nad ludźmi niż kłamstwo. Bo ludzie, synku, żyją wyobrażeniami. A tymi można kierować. Ta władza to jedyne, co się liczy. Dlatego i ja stałem po stronie władzy i służyłem jej, żeby mieć w niej udział - choć w inny sposób niż ty i tobie podobni.
- Ja nie chcę mieć w tym udziału! - wykrztusił Atreju.
- Tylko spokojnie, mały głupcze - warknął wilkołak. - Jak przyjdzie na ciebie kolej, żeby wskoczyć w Nicość, staniesz się i ty bezwolnym i zmienionym nie do poznania sługą władzy. Kto wie, na co się jej przydasz. Może z twoją pomocą będzie się nakłaniać ludzi, by kupowali, czego nie potrzebują, albo nienawidzili, czego nie znają, wierzyli w to, co czyni ich uległymi, albo zwątpili w to, co mogłoby ich ocalić. Z waszą pomocą, mały Fantazjańczyku, w ludzkim świecie robi się wielkie interesy, rozpętuje wojny, tworzy imperia...

Michael Ende – „Nie kończąca się historia”

Jedna z najgenialniejszych książek dla dzieci. I nie tylko dla dzieci. Tak naprawdę potrzeba dojrzałości i doświadczenia, by w pełni pojąć znaczenie zacytowanego fragmentu. Dziecko skupi się na zbliżającej się zagładzie Fantazjany, „pożeranej” przez tajemniczą, nieuchronnie opanowującą całą krainę Nicość. Dorosły zaduma się także nad nieszczęściem swojego własnego świata. Ende w prostych słowach nakreślił problem, z jakim zmaga się ludzkość, odkąd człowiek zaczął korzystać z wyobraźni i mógł już nie tylko relacjonować rzeczywiste historie, ale także wymyślać własne. Wszystko bowiem zależy od tego, jak i do czego ta umiejętność zostanie wykorzystana. 

Kiedy człowiek z własnej, nieprzymuszonej woli udaje się z wizytą do – nazwijmy to umownie – „krainy baśni”, czy to jako kreator takowej, czy to jako bierny odbiorca, jego umysł przez cały czas zachowuje zdolność odróżniania ułudy od rzeczywistości. Szybujemy na skrzydłach wybujałej wyobraźni ku innym światom, wymyślamy tysiące najdziwniejszych historii – i to jest dobre. Potrzebujemy fikcji. Oddawanie się fantazjom jest immanentną cechą natury ludzkiej. Nie wyobrażam sobie cywilizacji, która nie miałaby w swoim dorobku ani jednej zmyślonej opowiastki, ani jednej legendy, ani jednego mitu.

Zupełnie inaczej się sprawy mają, kiedy to „kraina baśni” przychodzi do naszego świata. Zaciera się wówczas granica pomiędzy fikcją a rzeczywistością. Nieszkodliwe dotąd bajania zamieniają się w chorobliwe kłamstwa, nonsensowne abstrakcje, przywodzące ludzi do zguby miraże. Przewrotne, demoralizujące i toksyczne mamidła zapładniają nasze umysły, czyniąc nas podatnymi na manipulację najrozmaitszej maści oszustów. Ślepi i głusi na prawdę, gniemy karki przed najgłupszymi z ich wymysłów. I to jest złe.

Jest to być może dość karkołomna interpretacja, ale tak właśnie odczytuję tę powieść. Absolutny must read.

26.05.2015

Bez wazeliny


Kolega kolegi mojego Lubego starał się niedawno o pracę w Asseco. Pomimo pięcioletniego doświadczenia został odrzucony, co zapewne nie było dla niego wielkim zaskoczeniem, gdyż w oczekiwaniu na rozmowę z rekruterem dowiedział się od innego aplikującego informatyka (kompletnego świeżaka, który wcześniej pracował w budowlance), że ten ma już praktycznie fuchę w kieszeni, gdyż jest znajomym (bądź krewnym) któregoś z prezesów firmy.

Powiecie pewnie, że to żadna nowość. Historia stara jak świat: zamiast obcego – lepszy brat. Jak widać nawet w tej branży trzeba mieć plecy. Według Lubego zresztą nie ma się czym martwić, gdyż – cytuję – „Asseco to Biedronka dla informatyków”. Podobno w innych firmach IT pensja szeregowego informatyka wynosi parę tysięcy zł; w Asseco zaczyna się od niecałych dwóch na rękę. Jeśli wiecie coś więcej o płacach w tym zawodzie, to mnie poprawcie. :)

Ale mniejsza o to. Ja tutaj widzę inny problem: po cholerę ta cała komedia z rozmowami kwalifikacyjnymi??? Po co dawać ogłoszenia do prasy o naborze nowych pracowników, po co zawracać ludziom głowę, faszerując ich złudzeniem nadziei na pracę? Niechby od razu zarząd pozatrudniał wszystkich krewnych i znajomych królika – i po kłopocie.

Nic z tego. Zapomnijcie o grze w otwarte karty. Rzesze biednych, naiwnych aplikantów składają podania, idą z walącym sercem na interview, czasami nawet się załapują na miesiąc, dwa, trzy... A potem dostają kopa w tyłek. Powiedzieć, że wracają do punktu wyjścia, to za mało. Z każdym kolejnym kopniakiem ich wiara w siebie maleje, a gorycz i frustracja skutecznie tłamszą radość życia.

Rozwiązaniem może być wyjazd z kraju. Warunek: trzeba mieć „nagraną” robotę. Jechać w ciemno powinni tylko ludzie o żelaznych nerwach i wielkiej zaradności; przydałaby się również siła i wytrzymałość pociągowego wołu. Bo za granicą można się nieźle dorobić, ale równie dobrze można spaść na samo dno.

Innymi słowy  nie jest lekko. I jeszcze długo nie będzie.

23.05.2015

Za górami, za lasami...


Wybory parlamentarne dopiero za parę miesięcy, a ja już zaczynam śnić na jawie o idealnej partii, która zatrząsłaby polityczną sceną i zabrała się za naprawę kraju. Ot, marzycielka ze mnie. ;) Bujam w obłokach, snując fantazje nie tylko o normalnym, dobrze zarządzanym państwie, lecz także o zdrowym na umyśle, tolerancyjnym (w dawnym tego słowa znaczeniu) społeczeństwie. Dziecinada, prawda? My, wiecznie skłóceni, opętani ideologicznym pierdolcem Polacy, mielibyśmy wrócić do kilku prostych, podstawowych zasad, jakie próbował wpoić nam Jezus Chrystus? No bez jaj! :)))

A jednak marzę, marzę, marzę... Wszak – jak powiada przysłowie – nadzieja umiera ostatnia. ;) Może doczekam czasów, kiedy:
  • osoby niezdolne do samodzielnego życia otrzymają od państwa:
- dzieci pochodzące z biednych domów – dożywianie w szkołach
- dzieci notorycznie zaniedbywane – dozór opieki społecznej
- upośledzeni umysłowo – wykwalifikowanego opiekuna
- upośledzeni fizycznie – rehabilitację
- chorzy – opiekę lekarską na najwyższym poziomie
- umierający – takąż samą opiekę paliatywną
  • niewypełnienie obietnic wyborczych będzie się wiązało z odpowiedzialnością karną
  • służba zdrowia zostanie zreformowana, a pozwani przez pacjentów lekarze trafią do normalnego sądu, a nie przed komisję złożoną z kolegów po fachu
  • szkoła stanie się miejscem przekazywania fachowej wiedzy, a nie przybudówką dla jakiejkolwiek ideologii
  • prawo zostanie uproszczone i oczyszczone z niepotrzebnych paragrafów, zwłaszcza tych o ideologicznym zabarwieniu
  • prawo podatkowe również zostanie uproszczone i dostosowane do możliwości każdego podmiotu gospodarczego
  • załatwienie pozwolenia na kupno, sprzedaż, budowę, wyburzenie, zasiew, wycinkę, etc będzie trwało nie dłużej niż dwie, trzy godziny
  • nawet najbliższa rodzina nie będzie w stanie podważyć sporządzonego w pełni władz umysłowych testamentu
  • skończy się bezkarne śmiecenie w lasach i na ulicach, a za dewastację mienia publicznego bądź szkodzenie środowisku będą grozić ciężkie grzywny
  • pojęcie „niska szkodliwość społeczna” zostanie raz na zawsze wykreślone z Kodeksu Karnego
  • polskie wojsko i policja przestaną być pośmiewiskiem całego społeczeństwa
  • skończą się wszelkie przywileje ze względu na płeć, rasę, wyznanie, pochodzenie bądź stan cywilny
  • bydło domagające się prawa do wychowywania cudzych dzieci lub odbierania potomstwa z racji „niewłaściwego” światopoglądu czy prowadzenia się rodziców będzie wystrzeliwane w Kosmos
  • ludzie przestaną węszyć wokół cudzej dupy, kiesy czy wiary i przekierują swoją uwagę na maltretowane dzieci i zwierzęta

Mogłabym tak długo wyliczać, mieszając marzenia o idealnym państwie z marzeniami o idealnym społeczeństwie. A na jesieni pewnie jak zwykle dostaniemy politycznej gorączki i podzielimy się na kilka okopanych w swych przekonaniach obozów. I znowu trzeba będzie głosować na „mniejsze zło”. :/

Zaraz – czy aby na pewno? Nie, jednak nie...

21.05.2015

Mądrość baśni: Zmiana priorytetów



 Janusz Krzyżowski – „Kalila i Dimna”
PTASIA NAUKA

Pewien asceta zwykł medytować pod drzewem niedaleko wioski. Był tak zaabsorbowany koncentracją umysłu i emanował taką aurą miłości i spokoju, że codziennie przylatywały ptaki i siadały na jego głowie i ramionach. Ascecie to nie przeszkadzało i zachowywał się tak, jakby nic nie czuł.
Pewnego dnia przechodził tamtędy ptasznik z pułapkami na podniebnych wędrowców. Widząc mnicha pokrytego ptakami, pomyślał, że to będzie dobra i niewymagająca wysiłku technika łapania ptaków. Umieścił trochę ryżu i jedzenia na swojej głowie, ramionach i przyjął postawę medytacyjną. Wkrótce ptaki się zleciały i zbierały pożywienie.
Ptasznik był gotów zarzucić na nie torbę, kiedy przyszła mu do głowy myśl: „Jak wielką siłę ma medytacja, że ptaki siadają na mnie bez strachu. Jak mógłbym je zabić teraz? Muszę zapytać tego mędrca, jak naprawdę medytować.”
Podszedł do pustelnika i poprosił, aby wyjaśnił mu cel i techniki medytacji. Od tego dnia ptasznik zaprzestał łowów i praktykował codziennie pod przewodnictwem ascety. Stopniowo stał się biegły w medytacji. Został całkowicie przeobrażony przez niewinność i zaufanie kilku ptaków.
Ptasznik pamiętał być może słowa nauki mędrców:
Kogo cnota lekkim czyni, po świecie
górą płynie, jak statek po wodzie.
Ale kogo grzech obciąża, ten tonie,
jak pogrąża się zgubiony sztylet.

14.05.2015

Cesarz srebrnego ekranu


Gdzieś tam na zasłużonej emeryturze wypoczywa jeden z najwspanialszych aktorów drugiej połowy dwudziestego wieku. Premiera jego ostatniego filmu miała miejsce dwanaście lat temu. Nie wiem, dlaczego tak relatywnie wcześnie zrezygnował z grania. Być może miał już dosyć pracy na planie. A może po prostu wiedział, kiedy trzeba zejść ze sceny, żeby zostać dobrze zapamiętanym?

A przecież to właśnie wiek średni i starość przyniosły mu największe sukcesy. Nie był jednym z tych wiecznie młodych amantów, którzy mogą udawać, że mają o dwadzieścia lat mniej. Już po czterdziestce wyglądał dość staro, ale w niczym nie ujęło mu to uroku. Wręcz przeciwnie – dopiero jako w pełni dojrzały mężczyzna tchnął prawdziwym magnetyzmem. Był już nie tylko przedmiotem westchnień wielu kobiet, lecz dodatkowo zaczął roztaczać wokół siebie swoisty nimb majestatu. Przed granymi przezeń bohaterami chciało się przyklęknąć na jedno kolano i złożyć im hołd. Zresztą, co tu dużo mówić: drugiego takiego nie było i nigdy nie będzie. Myśl, że już nigdy zapewne nie zagra nawet małej rólki, jest zarazem przykra, jak i kojąca. On wiedział, kiedy należało odejść.

Pewnie myślicie, że go bardzo lubię. Nie, to nie jest sympatia. Raczej podziw, zachwyt, fascynacja. A i to nie do końca. Jest zarazem szalenie pociągający i osobliwie niepokojący. Gdy oglądam któryś z filmów z jego udziałem, odczuwam dziwny skurcz żołądka. Tak jakby w każdej chwili mógł na mnie spojrzeć i odezwać się. A cóż ja bym mu mogła wówczas odpowiedzieć? Chyba tylko: „Mistrzu, prowadź!” :)

Mój Boże, kogo ja tak naprawdę oszukuję? Po cóż te misternie plecione komplementy, te banalne pochwały, ten korowód bałwochwalczych pochlebstw? Przecież to jasne jak słońce, że nigdy nie byłam i nie będę w stanie obiektywnie ocenić jego filmowych dokonań. Mógłby zagrać kawałek drewna, a ja i tak wlepiałabym weń oczy niczym zahipnotyzowany przez węża królik. Sama jego obecność nobilitowałaby najgorszą chałę. Mogłabym zgrzytać zębami, że gra poniżej swoich możliwości, z niesmakiem kręcić głową, wydymać wargi, przewracać oczami, nawet otwarcie krytykować, a mimo to on sam wciąż byłby dla mnie aktorskim ósmym cudem świata.

Prawda jest bowiem taka, że ten człowiek zawsze mi się kojarzył i zawsze, ale to zawsze będzie się kojarzyć z moim ojcem.

Tak, z ojcem. Z moim tatą. Od wczesnego dzieciństwa, kiedy zobaczyłam pierwszy film z jego udziałem (aktora, nie taty ;)), aż po dzień dzisiejszy. Nie chodzi wyłącznie o fizyczne podobieństwo, ale także o swoiste duchowe pokrewieństwo. Widzę w nim mojego ojca, kiedy gra wojskowych i szeryfów, podróżników i wynalazców, królów i mentorów, ale przede wszystkim kiedy gra uczonych. Kiedy zgłębia tajemne księgi, próbuje rozwiązać zagadkę, bada, szuka, docieka – to jest mój tata. :) I choćby tylko z tego powodu nie jestem zdolna do beznamiętnej oceny jego twórczości.

Oto on  absolutnie niepowtarzalny, wyjątkowy i jedyny w swoim rodzaju:


Sir Sean Connery



W sierpniu skończy 85 lat. Piękny wiek. Mam nadzieję, że niczego nie żałuje. Że jest szczęśliwy. I że jest dumny ze swojego dorobku.


Odległy ląd (1981)


Bandyci czasu (1981)


Nieśmiertelny (1986)


Imię róży (1986)


Indiana Jones i ostatnia krucjata (1989)


Rycerz króla Artura (1995)


Twierdza (1996)


Szukając siebie (2000)


Liga Niezwykłych Dżentelmenów (2003)


Mogę tylko powiedzieć: DZIĘKUJĘ.

Dziękuję za te wszystkie filmy. Za pozytywne emocje, których doświadczałam podczas ich oglądania. Za szczery śmiech oraz łzy wzruszenia. Ale przede wszystkim – za ten ścisk w żołądku...



12.05.2015

Ludzie-mrówki


Jeden z odcinków serialu „Tabu: Polska” mówił o tzw. freeganach. Jako że sympatyzuję z ideą minimalizmu, zaczęłam szperać w Necie, by znaleźć więcej informacji.

Kim są freeganie?



Poniższy artykuł przybliży Wam zwyczaje tych ludzi:
- Ludzie myślą, że ten, kto grzebie w śmietniku, to albo bezdomny, albo anarchista - mówi Magda. Od kiedy wyszła za Piotrka, razem buszują w odpadkach. Nie mają trzydziestki. Są freeganami - zbierają wyrzucone do śmieci warzywa i owoce. Wcale nie dlatego, że ich nie stać na zakupy. Oboje pracują, wynajmują dom pod Krakowem. Freeganizm to dla nich wybór polityczny. W ten sposób przeciwstawiają się konsumpcjonizmowi. - Czujemy się lepiej, że mniej się dokładamy do systemu marnotrawienia żywności i wykorzystywania pracowników - tłumaczy Piotrek.
- Ale nie oszukujemy się, że jesteśmy undergroundowi i żyjemy poza systemem - dodaje Magda. - Freeganizm to skutek uboczny. Bardzo byśmy się cieszyli, gdyby pewnego dnia na śmietniku nie było nic do wzięcia.

Nieszkodliwi dziwacy? Nonkonformistyczni outsiderzy? Pozbawieni wstydu menele? Naiwni idealiści? Ultraminimaliści? Skąpcy? Jedno jest pewne: sprzeciwiają się bezmyślnemu konsumpcjonizmowi oraz – za co mają u mnie ogromnego plusa – szanują jedzenie. Kiedy pomyślę, ile się go marnuje w tzw. cywilizowanych krajach, to aż mnie skręca ze złości. Wyrzucamy wciąż zdatne do spożycia warzywa, owoce, mięso, nabiał, chleb. Takie postępowanie odbiera nam prawo do narzekania na biedę.

10.05.2015

O substancjach psychoaktywnych słów kilka


Gdyby ktoś mnie zapytał, co ja właściwie wiem o używkach, odpowiedziałabym z pokorą, że tylko tyle, ile usłyszę w telewizji bądź przeczytam w Internecie. Wyjątkiem jest alkohol i papierosy.

Miałam nieprzyjemność zarówno przestawać, jak i rozmawiać z osobami znajdującymi się pod tzw. wpływem. Z jednej strony gardziłam nimi, z drugiej – starałam się traktować ich jak ludzi. Mój nieżyjący już wujek, ojciec chrzestny, pasażer w autobusie, podchmielony uczestnik imprezy – znam ja tych zniewolonych przez „wodę ognistą” nieszczęśników. Alkohol potrafi człowieka upodlić. Odrzeć z resztek godności. Zeszmacić do imentu.

Chociaż – rzecz jasna – nie musi. Wszystko zależy od ilości trunku oraz częstotliwości picia. Nie dam sobie wmówić, że codzienne spożywanie alkoholu przez kilkadziesiąt lat jest całkowicie bezpieczną aktywnością. Może we Francji, Hiszpanii czy Włoszech, ale nie w Polsce. Polacy nie są zdolni do normalnego, kulturalnego picia. Czy możemy jednak całkowicie wyrugować alkohol z naszego życia? Raczej nie. Na prohibicję nie ma cienia szansy. Postawmy zatem na promocję picia zdroworozsądkowego, czyli bardzo umiarkowanego. Dorosła osoba jak najbardziej może sobie pozwolić na wychylenie kieliszka lub dwóch – oczywiście raz na jakiś czas i wyłącznie dla smaku. Ci zaś, którzy z tą substancją przesadzają, powinni być traktowani tak, jak inni upośledzeni ludzie. Co oznacza ograniczenie opieki rodzicielskiej, zakaz wstępu do określonych przybytków, etc.

Co do petów, to powiedzmy sobie szczerze: nałogowi palacze śmierdzą. Wy, którzy palicie: nie wierzcie własnemu nosowi! Dla osób niepalących jesteście chodzącym koszem na śmieci, do którego jedna osoba wyrzuciła padlinę, druga – stos brudnych gaci nałogowego onanisty, a trzecia ten kosz obsikała. Nie, tu nie chodzi o sam dym. Szczerze powiedziawszy, to chyba lepiej się znaleźć w jego oparach, niż w towarzystwie samego palacza. Odór, jaki wydzielają ciała tych ludzi, potrafi skutecznie obrzydzić ich otoczeniu. Jeszcze gorszy jest ich oddech. Po prostu zbiera się na wymioty.

Dlatego jestem cholernie wdzięczna ustawodawcy za przepis zakazujący palenia w budynkach użytku publicznego (poza wyznaczonymi strefami). Kiedyś w niemal każdej knajpie można było powiesić siekierę, a po powrocie do domu trzeba było uprać wszystkie ciuchy i umyć włosy. Na szczęście to już przeszłość. Obecnie można się zatruwać nikotyną w swoim domu, ogródku, na ulicy – i chyba nigdzie indziej (poza wspomnianymi strefami). Zetknęłam się z paroma przypadkami łamania przepisów, no ale bydła do końca nie poskromisz. Ważne, że jest znacznie lepiej niż dawniej.

Pozostają jeszcze dragi. Ich działanie, skutki uboczne oraz ludzi, którzy po nie sięgają, znam wyłącznie z przekazu mediów bądź opowieści osób postronnych. Jasno z nich wynikach, że należy się trzymać od tego syfu z daleka. Bo przypadki niezatracania się w ćpaniu, kończące się w dodatku bezproblemową zeń rezygnacją, zdarzają się bardzo rzadko. Najczęściej jest to droga do piekła – tak dla zażywającego, jak i dla jego bliskich.

Istnieje jednak pewna szczególna substancja, która w oczach jednych uchodzi za typowy (czyli niebezpieczny) narkotyk, a w oczach drugich – za niewinną, stosowaną w celu podkręcenia pozytywnych doznań używkę. Mowa o marihuanie.

Co ja, Kira, wiem o cannabis? Ano, tyle samo, co o innych substancjach odurzających – czyli bardzo niewiele. Nie przypominam sobie jednak, żebym się kiedyś nadmiernie na ten temat wymądrzała. Mnie się po prostu bardzo nie podoba idea zażywania jakichkolwiek substancji psychoaktywnych w celu tzw. zmiany świadomości. A czy nie to właśnie mamy na celu, sięgając po skręta? Czy nie chodzi nam o podrasowanie wrażeń, o wpadnięcie w trans lub przeciwnie – całkowite wyciszenie się? W czym, do cholery, odurzanie się kanabinolami miałoby być lepsze od wchłonięcia nadmiernej dawki alkoholu? Że niby marihuanista nie zacznie się awanturować? Że nie zwymiotuje na parkiet ani na suknię partnerki? Że nie pobije przechodnia czy swojej żony? Niech Wam będzie. Ale to nie jest lekarstwo na toczący nasz kraj problem alkoholizmu. Czy naprawdę wierzycie w to, że w Polsce da się tak łatwo zamienić nałogowe chlanie na nałogowe otępianie się marychą? Przecież to jasne, że zwolennicy legalizacji chcą po prostu wprowadzić do obiegu dodatkowy narkotyk. Joint nie wygra z butelką. Zostanie raczej jej wiernym kompanem. Bo skoro można mieć i to, i to...

Tak, wiem – cannabis można wykorzystać także w zbożnym celu: w medycynie, tekstyliach, rolnictwie, etc (patrz: tutaj). Tak, kochani, konopie mogą być pożyteczne. :) Ale niech nikt mi nie wmawia, że robienie z nich narkotyku jest równie dobrym zastosowaniem, jak każde inne. Wystarczy, że alkohol jest traktowany przez część społeczeństwa jak dopalacz. Dodatkowych kłopotów nam nie potrzeba. W gruncie rzeczy to nieistotne, czym „doprawiasz” swoje życie – skrętem, alkoholem czy kokainą. Istotnym jest jedynie to, że na ileś tam godzin trafiasz do „innego wymiaru”. A im częściej to robisz, tym trudniej ci będzie z niego wrócić.

Oczywiście jeżeli nie macie dzieci czy zwierząt ani nie wykonujecie zawodu zaufania publicznego, to róbcie sobie w swoich gawrze, co się Wam żywnie podoba. Bylebyście nie promowali takich zachowań jako oznaki nowoczesności i otwartości umysłu. Bo równie dobrze moglibyście nazwać setki odzianych w czarne skórzane ciuchy metalowców odzieżowymi nonkonformistami. Czujecie ten absurd? :)

Pora na podsumowanie tych nieco przydługich wynurzeń:

Otóż proszę Was, aby w związku z niemożnością dojścia do porozumienia w kwestii marihuany raz na zawsze zakończyć wszelkie pogawędki na ten temat. Dyskutujcie sobie o zaletach bądź wadach „aromatycznego dymka” w swoich blogach. Ja mam już dość. Jestem tym tematem tak potwornie zmęczona, tak mi obrzydły te wszystkie argumenty oraz pseudoargumenty za lub przeciw, że wolę się z tych sporów definitywnie wycofać. W tym wpisie możemy po raz ostatni wyrazić swoje zdanie. Potem cannabis stają się u mnie TABU. Nie wspominajcie ani o używce (nawet o samej roślinie), ani o osobach po nią sięgających.

Howgh!

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...